Pokonać wroga w swoim własnym sercu

rozdział XXIII
 
 
Wyrwany z żywiołowego ruchu i usadzony w czterech ścianach jednoosobowej celi X Pawilonu warszawskiej cytadeli, Dzierżyński zaczął pisać swój słynny „Pamiętnik więźnia”, będący po jego śmierci i po odpowiedniej cenzurze politycznej, najważniejszym spadkiem pisarskim Feliksa Dzierżyńskiego.
 
W tym piekle, w jakim znalazł się Feliks zauważał jakby przez mgłę, odrobinę ciepła i zrozumienia widocznego jedynie w kilku rzuconych słowach czy spojrzeniu. Dzierżyński potrafił bezbłędnie odczytać człowieka na podstawie jego duszy nie zważając na mundur, jaki nosił. W oczach widział zakłamanie, zdradę, parszywość, ale również dobro, udręczenie, współczucie. Nie klasyfikował ludzi ze względu na powierzchowność. Wśród żandarmów było wielu porządnych ludzi szczerze współczujących więźniom i im pomagającym. Feliks rozumiał, że wielu z nich nie godziło się na służbę, zostali wcieleni siłą i zdawali sobie sprawę w jakim makabrycznym położeniu przyszło im żyć. Myślami byli przy swojej rodzinie, w domu, z którego od dawna nie mieli żadnych wieści.
 
Jego zdolność empatii opartej na szerokiej gamie własnych doświadczeń zjednywała mu przychylność zarówno carskich żołnierzy, jak i prostych chłopów, robotników, czy osób z wyższych sfer. W pamiętniku notował: „Takich zresztą, którzy dokuczają nam z własnej inicjatywy, jest mało. Ci często zaglądają przez „judasza”, każą długo czekać, zanim drzwi na pukanie otworzą. Ogół są to zmęczeni ludzie i czuć po nich, że boją się „naczalstwa”, że surowa dyscyplina im ciąży. Miałem przykłady współczucia z ich strony. Raz któremuś z nich powiedziałem, by mi książki zmieniono- zaraz się zwrócił do drugiego wolnego żołnierza, w tej chwili przechodzącego koło drzwi mojej celi i rzekł: Obiazatielno skażi w kancelarii [1]!”
 
Dzięki takim ludziom, jego zapiski wychodziły poza mury Cytadeli, to właśnie oni przenosili grypsy więźniów na wolność i dostarczali informacje osadzonym. Czasem robili to z dobrego serca, ale czasem też za pieniądze. W obu przypadkach wiele ryzykowali, a nie jeden z nich za współpracę siedział wraz z rewolucjonistami. Ta umiejętność oceny człowieka nabyta przez wieloletnią praktykę obcowania z najprzeróżniejszymi ludźmi, kreaturami i ideowcami, okaże się bezcenna już za kilka lat.
         
Wyniesione sekretnymi drogami zapisku były publikowane w „Przeglądzie Socjaldemokratycznym” podpisane jako Więzień X Pawilonu. Jest to lektura bardzo osobista, trójwymiarowa, z której wyłania się całe bogactwo dźwięków więzienia czy chłód kamiennych murów, bogactwo nastrojów jakże ludzkich i prawdziwych, a które przez ten czas towarzyszyły autorowi. Na kartach wspomnień towarzyszy nam w oddali brzęk kajdan, ich metaliczny, złowieszczy rechot niosący ze sobą smutek, nostalgię, skowyt tęsknoty i śmierć. Ten przerażający dźwięk odzywał się przy każdym poruszeniu więźniów. Był to dźwięk bezustanny, monotonny i zabijający nadzieję.
 
W swym osobistym pamiętniku opisywał codzienne życie. Rozrywki w postaci czytania książek beletrystycznych, pozwolenie na otwarcie okna, które urastało do najwyższej rangi wydarzeń okupione zmaganiami z krnąbrnymi i nieczułymi strażnikami,  liczenie spacerujących na dziedzińcu więźniów, nasłuchiwaniem kroków, porozumiewanie się za pomocą stukania w ściany czy podłogę, lokalizację więziennych towarzyszy czy odnotowywanie wykonania wyroków.
 
Jest też w nim miejsce na głębsze refleksje, nostalgię, podsumowanie własnego życia. Każdego dnia zapisków zmienia się nastrój Feliksa, nadając pamiętnikowi autentyczności na tle tlącego się ludzkiego życia. Czasem jego samopoczucie było wzniosłe, radosne, przepełnione nadzieją, innym razem czuł się zrezygnowany, ale zawsze daleki od poddania się. Często w lakonicznych opisach  opowiadał o rzeczach najbardziej przerażających, których wyobrażenie pozostawia dociekliwemu czytelnikowi jego własnej wyobraźni.
 
Feliks najgorzej znosił wiosnę, kiedy zza murów dochodziły do niego pierwsze promyki ciepłego słońca, zapachy kwitnących kwiatów na drzewach, wzbudzając w nim pragnienie życia i działania. Budzące się życie, zew walki dostępny był dla niego jedynie na przestrzeni kilku kroków, za którymi zaczynał się mur odgradzający go od życia pozostawiając w smutnym grobie celi. 
 
Wciąż żył swoimi ideami i marzeniami i to właśnie one w największej mierze pozwalały mu przetrwać, głęboko wierząc w swoją walkę i w swoją rację. Bezustannie analizował, wracał do zamierzchłych wydarzeń, do ludzi, sytuacji. Doszukiwał się odpowiedzi na pytanie, gdzie leży droga, którą można dojść do wolności, godnego życia i sprawiedliwości? Notował swe myśli: "I iluż jest takich zdrajców, iluż ci, którzy uświęcali mord jako ideę, wiodącą do szczęścia ludu, doprowadzili do hańby tak strasznej, do takiego nieszczęścia duszy ludzkiej. Któż winien? Nie winię tych, którzy uświęcają mord ideowy, tak samo jak tych katów i morderców, którzy piszą prawa i piszą wyroki. Całe społeczeństwo nosi w sobie jeszcze kult mordu - obłęd walki powszechnej. I robotnicy nasi, ci, którzy dziś cierpią i najwięcej ofiar składają- i w nich żyje ten sam obłęd i nie żyć nie może.
 
Prawa panujące, militaryzm - żyją, bo mają oddźwięk w duszach ludu i same jeszcze silniej rozwijają w ludzie uczucia, które podsycają mord. I oto przyszła kara okropna - ta siła i te prawa nie tylko zwróciły się przeciw ludowi, lecz lud to odczuł, zrozumiał. I żyją w nim te uczucia i instynkty żądne mordu, zemsty, uczucia żywe, podsycane wciąż mordami rządowymi i ostatnią wojną [rosyjsko-japońską], ideowymi napadami i mordami «fraków» [działaczy PPS-Frakcji] i bandyckim rozbestwianiem wyrzutków społeczeństwa lub zrozpaczonych głodem robotników bezrobotnych.
 
Gdzież wyjście? Wyjście w idei życia harmonijnego, życia pełnego, obejmującego całe społeczeństwo, całą ludzkość - w idei solidarności i miłości, wstrętu do mordów. Idea ta już przychodzi, już lud otwarte serce ma dla niej; czas już przyszedł. Trzeba skupić szeregi apostołów tej miłości i nieść wysoko jej sztandar, by lud go dojrzał i poszedł za nim, trzeba zwalczać samą ideę mordu, tak samo jak mordy rządu. I to jest dziś najpilniejsze zadanie Socjaldemokracji, zadanie tej garstki tu w kraju, która się zachowa. Socjalizm powinien przestać być wyrozumowanym ujęciem przyszłości, stać się winien pochodnią, która zapalać będzie w sercach ludzkich wiarę i energię niezwalczoną, budzić wstręt do mordów. Dziś nie ma wstrętu do mordów, jest tylko strach, strach paniczny, by nie zostać samemu zamordowanym, i żądza, by wróg był zamordowany. I namnożyło się zdrajców, którzy towarzyszy swych, własnych braci, na stryczek posyłają, którzy wyszukują i wskazują siepaczom tych wszystkich, co razem z nimi byli w szeregach. I namnożyło się morderców, którzy jako żołnierze mordują, bo mordować muszą, by ich nie zamordowano.
      
   Opowiadali mi ludzie kompetentni i wiarogodni o organizacji jednej z większych, większego miasta, gdzie wszyscy członkowie komitetu i zarządów dzielnicowych podejrzewali się nawzajem, że są prowokatorami, nie ufali sobie. Jeszcze jedna wsypa, a organizacja się rozpadnie. Cóż robić? Garstka mała, lecz silna ideą swą skupi masy koło siebie, da im to, czego im brak, co ożywi je i natchnie nową nadzieją i rozproszy tę straszną atmosferę nieufności i żądzę krwawej pomsty, która się mści na ludzie samym. A mordercy wymordują się nawzajem i nie stworzą ładu, nie wtłoczą życia w stare ramy, a krew niewinnych i głód, i cierpienie mas ludowych - płacz dzieci i rozpacz matek - te ofiary, które lud złożyć musi, by pokonać wroga w swoim własnym sercu i by zwyciężyć - nie pójdą na marne [2]".
 
7 maja 1908 roku Feliks zanotował wspomnienie o wizycie swego obrońcy, podczas której, mimo, że byli sami, nie był w stanie swobodnie rozmawiać. „…pozapominałem takich prostych słów jak na przykład „książka wpisów”, głos u mnie drżał i czułem, jakby jakiś dreszcz przeszywał moje ciało. Myśli mieszały się , choć czułem się spokojnym; nie był to rozstrój nerwowy. Odwykłem od ludzi i będąc wyprowadzonym z równowagi swojej samotności, nie zdążyłem w ciągu kilku minut odnaleźć siebie, odnaleźć nową równowagę.
Adwokat spojrzał na mnie i spytał: „zdenerowawliście się”. Powróciłem do swej celi zły na samego siebie: nie powiedziałem wszystkiego i w ogóle mówiłem jak we śnie pomimo woli i być może, także bez sensu [3]”.
 
