Szkoda muchy

rozdział XXIX
 
Przez kilka dni jego towarzyszem celi był Edward Próchniak, którego obecność bardzo podniosła na duchu Feliksa. Niecierpliwie oczekiwał na widzenie z Ignacym. W liście do Zofii z 15 lipca 1913 roku pisał, że czas upływa im szybko, wraz z Edwardem dużo uczą się i czytają. Bardzo ucieszył się z nadesłanej fotografii Jasia i z trzech wizyt Jadwigi, która specjalnie dla niego przyjeżdżała w odwiedziny z Wilna.
 
Jesienią 1913 roku do dwunastki- celi, w której przebywał w X Pawilonie- wprowadził się niezwykle ciekawy człowiek, z którym Feliks, pomimo rozbieżności przekonań, szczerze się zaprzyjaźnił. Był to PPS-owski działacz Tadeusz Wieniawa-Długoszowski, brat Bolesława- znanego z zamiłowania do ułańskich, hucznych zabaw, koni i kobiet, późniejszy adiutant Józefa Piłsudskiego, poza tym poeta, lekarz, dyplomata i żołnierz. Dzięki niemu Feliks odnalazł bratnią duszę po miesiącach spędzonych twarzą w twarz z własnymi myślami, a także partnera do całodziennych dyskusji.
 
Więzienny strażnik, Siedielnikow, który sprzedawał po kryjomu więźniom mleko pochodzące od swojej drogocennej krowy za 11 kopiejek za kwartę, zawitał do celi Feliksa oznajmiając, że dostał on zakaz otrzymywania książek. Ta informacja zdruzgotała go, oderwała od kontaktów z Sabiną. Właśnie dzięki książkom przesyłanym przez Sabinę toczyłą się rozmowa za pomocą kropkowanych liter, których ciąg tworzył słowa i zdania. Któregoś dnia burząc panującą w celi ciszę odezwał się do Tadeusza: „Ilekroć podchodziłem do jakiejś kobiety- zawsze tragicznie. Zawsze miłość sprawiała mi dużo bólu i mordęgi [1]”.
 
Feliks bardzo dużo opowiadał Tadeuszowi o swoim pobycie na Capri i jego przyjaźni z Gorkim. Urzekła go prostota, bezpośredniość i wielka wrażliwość pisarza. Spędzali ze sobą wiele czasu i bardzo dobrze się poznali. „On jest ogromnie miły i bezpośredni w obejściu- opowiadał Tadeuszowi -Twarz ma nieładną- ale gdy zacznie mówić- wtedy ta twarz nabiera dziwnego wdzięku- bije z tej twarzy czar i siła męska dawnych dni…[2]”. Przytaczał wiele ciekawych i śmiesznych historii z życia Gorkiego, jak choćby ta, jak w czwórkę z Andriejewem i Szalapinem próbowali się dostać do kościelnego chóru, aby zarobić pieniądze. Pop, nie wiedzieć czemu, wybrał Gorkiego, a nie Szalapina, który w odróżnieniu od Gorkiego umiał śpiewać.
 
Po latach Fiodor Szalapin będący już gwiazdą scen operowych, podczas wykonywania patii tytułowej opery „Życie za cara” padł na scenie na kolana zobaczywszy w loży monarszej samego cara. Po tym incydencie, o którym pisała prasa, Gorki przesłał Szalapinowi jego własną fotografię z dopiskiem z tyłu „Już niepotrzebna”.
 
Inna historia, jaką opowiadał Feliks, to próby Gorkiego rozstania się z życiem. W tych dramatycznych chwilach nie zabrakło akcentów komicznych. Podczas jednej z prób zastał go prosty szewc, który pełen rozgoryczenia odezwał się do pisarza: „Strzelać do siebie!... Smarkateria, słabość- i nic więcej… Ty to nasz nauczyciel, w którym my pokładaliśmy nadzieje nasze, ty, któryś nas uczył, że trzeba być silnym, że trzeba wytrwać w walce o lepsze, ładniejsze życie- i naraz tyś sam chciał wystąpić z szeregu… Jakże to tak? [3]”
 
Kiedy pula tematów stawała się coraz mniejsza, panowie wymyślali zabawy. Kierując lampę na głowę Feliksa, Tadeusz odrysowywał jej cień na ścianie. Obraz, który powstał, jak nic przypominał diabła. Rozwichrzone miękkie włosy i łysina na czubku głowy wydawały się być diabelskimi rogami, a do tego szpiczasta broda i nos... Innym razem uradzili, że będą się pacykować, aby wyglądać młodziej. Poprosili więc o miskę z wodą i przybory toaletowe. Do tego zamówili fryzjera, który miał ich elegancko ostrzyc. Kiedy golarz utaplał całą brodę Feliksa w pianie i ostrą brzytwę przyłożył do gardła, na korytarzu zrobiło się zamieszanie. Właśnie prowadzili jakiegoś więźnia w kajdanach. Przysłuchując się dźwiękom wydawanym przez idącegi więźnia, chwilową ciszę przerwał Feliks: „–Dobrze dzwoni”- skomentował radośnie Feliks.
 
Zabawa jakiej sobie panowie dostarczali była przednia, Feliks co chwile śmiał się i klął: -Psiakość słoniowa! [4] Kiedy golarz wyszedł, Feliks postanowił zrobić pranie skarpet i chust do nosa: Jenerale, pranie!- zakomenderował Tadeuszowi. Feliks podkasał rękawy i z fajką w ustach, pochylony nad miednicą szorując skarpety opowiadał Tadeuszowi o misiu, którego dostał od chłopów na zesłaniu, o łabędziu, o przygodzie w łaźni w Finlandii. Patrząc z jakim zawzięciem i dokładnością Feliks szoruje skarpety, Tadeusz stwierdził: -Masz fach w ręku! Całe pranie wylądowało na sznurku rozwieszonym między oknem, a piecem.
 
Posiłki spożywali w obecności muchy, która codziennie przylatywała do stołu, a Feliks karmił ja ziarenkami cukru. Kiedy zabili muchę, bo skończyła się cierpliwość znoszenia bzyczącego stworzenia pozostawili ją martwą na podłodze, Tadeusz ją pożałował: -Szkoda muchy... Na co Feliks zażartował: Nie mogła znieść reżimu.
 
Kiedy Feliks dostawał niespodziewanie ponadnormatywną paczkę z jedzeniem od swoich bliskich denerwował się. Tadeusz Wieniawa Długoszowski wspominał jeden z takich przypadków, gdy Dzierżyński ze złością mówił: „-Po co, psiakość słoniowa, tyle tego? I zaraz rozpisuje grypsy do sąsiednich cel z ofertą, czy wam czego nie potrzeba? A potem pracowicie dzieli to wszystko na równe części i niesie co godzina na „pocztę” do ustępu na piec [5]”.
 
Na jednym z widzeń Aldona prosiła brata, by pozdrowił od niej swego kompana. Feliks pokazał wówczas Tadkowi zdjęcie swej siostry. Wiele o niej mu opowiadał. Tadeusz był zachwycony jej urodą. Kazał przekazać swe słowa zachwytu. Feliks uczynił to, ale z paromiesięcznym opóźnieniem, bo zapomniał o tym.
 
