Te pierożki bardzo lubił Pan Feliks

rozdział XXV
 
 
22 marca 1910 roku Feliks zamieszkał na ówczesnych przedmieściach Krakowa, w Łobzowie przy ulicy Piotra Rosoła 13 (obecnie Nowowiejska 15) razem z Danielem Elbaumem w jedynym wówczas, z resztą nowowybudowanym budynku w okolicy. Mieszkanie mieściło na parterze. Za małym przedpokojem była kuchnia, a z niej wchodziło się do dużego pokoju. Kuchnia służyła im za sypialnie, gdzie spali na siennikach położonych wprost na podłodze. Jedynym urządzeniem do gotowania był czajnik, w którym parzyli herbatę, a na posiłki chodzili do tanich jadłodajni.
 
W pokoju walały się na dużym, krawieckim stole stosy papierów, dokumentów i wydawnictw nie tylko SDKPiL, ale PPS Lewicy, PPS Frakcji Rewolucyjnej i wiele innych. Podłogę zakrywały najprzeróżniejsze wydawnictwa rozrzucone niedbale. Z okna rozlegał się widok na zachód w kierunku krakowskich błoni. Każdego dnia do ich mieszkania przychodziła Zofia Muszkat ze swoją przyjaciółką Melanią Cukier, która niedawno opuściła więzienie. Pomagały tam panom uporządkować i usystematyzować olbrzymi bałagan panujący w archiwum. Dla Feliksa nie była to dobra lokalizacja. W liście do Tyszki określił ją jako okolicę malaryjną, więc jak tylko się wprowadził, już obmyślał plan, jak się wyprowadzić i gdzie.
 
Wrócili z 1-pierwszomajowej demonstracji pod pomnikiem Mickiewicza, podczas której Dzierżyński wystąpił w czerwonym krawacie i z czerwonym goździku wpiętym w klapy marynarki. 4 maja w sobotę wieczorem Feliks i Daniel przenieśli się do nowego mieszkania w trzypiętrowej kamienicy, o pięknie zdobionej fasadzie na ulicę Kołłątaja 4 m. 8 (obecnie od 14 XII 1911 roku Kołłataja 6- Z.F. na podst. AAN ZZD, obecny numer mieszkania 31), które było, w odróżnieniu od poprzedniego, zdecydowanie bliżej poczty, co było dość istotne dla ich działalności.
 
O zmianie adresu poinformował wysyłając kartę pocztową do Berlina 1 maja z Krakowskiej poczty na adres Steglitz bei Berlin, Schlosspark, Zimmer 4. Nowe mieszkanie było też większe o jeden pokój, jednak ten zajmował Kuba Hanecki z kolegą. Wchodząc na podwórze skręcało się w prawo, gdzie było wejście do oficyny. Szło się schodami na drugie piętro, gdzie po lewej stronie były drzwi do mieszkania, a na nich przyczepiona była karta „Przeglądu”.
 
Po otwarciu drzwi wchodziło się do małej, przechodniej kuchni, w której zamieszkał Dzierżyński przenosząc też całe archiwum partyjne. Jego łóżko stało zaraz po lewej stronie, ale było przykrótkie dla niego i nie mieścił się w nim. Dlatego wolał spać na sienniku na podłodze. Mówił, że tak jest mu znacznie wygodniej, bo może się wyciągnąć.
Na przeciwnej ścianie na wprost łóżka stało maleńkie biurko. Obok niego po prawej etażerka z książkami, dalej wejście do pokoju, a po prawej stronie w rogu był komin, a przed nim stał prymus, czyli popularna wówczas przenośna kuchenka naftowa. W sąsiednim rogu, tuż obok drzwi wejściowych stał taboret, obok miednica i dzban z wodą oraz kubeczek. Duży pokój był w kształcie kwadratu. Na lewej ścianie było wejście do małego pokoiku, a na przeciwległej ścianie po lewej było duże okno.
 
Feliks pracował bardzo wydajnie, jednak okupione było to wytężoną pracą czasami przez całą dobę. Liczył pieniądze, sprawdzał rachunki po nocach i nawet w niedzielę nie pozwolił sobie na odpoczynek. Był w stałej łączności z komórkami partyjnymi rozsianymi po całym kraju, korespondował z Zarządem często ostro sprzeciwiając się jego posunięciom, jak np. temu, że bardziej przywiązywali wagę do wydawnictw legalnych niż do „Czerwonego Sztandaru”. 
 
Osobiście doglądał i sprawdzał wszystkie artykuły mające się ukazać w Sztandarze nanosząc korekty. Dzierżyński zaproponował, aby wraz z wydaniem Sztandaru ukazywały się dodatki specjalne, które poświęcone byłyby specjalistycznym zagadnieniom. W ten sposób zaczęto wydawać „Z fabryk i zakładów” oraz „Z życia partii”. 
 
W dalszym ciągu organizował kolportaż prasy nielegalnej, wyrabiał paszporty lub organizował fałszywe dokumenty, zaopatrywał Zarząd Główny w wydawaną w Galicji literaturę. Po wielu tygodniach mozolnej pracy w dokumentach ustalił faktyczny stan kasy partyjnej, udało mu się ściągnąć zaległe składki i zaprowadzić w dokumentacji księgowej przejrzysty porządek.
 
