Trzeba umieć umrzeć błogosławiąc życiu

rozdział XXII
 
 
26 grudnia 1906 roku Feliks Dzierżyński wrócił do Warszawy i prosto z dworca kolejowego podążył do mieszkania swojego towarzysza Józefa Krasnego na ulicę Śliską 12[1]. Miał się tam dowiedzieć, jaki jest adres zebrania przedwyborczego do II Dumy Państwowej. Umówiony był na wygłoszenie referatu o sytuacji robotników w Łodzi związanej z niedawnym lokautem. Nie podejrzewał, że w mieszkaniu, do którego zmierzał, policja zorganizowała zasadzkę.
 
Czaiła się tam już od trzech dni bacznie je obserwując. Razem z Feliksem wpadło czterech esdeków i trzech członków Bundu, w tym Henryk Stein, Józef Krasny i… Michalina Feinstein - siostra jego ukochanej Sabiny. Józef Unszlicht, który miał również tam dotrzeć, szczęśliwie na zebranie nie dotarł i uniknął aresztowania, co w późniejszym czasie zrodzi poważne podejrzenia Feliksa wobec jego osoby. Michalina wykorzystując nieuwagę policjantów, starała się jeszcze ratować ucieczką. Wyskoczyła przez okno z pierwszego piętra schodząc po zwisającej linie. Niestety tak nieporadnie to robiła, że niefortunnie spadła i bardzo mocno się potłukła łamiąc przy tym nogi. Tak pokiereszowaną, prosto z ulicy zabrano do więzienia. Brak natychmiastowej opieki medycznej sprawił, że ta piękna kobieta została kaleką.
 
Sabina musiała szaleć z rozpaczy. Jej trzy najbliższe osoby- brat, siostra i Feliks były aresztowane. Oprócz wspomnianych działaczy, policja przeszukała całą kamienicę i aresztowała jeszcze 40 osób. Pomimo tak szeroko zakrojonej akcji, policji umknął uwadze przychodzący na owe spotkanie Kozłow, który był uciekinierem z Syberii oraz kierownikiem „Republiki Krasnojarskiej” – ośrodka władzy w Krasnojarsku, który istniał na przełomie roku 1905 i 1906… przez miesiąc. Do mieszkania Krasnego przyszedł, by domówić sprawę jego przerzutu na Zachód. Po kilku dniach został wypuszczony jako przypadkowy przechodzień.
        
Dzierżyński był wściekły na siebie, że nie zachował należytej ostrożności. Z mieszkania Krasnego trafił zakuty w kajdanki do więzienia w Ratuszu. Tymczasem jego towarzysze z partii już wiedzieli o aresztowaniu i uruchomili swoje kontakty wśród oficerów Ochrany. Korzystając z tego, że w na każdym szczeblu carskiej władzy byli ludzie szczególnie pazerni na pieniądze, wykorzystywano ich, kiedy była potrzeba złagodzenia wyroku czy zwolnienia z więzienia. Tak było i tym razem.
 
Uwolnienie Feliksa za kaucją nie wchodziło jednak w rachubę. Jego obroną zajął się mecenas Bolesław Szyszkowski. Zebrane przy Dzierzyńskim materiały, znacznie go obciążały. Dlatego pod osłoną opustoszałych nocą biur policji, znalezione przy nim rzeczy po cichu poprzekładano do innych teczek zupełnie niepowiązanych ludzi. Kiedy doszło do pierwszego przesłuchania, w jego teczce nie znaleziono praktycznie nic obciążającego [2].
W ratuszowym więzieniu nie trawiąc monotonii i bezruchu, Feliks od razu wystarał się o pracę przy noszeniu wody i posiłków dzięki czemu miał kontakt z innymi osadzonymi.
 
Dowiedział się, że w całym mieście trwały masowe aresztowania działaczy robotniczych. Wśród nich znalazła się również Zofia Muszkat zatrzymana w noc sylwestrową za sprawą niefortunnych kaloszy. Siedziała w tym samym gmachu, w celi trzydziestoosobowej, w której żandarmi ulokowali ponad setkę kobiet mieszając polityczne ofiary łapanek z kryminalistkami i prostytutkami.
 
Historia jej wpadki była dość ciekawa. W przeddzień Nowego Roku udała się do konspiracyjnego mieszkania SDKPiL przy ulicy Dalekiej 4 na Mokotowie na zebranie, tzw. „giełdę”, podczas którego działacze rozliczali się i podejmowali się nowych zadań. W chałupie było kilkanaście osób. Gospodyni zawczasu rozpaliła ogień w kominku, aby w razie nalotu policji spalić wszelkie dokumenty. Pech chciał, że tym razem w trakcie spotkania do domu wtargnęła policja. Przytomna gospodyni wrzuciła do ognia wszystkie dokumenty, a uczestnicy rozbiegli się tak jak stali uciekając przez okna wychodzące na podwórko.
 
Niby wszystko wyglądało naturalnie, nie było śladu zebrania ani konspiracyjnych materiałów, jednak uwagę policjantów wzbudziły dziesiątki kaloszy, których nie pozakładali goście w panice salwujący się ucieczką. Zofia wbiegła do pierwszego lepszego budynku, który okazał się latryną. Ją i wielu innych pochowanych, bosych ludzi, idąc po śladach na śniegu, wyłapali policjanci i aresztowali.
 
Warunki w więziennym ratuszu były przerażające. Dziesięcioosobowe cele pomalowane były do połowy czarną farbą. Z szaro brudnego sufitu zwisały zakurzone, gęste pajęczyny. Brud był tak wszechobecny, że można go było skrobać paznokciami. W niektórych celach były tzw. „nary”. Przypominały duży stół po środku przedzielony deską i służył do spania. Wieczorami więźniowie kładli się koło siebie bokiem trzymając buty pod głową, Było tak ciasno, że żaden ruch nie był możliwy. Nowi więźniowie w celi przeważnie nie znajdywali miejsca na „narach”, musieli więc spać na śmierdzących siennikach, po których spacerowały pluskwy, myszy i szczury. Mrowie obrzydliwego robactwa wchodziło na twarz i pod ubranie. Wieczorami, jak wspominał Józef Krasny: „Dano nam sienniki, na których spały już setki naszych poprzedników, a robactwo wszelkich gatunków wychowało swe liczne pokolenia, prowadzące walkę z rodem ludzkim [3]”.
 
