Nazywam się Dzierżyński

rozdział XXVIII
 
 
Dotarłwszy do Warszawy Feliks zamieszkał przy ulicy Wilczej 62 [1], w mieszkaniu na czwartym piętrze u swoich znajomych z lat minionych- Marii i Włodzimierza Wakarów. W mieszkaniu, w którym dotychczas zwykł się zatrzymywać należącym do doktor Meszoreowej na ulicy Szkolnej nie mógł wrócić.
 
Maria Wakarowa z domu Wołkowyska została wydalona z wilczym biletem z siódmej klasy czwartego gimnazjum rządowego w Warszawie za udział i organizację strajku szkolnego w 1905 roku. W tym samym roku wstąpiła do SDKPiL, w której pracowała jako „technikierka”- przewoziła rewolwery i materiały partyjne do Łodzi i Zagłębia. Była aresztowana w 1905 roku za udział w manifestacji pierwszomajowej i skazana na zesłąnie na Syberię, które zamieniono na wydalenie z kraju.
 
Wyjechała do Berna w Szwajcarii, gdzie została przedstawicielką młodzieży socjaldemokratycznej. W 1906 roku wraz z przyszłym mężem Włodzimierzem wróciła nielegalnie do Warszawy. Wówczas poznała Dzierżyńskiego. W 1907 roku zdała maturę w Szwajcarii. Następnie została aresztowana w 1907, a w 1909 roku wypuszczono ją o drugiej nad ranem za wstawiennictwem teścia, wysoko postawionego urzędnika carskiego- prezesa Prokuraterii Generalnej Królewstwa Polskiego. Maria i Włodzimierz pobrali się tego samego dnia po wypuszczeniu na wolność o godzinie dziesiątej. Ochrana obiecała jej teściowi, że nie będzie brać pod uwagę działalności młodych Wakarów, jeśli bezpośrednio nie wplączą się jakąś sprawę polityczną.
 
W partii doskonale znano ich sytuację i dla bezpieczeństwa nakazano im utrzymywać pozory zaprzestania aktywności rewolucyjnej. Przez jakiś czas młodzi mieszkali w Grodzisku, a w 1910-tym wrócili do Warszawy. W tym też roku Maria ukończyła Wyższe Kursy Pedagogiczne J. Miłkowskiego. Feliks spotkał ją na ulicy i kiedy opowiedział o swoich problemach mieszkaniowych, Wakarowa chętnie wynajęła mu pokój licząc zarazem na odrobinę wsparcia finansowego. Nie przypadkowo też Feliks szukał schronienia u nich wiedząc, że są „czyści” dla Ochrany. Zamieszkał u nich pod nazwiskiem Zabłocki [2].
        
W ich domu było bardziej niż skromnie. Pomimo ciężkich warunków chętnie dzielili się choćby herbatą z Feliksem, ale ten zawsze odmawiał. Domownicy odczuwali wyraźnie, że nie chce im przeszkadzać, być intruzem. W wolnych chwilach bawił się z dziećmi Wakarów. Czteroletnia dziewczynka i trzyletni chłopiec od samego rana, o wpół do siódmej dokazywały z Feliksem. Uwielbiały go i szczęśliwe były z nowego towarzysza zabaw. Każdego dnia po przebudzeniu krzyczały: „My już nie śpimy, chcemy się bawić![3]” Brał je wówczas na kolana i opowiadał niesamowite bajki, które dzieci uważanie słuchały. Jedną z nich, w której bohaterami były świetliki opowiadał wraz z podkładem dźwiękowym melodii, która dobiegła z podwórza.
        
Każdego dnia o w pół do ósmej wychodził z domu. Nie było go przez cały dzień. Wakarowie nie bali się, że przyprowadzi za sobą „ogon” Ochrany. Wiedzieli, że Feliks jest zbyt cwanym lisem, by dać się łatwo schwytać. Miał dokumenty na inne nazwisko i inny meldunek, nikt nie dotarłby, gdzie naprawdę mieszkał.
 
Maria była zafascynowana Feliksem, jego niewidocznością, skromnością, subtelnością stojącą w sprzeczności z odpowidzią na jej pytanie, czy byłby w stanie zabić człowieka. Feliks odpowiedział je wówczas: „Najbliższego nawet bez skrupułów, gdyby przeciwstawił się sprawie dla mnie świętej[4]”. Maria Wakarowa określiła go jako bożyszcze i fanatyka. Człowieka, którego oczy z zazwyczaj łagodnych, podczas przemówień nabierały niesamowitego blasku, stawały się stalowe, a jego słowa hipnotyzowały.
 
Wspominała go pisząc: „…był człowiekiem niepospolitej energii i kryształowej uczciwości. Szlachetnośc biła z jego twarzy. Był wybitnym organizatorem i słuchaczy hipnotyzował swym autorytetem. Był uwielbiany przez robociarzy; przyjście „Józefa „ na zebranie było ucztą (…) Twarz ascety, wysoki, szczupły, wzrok przykuwały jego stalowe oczy, w których jednak malowała się niebywała dobroć i łagodność [5]”.
 