Notował, że w depozycie u różnych osób była kwota 4.133 rbl i 1.342 marki w depozycie u Oskara Marchlewskiego- brata Juliana. Pozostałymi depozytariuszami byli Wincenty Raabe i Józef Unszlicht w Warszawie oraz Stefan Wolff z Krakowa. Ścigał dłużników zalegających z opłatami za literaturę partyjną nie tylko po całej Europie, ale i w USA, nawet, jeśli zobowiązanie dotyczyło symbolicznej kwoty. Uważał, że „Składkę stałą winien opłacać każdy członek partii. Rozmiary jej mogą być choćby najmniejsze, lecz składki powinny być- inaczej organizacji we właściwym tego słowa znaczeniu nie będzie [1]”.
 
Dzierżyński w Krakowie prowadził skrupulatną listę członków, którzy siedzieli w więzieniach czy na katordze, dzięki czemu potrafił zaplanować pomoc dla nich po powrocie lub dla ich rodzin będących w finansowych tarapatach. Wracającym z zesłania towarzyszom załatwiał pracę, aby jak najszybciej mogli stanąć na nogi i włączyć się w nurt życia. Pracę załatwiał też tym, którzy zagrożeni dekonspiracją musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Zesłańcom skazanym na osiedlenie przesyłał pieniądze i fałszywe dokumenty, które miały im pomóc w ucieczce. Dbał, aby jak najwłaściwiej wykorzystać czas i siły każdego z członków według jego umiejętności i możliwości.
 
Nie pozwalał, aby z pieniędzy partyjnych wynajmować osobę do sprzątania, nie pozwalał też, aby robiła to Zofia Muszkat, dlatego ustalił grafik, według którego każdy zobowiązany był sprzątać. Stołwali się w najtańszej jadłodajni, ale i to wydawało się Feliksowi zbyt drogie, dlatego szybko zaczęli stołować się w jarskim barze. 
 
Często do jego mieszkania przychodziły dzieci z biednych rodzin mieszkających po sąsiedzku. Pomimo ciężkiej pracy, Feliks zawsze miał dla nich czas, z krzeseł budował im tramwaje, z pudełek po zapałkach robił prymitywne zabawki, pozwalał hałasować, skakać po łóżku, wieszać mu się na szyi. Nie przeszkadzała mu ich obecnośc nawet wtedy, gdy musiał się nad czyms skupić. Mówił, że śmiech dzieci daje mu radość.
 
Ucieczka z Tasiejewki rysunek Konstantego Sopoćki
Feliks nie zapomniał o swoich towarzyszach pozostałych na Syberii. W połowie 1910 roku zawiązał się tam bezpartyjny związek pomocy wzajemnej osiedleńców. Na jego zjazd założycielski do Tasiejewki udał się Hipolit Pietraszkiewicz. Spotkał tam pana Rogulskiego, który przywitał go radosną nowiną: „A słyszałeś pan, jak pan Feliks wszystkiech wykołował. Nie ma go już tu. Nie taki to człowiek, żeby na wygnaniu gnił. Nie długo go potrzymali, już jest w Krakowie. Właśnie otrzymałem list od niego. Chodź pan do mnie, przeczytasz [2]”.
Następnego dnia po przyjeździe rozpoczął się zjazd, który doktor Gusarow rozpoczął odczytaniem listu od Feliksa Dzierżyńskiego wysłanego z Krakowa, w którym witał wszystkich zgromadzonych i prosił o przyjęcie go do grona związku.
 
W następnym roku, Hipolit Pietraszkiewicz spędził dwa miesiące w Tasiejewce, często odwiedzając pana Rogulskiego i jego nowego pracownika Jana Kariakina. Obaj zauważyli, że starszy pan często wspominał pobyt Dzierżyńskiego w swoim domu. Prosząc o zajęcie miejsca mówił: „Proszę siadać. Tu zwykle siadał Pan Feliks”. A podając filiżankę mówił: „Z tej filiżanki zawsze pił herbatę pan Feliks”. Serwując pierożki nie zapominał zaznaczyć, że : „Te pierożki bardzo lubił Pan Feliks”.
 
Kiedy rozmawiali o kimś z towarzyszy, pan Rolgulski machał tylko ręką i ze skrzywioną twarzą mówił: „A gdzie mu tam do pana Feliksa”. Nie pozostał też krytyczny wobec doktora Gusarowa, z którym był bardzo zaprzyjaźniony. Pewnegio razu powiedział: „No oczywiście pan doktor jest wielkim człowiekiem, uczony i lekarz doskonały, ale do Pana Feliksa to jemu jak chłopu do kowala [3]”
        
Pomimo tego, że mieszkał i pracował w stosunkowo bezpiecznej Galicji, w dalszym ciągu Dzierżyński zachowywał wszelkie środki ostrożności.  Z każdym z towarzyszy, z którym kontaktował się listownie miał odpowiednie hasła służące do rozszyfrowania treści wiadomości. Do każdej ze spraw, którą się zajmował angażował minimalna ilość ludzi, tak, aby jak najmniej osób wiedziało oi niej. Dokładnie selekcjonował informacje, dzięki którym, ewentualnie w przyszłości, mógłby dowiedzieć się, kto był źródłem przecieku.
 