Okno było małe, zakratowane i niemiłosiernie brudne, często od zewnątrz był zagrodzony dopływ światła, także i w dzień cele spowijał mrok. Czasem pozwalano otworzyć okno, wówczas więźniowie gromadzili się przy nim chłonąc świeże powietrze, jakże inne od zaduchu i smrodu panującego w celi, rozprzestrzeniającego się gęstego smrodu z wiadra kloacznego czy od samych więźniów, od ich niemytych, spoconych ciał. Zgniłe, ciężkie, cuchnące powietrze przyprawiały wielu ludzi o bóle głowy.
 
W więzieniu przy ratuszu nie wyprowadzano więźniów na spacery, ponieważ nie było spacerniaka. Gnili więc stłoczeni przez całe dnie w swoich celach. Raz dziennie przez godzinę można było chodzić pomiędzy ściśniętymi ludźmi z kilku cel po korytarzu. W ustępie zaś, utrzymywała się trzycalowa warstwa cuchnących fekaliów, więc nie było możliwości, by załatwić się bez pobrudzenia i naniesienia na siebie kloacznego brudu. Szczytem marzeń było siadanie na „paraszy [4]”. Rzadko kto miał ku temu możliwość. Z tego powodu więźniowie starali się mało jeść, by nie musieć korzystać z toalety.
 
W dzień, pomimo, że ludzie rozmawiali szeptem, był gwar. Często w celach znajdowały się również dzieci zabrane wraz z aresztowanymi matkami, które płakały całymi nocami nad losem swych dzieci. W takich warunkach, wielu więźniów było zdenerwowanych i podrażnionych. Więźniowie nie mieli wpływu na nic. Każdy z nich zostawił kogoś bliskiego za murami, obawiał się o ich los, o to, co będą jeść, co ich spotka i czy też zostaną aresztowani? Powszechną praktyką carskiej policji było aresztowanie ludzi bez żadnego uzasadnionego powodu, czasem jedynie za przynależność do nielegalnej organizacji, którą jedynie popierali, ale niczym szczególnym w niej się nie wykazali. Bez względu na winy czy ich brak, każdemu groziła kara, choć czasem zdarzało się, że niektórych uniewinniano wypuszczając na wolność. Areszt potrafił trwać kilka tygodni lub kilka lat. Nikt nie wiedział, czego może się spodziewać po carskich oprawcach.
        
W zależności od szczęścia trafiało się na lepszego lub gorszego komendanta więzienia. Opresje bywały dotkliwe. Kazano chować prycze na dzień pozbawiając ludzi możliwości odpoczynku, zmuszając ich do leżenia na kamiennej podłodze. Ludzie ci często byli wycieńczeni, chorzy, gorączkujący. Za bunt, sprzeciw, pyskówkę zsyłano do karceru, gdzie w wielu miejscach w ciasnym pomieszczeniu przez kilka dni więzień musiał stać w brudnej wodzie. W innych karcerach panowała tak okropna wilgoć, że po kilku dniach ubranie pokrywało się grzybem. Ograniczano kontakt z adwokatami czy rodziną. Zabraniano kupować jedzenie w kantynie, a jedzenie przygotowywane przez więzienną kuchnię, często było niestrawne, szykowane z resztek, gdzie skrawek liścia kapusty w lurowatej zupie oznaczał kapuśniak. Nikt nie zważał na to, czy osadzony jest chory czy zdrowy. Jedyne badanie lekarskie odbywało się przed wyjazdem na katorgę i tylko po to, aby stwierdzić, czy więzień ma szansę ją przeżyć.  
 
Dzięki staraniom towarzyszy przebywających na wolności, za łapówkę wręczoną naczelnikowi więzienia- Kuriakinowi, jak go określała Zofia Muszkat: „wypasiony jak wieprz i łapownik”, Feliksa wraz z towarzyszami przeniesiono na drugie piętro do miejsca dla najbardziej niebezpiecznych przestępców. Kuriakin brał łapówki od wszystkich obiecując przeniesienie na Pawiak, mimo, że więzienie było już przeludnione. Ignacy Bratman aresztowany wraz z Zofią Muszkat wspominał, że Kuriakin, aby upozorować swoje starania, wysyłał więźniów na Pawiak, po czym wracali z powodu braku miejsca. W ten sposób dopiero za trzecim razem udało mu się dostać do „upragnionego” więzienia.
 
Dużą zaletą tego miejsca, było to, że było znacznie luźniej. Wadą zaś oderwanie od reszty więźniów przez co rzadziej dochodziły do Feliksa wieści zza muru. Przed przeprowadzką zdążył jeszcze puścić gryps do swych aresztowanych towarzyszy, między innymi do Zofii Muszkat. Pełne otuchy i nadziei słowa dodały zarówno jej, jak i pozostałym aresztowanym towarzyszkom wiele sił, poczuły się ważne, wzniecił w nich na nowo rewolucyjnego ducha. Były zaskoczone, że sam „wódz” pamiętał o nich, choć gryps ten świadczył o tym, że i on siedzi aresztowany.
 
Po wejściu do nowej celi Dzierżyński podkręcił lampę naftową, rozjaśniając ponurą celę. W ciemnym kącie dostrzegł dwie postaci śpiące pod wojskowym płaszczem. Byli to dwaj uczniowie gimnazjum, mieli nie więcej niż trzynaście lat. Zostali skazani administracyjnie na trzy miesiące więzienia. Historię tą szczegółowo i dodając wiele barw opisał radziecki dzinnikarz i korespondent wojenny Jurij German w swych opowiadaniach o Feliksie przeznaczonych dla młodzieży. Według niego, gdy chłopcy spali, Dzierżyński przygotował kolajcę z tego co miał przy sobie- kawałka kiełbasy, ogórka, obwarzanka, herbaty  i cukierków. Gdy wszystko było gotowe, obudził ich i zaprosił do stołu. Chłopcy przecierali oczy ze zdziwienia i zarazem żarłocznie łypali oczami na smakołyki zastawione na stole. Z czasem zaprzyjaźnili się z Feliksem, który okazywał im wiele ojcowskiej czułości. Dowiedział się, że zostali aresztowani za wydawanie szkolnej gazetki, w której zwymyślali inspektora i niepochlebnie pisali o carze. German opisywał, że Dzierżyński zorganizował życie w celi od porannej gimnastyki, po rozmowy, sprzątanie czy gry w szachy.
 
