Panika

 
"W bramie otwartej pokotem leżały trupy – może 30 – jeden na drugim, ze straszliwym
spojrzeniem zastygłych, o pomstę wołających oczu. Straszne, żółte, woskowe twarze, straszne
rany, z których krew się sączyła, tworząc duże kałuże wokoło – strasznie porozdzierane,
krwią poplamione ubranie, przez dziury którego wyzierało rozpaczliwie poszarpane ciało.
A wokół siedzieli ranni z ociekającą krwią twarzą, bo wszyscy prawie utarzali się we krwi –
i własnej, i cudzej. „Towarzysze, wody!”, „Umieram, doktora!” – niestety były to głosy żywe,
zrozpaczone bólem. Dzielnie się wojsko carskie spisało, dzielnie! „Wody, pomocy, doktora!” –
rzucaliśmy się jak szaleni, zapominając o aresztach, wojsku, możliwości nowej rzezi. A
tymczasem dzielni „obrońcy ojczyzny” ulotnili się jak kamfora. (…) Straszny plac boju,
znaczony krwią ludzką. Tu szczęka strzaskana, tu ręka złamana, oko wybite, tu rana w
brzuchu, tu bok, tu ręka przestrzelona.
 
„Towarzyszko, idźcie do drugiego domu, tam w mieszkaniu leżą dwie umierające, może to
wasze, chcą widzieć swoich”. Straszna myśl, że może zobaczę tam kogo z przyjaciół, zmorą
legła mi w mózgu – wśród krwi i jęków umierających twarze i osoby się zlały i uczucia osobiste
zanikły. (…) Weszłam do mieszkania – na ziemi leżała młoda dziewczyna w białej bluzce z
okropną raną w boku, raną tak wielką, że pięść człowieka mogła się zmieścić. Co było zrobić?
Rozlecieliśmy się na wszystkie strony, aby pomocy szukać, sprowadzić doktora, pogotowie,
posługiwaczy ze szpitala, aby po drodze nawoływać przechodniów, prosić o pomoc. Niestety
zaznaczyć należy, że strasznie obojętnie ludzie wobec cudzego nieszczęścia się zachowują.
Doktora w domu nie było, do telefonu dojść niepodobna, ze wszystkim zwlekają, dopytują, a
tam ludzie umierają..."
 
 
NAZAD NAPRZÓD
 
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.