Całymi nocami przepisywał drobnym maczkiem, ale też bardzo wyraźnie materiały do „Czerwonego Sztandaru” , który w tym czasie był drukowany nielegalnie w Królestwie. Często towarzyszyła mu wtedy Zofia Muszkat dyktując treści. Często pisał kwasem cytrynowym pomiędzy wersami jakiegoś nieznaczącego listu pisanego przez partyjnych towarzyszy. Listy i dokumenty często wprawiał w jakieś liche święte obrazki nie wzbudzające podejrzeń. Do później nocy mocował się z kartonowymi pudłami szykując drugie dno czyniąc to tak starannie, że nie można było poznać jego pracy. Imał się najmniej ciekawych prac, jak choćby liczył litery w tekstach przygotowanych do druku w Berlinie, których ilość w jakiś sposób była istotna dla niego i zły był, jeśli drukarze pracowali niedbale. W międzyczasie Dzierżyński wygłosił referat zatytułowany: „ Z historii klasowych walk we Francji w okresie rewolucji 1789-1793” na zebraniu kółka samokształceniowego SDKPiL.
        
Dużą uwagę koncentrował na legalnych wydawnictwach, zdobywał dla niech koncesje, szukał odpowiednich dziennikarzy, formalnych redaktorów, którzy na terenie Królestwa odpowiadali przed władzami za treści pisma i w razie konfliktu brali na siebie odpowiedzialność. Troszczył się o odpowiednią reklamę pisma i koloportaż, zapewnienie redakcji wystarczających środków finansowych, zdobywanie nowych prenumeratorów i sprzedaż detaliczną. Oczekiwał od kolporterów szczegółowych informacji o sprzedaży, dochodów, kosztów. Uważnie przyglądał się życiu robotników i reagował, gdy do gazety zakradła się jakaś nieścisłość dająca odczucie, że autor nie zna realiów robotniczych.
 
Czasem wychodził sam na spacery kierując się do Tyńca, na Bielany, na Skały Panieńskie, ale było to niezmiernie rzadko. W tych dniach Zofia Muszkat starała się zawsze być jak najbliżej Feliksa. Kiedy nie pracowali, starała się namówić go na spacer po Krakowie, koncert, operę czy pieszą wycieczkę za miasto, zwłaszcza, że wiosna 1910 roku przyszła bardzo szybko. Feliks przeważnie odmawiał, jedynie wieczorami dla rozprostowania kości zgadzał się na mały spacer po krakowskich Błoniach lub wokół Wawelu.
 
Opowiadał wówczas o swoim dzieciństwie, o matce i rodzeństwie, rozbawiał ciekawymi historyjkami ze swojego życia. Kiedyś towarzysze zabrali go do galerii drezdeńskiej na spektakl, ale wyszedł w jego trakcie rozzłoszczony tym, że wyższa sztuka dostępna jest jedynie dla bogatych. Jak wspominała Zofia Muszkat, Feliks był na tym punkcie niezwykle wrażliwy, bardzo bolała go ta niesprawiedliwość, rodził się w jego sercu bunt i wściekłość, dlatego sam wolał uczestniczyć w rozrywkach dostępnych dla mas.
 
17 maja 1910 roku Feliks Dzierżyński podpisał się pod oświadczeniem złożonym na policji. Brzmiało ono: „Feliks Dzierżyński ur. się 1877 w Dzierżynowie gmina Wołożyno w pow. oszmiańskim gub. wileńskiej i tam przynależy- jest synem Edmunda i Heleny- wolny- rz.kat., z zawodu dziennikarz. Ojciec był nauczycielem gimnaz. i właścicielem dóbr Dzierżynowo- umarł w dobrach swoich w r. 1881, matka umarła w Warszawie 1896 roku.
Bracia:
1) Stanisław lat 36 urzędnik bankowy w Wilnie
2) Kazimierz lat 34, elektromechanik w Lublinie
3) Ignacy lat 30 nauczyciel w Warszawie
4) Władysław lat 28 lekarz w Moskwie
W r. 1896 ukończył gimnazjum w Wilnie, po czem wyjechał za granicę do Szwajcaryi i Włoch celem dalszego kształcenia się. Od 2 miesięcy jest w Krakowie i mieszka w Nowej Wsi Narodowej pod l. 13 przy ulicy Rosoła. Utrzymuje się z artykułów dziennikarskich. Od wojska wolny i na dowód tego legitymuję się biletem wojskowym wydanym przez naczelnika urzędu wojskowego (wojeńskie prysutostwo) w Wilnie dnia 16 listopada 1906 No 3854 (duplikat) że Dzierżyński w roku 1898 stawał do wojska i uznany za niezdolnego
Kraków 17/5. 10. Feliks Dzierżyński [4]”
 
W czerwcu zaniepokojony mieńszewickim kursem Zarządu, który zmierzał w swoich planach do legalizacji związków zawodowych napisał list do Władysława Ledera o niekorzystnej sytuacji uważając, że jeśli partia podąży w kierunku legalizacji, nie będzie widział dla siebie w niej miejsca. Uważał, że kierownictwo niepotrzebnie zmienia kurs, zaprowadza zamęt i dezinformacje, a najlepiej byłoby, aby Róża Luksemburg zaangażowana w niemiecką socjaldemokrację zajęła się uważniej SDKPiL.
 
