No to teraz zaokrągle

rozdział XXVII
 
 
Praca nie dawała Dzierżyńskiemu chwili na odpoczynek. Na przełomie maja i czerwca 1911 roku wyjechał z Leonem Tyszką do Paryża, gdzie na konferencji reprezentowali polskich socjaldemokratów. Dyskusje dotyczyły głownie nadchodzących wyborów do Dumy rosyjskiej, podczas której ścierały się dwa poglądy- legalizacji partii i jej działań oraz pozostaniu w podziemiu i walce o obalenie caratu. Konferencja ta pozostała w pamięci głównie z powodu tzw. „porozumienia Lenina z Dzierżyńskim”. Podczas obrad panowie wymianiali się na karteczkach pisanymi spostrzeżeniami, a na jednej z nich, zachowanych do dziś, Lenin napisał: „Czy należy wyrzucić z partii mieńszewików i likwidatorów?  No jak, Józefie?”. Dzierżyński odpowiedział: „Zrobić to trzeba koniecznie [1]”. Leon Tyszka mógł czuć się wykluczonym z tej sekretnej wymiany zdań, reprezentował on bowiem odmienny pogląd.
 
W późniejszym liście do Adolfa Warskiego, oczekując nowych informacji od niego, Dzierżyński opisując nie tyle rysujące się podziały, ale wręcz już drastyczne rozłamy myśli i idei napisał: „Moja bolszewickie serce jest w obawie [2]”.
 
Jeszcze w styczniu 1911 roku w liście Dzierżyński do Zdzisława Ledera pisał: „Berlin nie odpowiada na moje listy, nie wypełnia bieżących spraw, do tej pory nie dostałem protokołu ich posiedzenia z 6 grudnia, nie odsyłają moich ankiet, które im posłałem, nie odesłali mi mojego sprawozdania finansowego, nie spieszą się z wydanie „Czerownego Sztandaru”, nie mówiąc już o tym, że miałem oddać do druku dwa artykuły już dziesięć dni temu”
        
Tymczasem w SDKPiL sytuacja stale się pogarszała. W październiku 1911 roku SDKPiL opuścił Zdzisław Leder. Zarząd ignorował działaczy, wobec czego należało zorganizować konferencję partii i wyjaśnić dręczące problemy. Punktem zapalnym grudniowego spotkania, okazała się kwestia legalizacji związków zawodowych. „Zarządowcy” uważali, że związki zawodowe powinny być ściśle uzależnione od partii, natomiast zdaniem „rozłamowców”, związki zawodowe powinny działać samodzielnie zjednoczone walką z szeregami partyjnymi uznając kierowniczą rolę SDKPiL i współpracując z nią.
 
Sytuacja w kraju była bardzo trudna. Wielu działaczy zostało aresztowanych lub zostali wysłani na katorgę, brakowało kadr, agitatorów, a dawny blask partii bladł coraz bardziej tracąc wpływy w środowisku robotniczym. Pomimo wielu prób, nie udało się dojść do porozumienia. Zarząd Główny nie zatwierdził składu Komitetu Warszawskiego SDKPiL, twierdząc, że konferencja była niezgodna ze statutem partii, ponieważ zarząd nie został o niej poinformowany i nie uczestniczył w niej jego reprezentant.
 
W tych trudnych dniach powiadomiony przez żonę Feliks zdołał jeszcze pomóc Władysławie Guzowskiej siedzącej z Zofią w więzieniu, interweniując w Związku Pomocy Więzniom Politycznym, który przesłał pozbawionej środków do życia zesłance pieniądze, a warszawska organizacja pomocy więźniom nadesłała jej odzież i buty. Z resztą robił to nie raz nawet siedząc w wiezieniu. Zawsze, gdy dowiadywał się, że któryś z towarzyszy cierpi biedę, przebywa w więzieniu, nie ma rodziny, która mogłaby go wesprzeć pieniędzmi- interweniował, jak choćby w 1914 roku w przypadku Marcina Pakosza „Zagranicznego”. Napisał wówczas do Zosi w liście z 8 stycznia 1914 roku, aby wysyłała regularnie po kilka rubli dla niego, gdyż ten, zamknięty w więzieniu od 16 marca 1913 roku nie ma grosza przy sobie i głoduje, a na domiar złego strażnicy skonfiskowali mu 50 rubli. Wszystkie te zabiegi czynił to z wielkim wysiłkiem, bo czuł się coraz gorzej. Zaczęły się problemy z pamięcią i koncentracją.
 