Wracajac do bardziej konkretnych źródeł [5], nad ranem okazało się, że cela w jakiej się znaleźli była niemiłosiernie brudna. Dzierżyński z całą stanowczością zażądał wody, kubła i środków do czyszczenia i natychmiast, jak tylko strażnik spełnił jego żądania, zabrał się wraz z towarzyszami do robienia porządków. Wieczorem odbyła się kolejna awantura, tym razem nie o wiadro na wodę, tylko o lampę naftową, którą Feliks przyniósł z korytarza do celi. Zauważył to strażnik, wszedł do środka i nie wiadomo kiedy zabrał lampę z powrotem. Następnego dnia akcja się powtórzyła, ale już trzeciego wieczoru strażnikowi postawił się Dzierżyński. O mały włos nie doszło do rękoczynów. Pomimo zatargu udało się lampę utrzymać w celi.
 
W śledztwie toczącym się przeciwko niemu, Dzierżyński podawał z uporem, że nazywa się Roman i jest synem Karola Raciszewskiego zamieszkałego na Marszałkowskiej 114 ignorując zupełnie wszelkie dowody winy, jakie zebrała przeciw niemu policja. Aby zmusić go do przyznania się do własnego nazwiska, żandarmii wezwali nawet jego brata, Ignacego. Pokazano mu zdjęcie Feliksa sądząc, że Ignacy potwierdzi tożsamość brata i tym samym pogrąży go. Ignacy nie puścił pary z ust.
 
Dobra atmosfera wśród więźniów była udawana. Niby rozmawiano, szukano rozrywek, tańczono, śpiewano, ale każdy gdzieś w głębi duszy przeżywał gorycz odosobnienia. Podobnie jak nasi bohaterowie, którzy całe dnie spędzali na grze w „dupka”, w której jeden kładł się na pryczy i leżał tam tak długo, aż zgadł, kto uderzył go w tyłek.
 
W sąsiedniej celi przebywały kobiety. Komunikacja odbywała się przez szparę w ścianie, którą nazywano telefonem. Była ona tak duża, że wymieniano się żywnością i grypsami, rozmawiano swobodnie, więc Dzierżyński i Krasny dawali porady, jako stare wilki, jak zachowywać się podczas przesłuchań. Kobiety urządziły przedstawienie teatralne pełne wygłupów i w zamian oczekiwały od nich również jakiś atrakcji [6].
 
W jednym z nieopublikowanych pism Dzierżyńskiego, znajduje się urywek listu przesłany do jedej z towarzyszek więziennych. Pisał: „Ja, bezdomny wędrowiec, tak chciałbym, aby przeszła Pani droge swego życia widząc wielkie znaczenie życia, rozumiejąc życie każdego, kochając życie, ludzi i słońce, i niebo, i kwiaty [7]”.
        
Po kilku dniach, znów za kolejną łapówkę, przeniesiono Dzierżyńskiego i Krasnego na Pawiak, gdzie Feliks rzucił się natychmiast w wir pracy organizując wśród więźniów kursy marksizmu leninizmu oraz naukę pisania i czytania. Wszystko musiało odbywać się punktualnie zgodnie z założonym planem, który zapisał w notesie. Podzielił czterdziestu więźniów na grupy po 4-6 osób, stworzył plan wykładów i czuwał nad ich przebiegiem. Wybierał i synchronizował czas wykładów i wykładowców, czuwał, aby nikt nie opuszczał zajęć. Było to możliwie, ponieważ warunki na Pawiaku były o niebo lepsze niż w ratuszu. Cele były otwarte za dnia, także spokojnie można było się komunikować, również ze światem zewnętrznym. Struktura więźniów była ściśle określona.
 
Osobno siedzieli esdecy, anarchiści, pepeesowcy czy kryminaliści. Każdy oddział miał też swojego starostę. Przez krótki czas był nim Dzierżyński, ale nie nadawał się na tą funkcję, ponieważ był nie dość dyplomatyczny, brakowało mu w rozmowach z władzami więziennymi delikatności i odrobiny kurtuazji, a swoje zdanie co prawda zawsze wyrażał elegancko w krótkich, ale nieznoszących sprzeciwu komunikatach.
        
Pewnego razu naczelnik nakrył Feliksa prowadzącego zebranie. Natychmiast kazał więźniom się rozejść. Być może byłyby z tego powodu nieprzyjemności, ale Krasny zaproponował, aby przeprowadzić głosowanie nad postulatem naczelnika. Wszyscy zagłosowali za, także w ten dość irracjonalny sposób, udało się obłaskawić oficera. Innym razem, jak wspominał Krasny, spotkał Dzierżyńskiego w niezwykle dobrym humorze. Okazało się, że podczas gry w karty o stawki tak wysokie jak sprzątanie celi czy wynoszenie wiadra z odchodami, Hanecki przegrał trzy miesiące stawek naprzód. Feliks wprost nie mógł pozbierać się z zadowolenia, chodził w kółko i powtarzał: Hanecki przegrał, Hanecki przegrał [8]!
        