Jednym z najciekawszych tematów rozmów były sny, które sobie relacjonowali. Były dla nich jedyną odskocznią na wolność i czasem jedyną możliwością zobaczenia swych bliskich. Feliks zdradził Tadeuszowi swoją taktykę siedzenia w więzieniu: „Niby to śmieszne, a jednak wprawę w siedzeniu trzeba mieć. Bez tego ani rusz. Trzeba poznać ekonomię (oszczędności) ruchu, zwłaszcza ruchu nóg; trzeba umieć wypuszczać myśli z więziennego gołębnika tak wprawnie, aby sobie skrzydeł nie szarpały o kraty; trzeba móc pogodzić się z losem i pokonywać czas, ten czas, który wlecze się niczym karawan zaprzęgnięty w na pół martwego konia, co mu się na tamten świat nie spieszy wcale [6]”.
 
Feliks wiele opowiadał Tadeuszowi o Jaśku. Z tego okresu zachował się wiersz napisany przez Tadeusza dla synka Feliksa, którego Dzierżyński skrzętnie przepisał drobnym maczkiem i jako gryps przesłał swojej żonie:
„Felek na ścianie syna ma
W fotograficznych zdjęciach trzech
Więziennym chlebem przyklejonych
Patrzę na pierwsze- czuję śmiech…
Patrzę na drugie- tu skupiony
Jasiek wpatruje się we świat,
Jakby mu w oczach łzy zastygły…
I z oczu dziecka patrzy w ojca
Samotny ból rodzącej matki
W tęsknocie syna więzionego…
Na trzecim znać zadumę krat,
ale z figlarną miną patrzy
malutki więzień, dziecko celi.
Malutki więzień!
Z matki łona
wyszedł na życie i znów ojciec
w więzieniu trzyma go przy sobie…
I choć się śmieje, znać, że w grobie
białym strzeżony świat zobaczył
przez pręty krat niewoli…
Ojciec na syna patrzy często…
Gdy fotografia się oderwie,
znowu ją chlebem przyklejamy,
żeby wisiała i patrzyła…
… Na ścianie Felek syna wiesza.
Każda z tych ścian tu krwią broczyła,
ale ran nie znać w białym murze,
choć ściana mówi, jakby żyła
wspomnieniem nocy przedostatnich,
legendę o śmiertelnym sznurze
dawnych i naszych dni,
wielkich nadziei i rozpaczy.
Ojciec o Jaśku teraz śni,
bo nie wie, kiedy go zobaczy…
Malutki Jasiek nas rozśmiesza
i drwi z tych ścian, i śmieje się swobodnie,
a nie wie tylko, jakie zbrodnie
stawały się w tajemnic cieniu
i że paliły się pochodnie
żywych świeczników w noce ciche,
a łza matczyna na kamieniu
schła i tworzyła naszą Psyche
w kamieniu, śnioną i kamienną
…Ojcec przykleiłby mu krwią
do piersi własnych, nie do ściany,
żeby nie rozstać się ze synem…
…Jasiek urodził się w więzieniu…
Jego malutkie oczy drwią,
a ojciec patrzy zakochany
w maleństwo swoje na papierze.
Wiem, nim się słowo stanie czynem,
Pociekną krwawe krople świeże
i mały Jasiek z białej ściany
odczyta może ojca imię
na murze, gdzie z ojcowskiej ręki
obrazek wisi przyklejony…
…Więźniu malutki!... śmiej się, drwij
i z nas , i z machów ludzkiej zbrodni,
i żyj, a nie bądź powieszony
inaczej, jak tu ojca ręką,
w celi na ścianie wybielonej,
(bo okrwawiona była meką),
bo dosyć krwi…
Po nocy słyszę- Felek jęczy
i szmer go budzi, jakby słyszał,
że małe serce Jaśka puka
w ścianę, gdzie wisi podobizna…
We snach się ojciec Jaśka męczy,
a piersi obejmuje cisza,
i serce serca syna szuka
i nasłuchuje, czy z daleka
głos go nie woła utęskniony…
Malutki, smieszny towarzyszu,
Twoja po ojcu ojcowizna
w murach więzienia zostawiona…
…Niech Jasiek szuka…
Kompanion ojca, choć z daleka,
Bierze cię w górę na ramiona
(bo drab jest, niechże Felek przyzna)
i razem z ojcem mocno ściska…
…Pamiętaj, malcze kiedyś z bliska
poznasz mnie, chyba, kompaniona,
i mocniej cię uściska. [7]”.
 
24 lutego 1914 roku napisał list do synka.:
„Dla bardzo kochanego synusia, Jaśka Dzierżyńskiego w Krakowie do łapiąt własnych. Tatuś nie może przyjechać sam do Jaśka drogiego i ucałować Synusia Kochanego i opowiedzieć historyjki, które Jasiek tak lubi. Tatuś pisze więc list do Jaśka z obrazkiem i w liście całuje Jasieńka mocno, tak bardzo mocno i dziękuje za listy Jaśka. Niech jasiek dobry będzie, zdrowy i grzeczny i ucałuje ukochaną Mamusię od Felka… Niech Jasiek ucałuje Janka, Marylkę i tatusia Janka i powie, że Felek zdrów i wróci. Twój tatuś Felek [8]”. Do listu dołączył obrazek przedstawiający swój profil wykonany przez Tadeusza.
        
Aby nie dać się zwieść ponurym nastrojom, dopytywał się w listach do żony i Aldony o sprawy polityczne, o losy robotników, o rodzinę i dzieci. W większości jego listy przechodziły bez ingerencji żandarmskiej cenzury, jednak były dokładnie sprawdzane, na wypadek, jakby były pisane niewidzialnym atramentem. Prześwietlono nawet jego list do syna. Relacjonował Aldonie wieści, jakie miał od Zofii: „Przeszedł (Jasiek) szczęśliwie okropną szkarlatynę- lecz podobno ma organizm zdrowy. Jest bardzo miły ze wszystkich ujmuje i jest ulubieńcem grona przyjaciół moich. Ma towarzystwo w drugim Janku- rówieśniku swoim- synku przyjaciół naszych, z którymi Zosia mieszka razem. Ostatnio Jasiek dowiedział się, że jest Dzierżyńskim- i to tajemnicze słowo tak mu się podobało, że powiada: nie jestem synuś, nie jestem kotek- tylko Asiek Dzierliński. Zabawny, kochany smyk. Mam tu w celi 3 jego fotografie- zdejmowane latem na wsi w Galicji- i naprawdę jest rozkoszny- i nie tylko tak mówią oczy moje zakochane. Zosia ma lekcje i przy pomocy przyjaciół serdecznych naszych radzi sobie z nim [9].”
        
Pisał też o swojej wielkiej wierze w ludzi, o nadziei, że wszystko się zmieni na lepsze i zmienią się stosunki międzyludzkie, że inaczej ludzie będą siebie postrzegać: „Mam jedno- co trzyma mnie i każe być pogodnym- wtedy nawet, gdy bywa tak strasznie smutno. To wiara niezłomna w ludzi. Warunki życia się zmienią i zło przestanie panować, i człowiek dla człowieka będzie bratem najbliższym, a nie jak dziś wilkiem [10]”.
        