Rozłam pogłębiał się. Rozłamowcy, między innymi Józef Unszlicht, Wincenty Matuszewski i Jakub Hanecki zarzucali coraz ostrzej Zarządowi Głównemu będącemu za granicą listowne kierowanie partią, nieznajomość realiów, oderwanie od mas i utratę zdolności kierowania partią. Na postulat zwołania konferencji SDKPiL Zarząd pozostał głuchy.
 
Podobnie jak Duma była głucha na tzw. „kampanię petycyjną” rozpowszechnianą przez mieńszewików w Rosji, a w Królestwie przez PPS Lewicę, mającą na celu wysyłanie petycji do carskiej Dumy w sprawie ustanowienia swobody zrzeszania się czy strajków. Dzierżyński taki pomysł i metodę walki uważał za utopijny, będąc przekonanym, że jedynie fizyczne obalenie caratu może przynieść postulowane żądania.
 
Na początku listopada Dzierżyński wyjechał w sprawach partyjnych do Brukseli skąd przez Paryż wrócił do Berlina, gdzie najchętniej widziałoby go kierownictwo SDKPiL. Pozostał tam do świąt Bożego Narodzenia.
        
Jeszcze w Krakowie Feliks Dzierżyński poznał Juliana Leszczyńskiego (Leńskiego)- socjalistę, który od czasów gimnazjum pasjonował się ideą i literaturą socjalistyczną dając temu wyraz w wielu polemikach. Julian obracał się w młodości wokół środowisku Ignacego Daszyńskiego i znany był ze swej skrajnej niechęci do kościoła, przez co był niejako represjonowany na Uniwersytecie Jagiellońskim będąc pozbawionym stypendium. Jego babka, bardzo religijna kobieta, kropiąc go wodą święconą wypędzała diabła z jego duszy.
Leszczyński był człowiekiem bardzo inteligentnym, miał doskonałe maniery i słynął z dobrego gustu ubierania się.
 
W obyciu, jak wspominał go Wacław Solski, był dość sztywny, zgryźliwy i nie miał poczucia humoru. Spotkanie z nim musiało wywołać nie lada wrażenie na dwanaście lat starszym Dzierżyńskim. W liście Feliksa do Stefana Bratmana z 9 stycznia 1912 roku, który między innymi współpracował z Feliksem przy wydawaniu i redagowaniu „Czerwonego Sztandaru” w okresie Rewolucji 1905 roku, tak opisywał Juliana zarazem dając mu rekomendacje: „Otóż on, Leszczyński, stanowczo może kolosalnie się wyrobić na dzielnego SD-ka. Brak mu tylko organizacyjnej partyjności. Idzie on teraz do kraju, nie ma floty. Ma się przygotować do matury rządowej. Na lato wyjedzie do Kazania, a teraz chciał jechać do Płocka. Zaproponowałem mu jechać do Łodzi. Na całego facet iść nie może, bo nie ma organizacyjnego wyrobienia- sypnąłby się niechybnie. Proponuję mu znaleźć w Łodzi lekcje (korepetycje), a na razie udzielić pożyczki. Mógłby w Łodzi oddać duże zasługi w lokalnej robocie: jakąś szkołę prowadzić, dbać o zbiórkę pieniędzy, przygotowywać referaty, ułatwiać korzystanie ze stenogramów Dumy [3]”.
        
Julian Leński również musiał być pod wrażeniem rozmowy z Dzierżyńskim, gdyż prawie dwa tygodnie później wyjechał do Łodzi, a stamtąd do Warszawy, gdzie Józef również posłał mu rekomendacje z propozycją, aby zajął się pracą wśród młodzieży i działalnością literacką. Dzierżyński bardzo interesował się losem Juliana, któremu niestety nie udało się znaleźć pracy w Warszawie i po krótkim pobycie u brata w Płocku powrócił do Krakowa. Tam zaprzyjaźnił się z Jakubem Haneckim, który mieszkał w tym samym domu na ulicy Zwierzynieckiej 9, a także z Wincentem Matuszewskim.
        