Raziło go podejmowanie decyzji bez żadnych konsultacji z regionami partii, narzucanie swojego zdania i wymagania karnego posłuszeństwa. Nie tak wyobrażał sobie Feliks współpracę, zbytnio przypominał feudalistyczny obraz podporządkowania maluczkich wobec wodzów.
 
W liście do znanego z zarozumialstwa Leona Tyszki pisał zrezygnowany deklarując zaniechanie swej walki nie widząc dalszego sensu: „U nas nie ma kolegium- zbiorowej wspólnej pracy; myśl każdego idzie samopas- pisemne porozumiewanie się jest szopą, tyle pomiędzy nami jest rozbieżności” oraz jeszcze bardziej wzburzony panującą sytuacją: „Wojnę powinniśmy ogłosić –gołosowcom, solidarczykom, inteligentom zagranicznym, babrających się w brudach [5]”. 
 
Uważał, że jego miejsce jest w Warszawie, ponieważ sytuacja wymaga tego, aby był tam ktoś, kto będzie koordynował prace ośrodków, rozmawiał z ludźmi, pomagał rozwiązywać ich problemy, poznawał ich, zespalał, gdyż inaczej całą struktura partii się rozsypie. Tyszka popierał centrystów w SDPRR, którzy bez baczenia na różnice programowe spierających się bolszewików i mieńszewików dążyli do pojednania obu stron. Feliks uważał, że jest to groźna tendencja w partii, która może doprowadzić do zerwania więzi z SDPRR, rozbicia partii i zmniejszenia jej roli i siły w świecie robotniczym. Zarzucał też, że Zarząd nie dba o swoich przedstawicieli terenowych, że partia ma „parcie w kierunku oportunizmu, spekulacji i wodnistej obfitości słów [6]”, brakuje jej wyrazistości, natomiast współpraca z Leonem Tyszką jest „rzeczywiście krzyżem pańskim”.
 
Róża Luksemburg nie wywiązywała się ze swoich powinności przedkładając pracę w niemieckiej socjaldemokracji, Tyszka kwestionował słuszność leninowskiego kierunku, pomimo tego, że sam do niedawna popierał Dzierżyńskiego w dążeniach do zjednoczenia partii z SDPRR. Powiązania pomiędzy władzami partii, a ośrodkami SDKPiL rozrywały się, brakowało kontaktu, rozmów, dyskusji nad najważniejszymi zadaniami. Zarząd przebywający w Niemczech nie miał praktycznie żadnego kontaktu z dołami partyjnymi, a Feliksowi zabroniono działać w Warszawie.
 
Zabrakło jedności, umiejętności poszanowania wszystkich członków i ich zdania.  Tyszka nie informował szerzej o polityce dotyczącej organizacji partyjnych rozrzuconych po całym imperium, ani o kolejnych planowanych działaniach. To nie pierwszy raz, kiedy Feliks pozostał sam ze swoimi ideami, kiedy zabrakło mu już słów, kiedy został w pewien sposób zdradzony przez swoich przyjaciół w walce. Nieporozumienia polityczne partii przeniosły się na grunt osobisty, więc Feliks zerwał z Leonem Tyszką wszystkie swoje prywatne relacje.
        
W połowie sierpnia 1910 roku w mieszkaniu Feliksa zorganizowano konferencję krajową SDKPiL, na którym Dzierżyński referował ówczesną sytuację. Przed partią czekało wiele zadań. Należało zdobyć przywództwo wśród mas robotniczych, organizować nowe komitety i wspierać te, które istnieją, opracować działania ograniczające pracę prowokatorów i nawiązać bliższą współpracę z leninowską SDPRR.
 
Z powodu ostatnich zawirowań w partii Dzierżyński oświadczył, że ustępuje z Zarządu Głównego, z resztą czynił to już niejednokrotnie. Bezustannie polemizował i wytykał zarządowi jego kardynalne błędy:  „Był strajk tramwajarzy- gdzie był ZG, co zrobił i jak zrobił? (…) Trwa śmiertelna walka robotników fabryki „Wulkan”- co zrobił, gdzie był ZG [7]?” i tak bez końca leciała długa lista zarzutów bierności zarządu.
 
Do Marchlewskiego, Tyszki i Warskiego pisał w ironicznych słowach, że zarząd partii to grupka literatów. Stanowczo twierdził, że nienormalnością jest, aby Zarząd SDKPiL będąc bezpiecznym za granicą kierował ruchem na terenie Galicji i Królestwa. Wściekał się, szastał ostrymi słowami, gromił Zarząd, jednak nic o tym nie mówił swoim podwładnym, aby zachować pozory spokoju i rozwiązać sprawy w na poziomie zarządu.
 
Wykazywał zdecydowany brak masowej organizacji partyjnej, brak komitetów w fabrykach, brak łączności z robotnikami uważając, że w momencie, kiedy związki zawodowe straciły swą siłę, to właśnie partia powinna przejąć rolę dowodzenia i kierowania masami stojąc na ich czele działając jak do tej pory w konspiracji nielegalnie.
        