Ignacy Bratman, który spędzał czas wraz z Dzierżyńskim w więzieniu na ulicy Pawiej wspominał, jak podczas przesłuchania szef warszawskiej ochrany Zawarziin zapropnował Dzierżyskiemu współpracę. Ten zgodził się, ale postawił warunek, ze Zawarzin przejdzie na stronę rewolucjonistów. Dzięki Feliksowi było w celi wesoło, zawsze potrafił powiedzieć coś wesołego lub dowcipnie skomentować, jak jednego z towarzyszy, który był bardzo skory do kompromisów. Feliks powiedział: „nie potrafi nikomu odmówić, całe jego szczęście, że nie jest kobietą [9]”
        
Tymczasem Zofia Muszkat została zwolniona z więzienia za sprawą niecodziennego zbiegu okoliczności. Otóż rodzice jej uczennicy, państwo Rotmilowie, wracali koleją do Warszawy w jednym przedziale z oberpolicjantem warszawskim Meyerem, który przepuścił na zabawie w Berlinie wszystkie pieniądze i powracał do domu z pustymi kieszeniami, a wspomnienia przyjemności przeżytych w Niemczech dawno już uleciały. Nie wiadomo jaki był przebieg transakcji wymiany wolności więźniarki- nauczycielki za pieniądze, ani od kogo wyszła propozycja, wiadomo zaś, że jej efektem było uwolnienie Zofii Muszkat. Uwolnienie Zofii poparte było zapewnieniem państwa Rotmilów o jej niewinności oraz tym, że nic konkretnego, co mogłoby ją obciążyć, przy niej nie znaleziono. Kilka dni po tej rozmowie Zofia wyszła na więzienia i wróciła do domu.
 
Niestety powrót do ciepłego domu nie należał do radosnych. Macocha Zofii, błękitno krwista Karolina dowiedziała się o nielegalnej działalności swej pasierbicy w SDKPiL i o jej zdecydowanie socjalistycznych zapatrywaniach. Do tej pory w miarę spokojny i cichy dom przestał nim być za sprawą ciągłych awantur, którym nie było końca. Zdominowany przez swą żonę Zygmunt nie wiele się odzywał licząc, że Karolina ochłonie i zapomni. Nie zapomniała. Dość szybko weszła na kolejną orbitę złości stawiając mężowi ultimatum: ona albo córka i poparła je groźbą rozwodu. Zygmunt nie wiedział, po której stronie stanąć, ani kogo wybrać. Postanowił grać na zwłokę, aż sytuacja sama się wyklaruje przerzucając decyzję na jedną z bliskich mu kobiet. Dla Zofii był to trudny wybór. Zostać w domu z macochą nie mogła, wszak lepiej już było w więzieniu. Nie miała też dokąd uciec, gdzie zamieszkać, jej stabilizacja życiowa waliła się w gruzy. Widząc olbrzymie zakłopotanie ojca i wrzeszczącą Karolinę, postanowiła opuścić swój dom. Spakowała swoje rzeczy i przeniosła się do swej przyjaciółki Zofii Smosarskiej.
 
Niespodziewanie rozwiązanie jej problemów przyszło same. Kiedy zastanawiała się nad swoją przyszłością, pojawił się jej partyjny kolega Karol Amilicki i zaproponował jej nie tylko mieszkanie w domu robotniczym, ale także pracę jako wykładowczyni na Uniwersytecie dla Wszystkich. Była to międzynarodowa organizacja mająca na celu poszerzanie horyzontów wiedzy robotników. Prowadziła pracę wśród robotników fabryki ołówków Majewskiego, fabryki metalowej i personelu szpitala w Tworkach. Był to pierwszy krok do usamodzielnienia się, zdobyła pracę i skromne mieszkanie. W wolnym czasie odwiedzała ojca i młodszego brata, któremu pomagała w nauce. Opiekowała się również niepełnosprawną matką Henryka Rutkowskiego, niezawodnego, cenionego i oddanego działacza SDKPiL, która została sama bez środków do życia po aresztowaniu jej syna. Starała się również uzyskać pozwolenia na odwiedziny towarzyszy osadzonych w Cytadeli
        
Podczas nielicznych widzeń na jakie jej pozowolono, przez podwójną kratę, pomiędzy którymi chodził żandarm nasłuchując rozmów, znalazła się pewnego dnia Zofia Muszkat, która odwiedzała „Marcina” przynosząc mu, na prośbę Wandy Kral, wałówkę i wieści. W pokoju widzeń, gdzie równocześnie po każdej stronie stało dziesięć osób przekrzykujących się nawzajem, usłyszała głos Feliksa i korzystając z nieuwagi strażnika, zdążyła zamienić z nim klika słów. Jak się okazało, Feliks nie tracił humoru. W gwarze rozmów, jeden z więźniów nie mógł usłyszeć co do niego mówi odwiedzająca go osoba. Feliks natychmiast zareagował pomagając im porozumieć się. Zrobił to w tak szczególny i zabawny sposób, że momentalnie rozluźnił spiętą atmosferę.
        
Feliks Dzierżyński z późniejszych grypsów dowiedział się o aresztowaniu Adolfa Warskiego, a także o sytuacji w kraju, o wynikach wyborów do Dumy i przygotowaniach do kolejnego, V Zjazdu SDPRR w Londynie 13 mają 1907 roku, na którym trwały w dalszym ciągu rysowały się polityczne i programowe spory bolszewików z mieńszewikami. Sami mieńszewicy postanowili zbojkotować zjazd SDPRR organizując własną konferencję w Genewie.
 
Na zjeździe bolszewicy uchwalili rezolucję o konieczności zbrojnego wystąpienia przeciwko reżimowi, o stosunku do ruchów chłopskich, spraw narodowościowych, o propagandzie i agitacji. Na tym zjeździe wystąpiła również zwolniona z aresztu Róża Luksemburg, tym razem całkowicie zgadzając się z bolszewikami w sprawach klasowej odrębności proletariatu, konieczności współdziałania z partiami chłopskimi i drobnomieszczańskimi. Zjazd zakończył się 1 czerwca, a Feliks Dzierżyński został wybrany zaocznie członkiem Komitetu Centralnego SDRPP(b). Już wówczas kojarzono go jako oddanego leninowca i bolszewika.
 