28 wrześniu 1911 roku Dzierżyński ponowił próbę uzyskania zezwolenia na wyjazd do Królestwa. Napisał o tym do Zarządu: „Nie protestujcie przeciwko temu, bowiem ja powinienem albo cały być w ogniu i odpowiadającej mi pracy, albo włożą mnie do grobu.  Wasza polityka pozbawia mnie możliwości czynienia tego co dyktuje mi nie tylko moje sumienie partyjne, ale i całe moje jestestwo, skończy się tym, że niesławnie zgine dla sprawy. Korzyść z tego dla partii niewielka- jeśli natomiast „wpadnę”- wówczas mój przykład da Wam siłe i moc, abyście mogli zażądać tego również od innych, podniesie prestiż ZG, pokazując naocznie, że wobec konieczności nie ukękł się więzienia[4]”. Jego argumenty nie przekonały Zarządu.
        
Samuel Łazowert
W styczniu 1912 roku Dzierżyński ponownie przyjechał nielegalnie i bez zezwolenia Zarządu do Warszawy, gdzie odwiedził rodziców Zofii. Został bardzo serdecznie przyjęty. Rozmawiali o sytuacji Zofii i Jaśka analizując możliwości, aby w jakiś sposób im pomóc, a przynajmniej zapewnić Jaśkowi opiekę. Po pół godzinie od wyjścia, w mieszkaniu pojawiła się policja i przeczesała całe mieszkanie, a na koniec aresztowała dwie siostry macochy Zofii i urządziła zasadzkę, w którą wpadł jeden z członków SDKPiL- Salek- Samuel Łazowert. Kiedy Feliks dowiedział się o tym nalocie policji, zaczął poważnie zastanawiać się, czy aby w organizacji nie siedzi ukryty szpicel. 18 stycznia 1912 roku pisał do Zarządu Głównego: „Prowokacja w Warszawie jest oczywista. Wyobraźcie sobie, że coś na drugi dzień, dzień po moim wyjeździe z Warszawy i na mnie urządzili polowanie. Posadzili nawet zasadzkę u ojca Zosi. Naturalnie, że im się tak łatwo nie uda [5]”.
 
Policyjna pętla nad Feliksem szybko się zacieśniała. Po latach wspomniał mrożący krew w żyłach epizod, jaki przytrafił mu się w tym czasie w Warszawie: „Było to w 1912 roku, kiedy po ucieczce z Syberii pracowałem nielegalnie w Warszawie. Trwały polowania na nas, ale wszystkie przypadki kończyły się pomyślnie. Stałego zameldowania w mieście nie miałem, musiałem ciągle zmieniać noclegi. Pewnego razu szedłem ulicą, a pod pachą i w kieszeniach miałem mnóstwo ulotek. (…) Nagle, na jednej z głuchych ulic chwyta mnie pod ręce dwóch szpiclów mówiąc: -Idziemy na policję sprawdzić twoją tożsamość…
 
Po tym, jak oni mnie podeszli zrozumiałem, że oni nie wiedzą kim jestem i, że specjalnie na mnie nie polowali. Cały mój kapitał składał się z dwóch złotych pięciorublówek. Wyjąłem jedną i ukradkiem pokazałem ją prawemu szpiclowi. Ten kiwnął głową, ale pokazał oczami na lewego. Wtedy milcząc pokazałem pięciorublówke lewemu. Ten kiwnął do prawego. Podeszliśmy do sporego domu z bramą, wchodzę do bramy razem z nimi i trzymam w każdej ręce złote monety. Wyciągnąłem spod płaszcza prawą rękę i wręczyłem monetę lewemu szpiclowi, a lewą prawemu. Obaj je wzięli, a ja obróciłem się i odszedłem [6]”.
        