Pewnego wieczoru Feliks poprosił Włodzimierza o pomoc w redagowaniu odezwy piętnującej Józefa Unszlichta. Wakarowie nie zgadzali się ze stawianymi przez Feliksa zarzutami, pomogli mu jednak napisać, a Maria odhektografowała odezwy. Zrobiła dla niego wyjątek, bo pragnąc zachować „czystość” mieszkania, sprawy takie załatwiałą poza domem. Przez cały czas rozmawiali o tarciach wewnątrzpartyjnych, o rozłamowcach, na których myśl Feliks wpadał w furię. W końcu wyczerpani skończyli pracę o pierwszej w nocy. Feliks rzucił garść odezw na półke w sypialni. Wszyscy poszli spać słaniając się na nogach. Maria spała wraz z dziećmi, Feliks i Włodzimierz w sypialni.
 
Tej nocy, 1(14) września 1912 roku, o drugiej nad ranem do mieszkania zapukała policja. Drzwi otworzył Włodzimierz. Obudzona pukaniem Maria nie spodziewała się niczego złego. Przed drzwiami stało trzech policjantów. Dzierżyński udawał, że śpi, a stróż w tym czasie zapewniał policję, że nowy sublokator- Leopold Walecki, jest spokojnym i zaufania godnym człowiekiem.
 
Była to rutynowa kontrola. Policja dostała zadanie zrobienia rewizji u wszystkich podejrzanych o wrogą działalność polityczną. Wcześniej patrol ten był na Hożej u Unszlichta i Wiślickiego, którzy widzieli na kartce u policjantów nazwisko Wakarów, ale z racji tego, że Wakarowie nie mieli telefonu, nie mogli ich uprzedzić. Poza tym sami nie wiedzieli, że Dzierżyński u nich przebywa.
 
Policja zupełnie pobieżnie przejrzała mieszkanie. Funkcjonariusze byli zmęczeni, znudzeni i najwyraźniej mieli dosyć pracy.  Już mieli wychodzić, kiedy wzrok jednego z policjantów skupił się na odezwie leżacej na półce. Zrobiło się gorąco, atmosfera w mieszkaniu zgęstniała. Na pytanie, do kogo należą odezwy, Włodzimierz przyznał się do nich. Gdyby został aresztowany, oznaczałoby to potworny cios dla rodziny. Maria z dwojgiem małych dzieci nie dałaby rady, by przeżyć bez męża. Wówczas z posłania podniósł się Feliks, wyprostował się, głęboko zajrzał w oczy policjanta i rzekł najspokojniej w świecie: „Ci państwo niewinni. Nie znali mnie…. Nazywam się Dzierżyński…[6]”.
 
Oświadczenie to wywołało nie lada zdumienie na twarzach policjantów. Nie mogli uwierzyć, że ścigany listami gończymi mężczyzna, o którym pisano, że jest skrajnie niebezpieczny, stoi właśnie przed nimi. Z jednej strony niby sukces, z drugiej okazja, by przymknąć oko w zamian za chyłkiem włożone do kieszeni pieniądze, które sprawią, że oczy przestaną widzieć, a pamięć rozpłynie się we mgle. Carska policja była do cna skorumpowana, podobnie jak i żandarmi więzienni, wszystko było teraz kwestią ceny.
 
Dobytek pieniężny Wakarów tego dnia opiewał na 25 kopiejek. Feliks miał przy sobie 600 partyjnych rubli. Policjantów było trzech i chcieli 1000 rubli. Negocjacje obniżenia kwoty nic nie dały. 333 rubli na jednego policjanta okazało się kwotą za małą. Wkrótce negocjacje ustały, bo nie było już dalej sensu dobijać targu. Do mieszkania przyszła kolejna grupa 10 policjantów i ci też chcieli pieniądze w zamian za ślepotę i amnezję. Cały budynek został otoczony. Feliks wyszedł zatem w kajdankach z domu Wakarów, a Włodzimierza zabrano na przesłuchanie „wyjaśniające”.
 
Maria z trudem opanowywała emocje. Musiała udawać, że nie znała Feliksa, a przecież był jej tak drogi. Feliks do końca utrzymywał pokerową twarz i jedynie podczas wyjścia zapytał się Marii, czy może pożegnać się z dziećmi. Wziął je na ręce, a Marii świat zwalił się pod nogi. 
 
Oprócz austriackiego paszportu wydanego na nazwisko doktora Waleckiego znaleziono przy nim paszport na nazwisko Stanisława Ptaszyńskiego- chłopa. Feliks nie wrócił już do Krakowa, do którego w 1912 roku zawitał Lenin. Panowie znów się rozminęli. Nie zobaczył się też już więcej z Marią.
 