Wobec cwanego pomysłu Adolfa Warskiego dotyczących wzmocnienia ówczesnie bardzo osłabionych związków zawodowych, Dzierżyński wyraził stanowczą dezaprobatę. Warski proponował, aby do związku pepeesowskiego czy endeckiego wprowadzić tylu socjaldemokratów, aby stanowili większość, wybrać nowy zarząd i przekierować związek endecki w socjaldemokratyczny przy okazji przekonując do siebie robotników endeków. Uważał, że z takiej praktyki „może tylko wyniknąć demoralizacja szeregów partyjnych i mas będących pod naszym sztandarem, i sprowadzenie walki ideowej z PPS na walkę na pięści[8]”. Jedyną drogą, jaką widział Dzierżyński do wzmożona praca agitacyjna.
        
W sierpniu wrócił do niego jego pamiętnik z podróży na Syberię etapami, a które miały być wydane po recenzji Ledera i Tyszki w „Przeglądzie Socjaldemokratycznym”. Niestety sytuacja nie pozwalała na wydanie kolejnych numerów pisma, które od dłuższego czasu powstawało z trudem i dość nieregularnie, a ostatni numer ukazał się w czerwcu 1910 roku.
       
Jeszcze w czerwcu Zofia Muszkat wybrała się w góry na dwa tygodnie ze swoja przyjaciółką Klarą. Zamieszkały w skromnym pokoju biednej chatki w zapomnianej przez czas wsi Stasikówka i stamtąd organizowały sobie piesze wycieczki w Tatry. Wspomnienia wspaniałych chwil, urzekających widoków, trudnej wspinaczki na długo zostały w jej pamięci. Często do nich powracała pragnąc ponownie znaleźć się w srogich górach. Opowiadała Feliksowi o wyprawach i pięknie przyrody wiedząc, że i on jest na nią bardzo wrażliwy.
        
Tymczasem Feliks przeczuwając, że jedność partyjna chyli się ku upadkowi, starał się uzmysłowić Zarządowi Głównemu w liście do Tyszki z 16 lipca wszechstronny chaos, który okrywa działalność partii: „Obecne władze partyjne wnoszą do partii chaos, wystawiają nieprawidłową ocenę bieżącej sytuacji politycznej, wysuwają kadeckie hasła, dochodzi wręcz do tego, że kłaniają się kadetom (popatrz na ostatnią rezolucje Zarządu Głównego w kwestii Finlandii, mającej służyć przykładem dla organizacji miejskich).
 
Od takiego przewodnictwa, wręcz grafomanii, partię ogarnia chaos… jeśli Róża nie może być naszą polityczną przywódczynią, jaką była razem z Wami i Adolfem- należy nasz Zarząd skupić w jednym miejscu. W takich warunkach, jak do tej pory, ja pracować nie mogę. Widzę, co dzieje się w partii: ludzie przestają wierzyć politycznemu przywódctwu Zarządu, każdy po swojemu określa taktykę i zadania partii. Widzę w tym początek chaosu i nie jestem w stanie mu przeciwdziałać, gdyż według mnie, linia Zarządu jest zgubna [9]”.
        
Dzierżyński musiał być bardzo zmęczony i wycieńczony próbami ratowania jedności partii. Korzystając z ostatnich dni lata postanowił, namówiony przez Zosię,  wybrać się na wycieczkę w wysokie Tatry, aby tam nabrać sił i oderwać się na jakiś czas od spraw partyjnych. 28 sierpnia 1910 roku wyjechali pociągiem do Zakopanego. Podczas podróży zasnął ze zmęczenia jednak komentarz jakiegoś pasażera, który po przeczytaniu gazety pomstował na esdeków, obudził go i natychmiast dał odpór jego argumentom tak skutecznie, że człowiek ten przesiadł się do innego przedziału.
 
Prosto z dworca udali się na Halę Gąsienicową zachodząc do sióstr Juliana Marchlewskiego prowadzących pensjonat Obrochtówka przy ulicy Kraszewskiego 10a, od których Feliks pożyczył ciupagę.
 
Piesze, górskie wędrówki były nieodłaczną częścią życia rewolucjonistów. Julian Marchlewski był wielkim miłośnikiem Tatr, był wieloletnim członkiem Towarzystwa Tatrzańskiego w Krakowie, autorem „Szkiców o Tatrach” będących dla współczesnych miłośników gór historycznym obrazem ówczesnych realiów, kształtującego się kurortu turystycznego.
 
W schronisku znaleźli nocleg. Nieoczekiwanie i nie kryjąc radości, spotkali tam młodego Henryka Laurera, brata ich partyjnej przyjaciółki Marii Bratmanowej, zwanej Marylką. W schronisku zostali jeszcze jeden dzień, a następnego dnia o świcie wyszli na dalszą część pieszej wędrówki. Doszli do Doliny Pięciu Stawów i weszli na wąską przełęcz Zawrat. W powrotnej drodze zatrzymali się w schronisku nad Morskim Okiem. Niestety pogoda się załamała i z planów jakie snuli nad mapami nic nie wyszło. Przez kolejne dni padał deszcz, także o dłuższych wyjściach na szlak nie było mowy.
 