Perspektywa dalszych lat Zofii nie przedstawiała się imponująco. Wszystkie dokumenty zebrane przez Feliksa i jej adwokata świadczące na jej korzyść zostały przez sąd odrzucone. Zofia i jej przyjaciółka Franka Gutowska zostały skazane na wieczne osiedlenie i pozbawienie wszelkich praw. W drodze łaskawości sądu, Zofia mogła zabrać swojego synka ze sobą. Byłoby nieludzkie i okrutne zarazem, by narażać wątłą i bezbronną istotę na tak ciężką i daleką podróż. Jej ojciec, Zygmunt, który był obecny na rozparawie w sądzie na ulicy Miodowej pisał do Feliksa: „…śmieszne i żałosne wrażenie sprawiał te puszący się się swoja siłą aparat sądowy z siedmioma sędziami, prokuratorem napawającym się swoja zawziętością, sekretarzem i woźnym stojących naprzeciw dwóm, słabym, chudziutkim kobietom z niemowlęciem przy piersi pod strażą uzborojonych żołnierzy z szablami w dłoniach. To jest aparat karmiący się zgniłą podłością i bezprawiem, który szybo już rozsypie się w proch, jeśli dwie słabe kobiety wywołują w nim takie przerażenie, że trzeba ich wysłać na koniec świata [7]”.
 
Na rozprawę z Lublina przyjechał także starszy brat Zofii, Stanisław i ich macocha Karolina. Także i oni byli świadkami tej komicznej sytuacji, kiedy mały Jaś zaczął płakać, a sędzia w zdenerowaniu zaczął uciszać dziecko lub raczej zagłuszać dzwonkiem. Wyrok był dla wszystkich szokiem, tym większym dla Gutowskiej, która ani nie działała w organizacji, ani nie miała nic z nią wspólnego poza nieszczęsnym obrazem. Na domiar złego w więzieniu nabawiła się gruźlicy.
 
Feliks od października 1911 roku szukał rozwiązania sprawy oddania synka pod opiekę. Macocha Zosi nie była w stanie zaopiekować się wnukiem. Ich przyjaciółka, Maria Bratmanowa, w październiku urodziła syna jednak i ona nie dawałaby sobie rady opiekować się dwoma maluchami. Doskonale wiedział o tym Feliks, który przez krótki czas mieszkał u Bratmanów na Kilińskiego 18. W tym czasie Stefan Bratman będąc zdolnym fotografem amatorem zrobił Feliksowi zdjęcie, które ten posłał Zosi. Nie było to mądre posunięcie. Władze podejrzewały, kto jest mężem Zofii i upewniły się zabierając nadesłane zdjęcie przekazując Ochranie do porównania.
 
Podczas pobytu w Warszawie, Feliks spotkał się z Januszem Korczakiem, który zasugerował mu oddanie małego Jasia pani Sawickiej- właścicielce małego żłobka, nowotwartego prywatnego zakładu dla niemowląt, która mogłaby nim zaopiekować się w czasie, kiedy Zofia podziwiać będzie mroźną, syberyjską przyrodę.
 
Podczas przekazania dziecka 15 lutego 1912 roku, kiedy do więzienia przyjechał wraz z Anną Messing, wieloletnią towarzyszką partyjną, która znała się z Zofią od 1906 roku, Feliks po raz pierwszy zobaczył swojego małego, ośmiomiesięcznego synka. Mały Jaś chorował, jego konwulsje nasiliły się. Doktor Korczak zawyrokował, że dziecko musi być dokarmiane piersią, znaleziono zatem kobietę, która dwa razy dziennie przychodziła do Jasia i karmiła go. Na hasło ratowania Jasia odpowiedziała też dawna towarzyszka partyjna Justyna Kempner, która zaoferowała dokarmianie dziecka zastępując wcześniej poznaną kobietę.
 
Feliks nie przypuszczał kiedy wyjeżdżał od pani Sawickiej, że będzie to bardzo długie rozstanie. Tymczasem Zofia załatwiała ostatnie sprawy jakie jej pozostały- oddała jedyną wartościową rzecz- złoty medal za ukończenie pensji, który jej brat Stanisław sprzedał, aby opłacić pobyt Jasia w żłobku, a na widzeniu z rodziną, gdzie ostatni raz zobaczyła Jasia, starała się przekazać listy Feliksa, by ocalić je przed wścibskim okiem władzy. Niestety czujne oko strażnika nie pozwoliło jej tego dokonać mimo kilku prób i w rezultacie musiała je zniszczyć.
        