Feliks był bardzo zaangażowanym w wychowanie ojcem. Patrząc na zdjęcie Jasia siedzącego na ławce ze swym kolegą, Jaśkiem- dzieckiem przyjaciół Bratmanów, widział jego szczęśliwe dzieciństwo. Był szczęśliwy, że chłopcy mogą razem dorastać, bawić się, kłócić, a nawet wdać się w bójkę. Jaś Bratman był bardzo żywiołowym dzieckiem. Jaś Dzierżyński nienawykły jeszcze do zabaw z równieśnikami, często zabierał koledze zabawki, na co ten reagował płaczem. Z czasem chłopcy się zaprzyjaźnili i zgodnie bawili się razem. Poszli też razem do tej samej szkoły. Stafan Bratman traktował Jasia Zosi na równi ze swoim synem.
 
Pisał do Zosi o zagrożeniu jadem, jaki wdziera się w ludzkie dusze, czyniąc człowieka złym i samolubnym. Uważał, że środowisko robotnicze, zwłaszcza myślących i świadomych robotników jest znacznie bardzie odpowiednie dla jego ubogacania duszy, niż otoczenie z tak zwanego środowiska inteligenckiego z ich, jak pogardliwie napisał: „dobrymi manierami”. Twierdził, że młodzież inteligencka jest już inna, zdecydowanie bardziej uboga mentalnie. Pragnął, aby Jaś nauczył się odczuwać radości i utrapienia, nie uciekał od nich, pojął życie takim jakim jest i nauczył się dostrzegać w nim piękno.
 
Pisał o tym do Zofii w liście wysłanym tego samego dnia co list do Aldony: „Ogromnie uradowała mnie twoja ostatnia kartka z 28 XI z dopiskami przyjaciół, z których wynika, że choroba Jaśka już minęła i są wokół ciebie nasi towarzysze. Myślę o Jaśku wyobrażając sobie, jak trzymam go na kolanach, czuję go i widzę jego śmiech. Myślę o tym, że on mnie zna i między nami zawiązała się nierozerwalna nić. To ty tego dokonałaś i moi przyjaciele, którym tak bardzo dziękuję za to, że w swej czułości już teraz formują jego duszę i wlewają w nią skarby, dzięki którym on, jak dorośnie, sam będzie innych obdarzać nimi.
 
Miłość do Jaśka wypełnia moją duszę, skoncentrowało się w niej całe moje życie. Jest moją tęsknotą, moją myślą i nadzieją i kiedy widzę jego oczami duszy, wydaje mi się, że wsłuchuję się w szum morza, pól i lasów, w muzykę własnej duszy, wpatruję się w iskrzące gwiazdami niebo, szepcące coś słodkiego i tajemniczego i widzę wówczas przyszłość  i czuję w sobie pragnienie milionów. On ma ciebie i serca naszych przyjaciół. Niech widzi tylko- i nie zasłaniaj mu oczu, kiedy będzie mógł już pojąć- i radość naszą i nadzieję we współodczuwaniu i piękno życia. Ważne by twe pieszczoty dały mu siły, by świadomie odczuwał cierpienie i aby (w przyszłości) nic go nie złamało. Powinien widzieć, aby zrozumieć i razem z tobą, po swojemu przeżywać  twoje cierpienia, żeby w ten sposób nauczył się samemu kochać i rozumieć, a nie tylko być kochającym i wyrozumiałem. W tym czasie powinien widzieć radość w twoim życiu wynikającą nie tylko od niego, ale aby umiał cieszyć się twoją radością…
 
Miłość do dziecka, tak jak każda wielka miłość stanowi element twórczości i może dać dziecku silne, prawdziwe szczęście, kiedy zacznie żyć pełnią bogactwa ukochanego życia, uczyni z niego pełnowartościowego człowieka, a nie obróci twą ukochaną istotę w bożyszcze. Miłość, która zwraca się jedynie w kierunku jednej osoby i która czerpie z niej cała radość życia, przekształca  się z czasem w trud i mękę- taka miłość niesie w sobie jad dla drugiej osoby.
 
 (…) Idea jednoczy ludzi, idea, która wypływa z głębi duszy. Ona wyzwala ich serca i powoduje chęć pomocy jeden drugiemu… I praca w imię idei nie zamyka się w wąskim kręgu, ale daje człowiekowi możliwość objęcia całego świata. Tak jak i moja ulatująca stąd myśl łączy się z wami i mówi mi o nieśmiertelnej sile wiążącej ludzkie myśli i serca, mówi o spokoju życia. I znów wszystko to, co w więziennych ścianach i moich cierpieniach jest zakopane gdzieś głęboko w duszy mojej, wychodzi na zewnątrz wraz z moimi uczuciami do Jasieńka, do ciebie i do przyjaciół moich staje się ciałem napełnia moją duszę- i ja czuję waszą miłość i wielką chęć życia [11]”.
 
Mimo dobrych wieści o Jaśku, depresja pogłębiała się każdego dnia. Obojetność, w jaką popadł, towarszyła mu nawet podczas odwiedzin Aldony. Siedząc za podwójną siatką w sali widzeń, był znużony. Nie poruszyła go nawet wieść o zdrowotnych problemach córki Ignacego, Wandzi. Dopiero kilka dni później zreflektował się i przeprosił Aldone za swoje zachowanie. Dobre samopoczucie mu nie dopisywało. Był wściekły, że od dwóch lat bezsensownie marnował czas siedząc w areszcie śledczym, który miał nie zaliczać się w poczet kary. Wszystko zaczęło go drażnić, nawet jego towarzysz z celi. Zażądał więc od władz więzienia, by zabrano go gdzie indziej.
 
W tym czasie Tadeusz był wielokrotnie świadkiem dzikich napadów furii Feliksa, obserwował jak stawał się on strzępkiem nerwów. Z drugiej strony, Feliks nie chciał być wobec Tadeusza niemiły, jednak nie był w stanie opanować swojego rozdrażnienia. Samotnośc znacznie bardziej mu odpowiadała. W przedświątecznym liście do Aldony napisał: „Zdaje się, że pisałem Ci w ostatnim liście, że już siedzę sam od 17 III, sam o to się zwróciłem, bo gdy tak się razem siedzi przez czas dłuższyw jednej klatce- a zdenerwowanie od uwięzienia swego dokucza- wtedy nie raz powstaje dzika, ślepa chęćrozdrażnienie swoje wyłądować na innym.A gdy człowiek dość silny jeszcze, by nie dopuścić do tego, by ujarzmić w sobie swe nerwy- wtedy te nerwy mszczą się na tobie samym, gryzą Cię, nadają oczom twym wyraz dzikości, czoło chmurzą i wciąż jakby diabeł jaki kuszą Cię, byś o byle co wybuchnął. Znam jednak na to lekarstwo- samotność zupełna, wtedy ten diabeł ustępuje, a wraca anioł do duszy, anioł tęsknoty za człowiekiem.
 