Pierwszym więźniem, którego opisał Feliks był Michał Wolgemut, działający wcześniej we Frakcji Rewolucyjnej PPS. Został pojmany podczas napadu na pocztę, który nie obył się bez rozlewu krwi. W zamian za obiecaną wolność zdradził swoich towarzyszy broni. Z resztą nie był to jedyny zdrajca siedzący w areszcie. Całe więzienie przesiąknięte było otaczającym duszę złem, jak choćby odwiedzający Feliksa pułkownik, który z udawanym współczuciem rozmawiał z Feliksem o jego sprawie. Był tak miły i ciepły, że nieświadomie można było ulec jego iluzji dobra, zupełnie jakby był jakimś demonem: „Zło jak kleszcze żelazne, rozpalone, wyrywa i pali ciało z żywego człowieka, oślepia go. Zasłania cały świat, by wypełnić każdą cząstkę, każde tchnienie i atom każdy bólem- bólem przerażającym [4]”.
        
Każdego dnia do jego uszu dochodziły krzyki, głosy awantur, odgłosy kroków ludzi prowadzonych na stracenie. Kogo tym razem? Na ścianie odkrył napis: „Józef Kunicki, aresztowany w Wilnie na ulicy razem z żoną 6 lipca 1907 roku, skazany w Suwałkach wileńskim sądem wojennym na śmierć o zabicie szpicla tajnego i o należenie do frakcji bojowej SDPL, przywieziony do Warszawy 19 lutego 1908 r. dla spełnienia wyroku; piszę 3   marca 1908 [5]”. To nie jedyny zapisek ludzkiej tragedii. Inny, wyskrobany napis brzmiał: „Zamienili stryczek na 10 lat katorgi. Obecnie ma drugą sprawę o zamordowanie prowoka w więzieniu płockim. Dziś IV.08r.”, czy też: „Teodor Jabłoński, skazany na karę śmierci. Cela 48 (śmiertelna) [6]”. Ludzkie życie wyskrobane na ścianach.
 
W każdej celi można było odnaleźć jakieś zapiski istnień ludzkich, często tych, którzy już dawno leżeli w grobach. Cytadela- skumulowane nieszczęście setek, tysięcy ofiar nieludzkiego systemu, ludzi, którzy nie godzili się na życie w kieracie caratu. Ludzi, którzy mieli odwagę przeciwstawić się złu i wpadli przez zdradę, jak zamachowiec na gubernatora Skałona czy na rotmistrza Radomia. Ale nie tylko bohaterowie siedzieli w więziennych lochach. Wśród więźniów wielu było tych, którzy zdradzili, jak jeden z działaczy PPS Frakcji Rewolucyjnej wsypał wielu ludzi z organizacji w Warszawie, Sosonowcu czy Lublinie.
 
Młoda, osiemnastoletnia kobieta, wypukiwała Feliksowi, aby podesłał jej sznur, aby mogła się powiesić, najlepiej sznur od cukru, aby słodko było umierać. W szaleńczym obłędzie śpiewa całymi dniami, jednak nikt nie zwracał na nią uwagi. Jak nie śpiewała, wydzierała się, krzyczała, a kiedy przychodził do jej celi żandarm, robiła wielką awanturę, rozpętywała piekło po całym korytarzu. Na spacerach głośno intonowała „Czerwony Sztandar”, nikt jednak nie chciał dołączyć się do śpiewu widząc bezcelowość takiej demonstracji.
 
Swoim zachowaniem irytowała więźniów. Feliks wyjaśniał starając się ją zrozumieć: „Być może nie ma matki, już sama walczyć o kawał chleba musiała- czynny udział w rewolucji (…) Iluż jest takich- już od dzieciństwa skazanych na marne, nieludzkie życie- ludzi z wypaczonymi uczuciami skazanych na to, by prawdziwego szczęścia i rozkoszy życia już nie ujrzeć nawet we śnie!(…) Niewielka garstka pozbawiła tej zdolności miliony ludzi, by spaczyć nawet swoje własne dusze- i oto pozostaje tylko „szał i zgroza”, „zgroza i szał” lub rozkosz i uciechy w podniesieniu alkoholem, władzą, mistycyzmem religijnym [7]”.
 
Niełatwo było zachować spokój, równowagę ducha i nadzieję. Feliks to doskonale rozumiał samemu starając się nie utracić tych życiodajnych emocji. Wiedział, jak krucha jest ludzka wola, jak łatwo zmanipulować ludzi, jak za obietnicę wolności, skłonni są zdradzić swoich towarzyszy i swoje ideały. Tak było i z ową Hanką. Jeszcze w maju pocieszał ją, wystukując, że jest nieszczęśliwym dzieckiem, którego mu żal, dodawał sił, żeby mogła wszystko przetrzymać. Udało mu się nawet przesłać kwiatek zerwany podczas spaceru, aby otoczona murami miała choć ocząstkę wolnego świata.
 
Siedząca za ścianą dziewczyna w dni, kiedy leżała na pryczy zatopiona w swych myślach, jedynie od czasu do czasu cichutko stukała do Feliksa, jakby chciała się przekonać, że on wciąż tam jest, że jest obecny, a ona nie jest sama. Raz, po wymianie krótkiej informacji odstukała do niego słowa „Kocham cię”. Feliks pisał: „Drogie dziciątko. Oddzielony od ciebie martwą ścianą czuję każdy twój ruch, każdy krok, każde wzniesienie duszy. Czyż naprawdę skazali ją na na śmierć w zupełnym osamotnieniu i nikt jej nie przytuli, nikt do niej serdecznie się nie uśmiechnie? Nie mam odwagi przekonać ją, by poszła do lazaretu, gdzie i tam nie będzie koło niej nikogo bliskiego. A może nie umrze i zaprzestanie pluć krwią- ona jeszcze taka młoda jest i silna, pełna życia. Wszyscy ją tu polubili i dają jej to do zrozumienia. Przechodząc koło jej celi mówią „dzień dobry lub „dobranoc”. Żandarmi nie krzycza na nią; niektórzy nawet wyświadczają jej drobne przysługi. Jeden z nich niedawno długo z nią rozmawiał i powiedział, że bardzo mu żal, że tak siedzi samotnie [8]”.
 
Hanka nie chciała przeprowadzić się do innej celi, gdzie miałaby towarzyszkę, wolała pozostać w swojej celi i być blisko Feliksa, pomimo tego, że nad nią więźniowie całymi dniami biegali tupiąc więziennymi chodakami w podłodze, co rozdrażniałą ją. Krzyczała przez okno, aby przestali biegać. Nie słyszeli. Dopiero strażnik zwrócił im uwagę i zaprzestali hałasów. Czasem śpiewała smutne, rewolucyjne piosenki kaszląc, gdy krew przedzierała się przez gardło. Ostatniego dnia maja dowiedziała się, że została skazana wraz z innymi towarzyszami na śmierć za osiem zamachów i kierowanie bojówką. Generał Skałon, na którego również szykowała zamach, trzymając w ręku jej akt oskarżenia, jak mówiono, powiedział: „Ona już i tak za długo żyje”.
 
Na początku czerwca wezwał ją naczelnik i zaproponował układ: zdradzi swoich partyjnych towarzyszy i kara zostanie zamieniona jej na katorgę. Jeśli tego nie zrobi, zostanie powieszona. Miotała się między chcęcią życia, a śmiercią, brak jej było sił, by skończyć ze sobą. Odliczała dni do wykonania wyroku, starała się spać jak najmniej, aby zaczerpnąć jeszcze choć trochę okruchów życia. W jej duszy wrzała potworna walka o najwyższą cenę, nie tylko jej życia, ale i godności.
 
Już we wrześniu 1908 roku Feliks dowiedział się, jaki był wybór swej sąsiadki z celi: „Dzisiaj przekonałem się, ze podejrzenia moje były słuszne. To Hanka – była w Tworkach, została stamtąd wykradziona przez esdeków z Pruszkowa, potem została aresztowana i wsypała tych, którzy ją uwolnili: sama z żandarmami jeździła i wskazywała mieszkania. Podawała tu wszystkim fałszywe nazwisko, swoje właściwe (Ostrowska) ukrywała starannie. Dlaczego wydała? Kto ją wie: może bili, może naprawdę zwariowała. Teraz siedzi w korytarzu nade mną. Dziś dałem znać innym o niej- powinienem był to zrobić. Może z początku będzie się bronić, że to fałsz i nieprawda- walczyć zajadle choć o odrobinę zaufania, lecz zasłużony jej los- to hańba. Krzyż najcięższy, jaki może przypaść w udziale człowiekowi [9]”.
 
23 maja 1908 roku Feliks miał pierwsze widzenie z najbliższymi. „Dziś miałem po raz pierwszy widzenie. Była bratowa z małą Wandzią (Stanisława Dzierżyńska, żona Ignacego z ich dwuletnią wówczas córką- Z.F.); dziewczynka bawiła się siatką drucianą, pokazywała mi piłkę i wołała: stryjek, wychodź. Cieszę się bardzo, że widziałem je; tak bardzo je lubię [10]”.
 
Dwa tygodnie później znów widzenie: „Dziś widzenie miałem i pozdrowienia. Otrzymałem prześliczne kwiaty, owoce, czekoladę. Widziałem Stasię i Wandzię. Stałem na tym widzeniu jak nieprzytomny, nie mogłem zebrać myśli, ani siebie zebrać. Słyszałem tylko: „jak ty dobrze wyglądasz” i jak ja mówiłem: „strasznie tu" [11].
 
Odwiedziny najbliższych bardzo go cieszyły, choć dalekie były od wymarzonych warunków i okoliczności. Z krótkich widzeń powracał z powrotem do swojej celi, gdzie jego myśli kłębiły się starając się rozepchnąć ponure ściany, których w swej gmatwaninie nie sposób było odróżnić od tych będących wynikiem urojeń. Wrócił do celi z kwiatami zupełnie rozbity, bezwiedny, pozbawiony odczuć, refleksji, jakby zawiesił swoje uczucia na kołku. Kwiaty chciał przekazać Hance, wachmistrz odmówił. Wtedy jeszcze nie wiedział o jej zdradzie, a i sama Hanka nie wiedziała, czego się dopuści.
        