25 marca Zofia została przewieziona z Pawiaka do więzienia na Pradze, gdzie po poniżającej rewizji i odebraniu rzeczy osobistych przewieziono ją na Dworzec Terespolski, skąd wyruszyła w daleką podróż do Orlingi- miejsca jej zesłania. Feliks już wtedy obmyślał plan wyrwania żony ze szponów przeznaczenia, jakie nałożył na nią carski system represji. Zanim jego plan się wyklarował, w listach do żony udzielał wielu rad będąc doświadczonym katorżnikiem, człowiekiem bez praw i zbiegiem, aby jak najłatwiej było jej przetrwać trudny czas podróży. Przesłał jej koszule, polecił zaszyć kilka rubli w odzieży oraz materiał, który chronił przed insektami i gryzoniami w podróży. Zalecał na co wydawać pieniądze, co jeść, aby zachować jak najwięcej sił. Z krótkiego listu Zofia wywnioskowała, że Feliks jest w kiepskim stanie, gdyż pisał, że gdyby patrzeć na życie tylko jednym dniem, który mija, lepiej jest umrzeć.
       
Pomimo burzy w swym życiu prywatnym, nie zaniedbywał pracy. Korzystając z tego, że był w Warszawie udał się na zebranie w „Ołowiance” na ulicy Terespolskiej. Zenon Andruszkiewicz, późniejszy autor wspomnień o Dzierżyńskim zobaczył go tam po raz pierwszy i na zawsze zapamiętał. Zebranie zaczęło się o dziesiątej w nocy. „Po przemówieniach innych mówców, o dwunastej zabrał głos (Dzierżyński- Z.F.) i rzekł- No teraz ja zaokrąglę… Jak zaczął zaokrąglać to do szóstej rano. Mówca był dobry. Jego spojrzenie elektryzowało. Wszyscy go lubili [8]”.
        
Burza po rozłamie w partii zaczynała zataczać coraz większe kręgi. Na styczniowej Konferencji SDPRR w wyniku zawirowań w SDKPiL nie uczestniczyli jego przedstawiciele. Feliksowi nie podobało się ani to, że „rozłamowcy” oderwali się swym Komitetem Warszawskim od Zarządu, ani zbyt ostra reakcja Zarządu na wystąpienie „rozłamowców”. Uważał, że najistotniejszą sprawą w partii jest jej jedność i mimo sympatii do Warskiego i pozostałych buntowników, poparł Zarząd Główny. Aby ratować jedność partii uzyskał po wielu prośbach zezwolenie na oficjalny wyjazd do Warszawy, Częstochowy i Łodzi, gdzie miał zająć się konsolidacją członków partii, organizować zebrania i wyjaśniać kierunki rozwoju ruchu socjaldemokratycznego. Zmianie uległo jego konspiracyjne imię. Teraz był Edmundem.
 
Przed wyjazdem zostawił list do towarzyszy mówiący o jego podejrzeniach, że w ich szeregach czai się szpieg Ochrany. Było to jak najbardziej słuszne podejrzenie. „Jadę pomimo to, że na mnie w Warszawie ochrana, dobrze poinformowana o moim przybyciu, ustawicznie urządza polowania, jak to miało miejsce w styczniu, kiedy dzięki przypadkowi udało mi się ujść z rąk policji i nie wpaść w pułapkę. I mam dane do przypuszczenia, że teraz polowanie na mnie rozpocznie się ze zdwojoną gorliwością. Ale sądzę, że jeśli w ogóle może być uzdrowiona Organizacja Warszawska i uchroniona nadal od rozkładowego wpływu wymienionych dezorganizatorów- to najskuteczniej mógłbym uczynić to ja, przy mej znajomości miejscowych warunków i ludzi. Niestety, jestem bardziej niż przekonany, że z tej podróży nie wrócę [9]”.
 
Feliks podejrzewał, że człowiekiem, który współpracuje z Ochraną jest Józef Unszlicht. Na wiosnę 1912 roku, był o tym przekonany. Tym bardziej, że Unszlicht należał do grupy „rozłamowców”, więc mógł celowo destabilizować życie partii. I faktycznie, w organizacji działał prowokator, ale nazywał się Włodzimierz Afanasiew.
 