Samotnośc ta ciąż, jest męcząca, lecz nie zabija duszy. Tak samo nieraz, gdy myśl jakaś opanuje mniei szepcze mi, że śmierć to wyzwolenie, że trzeba jej pomóc przyjść- wtedy nie jadam przez jakie 1 ½ dnia(suchy post)i już wtedy o śmierci nie myślę.Bo by poznać całe piekło duszy ludzkiej, a więc i swej własnej, trzeba ją widzieć i czuć w najprzeróżniejszych sytuacjach i nie zamykać wtedy ani oczu, ani uszu.Wtedy można ludzi rozumieć i im darowywać- i widzieć, ajk własne cnoty, o ile są nimi naprawdę, są szczęściem życia twego. Że nie ma winnych i cnotliwych- jest zło tylko i piękno, szczęście [12]”.
 
Rozstali się w zrozumieniu, a ich trudna, więzienna przyjaźń, sentyment i dobre wspomnienie przetrwały lata. Wieniawa Długoszowski zapisał potem w swoim pamiętniku: „Gdy po ośmiu miesiącach samotnego siedzenia w celi dali mi towarzysza doli- nie spaliśmy całą noc i rozmowom nie było końca, a potem sprzykrzyliśmy się sobie wzajemnie- i były takie godziny, gdy nienawiść podkradała się męcząco pod naszą przyjaźń [13]”.
        
W niedługim czasie po opuszczeniu celi przez Tadeusza, Feliks otrzymał wyrok za ucieczkę z Syberii. Dostał trzy lata ciężkich robót. Wciąż trwało śledztwo w sprawie jego przynależności do SDKPiL. Pod koniec jego pobytu w X Pawilonie, w jego celi zagościł młody robotnik. W końcu coś zaczęło się dziać w jego życiu, pojawiły się nowe doznania, które powoli wybudzały go z letargu, w jaki popadł.
       
Poszukiwanie szczęścia w swoim więziennym życiu i chwile, gdy je znajdywał, sprawiały, że wyrwane z szarych murów ścian uczucia eksplodowały ogarniając całe jego ciało i duszę, rozkoszował się nimi i przeżywał najpełniej starając się utrzymać ten stan duszy jak najdłużej i chronić go przed zewnętrznym światem, mieć go tylko dla siebie. 2 lutego 1914 roku pisał więc do Zosi, która przysłała mu znów kilka fotografii Jasia: „I dziś na nowo myśli moje dążą do radości życia- naszego życia. Niepokoi mnie jedynie stan zdrowia Jaśka, ale słyszę głos, który mi podpowiada, że będzie zdrów, bowiem ma ciebie i przyjaciół. I na nowa wierzę, że przyjdzie czas, kiedy będę mógł go przytulić do serca, dać mu poczuć swą miłość do niego i wiarę moją w życie- moje zaufanie. Dziś spoglądam na jego poprzednie fotografie- widzę, jak podrósł i marzę o tym czasie, kiedy będę mógł zobaczyć go i pogłaskać.
 
Chcę wrócić i wrócę nie patrząc na nic. Kiedy dostąpią mnie takie radosne chwile, jak dziś, jestem pełen wiary  w to, że wszystko można znieść bez wpadania w rozpacz i uchronić własna duszę do samego końca. I nie rozumiem rozpaczy, tragedii, skoro dusza zdolna jest odczuwać, gdy są jeszcze siły i myśl żywa, i gdy serce jeszcze tak mocno bije w piersi [14]”.
 
Już następnego dnia, 3 (16) lutego 1914 roku, zasiadł do napisania listu do Aldony dzieląc się swoją radością z przysłanych zdjęć synka, dziękował za list i opłatek, z którymi podczas świąt podzielił się ze swoim „kompanionem”. Opisywał swoje życie jako wegetacja, wieczne oczekianie na zakończenie śledztwa, minione dni przeleciały tak szybko, a dziś i jutro wlokło się niemiłosiernie.
 
Nastrój jego poprawił się, pomimo tego, że stał się żródłem męki dla siebie i najbliższych to żyje teraz zgodnie z nakazami swej duszy. „I dlatego dziś- pisał- gdy na (nieczytelne- Z.F.) się już mogę spokój wewnętrzny odzyskać- chociaż męki życia mi nie ubyło i nie ubędzie. I nie ma człowieka, któryby dzisiaj mógł powiedzieć, że nie zna co to męka. I Twoja męka tak wielka i tylu innych. Lecz jeśli myśl i uczucie potrafię zrozumieć i własną duszę- jej nakazy i świętości- wtedy ta sama męka zlać się może i staje się źródłem wiary w życie- sama wyjście i sens wszystkiego wskazuje. I do duszy wrócić może spokój- nie ten spokój, który cmentarzem jest, jak spokój trupa, lecz spokój bólu i radości życia.Ten sposój, którego przykład dał chociażby Chrystus- „Spełniło się”. Ból wyzwolenie niosący, wyzwolenie jego braci i sióstr.
 
Ból jego, gdy przebaczał mówiąc- nie wiedzą co czynią- bo wiedział i wierzył, że się dowiedzą. I dziś z tej męki powszechnej i z bólu- prędzej niż wtedy- musi przyjść to Królestwo wyśnione i wciąż śnione pośród walki wszystkich przeciw wszystkim- Królestwo miłości i sprawiedliwości powszechnej. Ból jest błogosławiony dziś, jeśli otwiera serca ludzkie na ból innych- tych „złych” i tych „dobrych”, gdy daje myśl, ideę, a co stąd (za tym-Z.F.) idzie i wiarę. Dziś troska Twoja matczyna tyle bólu i męki Ci sprawia, że to zło wyrosło z życia, które jest silniejsze od Ciebie, od każdej Matki i Ojca we wpływaniu na dziecko. Nie Twoja wina- zło żyje i panuje tryumfuje w duszach tych wszystkich, którzy dziś wzorem są, którzy są „najlepszymi”. W duszy każdej dziś jest piekło, lecz w każdej jest ta tęsknota straszna do Nieba, w każdej. Znasz mękę chłopca, do którego przyszła myśl chorobliwa- że nie jest kochany- a ta choroba i ta męka sączy się zewsząd do dusz ludzkich, że nie ma nikogo na świecie, że jest sam, choć ludzi tak dużo na świecie, choć tak dużo jest bliskich, choć są najbliżsi.
 
Są dni np., gdy tu w celi z kamratem, z którym się zżyłem tak blisko przez te trzy miesiące, nie mogę rozmawiać, nie mogę patrzeć mu w oczy, bo by ujrzał w mych oczch nienawiść piekła. Bo w klatce wąskiej jesteśmy- nie jak ludzie, a jak zwierzęta dzikie i całe zło wstępuje w człowieka.
 
 A przecież to samo dziś w życiu, w bezustannej walce i trosce o dziś i jutro, walce (nieczytelne- Z.F.) nieuniknionej. I to zło do dusz wstępuje. Lecz w tym życiu i duszach ludzkich jest i „łaska”- jest głos wewnętrzny, najgłebsza tesknota miłości i sprawiedliwości. Nie ma winnych, nie może być i kary. Jest zło i są niesprawiedliwi. I gdy czas przyjdzie, przyjdzie ta łaska z duszy człowieka.
 