Jednego z więźniów, Waterlosa za notoryczne protesty skazano na karcer. Gdy przyszli po niego, opierał się, położył się na łóżku i nie chciał wstać. Wyniesiono go do karceru razem z łóżkiem. Inni głodowali, jednak, jak pisał Feliks: „Strajki głodowe już nie robią na nich wrażenia. Wiedzą zresztą doskonale, że taki strajk nie może długo trwać i być powszechnym. Wytrwalsze tylko jednostki dłużej znoszą głód, lecz same za to pokutować muszą[12]”. Opór nie miał sensu.
 
We wrześniu do jego wspólnej celi przyprowadzono kolejnego aresztanta, młodego porucznika artylerii Aleksjeja Bielokopytowa, który towarzyszył mu przez pół roku. Oficera tego oskarżono o to, że nie doniósł na swego wspólokatora o jego przynależności do Wszechrosyjskiego Związku Oficerów. Podpułkownik, który prowadził jego sprawę był szczególnym łotrem, jak go nazwał Dzierżyński. Postanowił za wszelką cenę udowodnić winę i nie zamierzał wypuścić Bielokopytowa nawet za kaucją, jeśli nie złoży oficerskiej dymisji.
 
Pewnego dnia Dzierżyński był świadkiem rozmowy tego podpułkownika z zawiadowcą X Pawilonu: „- No, cóż, wszystko w porządku? – Tak, wszyscy 5 skazani na śmierć [13]”.
Jednemu ze skazańców na śmierć przez kilka dni nie powiedziano o tym, że zamieniono mu najwyższy wymiar kary na dziesięć lat katorgi. Inny, któremu zamieniono śmierć na katorgę nie wierzył do tego stopnia, że siłą go trzeba było wyprowadzać z celi na widzenie z rodziną. Spodziewał się, że to podstęp i prosto z celi zaprowadzą go na stracenie. Wielu ludzi dopadał obłęd. Wybijali szyby w oknach, cały dzień wrzeszczeli, dobijali się do drzwi, szlochali. Jeden nawet rozbił kajdany założone mu na rękach. Każdego dnia Feliks z precyzją księgowego odliczał straconych. Wielu więźniów było okrutnie torturowanych, bitych, poniżanych. Siedzieli też ci, którzy nie mieli żadnych zarzutów. Często wysyłano ich administracyjnie na zesłanie, tak po prostu.
 
Najbardziej zaciekli w oporze przeciwko władzom więzienia byli anarchiści organizujący sprzeciwy z byle jakiego powodu, często za pomocą kłamstwa nakłaniali innych więźniów do przyłączenia się do strajku. Efektu takich działań nie było innych, jak odesłanie buntowników do karceru oraz ochłodzenie relacji miedzy więźniami, którzy coraz bardziej przestawali sobie ufać. Feliks opisywał wiele przypadków perfidii ludzkich, zachowania, do którego zdolny jest jedynie człowiek. Nikomu nie można było ufać. Więzienie roiło się od szpicli, którzy bez wahania wydawali każdego, nawet tych, których nie znali przypisując im wymyślone zdarzenia. Przez ich donosy często aresztowano rodzinę i bliskich współwięźniów przyczyniając się do pogłębienia depresji, wyzwolenia stanów lękowych i w rezultacie załamania.
 
System nie znał litości. Codziennie po korytarzach przeprowadzono więźniów, przyjeżdżały nowe transporty aresztantów, innych prowadzono na egzekucje, słychać było szczęk zamków, krzyki, srogie słowa żandarmów. Z cel, do których prowadziły żóltordzawe drzwi, łatane deskami powiewał zimny odór śmierci. W nich przetrzymywano ludzi, których los był już przesądzony.
 
Feliks codziennie dowiadywał się o wyrokach skazańców, o stryczku, o wiecznej katordze, o kolejnych sprawach, często prowadzonych niedbale, w których wyroki padały na podstawie niewiarygodnych zeznań szpicli, zdrajców, nastroju sędziego czy prokuratora. Feliks przedstawił w pamiętniku kilka postaci osadzonych i skazanych na śmierć, którzy byli zupełnie niewinni, obrazowo opisywał nieludzkie tortury jakim poddawano aresztowanych, byle tylko przyznali się do winy i w zamian, za złagodzenie wyroku lub wolność, zadenuncjowali towarzyszy. Sprowadzano żony więźniów, aby słuchały wrzasków torturowanego, bitego do nieprzytomności męża, szantażowano aresztowaniem rodziny.
 
Wiązano podejrzanego do drzewa i strzelano do niego z browningów grożąc, że jak się nie przyzna, będą mierzyć celniej. Innym razem wkładano ofierze głowę w piasek i bito bez litości. Wywożono aresztantów za miasto na pole i tam się nad nimi pastwiono. Do skutku.  
Cały naród rosyjski znalazł swoje odzwierciedlenie w więzieniu. Oprawcy, kaci, ludzie zmuszeni do wykonywania posłusznie rozkazów wbrew ich woli i ich ofiary, wieczny, wielki terror obecny w najmniejszym zakamarku i strach, niepewność, obawa- każdy miał zbyt wiele do stracenia, a przynajmniej życie. Feliks zastanawiał się, gdzie są ci ludzie, którzy tak spontanicznie i z wiarą stawali do walki? Siedzieli teraz w więzieniu przykryci kocem strachu.
 
Feliks Dzierżyński w swoim pamiętniku zachował daleko idącą rezerwę i chłód opisywanych zdarzeń, a przecież był uczestnikiem i bezpośrednim świadkiem wielu tragicznych chwil. Rzadko wydawał jednoznaczne osądy, czasem nawet starał się usprawiedliwić zdrajców doszukując się przyczyn ich postępowania. Dystansował swoje pierwotne emocje. Nie ulegał dzikiej żądzy odwetu, w jego słowach trudno szukać wyrazów nienawiści. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy są zmanipulowani przez system, który zburzył wszelkie pokłady zaufania i współczucia. W nim wszyscy byli wrogami, każdy kogoś się bał i na tym terrorze strachu funkcjonowali zarówno więźniowie jak i ich oprawcy. Zdawał sobie sprawę, że niegodziwość rodzi jeszcze większą niegodziwość, okrucieństwo wyzwala w ofiarach jeszcze większą potrzebę mordu, następuje głęboko posunięta eskalacja nienawiści, która prowadzi donikąd. I jedynie ktoś, kto jest tego w pełni świadomy, jest w stanie zatrzymać ten krwawy pochód.
 
W nocy z 8 na 9-go października powieszono działacza bojowej frakcji PPS- Józefa Anastazego Mireckiego. Mirecki, młodszy od Dzierżyńskiego o dwa lata, wychowywał się w dość bogatej, patriotycznej, ziemiańskiej rodzinie. Podobnie jak Feliks miał w szkole problemy z językiem rosyjskim, przez który kilkakrotnie nie zdał. Nie ukończył gimnazjum będąc w nieustającym konflikcie z nauczycielami rosyjskiego. Będąc pod silnym wpływem PPS jawnie protestował przeciwko rusyfikacji i haniebnemu traktowaniu Polaków również w górniczej szkole sztygarów na Śląsku, do której zdążył uczęszczać. Aresztowany za udział w buncie w Zagłębiu Dąbrowskim zdołał uciec podczas doprowadzenia do więzienia.
 
Zawiłe koleje losu pchnęły go do kopalni w Borysławiu (obecnie miasto na Ukrainie), gdzie ukończył kurs górnictwa i wiertnictwa, a następnie do carskiego wojska, przed którym zatajał swoją działalność w PPS. Pomimo konspiracyjnych starań, carska „Ochrana” odkryła jego powiązania i w niecały rok po wstąpieniu do wojska został aresztowany pod zarzutem przynależności do wrogiej organizacji, nie zapomniano także o buncie, w którym brał wcześniej udział. Został osadzony wpierw w więzieniu w Petersburgu, następnie przeniesiony do Piotrkowa, a stamtąd do Radomia.
 
W 1904 roku otrzymał wyrok zesłania na Syberię z możliwością odstąpienia, jeśli zgłosi się na ochotnika do carskiej armii biorąc udział w wojnie rosyjsko-japońskiej. Odmówiwszy, został wysłany na północ Rosji do Wytargi. Po blisko roku życia w skrajnej nędzy, nieznalazłwszy pracy, żyjąc na granicy śmierci, w samym sercu zimy, w styczniu 1905 roku postanowił uciec. Podczas brawurowej ucieczki zatrzymał się w Wilnie u bogatego ziemianina Montwiłła, który w tym czasie stracił syna. Od tego czasu nazwiska Montwiłł używał w konspiracji.
 
W Warszawie stał się jednym z najbardziej aktywnych członków PPS Organizacji Bojowych, wykazując się sukcesem zorganizowania rabunkowego napadu na kasę w Opatowie 6 sierpnia 1905 roku. Swą chwałą bohatera nie nacieszył się długo na wolności. Dwa tygodnie po napadzie wpadł wraz z innymi pepeesowcami w pułapkę zastawioną przez Ochranę podczas planowanego posiedzenia OKR PPS w Warszawie na ulicy Mokotowskiej 23. Uciekając ostrzeliwał się i gdy pozostała mu ostatnia kula, wymierzył sobie śmiertelny strzał w głowę. Kula jednak rozharatała jedynie jego policzek. Pojmany, broczący krwią, został zawieziony do X Pawilonu, a następnie na Pawiak, a stamtąd do szpitala św. Ducha na ulicy Elektoralnej, skąd dzięki staraniom wielu osób, w tym lekarzy i pielęgniarek zdołał uciec wpierw do Kraskowa, a następnie do Zakopanego.
 