W czerwcu Zarząd Główny zdecydował się opublikować odezwę „Do ogółu partii” oskarżającą władze Komitetu Warszawskiego o spisek, prowokację nie przedstawiając żadnych dowodów, czego rezultatem była narastająca niechęć do Zarządu warszawskich rozłamowców. W odpowiedzi na odezwę zarządu po konferencji Komitetu Warszawskiego ukazała się odezwa, w której oskarżono między innymi Różę Luksemburg i Juliana Marchlewskiego o zatracenie ideowego wpływu na warszawską organizację i brak zaufania.
 
Dzierżyński zabrał się do pracy reaktywując w wielu zakładach przemysłowych związki zawodowe. Silne struktury powstały w zakładach przemysłu drzewnego, metalowego, włókienniczego, budowlanego i wielu innych, do których często przyjeżdżał Dzierżyński począwszy od marca 1912 roku. W tym samym czasie organizował protest przeciwko poparciu burżuazyjnego Koła Polskiego w Dumie pomysłu przeznaczenia kwoty 502 milionów rubli na unowocześnienie carskiej marynarki wojennej.
 
Nie można przyjąć, że Dzierżyński zajmował się wyłącznie sprawami partyjnymi ze śmiertelną powagę rewolucjonosty. Był człowiekiem takim jak każdy, wielobarwnym, mającym swoje lepsze i gorsze dni. Oczywiście jedne cechy charakteru górowały nad innymi nadając mu swój rys nieugietego i bezkompromisowego aktywisty partyjnego przesiąknietego marksizmem, budującego podwaliny nowego, lepszego i bardziej sprawiedliwoego świata.
 
Niesłusznie kreuje się jego wizerunek jako człowieka, który w swym życiu bezgraniczne poświęcił się partii, żył dla niej i z niej. Owszem sprawy rewolucyjne, robotnicze zajmowały większość jego czasu, wszak był „zawodowym rewolucjonistą” jak siebie w późniejszych czasach określał. Był też tak samo spragniony rozrywek, luźnych dyskusji, dowcipów, śmiechu jak każdy inny człowiek.
 
Pomimo swej wysokiej rangi partyjnej potrafił czasami zaskoczyć towarzyszy jakimś sztubackim wybrykiem, jak choćby przypadek opisany przez Edmunda Gibartowskiego, ps. „Żółty”: „Zdaje się w 1912 roku w czasie Zielonych Świątek- mieszkałem wówczas na Podgórzu na pierwszym piętrze- późno już w nocy posypały się kamienie do mego otwartego okna. W pierwszej chwili nie mogłem pojąć, by w spokojnym, w pogrążonym w świątecznym śnie Krakowie mógł sobie ktoś pozwolić na tak niewczesną awanturę. Wychylam się przez okno i wodzę właśnie „Józefa” na czele trójki bombardującego z ulicy mieszkanie moje, otworzyłem bramę i zaprosiłem trójkę do środka. Byli to „Józef”, Pruchniak i Gruntowski („Zakonnik”). Rozbawiona trójka zagościła u mnie i do rana przewracalismy w dyskusji nie tylko Polskę, nie tylko Rosję, lecz świat cały do góry nogami [10].”
 
Wielokrotnie w soboty gościł w dość ponurej i archaicznej kawiarni Saurera na rogu Rynku i uliy Sławkowskiej na pierwszym piętrze, gdzier spotykał się z państwem Szapiro- Bernardem i Marią oraz z Edwardem Grabowskim. Rozmawiali między innymi o możliwości połączenia się PPS Lewicy z SDKPiL, o wyborach do IV Dumy carskiej.
 
W sierpniu w dniach 11-17 Dzierzyński wziął udział w konferencji berlińskiej SDKPiL, a po powrocie przewodniczył rejonowym zebraniom partyjnym z Zagłebiu Dąbrowskim, w Łodzi i Częstochowie. Zebrania te były reperkusją paryskiej decyzji odsunięcia mieńszewików i pozostałych rozłamowców od głównego nurtu partii bolszewickiej. Wiele razy powtarzał, że należało znacznie wcześniej odciąć się od mieńszewików, a zwłokę traktował jako wielki błąd. Mówił w rozmowie ze Stanisławem Bobińskim: „…nasze nie dość zdecydowane zbliżenie się do bolszewizmu zaciążyło fatalnie na rozłamie, że gdybyśmy poszli z Leninem, na pewno by nam bolszewicy pomogli szybko zlikwidować rozłam, że co najważniejsze- partia rozwijałaby się ideowo pomyślniej, nie wpadając w to osłabienie ideologiczne, które charakteryzuje działalność obu odłamów SDKPiL w latach rozłamu [11]”.
 