Siostro moja droga- nie wiń siebie, nie wiń innych, a tylko zło, które panuje i kochaj całą siłą- a kochać wtedy tylko głęboko można i porzucić myśl o winie. Tak chciałbym, by słowa moje choć cośkolwiek dały, co człowiek naprawdę dać musi- słowa moje, które płyną z mych tęsknot (nieczytelne- Z.F.) z walk własnych z sobą samym, ż życiem i męką moją i z nienawiścią moją własną i ze złem, które jest we mnie samym. Bo nie ma dobrych i ja nim nie jestem, zrozumiałem tylko tęsknoty swoje, tęsknoty człowieka, zrozumiałem życie i dlatego obok bólu męki jest ból radości, spokój i błogosławieństwo, błogosławieństwo światu całemu [15]”.
 
Feliks nie potrzebował boga, tak jak Aldona, by odnaleźć radość życia, sam ją odnajdywał w najmniejszych skrawkach pamięci, drobnych gestach i w ciepłych słowach. Pocieszał siostrę i wspierał ją na duchu w ciężkich przeżyciach, którymi los ją doświadczał.
Pomimo tych krzepiących słów, Feliksowi nie zawsze było dane wierzyć w królestwo miłości i wszechobecnej sprawiedliwości. Przytłoczony monotonią dni, widokiem szarych, ponurych ścian, zabijając czas będąc zasklepiony we własnych myślach.
 
Dopiero po trzech tygodniach zabrał się do napisania kolejnego listu do Zosi wyrywając się z ciszy i martwoty życia w celi. Brakowało mu słów, by opisać te wszystkie pokłady uczuć, które w nim wzbierały. Przyznawał to w liście z 24 lutego 1914 roku jak bardzo zastygł w bezruchu, kiedy jego światem jest ruch, działanie, tworzenie. Jedynym lekarstwem były dla niego fotografie Jasia, na które patrzył z zachwytem uśmiechając się i powtarzając: „Jasiu mój, mój”. Ta ojcowska radość wypływająca z najczystszej miłości nie pozwalała mu zgnuśnieć bez reszty, to właśnie ona, a nie idea, dodawała mu najwięcej sił i woli przetrwania.
 
Zapewniał Zosię, że materialnie daje sobie radę w więzieniu, że ma wszystko, co potrzebuje. Dziękował za jej wsparcie i pomoc, jakie od lat udzielała mu dając poczucie więzi ze światem, który był mu tak bliski. Ubolewał nad tym, że nie może być przy Jasiu, dlatego często w listach do żony pisał o jego wychowaniu. Nie chciał, aby jego syn stał się wyniosłym człowiekiem, nie wrażliwym na cierpienie, człowiekiem gardzącym ludźmi. Pragnął, i dawał temu wyraz w kolejnych listach, kontynuując już wcześniej wypowiedzianą myśl, by wzrastał w środowisku uświadomionych robotników i nie zatracił swojego dziecięcego zachwytu nad naturą.
 
„…nie zasłaniaj mu oczu, gdy będzie już mógł zrozumieć i radość naszą , i nadzieję w cierpieniu, i piękno życia. By pieszczoty dały mu siły i zdolność cierpień bez załamania. Powinien widzieć, by rozumieć i razem po swojemu przeżyć Twe cierpienia, by w ten sposób nauczył się sam kochać, rozumieć, a nie tylko być kochany i rozumiany. Powinien umieć kochać idee, to co go połączy ze wszystkimi, co opromieni mu życie- świętość- silniejszą od wszystkich uczuć poszczególnych, silniejszą przez swój nakaz moralny. Tak żyć i takim powinien być nasz syn [16]”.  Tymczasem w lutym 1914 roku na skutek pracy wywiadowczej carskiej policji w Cytadeii znalazło się wielu jego znajomych i towarzyszy. Aresztowano miedzy innymi Józefa Unszlichta i Julina Leszczyńskiego- rozłamowców SDKPiL.
 
Pod koniec lutego zaskoczyła go Aldona robiąc mu radosną niespodziankę. Po przeszło czterech latach znów się zobaczyli na widzeniu przez kraty i siatkę w X Pawilonie. Relacjonując swoje wrażenia Feliks pisał do Aldony 3 marca 1914 roku: „Więc po 4 przeszło latach znowu widzieliśmy się. Jak we śnie męczącym. Nawet uściskac siebie nie mogliśmy. Podwójna siatka- za nią ja w klatce, jak zwierz dziki, wściekły. I nie mogłem Ci nawet wskazać tej radości, którą mi sprawiłaś. Byłem jakby obojętny i śpiący, jakbym był marą. Tu sen rzeczywisty dać może życie i radość, a życie rzeczywiste- zawsze tu jak we śnie męczącycm. I w kilka dni po widzeniu przyszedł sen błogosławiony, który mi bez krat pozwolił widzieć Ciebie i uściskać.
 
Naokoło nas kwiaty były na łące i liście dębowe, i las szumiał sosnowy. Może to w Dzierżynowie było- z nami był mój Jasiek, leżałem i w niebo patrzyłem, jak obłoki cicho poruszają się, jak żywe gałęzie sosen biegły wciąż w dal nieskończoną, jakby gromady ludzi- tułaczy w pogoni za szczęściem, ochanych odwiecznymi tęsknotami swymi. I byłem jakby kołysany tym biegiem obłoków i czuciem, że Ty i Jaśko mój obok jesteście. Sen błogosławiony, ucieleśnienie myśli i tęsknoty więźnia i daje siły po przebudzeniu przetrwać dzień nudy, zamknięcia i bezmyślnego istnienia [17]”.
 
Już z wcześniejszego listu od siostry dowiedział się, że starsze dziecko jego brata Ignacego, ośmioletnia Wandzia, jest chora, niepokoił się tym i żądał wieści o niej przesyłając życzenia wyzdrowienia. Ta smutna wiadomość natchnęła jego przemyślenia zapisane w liście do siostry: „Niepokoi mnie bardzo myśl o zdrowiu Wandzi. Od czasu widzenia naszego nie miałem wcale wiadomości o niej. Nie mogę wprost pomyśleć, by naprawdę jej mogło grozić niebezpieczeństwo. Prosiłem Stasia i Ignasia w liscie, by pisali o stanie jej zdrowia, lecz wiem, jak im trudno będzie pisać, jeśli stan naprawdę jest groźny.Więc jeśli będziesz miała jakie wiadomości od nich- proszę, podaj mi je. Liczę, że na święta wielkanocne Ignaś odwiedzi mnie, jeśli stan zdrowia Wandzi nie pogorszy się.
 
Gdy myślę o tych wszystkich nieszczęściach w życiu, które czyhają tam w życiu, o tym, że człowiek tak bezustannie bywa pozbawiony tego wszystkiego, do najbardziejziej  się przywiązał- znowu myśl mi mówi, że w obecnym życiu należy serce swe przywiązać do tego, co nie mija i co nie może być wydarte, a co umożliwi to przywiązanie do poszczególnych osób i rzeczy. Do pewnego stopnia tak było i dotąd- w myśli o życiu i sprawiedliwości pozagrobowej szukano pociechy i ucieczki od nieszczęść. Lecz dla życia tutaj na ziemi myśl ta była jałowa, nie pchała życia naprzód, była uświęceniem i uwiecznieniem wszystkich nieszczęść, pokrywała świat kirem żałobnym. Była to myśl więźnia skazanego na wieczne więzienie i rzuconego do lochu obrzydliwego, aż do końca dni swoich. Lecz jest druga myśl, wynikająca nie z kłamstwa i zaprzeczenia życia, lecz płynąca z przywiązania i ukochania- myśl miłości zwycięskiej- nie pokuty i kary i zemsty.
 