Nie udało im się wspiąć na Rysy, jak to wcześniej planowali, ruszyli więc jedynie do spowitego we mgle Czarnego Stawu, a następnego dnia do doliny z rwącym potokiem spienionej górskiej wody. 
 
Po drodze zobaczyli stado saren podążające za dostojnym jeleniem. Kiedy ich zobaczyły, spłoszone uciekły w głąb lasu. W oczekiwaniu na słońce gotowali sobie herbatę na maszynce spirytusowej i pewnie wtedy, kiedy krople deszczu rozbijały się o szybę, Feliks spojrzał na Zofię w zupełnie inny sposób. Może i nie była tak piękna jak Sabina, ale miała coś, czego Sabinie brakowało. Zosia akceptowała go pomimo wszystko i nie roztrząsała się nad rozważaniami o ich wspólnej przyszłości. Tak jak i on, wiedziała czego chce.
        
Przez kolejne dni padał deszcz, a zakochani musieli wracać do pracy. Nie mając pieniędzy na wynajęcie furmanki, zmuszeni byli wrócić pieszo w gęstej mgle idąc przez sześć godzin do Zakopanego. Ich rodzącemu się uczuciu nie przeszkadzała mgła, ani to, że byli przemoczeni. W Zakopanym wynajęli mały pokój, gdzie przenocowali i następnego dnia pojechali pociągiem do Krakowa. Kilka dni później, 8 września, w mieszkaniu, które zajmował Feliks, zwolniło się jedno miejsce, więc Zofia z Feliksem zajęli osobny pokój.  Zofia zameldowała się pod swym prawdziwym nazwiskiem.
        
8 września 1910 roku Feliks dostał krótki list od Sabiny. „Powiedziano mi, iż Pan się ożenił. Czekam na odpowiedź, czy to prawda [10]”. Widocznie wieści o planowanym ślubie Feliksa z Zofią Muszkat drogą plotkarskich doniesień dotarły do Sabiny. Natychmiast odpisał, ale list nie doszedł. Sabina dostała wyjaśnienia dopiero 26 września.
        
Niełatwo sobie wyobrazić, jak wielką kawalkadę emocji mógł Feliks czuć w tych dniach. Jego związek z Zofią wydawał się być prosty, zwięzły i pozbawiony wszelkich moralnych dywagacji. Był to bardziej związek partnerski pozbawiony górnolotnych wzruszeń, ckliwych wyznań miłości, oparty na wspólnej pracy i równym zaangażowaniu. Co innego było z Sabiną. Parę jej krótkich słów uwolniło eskalację uczuć, o których Feliks tak bardzo chciał zapomnieć, które bardzo go męczyły i rozbijały od środka. Odpisał, że to prawda i wie, że tym samym zatraca resztkę swego szacunku u Sabiny, ale jest to wynikiem tego, że „Pani mnie nie kochała” i chwile później dodał: „Moja miłość jałowa była i ugrzęzła w miejscu- jako trup była chodzący [11]”.
 
Miłe wspomnienia z urlopu zasłoniła fala nieprzyjemnych wydarzeń w partii. W Królestwie wpadło w sidła policji wielu członków, ktoś wewnątrz partii z osób bardzo wtajemniczonych wydał miejsce sekretnej skrytki, jaka mieściła się w mieszkaniu towarzysza Gęborka. Szybko musiano zlikwidować łódzki adres korespondencyjny, bo i o nim wiedziała już policja. W Warszawie czyszczono miasto z działaczy rewolucyjnych przed spodziewanym przyjazdem cara jednocześnie zabraniając gazetom informowania o masowych aresztowaniach. W ręce władz wpadały całe ośrodki socjademokratyczne w Łodzi, Poznaniu czy w Warszawie. Partia pozostała praktycznie bez regionalnych ośrodków.
        
Widząc topniejące kadry partyjne, Feliks depeszował do Tyszki z całą determinacją: „Widzę, że rada jedyna- to samemu pojechać tam, bo inaczej ciągła, bezustanna męka. Jesteśmy zupełnie oderwani. Ja tak pracować nie mogę, lepsza nawet wsypa niż takie położenie. I wsypa moja gdybym dojeżdżał od czasu do czasu, wcale nie byłaby konieczna. Siedząc tutaj mam wrażenie, że bezużytecznie zjadam chleb tylko [12]”.
 
Aby ratować sytuację wysłał do Warszawy przebywającego dotąd w Zurychu Władysława Steina, ale ten wpadł po sześciu tygodniach. Wincenty Matuszewski zanim zdążył wysiąść z pociągu w Warszawie został aresztowany i wcielony do wojska. Kilku działaczy w największej tajemnicy próbowało rozszyfrować przyczynę tak wielu aresztowań, ale ich praca pozostała bez żadnego sensownego wniosku.
 