Trzy dni później, (22 maja) 4 czerwca 1907-ego roku, za sprawą 1000 rublowej kaucji zebranej przez partię i wpłaconej przez jego brata Ignacego, Feliks wyszedł na wolność. Następnego dnia znów zjawił się w więzieniu, jednak tym razem, by odwiedzić swoich przyjaciół pozostawionych za murami. Postanowił wziąć kilka dni na odpoczynek i wyjechać na wieś. Poinformował o swoim wyjściu na wolność Stasia nie szczędząc swojego dowcipu: „Wyszedłem już z „domu gościnnego”.- co mię bardzo cieszy. Mam zamiar wyjechać teraz na wieś na odpoczynek. A potem nie wiem jeszcze, co pocznę z sobą [10]”. Na pocztówce przedstawiającej obraz „Galicyjskich gladiatorów” Leuminaisa dopisał: „Ściskam Cię serdecznie. Twój Feliks”. Zaadresował: Stanisław Dzierżyński. Wilno. Bank Ziemski. Nakleił znaczek i wysłał.
 
Jeszcze przed wyjściem na wolność kazano mu podać dokładny adres, pod którym będzie przebywać. Podał adres w Dzierżynowie. Feliks zawsze wypełniał polecenia władz dlatego wyjechał do uroczego folwarku w Wylągach, gdzie czekał już na nich niego najmłodszy brat, Władysław, który rok wcześniej ukończył studia i pracował w ośrodku psychiatrycznym w Buraszewie. Były to jedne z nielicznych rodzinnych spotkań Feliksa, które zapamiętał niezwykle ciepło. Podczas tego rodzinnie spędzonego czasu, Władysław wprowadził w stan hipnozy Ignacego i Feliksa.  Feliks był pod wielkim wrażeniem urody kazimierzowskich okolic, wąwozów, lasów, pól, malowniczych ruin i wijącej się po horyzont Wisły.
 
Mniej więcej z tego okresu zachowały się wspomnienia Stanisławy Dzierżyńskiej związane z Feliksem i jego poczuciu humoru, pozbawiające patosu tej postaci, sprawiające, że widzimy go w zupełnie innym świetle, w świetle zwykłego człowieka, człowieka towarzyskiego i nie stroniącego od wygłupów. Feliks bardzo lubił się śmiać, często czekał na sytuację, w której mógł zabłysnąć dowcipem, nie stronił od żartów. Żona Ignacego wspominała: „Kiedyś przyjechał incognito podając się za swojego starszego brata, inżyniera Kazimierza, który w tym czasie miał już znaczącą łysinę. Jakże było wielkie zdziwienie naszej gosposi, kiedy zobaczyła gęstą czuprynę Felka. Największe zainteresowanie przejawił nasz łysiejący kuzyn, który zaczął wypytywać Felka o metodzie na porost włosów. Wtedy Felek dowcipnie przekazał następujące wskazówki:Na noc trzeba smarować skórę na głowie olejem z cebulą”, co też nasz kuzyn natychmiast uczynił przy wielkim oburzeniu swojej żony [11]”.
 
Zaprzeczeniem tego, jakoby był śmiertelnie poważnym człowiekiem ślepo skoncentrowanym jedynie na walce, partii i swoich zadaniach, Stanisława Dzierżyńska przytoczyła kolejne wspomnienie, kiedy rozmawiali ze sobą o jego zbyt wyczerpującej pracy, a Stanisława sugerowała mu, aby odpoczął choć trochę, Feliks odpowiedział: „Nie rozumiesz mnie, co jest istotą mego życia. Jeśli zaprzestanę partyjnej pracy, będę jak ryba, którą wyrzucono z wody. To jest mój żywioł, to niezbędne dla mojego życia zajęcie. A w więzieniach- tylko tam mogę odpoczywać [12]”. Zaraz po tym wyznaniu, aby rozładować ciężką sytuację, patrząc się poważnie na Stanisławę zaczął ruszać uszami doprowadzając Stasie do śmiechu. Wówczas i ona zaczęła ruszać nosem i wtedy już śmiechu było co niemiara.
        
W Wylągach nie zabawawił długo. Musiał się przygotować do zbliżającej się III Konferencji SDPRR, na której pojawił się na początku sierpnia 1907 roku. Omawiano na niej rozpędzenie II Dumy i utworzenie trzeciej. Wciąż dyskutowano nad zasadnością uczestnictwa w niej. Motyw podziału partii był dominujący.
 
Tymczasem w dniach 21-23 lipca Dzierżyński uczestniczył w obradach II Konferencji  SDPRR w miejscowości Kotka w Finlandii. Na początku września był już w Warszawie, gdzie spotkał się z Ignacym. Na pocztówce wysłanej Aldonie 3 września 1907 roku przedstawiającej staw w warszawskim Ogrodzie Saskim Feliks przepraszał, że długo się nie odzywał i dodał: „Chciałbym uściskać i ucałować , by Wam nie było tak smutno. A gdy będzie Wam źle bardzo, pomyślcie o mnie. Tak chciałbym uścisnąć. Całuję mocno. Feliks”. A Ignaś dopisał na dole: „Kochana Aldono, przesyłam Ci serdeczne uściśnienia. Ściskam i całuję Was wszystkich. Ignaś [13]”.
 
W połowie września 1907-ego roku do Łodzi, gdzie na nowo tworzył rozbity po policyjnych aresztowaniach Komitet Łódzki. Zatrzymał się w mieszkaniu Stanisława Ajnenkiela rogu ulic Benedykta (obecnie ulica 6-ego Sierpnia) i Luizy (obecnie ulica Strzelców Kaniowskich). W tym czasie, w największej łódzkiej fabryce włókienniczej Towarzystwa Akcyjnego Markusa Silbersztejna[14], słynącej z najgorszych warunków pracy robotników, bezlitosnego, okrutnego traktowania i wyjątkowego zdzierstwa, doszło do tego, że dyrektor fabryki, Mieczysław Silbersztejn odmówił zapłaty robotnikom za 13 dni strajku.
 