Na przełomie 1905 i 1906 roku ukończył szkołę bojową w Krakowie założoną przez Józefa Piłsudskiego. Dalej jego kariera bojówkarza popłynęła pełnym nurtem.  W 1906 roku poszczycił się czterema napadami rabunkowymi pod Gostyninem, Pruszkowem, w Rogowie i biorac udział zbrojnie w „Krwawej środzie” w Łodzi. W kolejnym roku zorganizował napad na pociąg wojskowy pod Łapami i na wozy pocztowe pod Staroźrebami. Spośród dwóch wozów napadnięto niestety na ten przewożący korespondencję, natomiast wóz z pieniędzmi odjechał ciągniety przez spłoszone konie.
 
W Warszawie, do której przyjechał pod nazwiskiem Stanisław Sawicki rozwijał kontakty rewolucyjne, spotykał się również z brzemienną żoną. Jego osoba skupiała bardzo duże zainteresowanie carskiej Ochrany. Został namierzony i aresztowany wraz z żoną. Za zbrojny opór podczas aresztowania na ulicy Mokotowskiej wymierzono mu karę 15 lat katorgi. Za przynależność do PPS Frakcji Rewolucyjnej i „dążenie do przewrotu politycznego” również skazano go na 15 lat. Kolejny wyrok 6 października 1908 roku za napad na pociąg wojskowy pod Łapami dobił go. Skazano go na karę śmierci.
 
W relacji Tadeusza Wieniawy Długoszowskiego, który za kilka lat dzielić będzie celę z Dzierżyńskim, pozostał fragment dotyczący tej nocy: „Feliksowi przypominają się stare dzieje. Pamiętam – powiada – jak tracili Mireckiego, nie spaliśmy owej nocy aż do rana. A kiedy go prowadzili przez korytarz, wszyscy nasi, cały nasz Pawilon zaczął walić we drzwi, czym kto mógł... Nie masz pojęcia, co znaczy takie napięcie nerwowe, kiedy najmniejszy szelest sprawia po prostu ból fizyczny.
 
Mirecki siedział nade mną - na trzecim korytarzu, ja na dziewiątym. Pukaliśmy do siebie codziennie. Był zakuty na nogi. Słyszałem więc każde poruszenie jego łańcucha. Pisywaliśmy grypsy. Gdy już wiadomo było, że zostanie stracony – przysłał mi na nitce krzyżyk złoty, jaki nosił na szyi, i pisał, że daruje go na pamiątkę i jako rzecz wartościową. W przeddzień wykonania wyroku widziałem go ostatni raz, jak chodził po podwórzu. Ciężko wlekły się jego kajdany. Głowę podnosił do góry i patrzył ku niebu.
 
Szyję miał obandażowaną. Zrobił mu się wrzód na gardle, wiesz, pewnie go suchoty żarły... Ciężka to rzecz, bracie, patrzeć, jak człowieka zwiążą niczym barana i prowadzą na ubój. I jeszcze ciężej jest przeżywać straszne uczucie upokorzenia. Wiedzieć, że pięścią zatkają ci usta, powrozem ścisną gardło i że musisz być świadkiem przemocy – to, bracie, przykra, ciężka rzecz... [14]”.
 
Dzień przed wykonaniem wyroku Montwiłł pożegnał się z więziennymi towarzyszami. W nocy z 8 na 9 października o pierwszej nad ranem został powieszony. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Niech żyje niepodległa Polska!. Kat Jegorka za wykonanie wyroku dostał 50 rubli. Tej samej nocy powieszono jeszcze jakiegoś starca. Gdy stracono Montwiłła wielu więźniów w akcie solidarności ze straceńcem postanowiło nie spać. Jeden z żandarmów przyznał, że kiedy wyprowadzają kogoś na szafot, człowieka przechodzi dreszcz, a potem spać nie może cała noc przewalając się z boku na bok.
        
Nikomu w tych kazamatach piekieł nie było łatwo. Sam Feliks przyznawał się, że stracił już tą młodzieńczą siłę, jaka pozwalała mu przetrwać więzienie, jaką miał wcześniej, kiedy jako dwudziestoletni młodzieniec został aresztowany w Kownie. Gdzieś uciekł ten optymizm, który pozwalał mu nie zauważać grozy krat. Stawał się coraz starszy, coraz więcej bliskich osób pozostawił za murami, o których los się martwił. Zamknięty w szarej celi, pozostawał sam na sam ze swoimi myślami uczepionymi przeszłości. „To co najbardziej przygniata, z czym nie mogą się więźniowie pogodzić- to tajemniczość tego domu, życia w nim- rygor, który ma na celu, aby każdy tylko wiedział o sobie i to nie wszystko, lecz jak najmniej. I więźniowie namiętnie walczą o zdarcie z tego domu zasłony tajemniczości: stąd bezustanne pisanie „grypsów”, wyszukiwanie najrozmaitszych sposobów, by „gryps” doszedł, kaszlanie w korytarzu, nucenie lub śpiewanie w celach, gwizdanie [15]”.
        
7 listopada rozpoczęła się rozprawa sądowa trwająca całe trzy dni. Po wielu miesiącach przebywania w celi, gdzie toczące się życie Dzierżyński widział tylko w swych wspomnieniach, zobaczył miasto, ludzi, ruch. „Byłem podniecony i uradowany, że widzę ruch na ulicach, twarze wolnych ludzi, szyldy i ogłoszenia sklepów, tramwaje elektryczne. Potem spotkanie z towarzyszami i parę twarzy znajomych [16]”.
 
Była to niebagatelna rozrywka, do tego stopnia, że w swoich wspomnieniach opisywał kolory ścian sądu, barwy świata, a na swojej sprawie był prawie nieobecny chłonąc i odkrywając na nowo otaczającą go przestrzeń. W czytaniu pierwszego wyroku dostał osiedlenie, ale wiedział, że żandarmi szukają kolejnych spraw, by go nimi obarczyć.
 
Widząc, jak wielką farsą był ten sąd, w którym jawnie prokurator przyznał, że kara nie ma na celu poprawę, a zastraszenie, a sędzia pomimo braku poważnych dowodów sądził na podstawie swojego sumienia, nie okazywał strachu. Wspominał: „Na sądzie samym nie myślałem wcale nad tym, że to nas sądzą i ukarzą na długie lata, nie myślałem, chociaż nie łudziłem się co do wyroku. Patrzyłem na śedziów, na prokuratora, na wszytkich w sali obecnych, na ściany i dekoracje z zajęciem, z wielkim zadowoleniem, że widzę świeże barwy i kolory, różne inne twarze; byłem jakby na jakiejś uroczystości, nie smutnej i bez grozy, która mnie nie dotyczyła wcale. Oczy moje miały swieży pokazrm i cieszyłem się, i byłem cały w oczach- chciałem wszystkim coś dobrego powiedzieć [17]”. Jedyny raz tylko powróciła do jego serca groza zapowiedziana świstem szabel wyciąganych przez żandarmów przed odczytaniem wyroku: „Po ukazu jewo impieratoskawo wieliczestwa…”.
 
Liczył, że znów dostanie katorgę za kolejną sprawę. I znów wrócił do pustej celi, gdzie za towarzyszy miał jedynie książki, pamiętnik i własne myśli. Nie wiedział jeszcze, że na VI Zjeździe SDKPiL w czeskiej Pradze został wybrany jako członek komitetu. Już piąty Nowy Rok spędził w celi. Nie specjalnie rozpaczał nad tym, że ominęła go kolejna sylwestrowa zabawa. On już od dawna nie potrafił się bawić tak jak zwykli ludzie żyjący w dostatku. Koncentrował się na niegasnącej nadziei, że kiedyś padnie ten niewidzialny mur, za którym żyją uwięzieni przez nieludzki system ludzie i także on stanie się wolny. Czym więc różni się bycie osadzonym w murach Cytadeli od życia codziennego w iluzji wolności?
 
Feliks doskonale sobie zdawał sprawę, że niczym. Pisał: ”Więzienie tego tylko dokonało, że sprawa stała się dla mnie czymś uchwytnym, realnym jak dziecko dla matki- krwią i ciałem własnym pod sercem noszonym. Więzienie odebrało mi wiele, bo nie tylko realne warunki życia, bez których człowiek staje się nieszczęśliwy wśród najnieszczęśliwszych, lecz i samą zdatność do korzystania z tych warunków, dalej, zdolność płodnej pracy umysłowej, bo tyle lat więzienia, najczęściej w samotnych celach, nie mogło przejść bezkarnie. Lecz gdy w świadomości mojej, w duszy, waży się to co mi zabrało więzienie i co dało- choć nie mogę odpowiedzieć, co przeważa obiektywnie dla badacza postronnego, lecz wiem przecież, że nie przeklinam ani losu mego, ani długich lat mego więzienia, bo ono rozbije to wielkie więzienie, które się znajduje poza tymi murami [18]”.
          
Tymczasem nadeszła wiosna. „Wiosna. –pisał Dzierżyński- U nas w celi jasno- dużo słońca. Ciepło. Na spacerze powietrze miękkie- pieści jak ręka ukochanej. Na kasztanach i krzakach bzu pączki nabrzmiały i już się rozwinęły w malutkie liście zielone, uśmiechające się do słońca [19]”. Budząca się po zimowym śnie natura wyrzucała poza nawias pamięci grozę codzienności, jednak nadchodzące wydarzenia nie pozwalały zapomnieć o miejscu, w którym przebywał. Po celach krążyły opowieści z jednego z fortów, w którym w ustępie żandarmi znaleźli broń i amunicję. Rozpętało się prawdziwe piekło. Zastraszeni żandarmi złość swojego zwierzchnika wyładowywali na więźniach. Nie pozwalano nawet wychodzić do ubikacji sprawiając potworne męki, a kiedy ktoś chciał wynieść przepełnione odchodami wiadro, strażnik zbił go po twarzy i kazał zjadać jego zawartość. Szczególnie obawiano się obecności łotewskich żandarmów słynących z niepohamowanego sadyzmu i okrucieństwa.
        