Kwadrans po wyprowadzeniu Feliksa, wyprowadzono Włodzimierza. Przesiedział w areszcie rok i trzy miesiące. Przez ten czas tylko raz rozmawiał z Feliksem o targu, jakiego Feliks chciał dopiąć podczas wejścia policji. Dzierżyński nie chciał utrzymywać z Włodzimierzem kontaktu, aby nie połączono jego sprawy z jego działalnością.
Feliks zdążył jeszcze jakimś cudem nadać wiadomość do Zofii pisząc na karcie korespondencyjnej zaadresowanej na ulicę Staszica 3 w Krakowie, gdzie mieszkali Bratmanowie, na nazwisko Zofii Waleckiej: „Moja droga!. Stało się nieszczęście. Bardzo mocno zachorowałem. Żałuję, że nie szybko ciebie zobaczę. Całuję ciebie i małego Jasia z całego serca. Twój Leonid [7]”.
 
Feliks miał rację, że w Warszawie przydarzy mu się wsypa. Był zmęczony. Wyjątkowo ciężko przeżył szóste już aresztowanie. Jego dawna buta, optymizm młodzieńczy gdzieś znikł, na szarej twarzy pojawiły się bruzdy zmartwień. Nic nie zapowiadało się na lepsze. Organizacja SDKPiL była skłócona. Brakowało kadr na wolności, a za murami więzień i na katordze było ich aż nadto. Wielu działaczy nie widząc promyka wolności, straciwszy nadzieję, popełniło samobójstwo. Rozłam fatalnie odbił się na finansach partii, która utrzymywała się jedynie ze składek jej członków. Pieniędzy było tak mało, że nie sposób było utrzymać nawet dwóch etatowych pracowników. Brak środków powodował odcięcie partii od swoich środowisk, od sympatyków, wydawania gazet, pracy rewolucyjnej. Z resztą nie było to bolączką samego SDKPiL, również PPS Lewica przetrzebiona przez aresztowania, również nie miała siły, by związać idee w jedną myśl i nią kierować.
 
Prasa donosiła o konflikcie bałkańskim, który z dnia na dzień stawał się coraz bardziej niebezpieczny dla Europy. Rozpędzony do szaleństwa świat Felika został nagle wyhamowany. Znalazł się w samotnej celi, gdzie oprócz walki z natrętnymi myślami od rana do nocy, nie miał absolutnie nic do robienia.
 
Urwał się jego kontakt ze światem, nie docierały lub docierały sporadycznie i niepełnie informacje o wydarzeniach w Priwislianskim Kraju, jak to pogardliwie rosyjska burżuazja powtarzając za carem określała Królestwo Polskie. Dowiedział się jedynie, że do Dumy dostał się Eugeniusz Jagiełło, PPS-owiec, którego poparły PPS-Lewica, Bund i żydowska burżuazja w obawie, że posłem zostanie kandydat Narodowej Demokracji- skrajnie antyżydowskiej partii. Nie miał też wieści od żony, której zdążył wysłać przeszmuglowane w okładce książki 100 rubli pomocne w ucieczce.
       
Trzytygodniowa podróż na wieczne zesłanie wiodła Zosię z Dworca Terespolskiego przez Moskwę, gdzie spędziłą kilka dni w więzieniu na Butyrkach. Następnie jechała przez Samarę (obecnie Kujbyszew), Czelabińsk, Omsk, Krasnojarsk do Irkucka. Znalazła się w brudnej celi razem z kilkoma kryminalistkami. Warunki były w niej tragiczne. Z chleba wysypywała się słoma, a w zupie z kapusty pływały zdechłe myszy. Pod koniec maja wraz z trzystoma innymi skazańcami Zofia wyruszyła w ostatnią podróż do miejsca zesłania w Orlindze.
 
Osada ta liczyła 31 jednakowych chałup wybudowanych przy szerokiej i brudnej drodze. Na polach uprawiano kapustę i ziemniaki, przy domach nie można było uświadczyć żadnego ogródka czy drzew. Większość mieszkających tam mężczyzn za cele dnia stawiało sobie spożywanie alkoholu pozostawiając swoim kobietom trud uprawy ziemi, utrzymania domu i wychowania dzieci. Była tam cerkiew, poczta, prowizoryczny szpital z felczerem i świecąca pustkami szkółka dla dzieci, w której nauczała żona popa. W wiejskim sklepiku dostać można było jedynie wódkę i naftę.
 