Dzierżyński stojący na czele powołanej komisji do zbadania działalności prowokatorów analizował wszystkie przypadki doszukując się okoliczności, które mogłyby wskazać na powązania z carską Ochraną. Edmund Gibartowski, jeden z członków takiej komisji opisywał jej powstanie i pracę: „Co który z lepszych wypróbowanych towarzyszów partyjnych udawał się na „robotę”, nawiązywał na nowo nic organizacyjne, uruchomił pracę partyjną- następowała nieoczekiwana „wsypa” i cała praca znajdowała się w gruzach. I znów następna seria wysiłków: ludzie, stosunki, mieszkania, środki, a po pewnym czasie kolejna „wsypa”, areszty, rozbicie roboty. Badania w krakowskim biurze partyjnym nie mogły wyszukać przyczyny, nie mogły znalźć i wskazać sprawcy  czy sprawców warszawskich organizacyjnych niepowodzeń, daremnej, syzyfowej pracy. By wyjść z koła domysłów, posądzeń, legend i plotek, „Józef” zaproponował utworzenie komisji poświęconej badaniom wsyp i niepowodzeń w działalności organizacji warszawskiej.
 
Oczywiście „komisja” nie tylko miała być specjalna do tego celu, lecz najściślej tajna. W „Komisji„ tej pracowali „Józef”, „Marcin” (Winc. Matuszewski), Florian (Bratman) i ja. Zebrano materiał z zeznań, spis szpiclów, donosicieli i prowokatorów, z opowiadań towarzyszów z pracy partyjnej w Kraju i poza Krajem i ze wszystkich innych źródeł. Niestety jak zwykle w takich wypadkach nie można zdobyć niezbitych dowodów, a nawet poszlaki, przypuszczenia w warunkach nielegalnych dają rozmaicie się tłomaczyć, gdy zwłaszcza wróg nie przebiera w środkach i metodach i rozmyślnie kieruje podejrzenie przeciwko nie poszlakowanym dotychczas pracownikom partyjnym, czy to chcąc ich skompromotiwać politycznie, czy pragnąc zamaskować donosiciela lub prowokatora.
 
Tak było i z naszą „Komisją”: praca jej byłą bezowocna i nie doprowadziła do pewnych określonych wyników. Uwaga nasza- zwłaszcza pod wpływem przeważnym „Józefa”- skupiła się na dwuch towarzyszach: jeden przebywający w Kraju w Warszawie choć nie pracujący w organziacji (Unszlicht) i drugi, który bezpośrednio związku z aresztami warszawskimi nie miał („Baśka”- Szpiro)[Bernard Szapiro- Z.F.].
 
Jednak „Komisja” nawet w tych dwuch wypadkach nie doszłą do zgodnej opinii i nie wskazała zdecydowanie źródła i przyczyny „wsyp”. Dała raczej rady zapobiegawcze, prewencyjne dla towarzyszy udających się do pracy w Warszawie i tam pracujących, jak się mają zachowywać w stosunku do niektórych osób, czy towarzyszy niepracujących aktualnie w organizacji. Oczywiście były propozycje postępowania nawet „doraźnego” do pewnych osób, a nawet towarzyszy, lecz „Komisja” w całości nie zgodziła się na te „środki” zaradcze [13]”.
 
Ten ciągły strach przed wpadką, prowokacją, zdradą, brak wyraźnych i ewidentnych wniosków, oskarżeń podpartych niezbitymi dowodami rzutował cieniem podejrzliwości na wszystkich wokół. Wszyscy zaczęli wpadać w paranoję. Sytuacja sprawiła, że Dzierżyński był, można powiedzieć, przesadnie ostrożny, stawał się wręcz podejrzliwy. Raz nawet Matuszewski w rozmowie z nim z nieukrywaną ironią zapytał się  Dzierżyńskiego, czy i jego uważa za prowokatora? Jak pokazało życie, Dzierżyński rzadko się mylił, choć w stosunku do Matuszewskiego czy Unszlichta dał się zwieść na manowce.
        
Mimo ogromnych wysiłków włożonych w scalenie partii, Dzierżyski nie odnosił sukcesów. Miotał się, oburzał widząc jak wielką bezwładność ma Zarząd Główny, jak wolno zapadają decyzję, jak o wszystko musi się prosić, powtarzać. Czuł się ignorowany i zapomniany przez Zarząd, który nie dostrzegał jego wysiłków. Dwa dni później, 24 października napisał do Leona Tyszki kolejny list, w odpowiedzi na właśnie otrzymaną od niego odezwę do strajkujących tramwajarzy wyrażając oburzenie i kpinę z działania zarządu, gdyż strajk odbył się kilka tygodni temu.
        
30 października Dzierżyński po raz kolejny domagał się wysłania go do Petersburga na posiedzenie KC SDPRR(b), którego był członkiem, a dwa tygodnie później ponawiał żądanie udzielenia mu mandatu i skierowania na posiedzenie. Podając w odpowiedzi obawy o zły stan zdrowia Dzierżyńśkiego i zagrożenie surową karą w przypadku wpadki, zarząd nie zgodził się na jego wyjazd ani do Petersburga, ani do Królestwa, gdzie czekało na niego mnóstwo pracy partyjnej związanej z wydawaniem „Czerwonego Sztandaru”.
 