Ta miłość ku bliskim ku swoim, ta tęsknota wieczna w sercu każdego żyjącego do piękna, szczęścia, potegi i harmonii- każe wyjścia szukać i ratunku tu, w życiu samym- i daje to wyjście. Otwiera serce człowieka dla wszystkich bliźnich, nie tylko bliskich, otwiera jego oczy i uszy, daje mu siły olbrzyma i pewność życięstwa. Odtąd każde nowe nieszczęście przestaje być źródłem rezygnacji, apatii i upadku- a staje się mową pobudką do życia, walki i ukochania. I gdy przyjdzie godzina kresu życia własnego ze spokojem odejść można- bez rozpaczy i nie bojąc się śmierci, błogosławiąc życiu i z modlitwą w duszy do niego i wszystkich ukochanych [18]”.
 
W natępnym liście z 17 marca 1914 roku do Zosi donosił, że od dwóch tygodni siedzi sam w celi i bardzo mu ta samotnośc odpowiada. Znalazł się w celi na końcu ślepego korytarza, do której nie dochodziły żadne dźwięki życia płynące z korytarza. Widokiem zza okna był jego dźwięki, które pochłaniał nadając im w swych myślach obrazy. Widział Wisłę, której fale obłapiały brzegowe kamienie, i po której przemieszczają się parostatki radośnie grzmiąc tubalnym gwizdem, odgłosy podmiejskiej kolei wawerskiej po drugiej stronie rzeki[19]. Oddzielony od życia grubym murem wchłaniał smaki życia wlatujące przez okno wprost do jego uszu.
 
Na stoliku pokrytym płótnem, w białych papierowych ramkach stały fotografie Jaśka uśmiechające się do niego, na ścianach zawiesił widokówki. Czasem, w nocy, gdy zapadała grobowa cisza, wsłuchiwał się w chrobot zżerającego deskę jego łóżka robaka. Gdy cisza zbyt mocno doskwierała, wstawał i chodził po kamiennej podłodze celi wzbudzając echo, odgłosy ożywionych głazów. Dużo spał, czasem nawet przesypiał połowę dnia. Śniły mu się wtedy obrazy miłe i nieprzyjemne, czasem fantastyczne, niepojęte i zupełnie niezrozumiałe.
 
6 kwietnia 1914 roku w swym liście do Aldony polecał jej siostrę Juliana Marchlewskiego, Zosię, mieszkająca w Zakopanym, gdzie Aldona szukała pensji dla jakiegoś młodzieńca. Zadziwiło go wyznanie siostry, że jest tak zapracowana, że aby napisać do niego list, musi wcześniej wstawać, jakby w pracy nie mogła znaleźć kilku chwil na zebranie myśli na papierze. Bardzo się ucieszył z fotografii dzieci przysłanych przez Aldonę: „…dostałem fotografię Twoja i dzieci- wniosły one tyle życia do celi mojej. Dziękuję Ci za nie bardzo, bardzo. Maniusi bym nie poznał doprawdy- tej cichej Maniusi, siedzącej w Mickiewiczach na kolanach u mnie, tej Maniusi, która tak się koni bała i tak zmiatała przed nimi. No, a łobuza Tonia poznałbym od razu. Czy i teraz ma taką bujną fantazję jak wtedy? I taki zywy, jak żywe srebro? A Rudolf- ten już jest poważny młodzieniec- niedługo człowiek dorosły. Czas leci [20]”.
 
Feliks wciąż niepokoił się o zdrowie małej Wandzi, miał nadzieję, że Ignacy zdobędzie pozwolenie na widzenie i wówczas opowie mu o wszystkim. Przed wielkanocą odwiedziła go Zosia, żona Ignacego, jednak nie przyniosła dobrych wieści, ani wtedy, ani na początku maja podczas kolejnych odwiedzin.
 
10 kwietnia 1914 roku jego samotność zakłóciło przybycie nowego współwięźnia, nieznanego mu młodego, sympatycznego robotnika. Do nowej znajomości Feliks odniósł się chętnie, ale z rezerwą. Obawiał się, że ta znajomość zakończy się takim samym poirytowaniem, jak wcześniej doświadczył tego z Tadeuszem Wieniawą Długoszowskim. Ale 2 czerwca pisał siostrze, że choć tak długi czas spędzają razem, nie uprzykrzyli się sobie.
 
Na korzyść nowego współtowarzysza było jego pochodzenie. Cenił sobie jego prosty język i szczerośc w okazywaniu uczuć i nastrojów, których nie krył pod płaszczykiem konwenansów i ucieczki do, często trudno zrozumiałej, iluzji i cynizmu. Panowie wkrótce zostali przeniesieni do nowej celi. Ta miała okna na zachód, więc zamiast widoku Wisły codziennie po czternastej do celi zaglądało słońce na pół godziny.
 
Pod koniec kwietnia rozpoczęła się sprawa sądowa. Wieziony więzienną karetką siedząc z rękami skutymi kajdanami, zobaczył przez siatkę w oknie kwiaciarnię, która nazywała się „Bordigera”. O swych wrażeniach napisał po dwóch miesiącach Aldonie w liście z 2 czerwca 1914 roku: „Bordigiera- tam byłem. Nad Morzem Śródziemnym przy blasku księżyca, szedłem pieszo z Bordigiery przez granicę włosko francuską do Monte Carlo. Jak dziś widzę tę drogę i morze osrebrzone księżycem, wzgórza, palmy- wdycham zapach kwiatów i mimozą przepojone powietrze.
 
Minęło to wszystko. Ale było – było i jest w duszy. Jest tam tyle- i pieśń naszych lasów i łąk naszych- i mgły nasze i rosy o poranku i pieski nasze- i miłość nasza i wiara- i smutki nasze- i całe życie późniejsze.  Im piekło życia gorsze, tym głośniej, wyraźniej słyszę odwieczny hymn życia- piękna i szczęścia i prawdy. Nie ma miejsca ani na żal, ani na nienawiść, ani na rozpacz. I życie- gdy nawet kajdany wlec trzeba- może być i radosne. Więc nie martw się i Ty- takie jest życie. Twój Feliks [21]”.
 
Jeszcze na początku maja to samo zdarzenie, ten sam zachwyt upamiętnił w liście do Zosi. Z radością spoglądał na mknące ulicami miasta tramwaje, na restauracje i kawiarnie pełne ludzi. W jednej z nich afisz głosił, że serwowano flaki jedynie w czwartki i niedziele. Spoglądał na roześmiane buzie dzieci. Całe życie miasta zawarte było w kilku uchwyconych obrazkach ulicy. Do Zosi pisał, że czuje się jak dziecko we śnie, gdy naraz doświadczył tylu emocji, barw, świateł i dźwięków.
 
Był to pierwszy od miesięcy uśmiech Feliksa odbity w jego listach. Nie wiedział, jak bardzo dużo problemów ze zdrowiem miał mały Jaś, któremu boleśnie dokuczały migreny. Życie zaczęło wracać do niego, podświadomie czuł zmiany, jakie niebawem nastaną w jego życiu. Wszystko przecież było lepsze niż smutne, szare ściany jego zamkniętego świata. Nawet długa podróż etapami na katorgę.
 