Już pierwszego dnia, ku wielkiej radości, Zofia odkryła, że na poczcie czeka na nią przesyłka od ojca z niewielką, ale jakże potrzebną kwotą pieniędzy. W zamian za nauczanie języka rosyjskiego i artymetyki córki gospodyni, Zofia otrzymywała wyżywienie. Nudne i monotonne życie w Orlindze pozbawione było wszelkich atrakcji. Ciągłe oczekiwanie na korespondencję zdawało się być jedynym zajęciem, było nadzieją, że przyjdą wieści o Jasiu i Feliksie. A wiadomości nie przychodziły często sprawiając, że Zofia czuła się jakby była w zawieszeniu, żyjąc gdzieś w zupełnie zapomnianym świecie. Pod koniec czerwca dotarała do niej wiadomość, że Jaś został przewieziony z ośrodka pani Sawickiej do jej stryja, doktora Mariana Muszkata[8] zamieszkującego w Klecku[9], gdyż był chronicznie chory i wymagał zmiany otoczenia i powietrza. Dopiero tam, dzięki staraniom stryja, mały Jaś powrócił do zdrowia. Wraz z tą wiadomością dostała zdjęcie synka, który, choć już powinien samodzielnie siedzieć, wciąż leżał. Zosia była tym bardzo zaniepokojona.
        
Jedyną atrakcją był przyjazd nowych osiedleńców- zesłańców, wśród których spotykała dawnych towarzyszy. Chodzili wówczas nad rzekę i długo rozmawiali o życiu i problemach zasłańców. Rozmowy niejednokrotnie trwały do świtu i były ciekawą odskocznią smutnego życia. Większość z nich byłą w Orlindze tylko przejazdem, nie mogli znaleźć dla siebie ani noclegu, ani pracy. Po krótkim pobycie wyruszali przed siebie szukając miejsca osiedlenia.
Kilka tygodni wcześniej Feliks, korzystając ze swoich introligatorskich umiejętności, w okładce starej i zniszczonej książce autorstwa Pawła Adama pt. „Siła” umieścił paszport na obce nazwisko i wysłał ten pakunek do Zofii. W kolejnym liście wysłanym z Krakowa 1 sierpnia 1912 roku zapytał szyfrując myśli, czy przeczytała książkę, w której jest wiele krzepiących myśli dających siłę. Niebawem przyszła odpowiedź potwierdzająca odebranie przesyłki z prośbą o „komentarze” czyli flotę- jak już wówczas mówiono na pieniądze.
Pod koniec sierpnia dotarła do Zofii przesyłka z pieniędzmi- 100 rubli.
 
Zbliżał się ostatni moment na ucieczkę, bowiem niebawem zamierała żegluga na Lenie. Paszport schowany w książce dodającej sił był prawdziwy, należał do jakiejś sympatyzującej z partią kobiety, pieniędzy była wystaczająca ilość. W ucieczce asekurowało Zofię dwóch przyjaciół, którzy sprawdzali czy w porcie nie ma znajomych policjantów, którzy natychmiast mogliby ja aresztować. Dzięki czujnościm przyjacioł okazalo się, że na statku przebywał dobrze im znany policjant. Wyprawa stanęła w martwym punkcie.
 
W ucieczce pomógł Zosi przypadek. Pewna kobieta wracała z Orlingi statkiem pocztowym i szukała towarzyszki podróży. Był to niesamowicie sprzyjający zbieg okoliczności, tym bardziej, że kobieta załatwiła sama wszystkie formalności. Podczas wejścia na pokład nie było wokół ani jednego policjanta. W kolejnych miejscach postoju nie było już tak bezpiecznie. W jednym z nich jej wzrok skrzyżował się z dwoma żołnierzami, którzy nie tak dawno eskortowali ją do Orlingi. Na szczęście nie zareagowali. Podróż dłużyła się. Po kilku dniach ciężkiej podróży po malowniczych i urzekających przestrzeniach Syberii, Zofia dotarła do Irkucka, skąd pociągiem udała się w dalszą drogę przez Czelabińsk do Samary.
 
Z Samary wyruszła do Moskwy, a stamtąd do Lublina, gdzie mieszkał jej brat Stanisław.
Planując wyjazd za granicę, Zosia pragnęła jeszcze raz spotkać się z najbliższymi. Nie mogąc wrócić do Warszawy, ani pojechać do Klecka, gdzie przebywał Jaś, napisała do ojca kartkę pocztową z prośbą o przyjazd do Lublina. Upragnione spotkanie z ojcem niespodziewanie odbyło się jeszcze na terenie Białorusi, gdzie na jednej ze stacji zobaczyła go, jak wsiadał do pociągu. Właśnie wracał z Klecka. Gdy nastała noc, przeszła do jego wagonu i tłumiąc emocje, zbudziła go. Uścisnęli się mocno zachowując ciszę, by nie wzbudzać zainteresowania podróżnych. Dalszą podróż odbyli oddzielnie.
 