To uruchomiło lawinę nieszczęść. 13 września 1907 roku dyrektor został zatrzymany przez robotników, a kiedy w dalszym ciągu nie chciał zmienić zdania i zachowywał się w stosunku do robotników nad wyraz arogancko, został zastrzelony. To zabójstwo wywołało, przerażenie wśród kapitalistów od razu domagających się stanowczej reakcji caratu. Feliks w liście z 23 września 1907-ego roku o Silbersztejnie nie pisał inaczej niż: „był to łotr i szubrawiec, który na każdym kroku rozdrażniał i maltretował robotników. Nie odzywał się nigdy inaczej, jak z pogardą i obelżywie. Gdy wybuchł zatarg, nie chciał prowadzić żadnych pertraktacji. Przedstawicieli związków zwymyślał od ostatnich, kazał pod groźbą kul i browninga wynosić się im precz. Robotnicy byli rozdrażnieni do najwyższego stopnia. Wciąż i powszechnie rozlegały się głosy jego robotników, że tego psa zabić trzeba. Gdy na ich wiecu delegaci z SDKPiL i PPS odwodzili ich od tego energicznie, zakrzyczeli ich wszyscy- endecy w pierwszej linii- żeby nie słuchali, że tego psa zabić trzeba [15]”.
 
Konsekwencje pójścia za radą endeków okazały się tragiczne. Nie trzeba być wyjątkowo bystrym, aby dostrzec, że mord ten był endecką prowokacją, dzięki której robotnicy niczego nie osiągnęli, a cena, jaką zapłacili rozmiarem tragedii setek rodzin, była niewyobrażalna.
        
Po trzech dniach od tragicznych wydarzeń, do miasta przyjechał generał żandarmerii Uthof, który w hotelu Grand przy ulicy Piotrkowskiej, zgromadził dowódców wszystkich batalionów zgrupowanych wokół Łodzi. Zażądał zastosowania kary śmierci dla wszystkich robotników na podstawie jedynie protokołu policyjnego, co praktycznie dawało wojsku bezkarność w zabijaniu. Obecni dowódcy batalionów byli zszokowani. Generał Radkiewicz momentalnie zrzekł się swojej funkcji generała guberni piotrkowskiej.
 
Oporów nie miał natomiast rosyjski generał Kaznakow zgłaszając się na ochotnika do tej morderczej akcji. Otrzymał on od cara władzę niczym nie ograniczoną. Stołypin zaś w depeszy do niego radził mu, by „diejstwowal bezsposzczadno”, czyli by postępował bezlitośnie. Zaraz po wyjściu z konferencji kazał aresztować wszystkich robotników fabryki. Udało mu się zgromadzić lekko powyżej tysiąca ludzi w areszcie. Spośród pierwszych przesłuchiwanych wytypował ośmiu ludzi, których bez sądu kazał rozstrzelać w okolicach Łodzi Kaliskiej. Nie było wśród rozstrzelanych Fellera, który faktycznie zastrzelił Silbersztejna. Zamordowana w trakcie tego absurdalnego dochodzenia 20-letnia Albina Miller nie mająca nic wspólnego z zabójstwem przedsiębiorcy, głośno przed śmiercią drwiła ze swoich oprawców mając świadomość absurdalności działań Kaznakowa[16].
        
W dniu rozstrzelania niewinnych robotników, Feliks spotkał się z Henrykiem Waleckim w kawiarni Roszkowskiego na Piotrkowskiej w Łodzi. Dołączył do nich adwokat Piotr Kon przynosząc im te tragiczne wieści. Panowie długo siedzieli w milczeniu. W końcu odezwał się Feliks: „My to tak zostawić nie możemy. Musimy odpowiedzieć strajkiem powszechnym [17]”.
 
W dalszych słowach listu Feliksa z Łodzi 23 września 1907 roku, tak opisywał kolejne wydarzenia: „Rozstrzelanie dzisiejsze jest tylko początkiem dalszych ofiar. To byli ci z grupy 54-ch, których już zbadano; pozostałych z tych 54-ch wysyłaja zaraz, czy już ich nawet wysłali. Jutro, pojutrze, czekają nowe kaźnie resztę. Torturowano ich w okropny sposób. Za pomocą piekielnych tortur wymuszano zeznania. Mieli, chyba 48-miu, musieli do szpitala odwieźć. Kaznakow obiecuje w „tri-miga” zgnieść robotników, zsyłając tysiące na Sybir, a setki wieszając lub rozstrzeliwując [18]”. Było to niewątpliwie burżujskie zwycięstwo. Eleganckie damy i mężczyźni z wyższych sfer w restauracjach, tramwajach otwarcie wyrażali się chwaląc „skuteczność” Kaznakowa. Nastroje wśród klasy robotniczej były diametralnie inne. Na nowo zapanował strach, podejrzliwość i poczucie osaczenia.
        
W Łodzi Dzierżyński spotkał się ponownie z Maksem Horwitzem- zaprzyjaźnionym działaczem PPS. Panowie postanowili wywołać wspólnymi siłami PPS i SDKPiL strajk w odpowiedzi na morderstwa Kazanowa, jednak mimo rozdawanych ulotek, manifestów, żadna z fabryk nie zatrzymała produkcji. Robotnicy zostali zastraszeni rządami nie wahającego się przed niczym oprawcy, jak i lokautem.
 
To był bardzo duży cios dla Dzierżyńskiego. Jednak nie było takiej rzeczy, którą wytrąciłaby go z raz obranej drogi. W warunkach jakie zastał, należało robić ile można, aby ulżyć niedoli robotników. Zakładał więc kasy zapomogowe, gromadził pieniądze i dystrybuował niezbędne do życia rzeczy przesyłane od solidaryzujących się robotników Europy. Organizował żywność dla głodujących dzieci robotników, a także wypoczynek dla nich w innych robotniczych rodzinach na terenie kraju, w których sytuacja robotników była lepsza, a przynajmniej spokojniejsza. W tym celu udał się między innymi do dobrze mu znanego Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie jego pomysł został podchwycony i wiele łodzkich dzieci na kilka miesięcy znalazło miejsce w domach robotniczych rodzin Zagłębia. Wspominał o tej wspaniałej akcji współpracownik Dzierżyńskiego, Antonii Świerczewski, który pomimo wielkiego wysiłku wkładanego w utrzymanie swojej rodziny wziął do siebie jeszcze troje dzieci z Łodzi.
        