Jak zawsze kilka słów poświęcił swojej miłości do syna: „Jeśli będziesz do mnie pisać o nim na kartkach, o życiu to i tak już wiele mi dasz, gdyż nie będzie mnie męczyć niepokój i będę szczęśliwy czując jak on kwitnie ujmując ze słów twoich tempo życia. Chciałbym zobaczyć Jasieńka, czuć go swoimi rękami, oczami, ustami i sercem, słyszeć jego szczebiotanie i nawet ujrzeć łzy, spijać uśmiech jego oczu, twarszyczki i ust. Po wyroku z artykułu 102 lub po otrzymaniu aktu oskarżenia będę domagać się ujrzenia go bez krat. Wiem, że w Arsenale czy na Mokotowie byłoby łatwiej to uzyskać niż tu, w pawilonie, ale nie chcę zniechęcić Jasieńka do siebie więziennym ubraniemi kajdanami.
 
Mój widok może pozostawić w nim na całe życie uczucie strachu i być może odwróci się ode mnie. Wszak tak trudno dostrzec człowieka pod tym ubraniem. Jaśku mój, bądź cierpliwy, przyjdzie czas, kiedy Felek będzie mógł ciebie objąć, pogłaskać i pocałować i będziemy razem. Tata do ciebie napisze, jak tylko będzie mógł, kiedy podrośniesz jeszcze trochę, będziesz taki duży, ze już nie będziesz prosić się na ręce, będziesz młodzieńcem, a nóżki będziesz miał silne. A na razie pisze do mamusi i ciebie,zajączku nasz i pamiętam o tobie i kocham cię. Mocno-mocno ciebie ściskam, moje słoneczko nadroższe [22]”.
 
29 kwietnia (12 maja) odbyła się w sądzie okręgowym rozprawa w sprawie ucieczki z zesłania Feliksa Dzierżyńskiego. Akt oskarżenia został mu dostarczony dopiero na tydzień przed rozprawą. Sama rozprawa trwała nie więcej niż pół godziny. Po przeczytaniu półtorej strony aktu, na pytanie sądu, czy faktycznie uciekł- przyznał, że faktycznie „wyjechał”. Na koniec prokurator podtrzymał oskarżenie, a po chwili sąd zadecydował skazać Dzierżyńskiego na 3 lata katorgi. Ostateczna rozprawa miała się odbyć za dwa tygodnie. Na sali sądowej nie było nikogo z jego bliskich.
 
16 maja 1914 roku przeniesiono Feliksa do innej celi. Żal mu było rozstawać się ze swoją, do której tak bardzo się przyzwyczaił. Jej okna skierowane były na północ, była cicha i przyjemnie chodna, a podczas wietrzenia celi wieczorem, z otwartego okna widział kawałek Wisły i skrawki zachodzącego słońca. Wpatrywał się w dal, wcielał się w przelatujące ptaki, dosiadał ich myślami i ulatywał daleko ku wolności. Ten widok, który tak pokochał zastąpiła mu teraz ściana drzew, kasztanów, przez których migoczące liście szumiące na wietrze przebijało się słońce. Znał tą celę. W niej pisał swój więzienny pamiętnik.
 
Dwa dni później napisał do Zofii zaskakujący list wydający się być mottem jego życia. W kilku poetycko ułożonych wersach zawarł w nim cały sens swego istnienia: „…Życie to sen- bajka i zmora, światło i cień- występują każde osobno, zlewają się w jedną mękę i radość. I tu- w więzieniu, i tam- w życiu. W twarde, okropne, nieraz życie wplata się poezja sama i myśl promienna. Ciemność przyciaga światło, jak suchy piasek ściąga wilgoć, a światło tam biegnie, gdzie ciemno i zimno- i grzeje, i opromienia. I oto, gdy słowa poezji uznanej odzwierciedlają to, co umarło dziś, co już jest kłamstwem- narodziła się nowa poezja czynu, konieczności dusz ludzkich, zaprzeczająca wszystkim tragediom położeniom bez wyjścia, rozpaczy beznadziejnej, odbiera ona samej śmierci i cierpieniu nieznośny tragizm i otacza życie aureolą nie męczeństwa, nie bohaterstwa, nie radości z wyjątkowości swej, lecz sczęścia bezgranicznego z życia istotnego swego…[23]”.
 
W połowie maja, czy też pod jego koniec, odbyła się kolejna rozprawa sądowa. Przez cztery dni odczytywano materiały zgromadzone przez policję. Z opisywanych w protokole zdarzeń jasno wynikało, że w organizacji pracuje głęboko zamaskowany donosiciel. Feliks był tym bardzo zaniepokojony. Zakończeniem procesu był wyrok za ucieczkę z katorgii: 3 lata robót katorżniczych. Spodziewał się, że wyrok zostanie podwyższony do pięciu lat, kiedy rozpocznie się kolejna sprawa. Nie mylił się. Dostał 6 lat, jednak w poczet kary zaliczono mu dotychczasowy areszt. Nie przerażała go wizja więzienia, nie myślał o kolejnych latach spędzonych z daleka od rodziny i przyjaciół, po prostu żył mając nadzieję, że kiedyś coś się zdarzy i wyjdzie na wolność.
 
Upalny żar lipcowego słońca zalewał celę numer 7 przynosząc duchotę nie do zniesienia. Jego towarzysz w celi otrzymał możliwośc wyjścia za kaucją 200 rubli. Niecierpliwie czekał na wezwanie strażnika, który miał go wyprowadzić z X Pawilonu. Strażnik jednak nie nadchodził. Feliks, przekonywał uciekając się do żartów, że przecież lepiej siedzieć tu, w celi, gdzie cicho jest i spokojnie, nie tak jak za murami, gdzie gwar i obowiązki, ruch i pojawiające się co i rusz problemy. Podobnie jak jego młody towarzysz, tak i on czekał na moment, gdy drzwi się otworzą i opuści więzienne mury. Ten moment był jednak tak bardzo odelgły znajdował się gdzieś daleko poza horyzontem, jeszcze nie można było go dostrzec. Upiorny upał i widok krat w oknach odbierały mu siły, czuł się osłabiony powątpiewając, że zdolny będzie do jakiegokolwiek działania.
 
Jego towarzysz celi doczekał się wolności. Rodzina czekała na niego, on czekał na nich, nadeszła szczęśliwa chwila. Feliks pozostał sam w celi. Nie miał nic przeciwko samotności. Wiele myślał o sobie, o Jasiu, żył w krainie swoich fantazji. Znów zmieniono mu celę, zagościł piętro niżej, w celi, z której widział bawiące się na podwórku dzieci.
 
Tymczasem Zofia w dalszym ciągu mieszkała w Krakowie. Jej życie plynęło szybkim nurtem wydarzeń. Jeszcze w marcu udało jej się spotkać po raz pierwszy z Leninem. Do Krakowa przyjechał też jej ojciec, który koniecznie chciał zobaczyć się z wnukiem. Podczas swego pobytu poznał wielu towarzyszy Zosi, z których najbardziej zaprzyjaźnił się z Adolfem Warskim. Razem z nim spacerował po mieście zachwycając się wspaniałą architekturą. Był to dla Zygmunta ostatni pobyt w Krakowie, a także ostatnie spotkanie z córką i wnukiem. Zygmunt Muszkat umarł w 1919 roku w Lublinie.
 