Dzierżyński był przez ten cały czas mocno rozgoryczony, wszystko układało się nie po jego myśli. Był zły na swoich towarzyszy, którzy nie dość sumiennie wypełniali swoje obowiązki, jak Józef Sokołowski, który zaniedbywał wydawania odezw związanych z zajściami w fabrykach. Pogłębiał się konflit między Lederem, Haneckim i Zarządem Głównym, który powodował, że praca stała w miejscu.
        
Aby w jakiś sposób dowiedzieć się, gdzie leży przyczyna ówczesnego stanu rzeczy, Dzierżyński sporo czasu poświęcał na przeprowadzenie ankiet wśród członków SDKPiL dotyczącej ich uczestnictwa i spostrzeżeń w działalności partii. Z ich obrazu wynikało coraz silniejsze dążenia szeregowych członków SDKPiL do połączenia się z PPS Lewicą. W wielu miastach organizowano już wspólne zebrania dyskusyjne. Była to najważniejsza kwestia, jaką trzeba było się zająć. Należało też napisać statut organizacji młodzieży socjaldemokratycznej, co również wymagało sporego zaangażowania. Wszystko spoczywało na jego barkach. A do tego jeszcze ślub. 
 
O dziesiątej rano, 10 listopada 1910 roku w kościele św. Mikołaja w Krakowie przy ulicy Kopernika na ślubnym kobiercu stanął Feliks Dzierżyński i Zofia Julia Muszkat. W roli świadków występowali czeladnik krawiecki Mieczysław Bobrowski i student medycyny Syryusz (Sergiusz- Z.F.) Bogocki, a ślubu udzielił ksiądz Rychlak. Musiał być to bardzo skromny ślub. Odnieść można wrażenie, że była to czysta formalność bez żadnej głębi przeżyć.
 
Ale zanim młoda para powiedziała sakramentalne tak, trzeba było wypełnić ankietę odpowiadając na szereg pytań. Zofia musiała odpowiedzieć było m.in. na pytania, czy rodzice zezwalają na ślub, czy nie jest się zmuszoną do zamążpójścia, czy wcześniej nie ślubowała żyć na zawsze w czystości lub do zakonu wstąpić, czy narzeczony nie jest spokrewniony i czy nie zaręczyła się z innym? Kościół katolicki ciekaw był, „czy nie zgrzeszyła z ojcem, bratem wujem lub jakim krewnym tego narzeczonego?”, a na wypadek, jakby panna młoda była wdową, dociekliwość kościoła zmierzała w innym kierunku: „Czyś nie przyrzekła jeszcze za życia twego męża narzeczonemu, że za niego pójdziesz? Czyś nie zgrzeszyła z twoim narzeczonym za życia twego męża [14]?”.
 
Na kilka z tych pytań na początku Zofia odpowiadała słowem, ale szybko przy kolejnych pytaniach zaczęła stawiać przeczące kreski, a całośc podsumowa tym, że może przysiąc za prawdziwość swych słów. Na znacznie mniej pytań odpowiedzieć musieli świadkowie. Potwierdzili tylko, że znają oblubieńców, potwierdzają prawdziwość ich zeznań, nie znają żadnej przeszkody w zawarciu małżeństwa co również pod przysięgą potwierdzili.
 
Feliks Dzierżyński w dokumencie ślubnym podał swój krakowski adres Kołłątaja 4, gdzie zamieszkiwał od 9 czerwca 1910 roku, zeznał, że rodzice nie żyją, jako zawód podał- dziennikarz. Tak jak i Zofia przyznał, że nie było zaręczyn, a przy pozostałych pytań odnoszących się do życia seksualnego z bliskimi żony postawił kreskę [15].
 
Katolicki ślub Feliksa Dzierżyńskiego z Zofią Muszkat rodzi wiele pytań. Na żadne z nich nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Możemy jedynie przypuszczać, że Feliks i Zofia wcześniej wzięli ślub partyjny obwieszczając swoim towarzyszom o postanowieniu wspólnego życia. Zapewne stąd wzięła się informacja o ślubie, jaka dotarła do Sabiny. Co zaś skłoniło ich do tej decyzji? Prawdopodobnie Zofia w dniu ślubu była już w ciąży, co wymogło formalizację związku. Czemu zaś ksiądz Rychlak zgodził się udzielić parze ślubu na podstawie jedynie deklaracji ich wiary? Być może sympatyzował z SDKPiL. Są przecież w tej organizacji również porządni ludzie. Po ceremonii para zaprosiła świadków na skromny poczęstunek, a następnie wszyscy udali się do swoich zajęć.


[1] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-1
[2] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-2, dok. 17
[3] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-2, dok. 18
[4] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 31
[5] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 117
[6] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 157
[7] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 157
[8] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 128
[9] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 224
[10] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 110
[11] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 110
[12] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 152
[13] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-1, dok. 77
[14]  F. Dzierżyński AAN, Dokumenty osobiste, 61/I-1
[15] 6 lutego 1945 roku z rozkazu marszałka Koniewa w kościele zjawił się major wojsk radzieckich Stefan Jofimowicz Szczukin i zarządał wydania metryki ślubu Feliksa Dzierżyńskiego. Metryka została odnaleziona i przekazana majorowi, a ksiądz na tą okoliczność spisał notatkę.
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.