W tym samym czasie w Łodzi na jesieni 1907 roku odbyła się konferencja zorganizowana w małym, drewnianym domku na peryferiach miasta na tzw. Kusych Kątach w poblizu ulicy Spornej. Uczesniczyło w niej 12 osób, w tym Gierbałtowski, Kawczyński i kilku innych działaczy łodzkiej SD. Uczesnicy dojeżdżali do miejsca tramwajami. Była niedzielny poranek, miasto budziło się ze snu. Poruszano w niej m.in. problem licznych zdrad, prowokacji, jakie miały miejsce w partii.
        
W całym Królestwie trwał stan wyjątkowy, a sądy wojskowe szalały bezwzględnie. Tylko w Warszawie skazano na śmierć w 1907 roku 127 osób, by rok później liczbę straceńców zamknąć w ilości 184. Ofiarami represji padali nie tylko członkowie SDKPiL, ale również PPS czy endecy. Ofiarami nawet byli legalnie działający związkowcy.
        
Pewnego dnia o mały włos Feliks wpadłby w zasadzkę. Właśnie był w drodze do mieszkania Zofii Unszlicht, w którym miał poprowadzić konferencję. Wbiegał szybko co kilka stopni na górę. Mijając z rozpędu uchylone drzwi jej mieszkania, zobaczył postacie policjantów i żandarmów. Zauważył też klucz w drzwiach wsadzony od wewnątrz. Nie wahając się wiele, wyjął go i przełożył na drugą stronę zamka, zatrzasnął drzwi, przekręcił klucz i jak szybko wbiegał, tak teraz zbiegł z piętra wtapiając się w gwarną i tłumną ulicę pozostawiając zamkniętych w mieszkaniu funkcjonariuszy carskich. Prosto stamtąd udał się do jednego z łączników, aby uprzedził o wsypie.
        
Innym razem podczas podróży, Feliks z Jakubem Haneckim, który pochodził z bogatej, warszawskiej rodziny kupieckiej czekali na pociąg w dworcowym bufecie. Jakub ubrany był, jak zwykle, bardzo wytwornie, zaś Feliks zawsze wyglądał skromnie, tym razem pożyczył od towarzysza coś wyjątkowo eleganckiego. Walizki, jakie mieli ze sobą były wypełnione odezwami. Spostrzegli, że nie spuszcza ich z oka żandarm. Przez cały czas przypatrywał im się. Gdy rozległ się jeden, a potem drugi dzwonek sygnalizujący odjazd pociągu, bufet opustoszał. Dzierżyński mocnym i władczym tonem zawołał do żandarma, by podał mu płaszcz i zaniósł walizkę aż do pociągu. Kompletnie zaskoczony funkcjonariusz posłusznie zaniósł walizkę do przedziału, sadząc, że do czynienia ma z kimś niezwykle wpływowym[19].
        
Dom w Będzinie na Sztolnej 9, gdzie zatrzymywał się Dzierżyński
Lata doświadczenia w konspiracji nie poszły na marne. Feliks doskonale znał psychikę carskich funkcjonariuszy, a to wielokrotnie pozwalało mu ominąć niebezpieczeństwa. Pewnego razu, jak wspominał Lucjan Rudnicki, szli z Sosnowca do Będzina. Rozmawiali o kontrrewolucji czarnej, białej i różowej, a Feliks tak sterował rozmową, że Lucjan musiał ujawnić swoje zdanie na temat spraw zasadniczych, gdy zobaczyli zbliżający się w ich kierunku patrol Kozaków. „-Wyjmijcie ręce z kieszeni [20]”- sykął do Lucjana Feliks, wiedząc, że jeśli żołnierze zobaczą puste ręce, stracą swoje zainteresowanie nimi. Żołnierze zwolnili lecz nie zatrzymali się. Uważnie obserwując maszerujących mężczyzn nie wyczuli z ich strony niczego niepokojącego, wiec pojechali dalej.
        
W listopadzie Dzierżyński ponownie zobaczył się z Leninem na IV Konferencji SDPRR w Helsingforsie w dniach 5-12 listopada 1907 roku. Zadecydowano na niej dalsze unikanie przedstawicieli burżuazyjnej prasy, nakreślono rewolucyjną taktykę obecności SDPRR w Dumie. Po powrocie do Królestwa, Feliks  w dalszym ciągu podróżował odtwarzając przetrzebione aresztowaniami komitety SDKPiL. Po drodze zawitał do Warszawy, gdzie z tak wielkiej komórki partyjnej pozostało jedynie pięć do siedmiu osób, w tym Zofia Muszkat. Zbliżało się Boże Narodzenie 1907 roku.
 
Dla jego siostry Aldony Boże Narodzenie 1907 roku nie było radosne. Choroba i stale pogarszający się stan zdrowia jej męża nie pozwalał, by cieszyć się świętami, choinką i prezentami. Gedymin Jurij Bułhak umarł w wieku 54 lat 2 stycznia 1908 roku.
Tymczasem jego wielka miłość Sabina Feinstein wyjechała do Petersburga
interweniować u Ministra Sprawiedliwości w sprawie uwolnienia jej brata Władysława za kaucją, ponieważ stan jego zdrowia drastycznie się pogorszył. Władysław siedział już siedemnaście miesięcy w więzieniu, bez widoku choćby na sprawę sądową. Minister przycylnie odniósł się do jej prośby. Prawdopodobnie w pierwszych miesiącach 1908 roku Władysław został zwolniony z więzienia po wpłaceniu kaucji. W grudniu wyjechał do Berlina objąłwszy funkcję sekretarza Zarządu Głównego SDKPiL.
 