Warunki więzienia były dla każdego osadzonego egzaminem z chęci do życia, z siły woli. Niektórzy odbierali sobie życie, nie mogąc znieść szykan, bólu, niepokoju, natłoku myśli i strachu. O samobójstwie myślał też Dzierżyński, ale pokłady jego wewnętrznej siły z uporem kazały mu żyć. Pisał o tym: „Nie! Będę żył- nie odbiorę sobie życia: wiążą mnie czucia innych i praca moja, a może tęsknota i nadzieja, że wrócą czasy pieśni, nadzieja nieuświadomiona, nadzieja, którą tęsknota stara się wpoić [20]”.
 
Również pisany przez niego pamiętnik trzymał go przy życiu. Miał cel, obowiązek, aby jego towarzysze mieli najbardziej wiarygodny opis okrucieństwa więziennego życia, bezpośrednią relację z ziemskiego piekła. Tą drogą przekazywał też nazwiska szpicli, a także cichych bohaterów osadzonych i skazanych, przekazał też ostatnią mowę Rogowa, skazanego na śmierć nawołującego do dalszej zaciekłej walki czy Montwiłła- fragmenty jego zapisków przed śmiercią.
 
Nastał nowy rok 1909. Kolejny Nowy Rok w celi. Jeszcze ostatniego dnia minionego roku tak podsumował swoje więzienne doświadczenia: „Tu, w więzieniu, źle jest, nieraz bywa strasznie. A jednak…Gdybym na nowo miał rozpocząć życie, rozpocząłbym tak samo; nie jest to nakaz obowiązku, lecz mus organiczny.
 
Więzienie tego tylko doknało, że sprawa stała się dla mnie czymś uchwytnym, realnym jak dziecko dla matki- krwią i ciałem własnym pod sercem noszonym. Więzienie odebrało mi wiele, strasznie wiele, bo nie tylko realne warunki życia, bez których człowiek staje się nieszczęśliwy wśród najnieszczęśliwszych, leczu i samą zdatnkośc do korzystania z tych warunków, dalej, zdolność płodnej pracy umysłowej, nie mogło przejść bezkarnie. Lecz gdy w świadomości mojej, w duszy, waży się to, co mi zabrało więzienie i co dało- choć nie mogę odpowiedzieć, co przeważa obiektywnie dla badacza postronnego, lecz wiem przecież, że nie przeklinam ani losu mego, ani długich lat mego więzienia, bo ono rozbije to wielkie więzienie, które się znajduje poza tymi murami [21]”.
 
Jego dawny towarzysz celi, Biełokopytow,  był już na wolności. Niespodziewanie otrzymał od niego kartke pocztową. Niezmiernie się nią ucieszył i czym prędzej zabrał się do odpisania: „Jak to dobrze z waszej strony, mój drogi Alosza, że przysłaliście mi kartkę, na której jest fotografia wasza z kobietą. Patrzę na was oboje z umiłowaniem i odpowiadam uśmiechem, tak jak wy uśmiechacie się do mnie z fotografii, wy swym uśmiechem powściągliwym i wasza Pani uśmiechajaca się jasno i szczęśliwie, jakby i do mnie skierowany był jej uśmiech. Patrzę na wasze twarze, wasze szczęście w nich się odbijające, żywopłot wokół i krzaki (bez perski to czy bez pospolity?), a wasz obraz przemawia do mnie mówiąc jak życie jest radosne, jak dużo tam słońca, barw, powietrza i uczuć, a za żywopłotem i krzakami widze szerokie, swobodne przestworza pół, łąk, lasów, a i wy uśmiechacie się szczęściem swoim do cudownego świata; a wasze szczęście jest tak wielkie , że ogarnia też innych, dochodzi nawet tu, w te mroczne mury, gdzie i wy byliście.
        
W mojej celi mogę mieć teraz dowolnąilość widokówek i zdjęć, ale najbardziej ulubione to wasza i otrzymana od siostrzenicy mojej malutkiej; przysłała mi ją niedawno, jakżywa patrzy na mnie ze stołu zadziornie i zalotnie się uśmiecha dziecinnie pokazując mi koniec języka. Powabna dziewczynka. Te dwa zdjęcia są w ramkach, które sam zrobiłem.
        
Piszecie, sądząc z mojego pierwszego listu, że mój nastrój nie jest dla mnie ważny. Jakby wam to objaśnić? Określenie mojego wciąż zmieniającego się nastroju nie jest rzeczą lekką, prawie niemożliwą.
        
Przecież to określenie będzie pisane także w wiadomym nastroju. Ale w przeważającej części wszystkich moich nastrojów, wydaje się być cichy smutek i cicha tęsknota. Ostry ból- jest dosyć rzadkim gościem, czyż to nie duży plus? A zdrętwiały (wybaczcie, ogólnie mówiąc, moją nieznajomość języka) organizm, jak we śnie zaopatruje się w nowe siły. Mnie, poza tym, nigdy prawie nie opuszcza świadomość, że wszystko jest w ruchu, wszystko mija, a kiedy moje życie moje jest wesołe, to mam tego świadomość i to jest też plus.
 
Ogólnie, jak widzicie, samopoczucie mam takie jak i przy was. Może być mi lepiej niż innym, w zależności od tego jak staram się wszędzie spożytkować do końca wszystkie te nawet drobnostki, które upiększają życie, i w których odnaleźć można odbicie pełnego życia.
Dzieki moim przyjaciołom mogę, jak wiecie, możliwie wygodnie urządzić się nawet w celi. Na wolności, oczywiście, można śmiać się z tej przytulności celi- tam cały świat z jego barwami, światłem i cieniami, tak i mi wtedy nie potrzebna była żadna przytulność, ale tutaj ona ma swoje znaczenie…
        
Kiedy mnie stąd wyślą- niewiadomo. Wyrok nie jest jeszcze prawomocny, mogę napisać tak samo jak ostatnim razem: „wkrótce”- za dwa, trzy miesiące. Pamiętacie jak „w ciągu tygodnia” zakończyło się wasze śledztwo? U nas jak było tak jest po starem, ale jakies zmiany są: nie ma tego powszechnego nastroju, życia wciśniętego w oddzielne celne, a wyjście z nich kosztuje więcej wysiłku. Jak kiedyś spacerujemy przez pół godziny, można odetchnąć w czasie spacerku.
        
Bądźcie zdrowi, ściskam was i całuje mocno
Wasz Feliks [22].”
 
Bielokopytowa nie zdołano oskarżyć o ukrywanie przyjaciela, ale o „wzrastające usposobienie rewolucyjne” na podstawie przechwyconych jego listów do siostry. Za ten wyimaginowany czyn przesiedział 14 miesięcy. Jego ciotka była już gotowa wyjechać wraz z nim na Syberię, gdzie spodziewał się zesłania. Pewnego dnia o w pół do szóstej drzwi celi otworzył strażnik i kazał mu się spakować. Myślał, że przewiozą go do Ratusza, jednak mylił się. Wystawiono go za bramę.
 
Nadeszło lato, żar lał się z nieba. Zwlekano ze zdjęciem z okien zimowych szyb, przez co było jeszcze bardziej parno i duszno w celach. W życiu Feliksa nie wiele się zmieniało. 8 sierpnia Dzierżyński zamieścił ostatni wpis w swym pamiętniku. Od trzech miesięcy znał już swoją najbliższą przyszłość spędzenia życia na Syberii. Syberia wydawała mu się po szesnastu miesiącach spędzonych w murach Cytadeli wyzwoleniem, krainą ze snu o wolności. Po części żal mu było wyjeżdżać stąd, gdzie jego towarzysze cierpieli wraz z nimi, gdzie człowiek obnażony z własnej godności stawał się prawdziwy. Gdzie wykuwały się najsilniejsze charaktery gotowe i zdolne z całą determinacją walczyć o lepsze jutro, o zagładę morderczego systemu.
        
W drugiej połowie lipca 1909 roku do jego celi wszedł strażnik, w ręku trzymał kopertę. Rzucił ją niedbale i zatrzasnął ciężkie drzwi. Feliks podszedł do niej, podniósł i z charakteru pisma na kopercie wiedział już, że to list od Sabiny. Natychmiast powróciły jak żywe dawne wspomnienia, a skrywana na dnie serca miłość chowana serca rozkwitła z olbrzymią siła na nowo. Powrócił do tej chwili w liście: „A dziś, gdy dostałem list- i ujrzałem czyją ręką był pisany- wróciła znowu wiosna do mej celi- ten promień słońca. Teraz przypominać muszę szarość- okropność z wczoraj i z dziś rana jeszcze. Jak przed rokiem gwiazdy i kwiaty mówiły mi, że życie cudne, tak dziś słońce poprzez szyby martwe- ślepe- słało mi muzykę dziwną, cichą a rzewną, radosną i błogosławiącą życie. Podszedłem do towarzysza i uściskałem go. I czy nie dobrą jest wróżbą, że w chwili gdy dostałem list, w celi mojej było dużo słońca i światła [23]?”
        
23 lipca 1909 roku dalej odpisywał: „Miłość moja taka wielka- w niej zebrało się całe życie me- chyba jest szczerą- jest ucieleśnieniem mych największych pragnień- jest dlatego pragnieniem, byś żyła w prawdzie ze swoja duszą i ze swym ciałem, by życie Twe tak piękne było, jak sama piękną jesteś. Jesteś najdroższą dla mnie-  nie zabijasz mnie i nie więzisz- nie zasłaniasz mi świata- widzę wszystko i męczę się, by na świecie piękno panowało- prawda w ludziach- ich wewnętrzna, bolesna nie raz prawda (…) Nie chcę, abyś była w zaczarowanym kole przesądów ludzkich- chcę, abyś była poganką do końca- byś wypiła kielich życia do dna samego. (…) I gdy pomyślę, że i moja miłość może trochę zabrać Ci życia, jest mi tak niewypowiedzianie źle, jak gdybym w otchłań się staczał [24]”.
 