W Lublinie, tak jak ustalili, rozdzielili się. Zosia wzięła dorożkę i pojechałą do domu Stanisława. Tam uradzili, że ze względów bezpieczeństwa, Zosia zamieszka u dwóch starych sióstr i nie będzie w dzień wychodzić z domu. Mogła wychodzić tylko po zmroku na krótki spacer. Tam odwiedzał ją ojciec i brat. Na wysłane do Krakowa listy do Feliksa nie doczekała się odpowiedzi, jedynie ich wspólny znajomy, Stefan Bratman, przekazał jej adres Franciszki Hanowej w Dąbrowie Górniczej.
 
Franciszka i jej mąż Julian byli członkami SDKPiL od 1903 roku. Julian był technikiem w Hucie Bankowej. Ich dom położony w pobliżu posterunku carskiej policji był częstym miejscem spotkań działaczy- tu omawiano najważniejsze sprawy regionu, rozdzielano kolportowaną literaturę.
 
Hanowa, która otworzyła jej drzwi przywitała ją smutną, aczkolwiek niezrozumiałą informacją- spotkało ich nieszczęście, Edmund został aresztowany. Nie do końca Zofia wiedziała o kogo chodzi, jednak z pobocznych informacji jakie udzieliła jej poczciwa kobieta, wywnioskowała, że chodzi o Feliksa. Była to druzgocząca wiadomość. Franciszka  zaoferowała pomoc w zorganizowaniu wyjazdu do Galicji. Zofia skorzystała z niej.    
W nastroju pełnym smutku i rezygnacji udało jej się dostać do Krakowa przez Będzin, gdzie czekała na nią wiadomość u Floriana wysłana przez Feliksa na krakowski adres Staszica 3: „Moja najdroższa! Stało się nieszczęście, zachorowałem bardzo. Już chyba nie prędko zobaczę Cię. Całuję Cię i Janka malutkiego z całego serca. Twój Leopold [10]”
 
Był to koniec jej marzeń o spotkaniu, o tym, by zacząć budować życie na nowo w trójkę. Napisała kilka listów do Feliksa, ale nie dostała odpowiedzi, poza sporadycznymi, zdawkowymi, krótkimi listami pisanymi w obecności żandarma. Nie dostał pozwolenia na trzymanie materiałów do pisania, miał zakaz widzeń i prawie rok siedział sam w celi. Jedyną rozrywką była codzienna gimnastyka.
 
Znalazłwszy się w Krakowie, Zosia wynajęła skromny pokój i zaczęła szukać pracy. Zwróciła się o pomoc do Krakowskiego Związku Pomocy dla Więźniów Politycznych, którego kasę przeznaczoną na pomoc uciekinierom z zesłania i więźniom zasilali wielcy polscy rewolucjoniści będący za granicą. Feliks Dzierżyński również był objęty jego pomocą. Tam została polecona do pracy jako sekretarz towarzysza Bogockiego w Zarządzie Głównym SDKPiL. Skromna pensja pozwalała na utrzymanie się. Rozłam, jaki nastał w partii, nieustające konflikty pomiędzy „zarządowcami” a „rozłamowcami” dawały się jej ostro we znaki. Równocześnie czyniła zabiegi, aby dopomóc w ucieczce jej przyjaciółce, Franciszce Gutowskiej. 
 
W grypsach przekazała informację Feliksowi, a ten sobie znanymi ścieżkami wydał polecenie zaufanym ludziom w partii. Gutowska otrzymała fałszywy paszport i prawdziwe pieniądze i wkrótce znalazła się w Krakowie. Zamieszkała razem z Zosią. Franciszka miała mniej szczęścia w szukaniu pracy. Musiała wyjechać do Zagłębia, gdzie wyszła za mąż. Zmarła w latach trzydziestych na cukrzycę.
 
Dni i miesiące mijały wolno, jakby i czas chciał ukarać Feliksa za to, że tak pędził przez życie, że łapał tyle spraw w garście, spijając do dna cały kielich życia. W samotności spędził kolejną Wigilię i Nowy Rok. Pomimo tak fatalnego samopoczucia, jakie towarzyszyło mu w Cytadeli, umiał zdobyć się na pocieszenie Aldony, która napisała do niego list pełen smutku i rezygnacji. „Dusza ludzka jak kwiat- wchłania bezwiednie w siebie promienie słońca i wiecznie tęskni za nim, za jasnością, więdnąc i pocąc się- gdy zło zasłoni mu tę jasność. Stąd płynie dla wszystkich otucha- z tej najgłębszej potrzeby duszy każdej i nigdy nie powinno być beznadziejności[11]”.
 
Opisywał, jak bardzo cieszy się słońcem, wiatrem niosącym zapach Wisły i jak ważne są dla niego te chwile afirmacji natury. Bezwzględnie potrzebował wyciszenia w jego skołatanej myślami głowie. Nagle odezwały się w nim wszystkie jego problemy, ale rozwiązać ich nie mógł nie posiadając tego, co dla człowieka jest najcenniejsze- wolności.
 