Przejeżdżając przez Katowice w podróży do Zagłębia często zatrzymywał się tam na dzień lub dwa u Caspariego na Gneisenaustrasse 12, który oficjalnie był członkiem pruskiej PPS, a sercem oddany był sprawie SDKPiL świadcząc Dzierżyńskiemu wiele przysług- przyczynił się do rozpowszechniania wydawnictw esdeków w Prusach, transportował nielegalne wydawnictwa przez granicę. Dzierżyńśki miał do niego pełne zaufanie.
 
Będąc w Krakowie Feliks spotkał się z ponownie z Włodzimierzem Iljiczem, który przyjechał tam wraz z Nadjeżdą Krupską i swoją matką Elżbietą Wasilijewną. Miasto Kraka przypominało Leninowi Rosję. Nadjeżda była w nim zakochana, przywodziło jej wspomnienia lat dzieciństwa, które spędziła w Polsce. W Krakowie było bardzo dużo pracy. W samym mieście żyło około czterech tysięcy polskich emigrantów z terenów Królestwa Polskiego. Znalazł się czas na wypoczynek- Lenin ze swoimi najbliższymi oraz z Feliksem Dzierżyńskim pojechali do Zakopanego, a statąd udali się w wysokie Tatry.
 
Pomimo wielkiego ryzyka aresztowania Feliks wyjechał do Warszawy, aby dalej scalać oddalające się komórki partyjne SDKPiL i nakłonić jej członków do utrzymania jedności pod przewodnictwem Zarządu Głównego z Berlinie. Zdaniem zarządu, Komitet Warszawski, zwłaszcza jego kierownictwo „opanowane jest przez prowokatorów[12]”, co
        
Dzień po pierwszomajowym święcie, Sabina, nie mogąc zapomnieć o Feliksie napisała do niego kolejny list w zupełnie odmiennym tonie. Na nowo odżyły w nim skrzętnie chowane uczucia, napełniały go radością, czuł się bardzo szczęśliwy. „Znów wielki hymn życia wypełnia duszę, myśl i serce po brzegi. Kocham Cię. (…) Odkupię swą winę, udźwignę karę i znowu- sam opromieniony miłością, która zmartwychwstała- będę jasnym dla ludzi i życia promieniem. (…) Czuję na sobie pieszczoty słońca- tulą się do mnie kwiaty i zieleń łąk, i błękit nieba- odurza mnie i ogrania całego ta muzyka dziwna, miłosna, która wstępuje we mnie z tego świata. Tyś znowu opromieniła mi życie- zbudziłaś mnie ze snu okropnego. Kochaj mnie mocno, nie zostawiaj samego, szczęście Ty moje, moja pieśń wyśniona, życie Ty moje, wiosno moja [13]”.
 
Po dwóch latach Sabina wybaczyła mu, że oddał się innej kobiecie, że wziął z nią ślub i spłodził dziecko. Feliksowi nie udało się kolejny raz rozerwać nici łączącej go z Sabiną, była ona zbyt silna. Sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana niż dawniej. Na zesłaniu w głębi Rosji była żona, Zofia. W Warszawie w żłobku przebywał jego syn, w Łodzi mieszkała Sabina, a on ścigany był przez policję całego imperium. Z sytuacji tej musiał jakoś wybrnąć tracąc jak najmniej twarzy wobec Zofii i Sabiny.

[1] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 193
[2] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 194
[3] S.S. Nicieja, Julian  Leszczyński-Leński, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 45
[4] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 35
[5] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 197
[6] F.D. Swierczkow, W transporcie, Metall, nr 7-8, 1927, s. 22-26
[7] N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, s. 79,  http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 22.03.2014r.)
[8] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-1, dok.1
[9] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 164
[10] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-1, dok. 76
[11] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Wiedza, Warszawa 1969, s. 201
[12] S.S. Nicieja, Julian Leszczyński-Leński, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 49
[13] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 137
 
 
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.