Jego miłość nie była miłością zaborczą, obca była mu zazdrość. Było to najbardziej czyste uczucie, można powiedzieć, że była to miłość bezwarunkowa. Starał się, by Sabina czuła się szczęśliwa, wolna i zrealizowana. Feliks dawał jej dużo wolności, jednak ona była w stanie jej przyjąć.
        
Feliks obawiał się, że to wielkie uczucie, jakim darzy Sabinę, gdzieś się zagubi w „zaczarowanym kole przesądów ludzkich”, gdy wejdą w tryby poprawności mieszczańskiej z listą praw i obowiązków narzuconych przez tradycję, religię czy obyczaje. Zdecydowanie pragnął tego uniknąć widząc w tym grób miłości. Swoje uczucie pragnął zachować czystym i pięknym, ochronić je przed złem swiata: „Piszę ci „Ty”, a nie „Pani moja”, bo chcę, byś była mi siostrą najdroższą- i najbliższą mi istotą- byś pokochała mnie prosto- jak się brata kocha- bo chcę przełamać to coś fałszywego, co nas dzieli i co psuje nam życie [25]”.   
    
W Cytadeli Feliks przesiedział szesnaście miesięcy. Car Mikołaj II podpisał wyrok dożywotniego osiedlenia się na Syberii, pozbawił go tytułu szlacheckiego i wszelkich praw. Pozbawienie tytulu szlacheckiego nie było dla niego żadną karą. Ze swojego szlacheckiego stanu Dzierżyński zwykł drwić mówiąc, że jedyne co z niego miał to sygnet rodowy po ojcu i pokrewieństwo z rodziną Tadeusza Kościuszki.
        
Na jesieni 1909 roku w Warszawie trwały przygotowania do przyjazdu cara. Wszystkie służby zostały postawione w stan gotowości, aby nie doszło do jakichkolwiek zamieszek czy zamachów na Jaśnie Pana panującego. Dlatego aresztowano wszystkich, nawet tych, na których padał cień podejrzenia o wywrotową działalność. W samym 1909 roku w carskich więzieniach przebywało ponad 170 tysięcy osób.
 
Zofia akurat wprowadziła się do kolejnego mieszkania na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, jednak nie miała szansy się nim nacieszyć. 26 września 1909 roku do jej drzwi zapukała policja. Kolejne miesiące spędziła w nowo wybudowanym więzieniu przy ulicy Spokojnej[26] w sąsiedztwie Cmentarza Powązkowskiego. Na Spokojnej spotkała wiele towarzyszek, między innymi swoją przyjaciółkę Melanię Cukier. Podobnie jak i ona, była działaczką SDKPiL, w której zajmowała się kolportażem i agitacją. Nie dawno wróciła ze Szwajcarii, gdzie na uniwersytecie w Bernie i Zurychu studiowała chemię i fizykę. We dwie było im znacznie raźniej. Więzienie nie należało do ciężkich. Swobodnie można było za dnia przemieszczać się między celami, rozmawiać, organizować więzienne życie. Na Spokojną trafiła również Zosia Smosarska, która nie tak dawno wyszła za mąż za Jana Harabaszewskiego, późniejszego słynnego dydaktyka nauczania chemii. Zofia spędzała czas na nauce algebry i agitując skutecznie Franciszkę Gutowską, która dzięki wielogodzinnym rozmowom porzuciła burżujskie marzenia wielkiej, endeckiej Polski dla sprawy robotniczej. 
        
Po trzech miesiącach bezpodstawnego aresztu Zofia została administracyjnie wydalona z granic imperium. Dla caratu była to czysta oszczędność. Zesłańcom syberyjskim należało wypłacać niewielkie pieniądze, wygnańcom zaś żadnych. Wyjechała do Austrii na zaproszenie Wandy Kral, która w Grafenbergu spędzała czas w sanatorium. Po tak wielu ciężkich miesiącach było to dla Zofii wspaniałą okazją do odpoczynku. Co prawda sanatorium było o tej porze zamknięte, ale wciąż działała restauracja, gdzie dwie przyjaciółki wpadały na posiłki pomiędzy długimi spacerami. I tak jak wszystko się kończy, skończyć się musiał pobyt w górach. Zofia wróciła do Krakowa, gdzie zamieszkała w Dębnikach ze swoją przyjaciółką, Klarą Fijałkowską (Zofią Fijałkowską-Gromkowską). Jej brat Stanisław proponował Zofii, że opłaci jej studia, aby mogła kontynuować naukę, ale odmówiła wiedząc jak dużo sam ma wydatków mając rodzinę na utrzymaniu oraz zajmując się wychowaniem ich przyrodniego brata Czesława.
        
Jesienią, 31 sierpnia 1909 roku Feliks wyruszył w kolejną zesłańczą podróż zatrzymując się w kolejnych więzieniach w drodze na Syberię. Z Cytadelii do Arsenału, a stamtąd do praskiego więzienia. Szczególnie Arsenał zapadł w jego pamięci. Znalazł się w celi, do której dochodziły przez cały czas dźwięki miasta, nieustające zgrzytania tramwajowych kół po torach, stukot końskich kopyt, gwar ulicy. Przez trzy doby nie mógł zasnąć, jakiś straszny niepokój mu towarzyszył i dopiero czwartego dnia, kiedy przeniesiono go do celi oddalonej od ulicy zasnął.
        
W Arsenale Dzierżyński spotkał Andrzeja Warzyszyńskiego, działacza SDKPiL, z którym poznał się w częstochowskim oddziale w 1905 roku. Dopiero w więzieniu, w warszawskim Aresenale na Długiej 52 w celi numer 28 dowiedział się, jak naprawdę ma na nazwisko towarzysz „Józef”. Panowie spotkaja się ponownie za kilka lat w innym miejscu i znacznie odmiennych okolicznościach.
 
Dzierżyński pierwotnie miał zostać zesłany do Sachalina, jednak zmieniono mu cel jego wiecznego osiedlenia się na gubernię jenisiejskiejską na Syberii. Być może zmiana ta wywołana była zaliczeniem go do jednym z najbardziej niebezpiecznych przestępców Imperium. Podróż zapowiadała się bardzo długa i pełna atrakcji. Podczas podróży Feliks przestrzegał współwięźniów, aby nigdy nie kłaniali się i nie zdejmowali czapek przed służbą więzienną. Wymuszanie tego gestu było dla żandarmów wspaniałą zabawą i okazją do poniżania. Feliks tłumczył, że rewolucjoniści mają swoją godność i przed więziennikami się nie kłaniają. Dzięki tej dewizie zaliczył karcer. Rozopczął także spór ze strażnikami ujmując się za jednym z więźniów, Michaiłem Trocenko, który jako jedyny miał na nogach założone kajdany. Groził strajkiem więźniów. Gdy jego argumenty nie spotkały żadnej reakcji, wyniósł z kuchni topór do rąbania drzewa i próbował sam rozbić nim żelazo. Niestety szybko zaniechał tego obawiając się, że zrani towarzysza. Po długich staraniach, apelach skierowanych do służby więziennej dopiął celu.
 
Dzierżyński ruszył w dalszą podróż. W połowie września dotarł do miejscowości Oriel. W orłowskim więzieniu rozpoczął pisanie swojego drugiego pamiętnika. Jego pierwszy zapis pochodził z 15 października 1909 roku. Po spotkaniu ze swoim dawnym znajomym z partii, Aleksandem Gierdawą, był zdruzgotany jego stanem. Opisywał Aleksandra: „Niewyobrażalnie schudł, poczerniał, kaszle, ręką trzyma się za pierś, z wybitymi zębami. On- taki cichy i spokojny, występujący zawsze ze zdrowymi płucami rok temu. Z Arsenału w Warszawie wyszedł całkiem zdrowy. Dzisiaj tylko cień z olbrzymią chęcią do życia, doczeka się słońca i ze strachem bliskiego końca. 11 miesięcy spędził w Orle [27]”.
 
Nic dziwnego, że nastąpiła tak fatalna przemiana jego dawnego towarzysza, kiedy przebywał się miejscu kaźni tak długi czas, gdzie od samego początku, od samego przyjazdu nie widać nigdzie nawet cienia człowieczeństwa tylko samo makabryczne zło. „Kiedy przyprowadzają nową partię- pisał Dzierżyński- prowadzą do łaźni, tam każą rozebrać się, pozostawiając tylko kajdany. Nagich przyjmuje jeden z pomocników naczelnika, każdego przywołując. Od niego należy przejść przez ustawionych w rzędzie strażników w liczbie 20-25 do innego miejsca, gdzie wydają bieliznę. Pomocnik każdego odsyła od stołu groźnym „przyjęty” dodając „dobrej postawy” lub „złej’ lub nic nie dodając.
 
Ustawieni strażnicy każdego bez wyjątku biją, kto pięścią, kto nogą, kto gumowym prętem. I nieszczęście temu, komu pomocnik powiedział „złej”, nieszczęście temu, kto wyglądem nie spodobał się strażnikom, nieszczęście temu, kto nieustraszony i śmiało pozwala siebie bić, nieszczęście tym, którzy rozmyślają, nieszczęście politycznym, nieszczęście żydom, nieszczęście tym, którzy krzyża na piersiach nie noszą, nieszczęście tym, którzy wystarczająco są młodzi i silni i przebiegają przez rzędy za szybko- takich łapią za kajdany, rzucają na ziemię i biją leżących nogami i prętami gumowymi dopóki ofiara nie straci przytomności. Wtedy polewają woda i w prześcieradłach wynoszą wprost do szpitala.
 
Pozostałych prowadzą do pojedynek, gdzie każdy bezwarunkowo musi przesiedzieć co najmniej 14 dni. Tu kontynuują bicie i znęcanie się zamieniając uwięzionych w automat, każdy więzień musi się podporządkować każdemu strażnikowi. Jak przed groźnym panem życia i śmierci, każdy musi być cichy jak cień, każdy musi ruszać się i odpowiadać jak automat, nie ma prawa nawet o coś prosić, a tym bardziej przypominać- wszyscy są w wiecznym, nieustającycm strachu, że będą bici, bici straszliwie bezlitośnie na śmierć [28]”.
 