Po kilku dniach wewnętrznych batalii udało mu się odzyskać równowagę, choć trudno o nią będąc niepewnym losów swoich najbliższych: „Do Z.Z. Dzierżyńskiej, 7 stycznia 1913 roku. Droga Zosiu! Bardzo się niepokoję, jak żyjesz bez Jaśka. Zapewne strasznie tęsknisz- i jak się w ogóle urządziłaś?... Trudno mi pisać o sobie. O swoim życiu w X pawilonie, które zbyt dobrze znasz, mało mogę napisać interesującego. Dzień za dniem płynie, tydzień za tygodniem i tak już minęły cztery miesiące mojego uwięzienia. Wszystko minie, choć przede mną tyle tych miesięcy. Jestem już spokojny i te ściany nie mówią do mnie tak wiele, jak wcześniej, bowiem inne są już czasy. 
 
Trzeba oczekiwać na niedzielę, a tymczasem pogrążyć się we śnie. Czas spędzam przeważnie na czytaniu. Jestem całkowicie zdrów i nawet, wydaje mi się, że mi się polepszyło. Prawdopodobnie w krótkim czasie brat dostanie pozwolenie na widzenie się ze mną. W niczym nie odczuwam niedostatku, ale jeśli mógłbym być spokojny o ciebie i Jaśka, że wam jest jako tako dobrze, wtedy i mnie byłby dobrze. Nie mam artykułów piśmienniczych, list musze pisać pod nadzorem żandarma i spieszyć się- dlatego pisze tak chaotycznie. Twój Fel [12]”.
 
Od czasu aresztowania, Feliks przesyłał co miesiąc 15 rubli na utrzymanie swego syna. Później pieniądze przesyłała mama jednego z jego przyjaciół, pani Bernsteinowa, która wręcz przepadała za Feliksem. Sytuacja w rodzinie była bardzo ciężka. Ojciec Zosi, Zygmunt był bez pracy i żył na garnuszku Stanisława. Rodzina, w której przebywał Jaś, sama miała czworo dzieci na utrzymaniu. Zofia wystarała się o prace jako nauczycielka gry na fortepianie u państwa Bujwidów. Odo Bujwid był bakteriologiem, założył pierwszy w Polsce instytut zapobiegania wściekliźnie, był profesorem na Uniwersytecie Jagiellońskim i człowiekiem bardzo postępowym. Dzięki zarobionym pieniądzom z korepetycji i Związku Pomocy Więźniom Politycznym, Zofia mogła pomyśleć, nad zabraniem do siebie synka, tym bardziej, że pani Bernsteinowa zadeklarowała, że w dalszym ciągu pomagać będzie Zosi przesyłając 15 rubli miesięcznie. 
 
Dom przy ulicy Słowackiego 21
Zosia zamieszkała u swych przyjaciół, państwa Bratmanów na ulicy Słowackiego 21 w nowym, trzypokojowym mieszkaniu. Kilka dni później żona jej brata, Julia na przełomie maja i czerwca przywiozła do Krakowa Jasia. Po latach rozłąki, znów byli razem. Brakowało jeszcze obecności Feliksa. Przez następne dni, Zosia z Julią i małym Jasiem spacerowały po mieście podziwiając jego architekturę. Zwiedziły Wawel, kościół Mariacki, staromiejski rynek i Bibliotekę Jagiellońską.
 
W kolejnym liście, jaki otrzymała Zosia datowanym na 11 lutego 1913 roku, Feliks pisał:
„Zosiu, moja droga!
Powinnaś zatroszczyć się o ochronę swoich sił. Tak wiele z nich traci się na darmo w bezrozumnym życiu przynoszącym tylko znużenie i niezaspokojenie. Teraz, kiedy tu siedzę, widzę, jak wiele własnych sił mogłem zaoszczędzić, jak bardzo były nieproduktywne tylko dlatego, że nie trzymałem siebie w garści. Dlatego śmieszne mogą ci się wydawać moje rady słane stąd, których sam nie umiałem zastosować w swoim życiu, jednakże będę próbować to osiągnąć, ponieważ widzę i czuję jak bardzo jesteś zmęczona i znerwicowana.
 
Nie wyjazd w góry i życie tam bezczynne może przywrócić równowagę, tylko praca- połączenie swego życia z całym światem i regularne życie- codzienne, obowiązkowe przechadzki za miasto i obcowanie z przyrodą. Jednym ciężko jest uregulować swoje życie, ale przecież można zobowiązać się nawzajem, obserwować się, a wówczas łatwiej będzie to osiągnąć i wiele sił i nerwów będzie zaoszczędzonych i sama praca będzie płodniejsza i świadomość życia o wiele silniejsza. Czekam z niecierpliwością na pocztówkę od Jaśka. Prześlij mi także jego dawniejsze fotografie.
 