Pod koniec czerwca Zofia wraz z Marią Bratmanową i Jasiem wyjechała do wsi Zaryte koło Rabki będącą popularnym miejscem wypoczynku mieszkańców Krakowa. Zamieszkały u Franciszki Hanowej. W odwiedziny do nich przyjechała pani Bernsteinowa, która wówczas zobaczyła Jasia po raz pierwszy i nie mogła powstrzymać się od zachwytów podkreślając wyraźne podobieństwo chłopca do Feliksa. Było to wielkie przeżycie również dla Zosi, bowiem dopiero teraz poznała osobiście kobietę, która tak wiele pomogła jej w trudnych chwilach.
 
28 lipca 1914 roku Europę ogarnęła wojna. Konflikt narastał już od kilku miesięcy i wisząca nad Europą groźba zawieruchy wojennej w końcu opadła i rozpoczęła się pierwsza od czasów napoleońskich wojna państw na tak wielką skalę. Jak zwykle przyczyną była chęć przejęcia przez ówczesne mocarstwa rynków zbytu, złóż, terytoriów wpływów, podporządkowanie i wykorzystanie państw militarnie i gospodarczo słabszych. Była pierwszym symptomem walącego się porządku świata opartego na hegemonii przebogatych rodów.
 
Na wieść o wybuchu wojny, Zofia czym prędzej chciała się dostać do miasta, jednak nie miała za co. Pożyczyła zatem pieniądze od gospodyni dając w zastaw łóżeczko Jasia i wraz z Marylką wyjechały do Krakowa. Z Franciszka Hanową Zofia nie spotka się już nigdy.
Tymczasem władze austriackie uczyniły z Krakowa twierdzę. Ledwie Zosia wróciła z Jasiem do Krakowa, władze kazały bezwzględnie opuścić miasto wszystkim obywatelom Rosji.
 
Wszędzie było gwarno od emocji, jakie rozbudzała wojna, wielu mężczyzn zaciągało się do legionów. Trwała głośna pepeesowska propaganda wzywająca do walki o niepodległość, zachęcająca do udziału w imperialistycznej wojnie. Nie był to sprzyjający klimat dla internacjonalistów z SDKPiL, którzy stanowczo opowiadali się przeciwko wojnie. Wobec tej sytuacji Zofia z Jasiem zmuszeni byli wyjechać z Krakowa do Zakopanego, tym bardziej, że państwo Bujwidowie, do których zwróciła się o pomoc, odmówili finansowania lekcji dla ich dzieci. Zanim Zosia z Bratmanami znaleźli się w stolicy Tatr, trzeba było schować całe archiwum partyjne, które zostało złożone w piwnicy domu należącego do Józefa Pułczyńskiego na ulicy Krowoderskiej 79 (obecnie róg Al. Słowackiego 27). W mieszkaniu pod tym adresem mieściło się biuro sekretariatu Zarządu Głównego SDKPiL.
 
Zakopane zawiodło ich nadzieje na znalezienie bezpiecznej przystani. Szybko okazało się, że nie było szans na znalezienie pracy, co wiązało się z dużą ilością uchodźców, takich jak oni. Dużym problemem było samo znalezienie mieszkania. Po długich poszukiwaniach, udało się wynająć pusty pokój z siennikami, w którym zamieszkała pięcioosobowa gromadka przyjaciół. Spośród nich, jedynie Stefanowi Bratmanowi udało się znaleźć pracę, która zapewniała im skromne środki do życia.
 
Nastał październik, listopad, dni stały się ponure i chłodne. W skąpo ogrzewanym pokoju mały Jaś podupadał na zdrowiu. Zosia zdążyła jeszcze napisać list do Feliksa informując go, że są w Zakopanym i zapewne, by go nie martwić, zapewniła, że wszystko jest w porządku, a Jaś jest zdrowy.
 
Niebawem władze miasta nakazały mieszkańcom opuszczenie Zakopanego przewidując nadejście frontu rosyjskiego. Nie pozostało im nic innego, jak przez Kraków wyjechać do Wiednia. Wraz z nimi w tułaczą eskapadę wyjechał ich bliski znajomy Feliks Kon- ceniony historyk, dziennikarz i adwokat w procesach robotników po rewolucji 1905 roku. Wkrótce okazało się, był on zbawieniem dla przyjaciół. Otóż władze Austrii nie pozwalały pozostać uchodźcom, którzy nie mieli środków do życia, Feliks Kon miał przy sobie pieniądze PPS Lewicy, które zadeklarował, że należą do całej szóstki. Dzięki jego znajomości z przywódcą partii socjaldemokratycznej Wiktorem Adlerem, udało im się znaleźć tani pokój w wiedeńskim domu kolejarza. Tam, ku wielkiemu zaskoczeniu i radości, Zofia spotkała swą przyjaciółkę Wandę Krall. Po rozwodzie z mężem, z którym Wanda rozmijała się w kwestii światopoglądowej, wyemigrowała z Królestwa. Pieniędzy partyjnych Feliksa Kona nie naruszano. Podobnie jak w Zakopanym, utrzymywali się z pracy Stefana Bratmana, który zarabiał jako monter.
 
Atmosfera w Wiedniu stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Po dwóch tygodniach trzeba było się wyprowadzić z domu kolejarza. Zofia znalazła mały pokoik, w którym zamieszkała z Jasiem. Do Wiednia przyjechał Adolf Warski, który mając dość codziennych meldunków na policji, nie mogąc znaleźć pracy, postanowili wyjechać w grudniu do Szwajcarii. Wraz z nim wyjechała Zofia z Jasiem. Pożegnanie z Wandą było bardzo przygnębiające. Ani Zofia, ani Wanda [24] nie wiedziały, że już więcej się nie zobaczą.


[1] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 184
[2] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 184
[3] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 185
[4] Jak słusznie założyła S. Frołow, wyrażenie to mogło mieć zdecydowanie mocniejsze brzmienie, jednak ze względów ówczesnej cenzury zmieniono je.
[5] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 175
[6] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 190
[7] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 173
[8] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 176
[9] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 120-121
[10] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 120
[11] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Pisma. http://protivpytok.org/sssr/antigeroi-karatelnyx-organov-sssr/dzerzhinskij-f-e/dzerzhinskij-f-e-dnevnik-zaklyuchennogo-pisma, (odczyt z dn. 2.10.2013r.)
[12] F.Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 153-155
[13] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 183
[14] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 2 lutego 1914r., s. 95
[15] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 145-148
[16] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 176
[17] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, 1951, s. 124
[18] F.Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 149-152
[19] Dzierżyński miał na myśli Kolej Nadwiślańską, która tuż przed urodzinami Dzierżyńskiego została oddana do użytku i prowadziła od Mławy przez Warszawę, Chełm do Kowla.
[20] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, 1951, s. 128
[21] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 195/ F. Dzierzyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 304-305
[22] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 3-5 maja 1914, s. 102
[23] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 303
[24] Wanda Krall zmarła w okresie międzywojennym w szpitalu dla umysłowo chorych.
 
 
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.