Terror w Orle został doprowadzony do granic perfekcji. Więżniowie bali się siebie nawzajem nie wiedząc kto i kiedy doniesie na nich za jakieś słowo, gest, ruch, prawdziwy lub nie, zmyślony czy urojony. Nie można było chodzić po celi, każdy musiał siedzieć na swoim worku, a gdy przechodził, musił robić to tak, by dzwoniły kajdany. Strażnicy często zaglądali do cel przez judasze, a gdy nie zobaczyli przez szparkę wszystkich więźniów, wchodzili i bili na oślep. Zabroniono podchodzić do okien bliżej niż na trzy kroki. Wielu z więźniów traciło zmysły, objawiały się w nich manie prześladowcze. Pozostali całymi dniami nie odzywali się, popadali w apatię stając się zupełnie obojętnymi.
 
Przerażające, okrutne, bestialskie zachowania strażników, psychopatów skutecznie sterroryzowało więźniów. Nawet codzienny spacer nie obywał się bez brutalnego bicia, a szpital więzienny nie był azylem przed razami. Wybite zęby, głuchy szum w uszach, obite płuca, gruźlica i śmierć- więzienie w Orle, po którym piekło wydaje się niebem. Na zewnątrz nie wychodziły żadne skargi i jedynie rodziny odbierające ciała samobójców, widząc głębokie rany od bicia starały się interweniować w sądzie. Coż z tego, nawet gdy przyjeżdżał uczciwy prokurator, więźniowie byli tak zastraszeni, że żaden nie był w stanie opowiedzieć prawdy. Wiedzieli, że zanim prokurator podejmie działania, oni mogą już być martwi.
 
Na szczęście dla Dzierżyńskiego, kilka dni po przyjeździe do tego piekła na ziemi, otrzymał dokładne miejsce swojego zesłania- wieś Bielskoje, do której dotarł 24 września po 300 kilometrowej podróży. Nie zagrzał tam miejsca. W raporcie policji zantowowano, że jest to więzień niezwykle wyróżniający się swym zachowaniem i arogancki, a policja nie chce mieć takiego osobnika we wsi. Dlatego na początku października ponownie przewieziono Dzierżyńskiego do wsi Sukowo, a stamtąd do Tasiejewki.
 
Tymczasem w 13 października 1909 roku umarła zażywając cyjanek Michalina Feinstein. Po jej aresztowaniu wraz z Feliksem pod koniec grudnia 1906 roku spędziła w więzieniu kilka miesięcy. Wyszła stamtąd z postępującą gruźlicą, a do tego kulawa. W czerwcu 1907 roku emigrowała do Berlina, gdzie pracowała w Sekcji Zagranicznej SDKPiL jako sekretarz. W 1908 roku brała udział w zjeździe partii w Pradze. Jedyną radością jej życia była praca, to jednak było za mało, aby chcieć żyć.
 
W dniu tragedii, Sabina była w Żerocinie, niedaleko Międzyrzeca Podlaskiego, w majątku pani Drabińskiej, gdzie dzięki wstawiennictwu przyjaciółki Sabiny, Maryli Sokal[29], odpoczywała wdowa po Marcinie Kasprzaku Helena Żółtowska z jedynym synem Kasprzaka, Jarosławem. Pewnego dnia listonosz przyniósł jej zagadkową depeszę, w której napisane było, by jak najszybciej wróciła do Warszawy, ponieważ jej szef przed wyjazdem do Chin musi z nią porozmawiać.
 
Czym prędzej spakowała się i wyruszyła w podróż. Na dworcu w Warszawie czekali na nią dwaj bracia i wuj. W milczeniu pojechali do domu, gdzie pokazali jej depeszę od brata Władysława pisaną z Berlina z prośbą o bezzwłoczny przyjazd. Nie wiadomo do dziś jakim cudem jej brat załatwił Sabinie paszport. Do Berlina udała się najbliższym pociągiem. Tam czekał na nią Jan Tyszka, którego oczy zdradzały zapowiadające się nieszczęście. Tyszka zaprowadził Sabinę do opustoszałej kawiarenki i zrelacjonował dokładnie przebieg tragedii.
 
W mieszkaniu, w którym pracowała Michalina porządkując partyjne archiwa, znaleziono ją martwą. Przyjaciel, który znalazł ją martwą, czym prędzej powiadomił Władysława po czym razem wrócili na miejsce nieszczęścia. Kryjąc się pod osłoną nocy, wynieśli ciało do taksówki stwarzając wrażenie, że prowadzą ciężko chorą i w półprzytomna kobietę. Przyjechali do swojego domu, gdzie z trudem wnieśli ją do mieszkania. Musieli bardzo uważać, ponieważ sąsiadami byli wścibscy Niemcy, którzy do Polaków nie mieli przyjaznego stosunku i o każdych podejrzanych działaniach mogli zawiadomić policję.
 
Gdy znaleźli się w środku, odetchnęli, jednak nie był to koniec ich zmagań. Musieli naprędce opracować wiarygodne alibii, bo Michalina posługiwała się fałszywymi dokumentami. Sprowadzono zaprzyjaźnionego z partią rejenta, który dopełnił formalności. Zgodnie przyjęli wersję, że zmarła cierpiała na gwałtowną chorobę, mogli więc natychmiast zgłosić zgon i przewieźć ciało, już oficjalnie, karetką pogrzebową na cmentarz żydowski w Weissenkirche, gdzie czekał już gotowy obmurowany grób. Pogrzeb miał odbyć się następnego dnia.
 
Na cmentarz przyjechało, nie bacząc na niebezpieczeństwo, wielu partyjnych towarzyszy. Przyjechała też Róża Luksemburg, która w zamówionym nekrologu napisała: „W zmarłej straciliśmy jedną z najczystszych postaci naszego ruchu(...) Kogo nie uderzała siła bijąca od tej wątłej, pochylonej, na wpół złamanej postaci (…) ta słaba, fizycznie złamana, osobiście bardzo nieszczęśliwa kobieta, miała w sobie coś z bohaterki, gdy chodziło o najświętszą, ukochaną przez nią sprawę robotniczą. (…) Miała w sobie ofiarność i zdolność znoszenia mąk pierwotnej chrześcijanki połączoną z siła, wytrwałością nowoczesnego ewolucjonisty- socjalisty(...) Gdy widziała, że nic już życiu dać nie może, skończyła z sobą, cicho, spokojnie, z tą prostą siłą, jaka ją zawsze cechowała(…) Tuż przed śmiercią pamięta jeszcze o ukochanej idei, o cierpiących towarzyszach, ostatnie swe słowa do nich kieruje…[30]”.
 
Po uroczystości pogrzebowej, w trosce o stan Sabiny, Róża zaproponowała, by spędziła u niej kilka dni, aż dojdzie do siebie po tragedii. Sabina jednak nie skorzystała z propozycji przyjaciółki. Następnego dnia należało przenieść całą dokumentację z mieszkania, w którym odnaleziono Michalinę. Do akcji włączyli się wszyscy obecni na pogrzebie. Wielu z nich wiedziało, co było faktyczną przyczyną samobójstwa Mici. Jakub Hanecki i Aleksander Małecki sugerowali Sabinie, aby zakończyła flirt z Feliksem i wyszła za niego za mąż. Choć słowa te oburzyły ją, nic nie powiedziała. Wyjechała do Warszawy po drodze zastanawiając się, dlaczego jej siostra nie zaczekała na powrót Feliksa z zesłania?
 
Dzierżyński na wieść o śmierci Michaliny napisał zdawkowo: „Zniosę wszystko, prócz śmierci Twojej... Bo bez Ciebie- po co żyć? Czuję coś nieszczerego w stosunkach naszych… Nie męczą mnie wyrzuty z powodu śmierci M.- boli tylko jak uderzenie straszne [31]”.
Najwidoczniej Feliks spieszył się, list był krótki. Pisał go przygotowując się do kolejnej ucieczki. Następne jego pismo wysłane w odpowiedzi na treść listu pożegnalnego Michaliny, również nie należało do wylewnych. Pisał jeszcze z zesłania: „Nie trzeba żałować, iż czytałem list M. Nie czytając znałem treść jego. Wiedziałem jak się męczyła, jak kochała- jak się gubiła w tajnikach swej duszy. Nie trzeba żałować, bo przecież żyć może to tylko, co w nas samych”.
 
Feliks doskonale wiedział o tym, jak szaleńczo zakochana była w nim Michalina, a mimo to ignorował ją, nie zauważał, pozostawiał ją samej sobie koncentrując się na niedostępnej Sabinie. Bo i cóz innego mógł zrobić? Druzgocząca szczerość i ignorancja Feliksa jej rodzonej siostry musiała boleć Sabinę. W rzeczywistości Feliks nie był w stanie ulżyć cierpień nieszczęsnej Michalinie, dać jej miłość, której nie czuł. Nie kochał Michaliny i w żaden sposób nie przyczynił się do nardzon jednostronnej, nieszczęśliwej miłości Michaliny, która w swym liście do swojej siostry napisała ostatnie słowa: „Nie męcz się. Żyj spokojnie, bo nie chcę, by myśl o mnie zatruwała. To moja prośba, wielka prośba. Zrób J.(Józefa, czyli Feliksa) szczęśliwym, bądź nią sama. Żegnaj, całuję, droga, droga [32]”.
 