Marzę, by dostawać o nim najszczególniejsze wiadomości i tak bardzo chciałbym go zobaczyć, ale boję się, że się mnie przestraszy- nie mógłbym patrzeć na naszą kruszynę przez kratki- nie móc wziąć go na ręce i przytulić. Nie, nie potrafię, już lepiej w ogóle go nie zobaczyć, chyba że daliby pozwolenie na widzenie bez krat. Teraz jednak trudno to osiągnąć. W tą sobotę była u mnie Stasia z dziećmi. Nie chcieli ich wpuścić, mimo, że prokurator na przepustce pozwolił na to i dopiero po długich kłopotliwych rozmowach zezwolili jej wejść z dziećmi. O swoim „życiu” napiszę ci za tydzień. Za wasz list bardzo wam dziękuję i posyłam wam wszystkim serdeczne pozdrowienia. Twój Fel [13]”.
        
Po dość długiej przerwie trwającej kilka miesięcy, Feliks zdecydował się napisać kilka słów do Aldony. Przepraszał, że tak długo milczał, usprawiedliwiając to potrzebą odgrodzenia się od wszystkich, nawet najbliższych jego sercu, by odnaleźć równowagę duchową. Myślami jak zwykle powracał do czasów szczęśliwego dzieciństwa, odżywały w jego wyobraźni obrazy Dzierżynowa i okolicznych lasów i łąk, ciepłe promienie słońca, zapach wsi i domu. „Tutaj zaś pamięc szczególnie żywa- pisał do Aldony 3 czerwca 1913 roku- biegnie ku tym, których kocha- i wskrzesza lata dawne, tak dawne, wspólne, gdy nas tyle uśmiechów miłości i życia otaczało, choć i łez tyle było- młodość naszą, lata dziecinne. Wieś nasza, lasy, jej łaki i pola, rzeka rechotanie żab i klekot bociani, i cała ta cisza i muzyka dziwna o zmroku wieczornym, i rosa na trawie o poranku, i cała nasza rozhukana gromadka młodszych, i dźwięczny, donośny głos Mamy, zwołujący nas z lasu, znad rzeki do stołu, i ten stół nasz okrągły, samowar, i cały dom nasz, i ganek, gdzie zbieraliśmy się, i nasze smutki dziecinne, i troski Mamy- życie wciąż płynne na zawsze i bezpowrotnie uniosło to wszystko. Lecz pozostawiło pamięć i ukochanie, i przywiązanie- i aż do zachodu życia i duszy każdego z nas żyć będzie. I te wszystkie uśmiechy i blaski, łzy i smutki przeżyte niegdyś wspólnie- żyją wtedy w duszy. Dusza ludzka jak kwiat- wchłania bezwiednie w siebie promienie słońca- i wiecznie tęskni za nim, za jasnością, więdnąc i pacząc się, gdy zło zasłoni mu tę jasność [14]”.
 
I pisał dalej: „W tym dążeniu każdej człowieczej duszy ku słonecznemu światłu, opiera się nasza dobroć, wiara w lepszą przyszłość człowieczeństwa i dlatego nie należy nigdy poddawać się beznadziejności… Złym genem człowieczeństwa stała się obłuda: w słowach miłość, a w życiu bezlitosna walka o byt, o osiągnięcie tak zwanego „szczęścia” kariery… Być jasnym promieniem dla innych, samemu promieniować światłem- to większe szczęście dla człowieka, jakiego może tylko osiągnąć.  Wówczas człowiek nie boi się ani cierpienia, ani bólu, ani nieszczęścia, ani nędzy. Wtedy człowiek przestaje bać się śmierci, choć dopiero wtedy uczy się kochać życie takim jakim jest. Jedynie wtedy, gdy człowiek będzie chodzić po ziemi z otwartymi oczami  mogąc dostrzec wszystko, wszystko usłyszy i zrozumie, gdy wyjdzie na świat ze swojej ciasnej skorupy i będzie odczuwać  radości i cierpienia całej ludzkości, wówczas stanie się w istocie człowiekiem [15]”.
        
Dopiero w czerwcu 1913-ego roku w jego celi umieszczono więźnia, miał więc z kim rozmawiać. Niestety nie trwało to długo. Jego dni ubarwiały jedynie zdjęcia syna, jakie przysłała mu Zofia, wpatrywał się w nie i wyobrażał sobie, jak rozmawia z Jaśkiem. W lipcu dotarł do niego list od Sabiny. Odpisał. Zawarł w nim myśli mroczne i złowieszcze, jakby nie był już to ten sam Feliks sprzed roku. Odpłynął w melancholiczne odmęty filozoficznego sensu życia. „Przeszłości już nic nie zmaże- była- i żadne palenie listów nic tu nie pomoże- ani żadne wyrzekanie się swej przeszłości- ani żadne inne środki mechaniczne. Lecz każda przeszłość jest tym, co odeszło na zawsze, co umarło- własna, najbardziej własna przeszłość nawet jest czymś już obcym. Przecież własną naszą przeszłością jest też i życie wszystkich przodków naszych od stworzenia świata i naszym zżyciem- życiem całego wszechświata. Ta przeszłość jest o tyle tylko czymś i dzisiaj naszym, o ile wpłynęło (nie przez wspomnienia głowy) na stan obecny duszy, o ile dziś ta dusza wskutek historii swojej nie jest już w stanie miłować lub o ile stała się nienawidzącą [16]”.
 
Zawieszony w próżni wiele rozmyślał, czasem nawet zbyt wiele. Popadał w apatię. Cały świat kłębił się jego głowie. Analizował sytuacje, zamierzchłe historie starając się spojrzeć na nie z innej strony, by wyciagnąc z nich nowe wnioski. Nie szczędził też sobie krytyki, gdy spoglądałc na własne postepowanie.  Pisał o tym Sabinie: „Ile podłości było w życiu każdego- ukrytych najgłębiej może tylko wobec innych- i gdyby to pamiętać tak, trzeba by było zgorzeć ze wstydu i wstrętu. Ile krzywd się wyrządziło najbliższym, dalszym i obcym, ile łez wycisnęło- gdyby pamiętać to wszystko, trzeba było we własnych oczach stać się bydlęciem. I ten kto powie, że u niego nie było podłości żadnych, że nie krzywdził- sam nie przeżywał mąk piekielnych- ten kłamcą jest albo głupcem [17]”.
 
Rachunek sumienia przed samym sobą miał mu pomóc. Obnażył same dno swojej duszy, która nieskazitelną wszak nie była. Może łatwiej byłoby, gdyby nie korespondował z najbliższą mu Sabiną? Ale on pisał dalej: „Żyć musisz- musisz dla siebie i dla mnie- musisz przezwyciężyć niewiarę do życia- i wtedy ja, wtedy tylko będę mógł wytrwać i wrócić, a wróciwszy, dać świadectwo całej prawdzie mojej- całej miłości mojej. Tak daleka miłość moja- i słowa moje jak puste dźwięki może dolecą- jako słowa nie Twoje. A przecież- jesteś mi wszystkim. Tylko coraz trudniej pisać- i coraz wraca myśl uporczywa- nie przeszkadzać żywym. (…) Tak i teraz słowa moje, dźwięki puste, które nie potrafią nawet natchnąć wiarą we mnie. Są więc bezużyteczne- potrzebne może z przyzwyczajenia- tak jak papierosy moje, które mi nic nie dają prócz szkody, lecz nie chcę ich rzucić, albowiem zbyt mocno się do nich przyzwyczaiłem [18]”.
 
Pobyt w więzieniu wyniszczał Feliksa psychicznie. Z coraz większą siłą zaciskały się dłonie na gardle jego niezłomnej wiary i pragnienia życia. Sądził nawet, że po wyjściu na wolność stanie się zupełnie bezużyteczny, wyzuty ze wszystkiej energii, jaką miał do tej pory. Cały jego świat legnie w gruzy, a on sam, nie będzie miał na to żadnego wpływu.


[1] Dokładny numer domu nie jest znany. Może być to nr 62, 66 lub 68. W okresie PRL na ścianie kamienicy byłą tablica pamiątkowa.
[2] Nazwisko to podała Maria Wakarowa Baryczyna w swoich wspomnieniach
[3] F. Dzierżyński, Wspomnienia o Feliskie Edmundowiczu Dzierżyńskim, AAN, 61/III-2, dok. 97
[4] F. Dzierżyński, Wspomnienia o Feliskie Edmundowiczu Dzierżyńskim, AAN, 61/III-2, dok. 97
[5] F. Dzierżyński, Wspomnienia o Feliskie Edmundowiczu Dzierżyńskim, AAN, 61/III-2, dok. 95
[6] F. Dzierżyński, Wspomnienia o Feliskie Edmundowiczu Dzierżyńskim, AAN, 61/III-2, dok. 100
[7] N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, s. 82,  http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 22.03.2014r.)
[8] Niektóre źródła podają, że Marian był bratem Zofii. Zofia nie wspominała w książce „Lata wielkich bojów” o Marianie, a tylko o Stanisławie i Czesławie.  Marian, według tej wersji ożenił się z Julią Dorotą Gerc-córką Benedykta Gerca- baśniopisarza.
[9] Obecnie miasteczko na Białorusi w obwodzie mińskim
[10] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 170
[11] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 171
[12] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 7 stycznia 1913r., s. 89
[13] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Pisma. http://protivpytok.org/sssr/antigeroi-karatelnyx-organov-sssr/dzerzhinskij-f-e/dzerzhinskij-f-e-dnevnik-zaklyuchennogo-pisma, (odczyt z dn. 03.10.2013r.)
[14] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa1951, s. 117-118
[15] S.W. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s. 30
[16] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 138
[17] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 139
[18] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 141
 
 
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.