Michalina umarła w wielkiej samotności i rozpaczy. Biernie poddała się losowi i zaakceptowała miłosną relację jej siostry z Feliksem, którego uwielbiała, marzyła o nim, który tak bardzo podobny był do niej, tak samo zaangażowany, pochłonięty, zakręcony, rozmarzony. Michalina była kobietą niezwykle szlachetną, wyrozumiałą i cichą. W jej zewnętrznym spokoju pokaleczonego ciała toczyła się burza namiętności i rozdarcia. Nie miała siły dalej żyć, widziała, jak wszystko czego pragnęła omija ją, była świadoma, że choroba ją zżera i nigdy nie doczeka szczęśliwych dni u boku ukochanego Feliksa.
 
W ostatnim liście Feliksa Dzierżyńskiego z zesłania z Tasiejewki[33]- zapadłej nory otoczonej tajgą, do której w porach roztopów i ulew nie ważył się żaden woźnica przyjechać ze względu na fatalne drogi i grzęznące w błocie i bagnach koła wozów, czuć między wierszami, że żył ucieczką, kombinował jak wyrwać się z tej syberyjskiej matni i wrócić do ukochanej Sabiny i dalszej pracy.
       
Tymczasem do Tasiejewki 9 grudnia dotarła kolejna grupa zesłańców, wśród których znalazł się Hipolit Pietraszkiewicz, ps. Ambroży wycieńczony po 28 miesiącach więzienia w pojedyńczej celi. W podrózy zdarzyło mu się zasłabnąć, w nocy gorączkował, jego stan zdrowia był zły. Starosta nowoprzybyłych wystapił do mieszkańców z prośbą, aby ulokowano Hipolita w jakims spokojnym miejscu, gdzie mógłby wrócić do zdrowia. Natychmiast odezwał się Dzierżyński zgłaszając, że zabierze go do siebie. Pietraszkiewicz znał jego nazwisko, zetknął się z nim w Białymstoku, kiedy ktoś w jego towarzystwie opowiadał o nim. Teraz miał szansę poznać go osobiście.
        
Znaleźli się w kwaterze, gdzie mieszkał Feliks u pochodzącego z kielecczny starszego pana, Jana Rogulskiego, zesłanego na Syberię za udział w Powstaniu Styczniowym. Odbywał wcześniej katorgę w warzelni soli w Troickom Zawodskom położonym około 30 kilometrów od Tasiejewki. Gdy jego kara dobiegła końca, osiedlił się w Tasiejewce, gdzie założył warsztat kowalski. Hipolit Pietraszkiewicz wspominał pierwsze dni na dalekiej Syberii w domu pana Rogulskiego: „Przez cały wieczór Tow. Dzierzyński wyjawiał w stosunku do mnie tyle troskliwości, że czułem się wprost zażenowany. Mam wrażenie, że wszystko co było najlepsze w domu Rogulskiego, było mi zaproponowane. Rzucała się przy tym w oczy jedna rysa jego postępowania. Stosunek do mnie nie był zwykłą wyedukowaną uprzejmością, lecz prawdziwą troską o chorego towarzysza [34]”.
        
Widac było, że Feliks i pan Rogulski są w doskonałej komitywie, a starszy pan zachwycony jest swoim lokatorem. Widać to było w skupieniu, jakie malowało się na jego twarzy, kiedy Dzierżyński mówił. Następnego dnia, Dzierzyński sprowadził do chorego lekarza, starego bolszewika, doktora Gusarowa, który po zbadaniu Pietraszkiewicza orzekł, że jego zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo, a mroźny klimat będzie mu sprzyjać.
 
Pewnego dnia Feliks zniknął. Nie pojawił się więcej w domu. Zabrał ze sobą swoje rzeczy i buty ocieplane psim futrem. Jak się okazało, pan Roguski poprzez zaprzyjaźnionych woźniców przemycił Feliksa do traktu kopaczy złota, a stamtąd koleją Feliks udał się do Warszawy. Krążą opowieści, że Feliks przed ucieczką, oddał ukryty w zaszytej kieszeni paszport na fałszywe nazwisko jednemu z zesłańców, by ten salwował się ucieczką. Był on podejrzany o zabicie bandyty, który gwoli prawdy go napadł, ale nie był skazańcem. Dzierżyński w Tasiejewce był tydzień i raczej nie miał szans na dostanie drugiego paszportu. Zofia Dzierżyńska w uwagach do książki z 11 listopada 1948 roku pisze, że sytuacja wydaje jej się nieprawdopodobna, choć nie wykluczone, że Feliks uciekł bez dokumentów.
 
Ucieczka Feliksa 13 listopada 1909 roku odbyła się bardzo sprawnie i bezpiecznie. Zanim Feliks udał się do Warszawy, odwiedził w Wilnie Aldonę w domu przy ulicy Połockiej. Tego dnia doszedł też do niej list wysłany przez Feliksa z zesłania. W natłoku matczynych obowiązków, nie miała czasu przeczytać go, kiedy przyniósł go listonosz. Dopiero pod wieczór, kiedy położyła dzieci spać, rozdarła kopertę i spokojnie zasiadła do czytania. Dalszą, nieprawdopodobną, acz prawdziwą historię cytuję z jej wspomnień: „Nie zdążyłam go przeczytać, gdy zadzwonił dzwonek w sieni. Zdziwił mnie tak późny dzwonek, więc podchodząc do drzwi, zapytałam: -Kto tam? W odpowiedzi usłyszałam: -Otwieraj szybko. Z nieufnością otworzywszy do połowy drzwi, zobaczyłam na progu człowieka w wysokiej szarej czapie, w kożuchu z podniesionym kołnierzem, tak, że widać było tylko oczy. Byłam zdetonowana i nie wiedziałam co robić. Nieznajomy powiedział: -Naprawdę mnie nie poznajesz? Wpuśćże mnie prędko! Był to Feliks, który uciekł z Syberii. Jeszcze długo nie mogłam dojść do siebie z radości i zdziwienia, zjawił się bowiem szybciej, niż zdążyłam doczytać do końca jego list [35]”.
        
Feliks nie miał wiele czasu, czuł oddech żandarmów na swoich plecach. Opowiedział siostrze o tym, że w pociągu zobaczył człowieka, który wcześniej widział go w kajdanach i więziennym uniformie i przez to całą podróż zmuszony był leżeć na półce w wagonie twarzą do ściany. Aby zmylić trop policji, jedno z dzieci przyniosło z apteki czarną farbę przemieniając go z szatyna na bruneta. Podczas tej fryzjerskiej operacji, w drzwiach rozległ się dzwonek. Czym prędzej syn Aldony wyprowadził Feliksa tylnym wyjściem zabierając ze sobą farbę i udali się nad rzekę. Dzięki temu, uniknął kolejnego aresztowania, bo właśnie do domu weszła policja. Aldona, pokazała list od brata i z kamienną, pokerową twarzą oznajmiła, że jak mógł tu być, kiedy wczoraj dostała list od niego?
 
Dzierżyński dotarł do Warszawy i pierwsze kroki skierował do biura na ulicę Moniuszki. Tam spotkał Sabinę. Nie było to radosne spotkanie. W powietrzu unosił się smutek i żałoba po stracie Michaliny. Feliks usiadł u stóp przygnębionej Sabiny nie śmiąc wziąć ją w ramiona. Ona także nie mogła go ucałować mając wciąż w pamięci świeżą ranę po śmierci swojej siostry. Obarczała się nią, czuła się odpowiedzialna za to, co się wydarzyło. Sabina była w głębokiej depresji. Obwiniała się za śmieć siostry, uważała, że bezpośrednio się do niej przyczyniła flirtem z Feliksem. Jakub Hanecki, bliski przyjaciel i współpracownik Feliksa obciążał zaś winą za tę tragedię Dzierżyńskiego. Wielu ludzi ta śmierć dotknęła głęboko tym bardziej, że Michalina była bardzo lubiana i ceniona. Zapadały ciche wyroki, nie zawsze sprawiedliwe.
 
Ze względu na zagrożenie ze strony policji, para postanawia nie spotykać się więcej w Warszawie. Rozstali się w ciszy. Feliks poszedł na ulicę Złotą 38 do mieszkania brata, gdzie czekała na niego serdeczna mu Stanisława Siła Nowicka, żona Ignacego. Tam zatrzymał się przez kilka dni. Pod koniec grudnia, Feliks, a także Sabina, prawdopodobnie oddzielnie ze względów bezpieczeństwa, wyjechali do Berlina.


[1] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 22
[2] F. Dzierżyński, Z pamiętnika więźnia, Przegląd Socjaldemokratyczny 1909, s.476 W oficjalnie wydanych edycjach ten fragment został ocenzurowany.
[3] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, s.39
[4] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 16
[5] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 19
[6] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 25
[7] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 24
[8] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, s. 49
[9] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 53
[10] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 35
[11] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 39
[12] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 47
[13] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 55
[14] L.Dubacki, Józef Anastazy Montwiłł – Mirecki (1879 - 1908), http://www.przeglad-socjalistyczny.pl/wielcy-socjalici/33-jozef-anastazy-montwi-mirecki, (odczyt z dn. 12.01.2015r.)
[15] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 43
[16] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 58
[17] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 59
[18] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 67
[19] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 76
[20] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 92
[21] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 66-67
[22] N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 22.03.2014r.)
[23] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 104
[24] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 105
[25] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 106
[26] W roku 1918 utworzono tam obóz dla powracających Polaków z Rosji
[27] http://xiegarnia.pl/wp-content/uploads/IMAGES/2103_dzierzynski_dziennik.pdf (odczyt z dn. 21.11.2014r.)
[28] http://xiegarnia.pl/wp-content/uploads/IMAGES/2103_dzierzynski_dziennik.pdf (odczyt z dn. 21.11.2014r.)
[29] Mariola Sokal zmarła tragicznie, podczas okupacji hitlerowskiej została zastrzelona przez oficera Niemieckiego podczas transportu do Majdanka.
[30] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 39
[31] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 106
[32] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 34
[33] Pobyt Dzierżyńskiego w Tasiejewce został upamiętniony tablicą pamiątkową na drewnianym, starym domu, gdzie mieszkał Dzierżyński a ulica przy której jest położony nosi imię rewolucjonisty.
[34] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-2, dok. 17
[35] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 33
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.