Kiedy Feliks Dzierżyński pojawił w Warszawie, z miejsca ożywił zmrożone zimą towarzystwo, dodał sił, zapału i energii do działania. Ruszyła drukarnia prowadzona przez bardzo sprytnego i obrotnego handlowca- Cederbauma „Radomskiego”. Zofia Muszkat tak go scharakteryzowała: „Nie był on oczytany, mało orientował się w strategii i taktyce partyjnej, ale nienawidził caratu i burżuazji i był do szpiku kości oddany partii [21]”. Miał on jedną przypadłość, której Zofia ani inni towarzysze nie mogli mu wyperswadować. Otóż zawsze pierwszy egzemplarz „Czerwonego Sztandaru” wysyłał warszawskiemu gubernatorowi, aby wiedział, że partia wciąż istnieje i ma się dobrze pomimo jego wysiłków jej zlikwidowania.  
 
Przez pewien czas panowie mieszkali razem i razem współtworzyli kolejne wydania gazety. Zawsze, kiedy Radomskiemu udało się wykonać zadanie naznaczone przez Feliksa, ten z radości ściskał go podnosząc i podśpiewując nosił go po pokoju.
 
Feliks wytyczał nowe zadania nie oszczędzając się kompletnie, szukał nowego mieszkania, w którym można by było prowadzić dalszą działalność, miał jasno zarysowaną wizję kolejnych przedsięwzięć. Spostrzegł, o czym od razu poinformował Zarząd, wzmożoną działalność policji, spodziewał się więc kolejnych nalotów na zebrania i aresztowania członków partii. 30 marca przewodniczył zorganizowanej przez siebie konferencji SDKPiL.
W kwietniu na tydzień wyjechał na konferencje partyjne do Łodzi i Częstochowy.
 
Będąc w Puławach sporządził notatkę na temat sytuacji górników Zagłębia porównując ich zarobki i czas pracy przed Rewolucją 1905 roku, w trakcie niej i obecnie. Wynikało z niej niezbicie, że warunki znacznie się pogorszyły. Górnik przed 1905 rokiem zarabiał 1,20 do 1,80 rubla. W wyniku strajków osiągnął wynagrodzenie od 2 do 4 rubli, a obecnie zarabia 0,85 do 1,50 rubla. Podobnie było z czasem pracy- przed 1905-tym od 5 do 6 godzin, następnie od 4 i pół do 6, a obecnie od 5 do 6 i pół. Przy czym zauważył, że nastąpiła drożyzna w sklepach, wzmogły się represje, pobicia robotników1), nasiliły się szantaże, a także wzrosła ilość nieszczęśliwych wypadków, gdyż znacznie podniesiono normy.
 
Będąc w Warszawie przychodził do Zofii Muszkat, która zajmowała się korektą „Czerwonego Sztandaru” w domu przy ulicy Chmielnej 7, w lewej oficynie domu Smolikowskiego na pierwszym piętrze [22]. Tam też mieszkała u Zofii Smosarskiej. Przed 1 maja Feliks planował wyjechać na wieś, aby nie narażać się na dekonspirację i ponowny pobyt przez kilka lat w więzieniach. Nie zdążył. Jak się okazało, wydania nielegalnej literatury przesyłane były na adres Pawła Kamienieckiego, urzędnika Zarządu Kolei Nadwiślańskich, członka SDKPiL, który okazał się być szpiclem Ochrany. Przez jego donos, carskiej policji udało się zlokalizować Dzierżyńskiego. Szybko rozpracowano jego plan dnia. Jak co dzień chodził na pocztę odebrać przesyłki na poste restante.
 
Tego dnia był w znakomitym humorze, cieszył, że cała praca idzie składnie jak trybiki w zegarku. Myślał o spotkaniu z „Radomskim”, z którym był umówiony. Właśnie przechodził przez Plac Warecki (dziś Plac Powstańców) gdy został dostrzeżony przez szpicli oczekujących go na poczcie. Natychmiast pojawiła się policja i zabrała Feliksa do, jakże mu dobrze znanych, murów X Pawilonu. Było to (3) 16 kwietnia 1908 roku. Wiosna.
         „Radomski” był zaniepokojony tym, że Feliks się nie zjawił. Następnego dnia wpadł na Chmielną 50 do Zofii Muszkat sprawdzić, czy nie ma go u niej. Nie było. Radomski już nigdy więcej nie spotkał się z Feliksem.


[1] Wg. H.Cimek była to Ceglana 3, ale mieszkanie na Ceglanej 3 m 2 należało do Franicszki Landanowej, gdzie Dzierżyński bywał. Obecnie budynek ten w ówczesnej postaci nie istnieje.
[2] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 170
[3] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 171
[4]  Kibel
[5] Zofia Dzierżyńska w notatkach z uwagami do polskiego wydania książki Germana „Opowiadania o Feliksie Dzierżyńskim, uważała, że książki tej w ogóle nie powinno się wydawać, gdyż ma do niej mnóstwo uwag odnośnie treści opowiadań znacznie rozmiajających się z prawdą. W II tomie opowiadań redakcja chciała w książce dla dzieci umieścić zdjęcie pośmiertne bohatera oraz fotografię Dzierżyńskiego na trzeciej stronie, która w ogóle nie przypominała Dzierżyńskiego. Pozycja ta przetłumaczona na polski wywołała u Zofii Dzierżyńskiej ostry sprzeciw. Zasugerowała, aby więcej wydań nie było.- AAN 61, I/1
[6] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 172
[7] N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, s. 54, http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 22.03.2014r.)
[8] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 174
[9] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-1, dok.9
[10] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, list do Aldony z 12.06.1907r.
[11] O.L. Gierasimov, Czekista siódmej kategorii. Feliks Edmundowicz Dzierżyński, http://www.e-reading.biz/chapter.php/91794/35/Lyahova,_Ostanina,_Gerasimov_-_Fantasmagoriya_smerti.html, (odczyt z dn. 20.11.2013r.)
[12] O.L. Gierasimov, Czekista siódmej kategorii. Feliks Edmundowicz Dzierżyński, http://www.e-reading.biz/chapter.php/91794/35/Lyahova,_Ostanina,_Gerasimov_-_Fantasmagoriya_smerti.html, (odczyt z dn. 20.11.2013r.)
[13] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 128
[14]Budynek fabryki istnieje do dziś, znajduje się przy ulicy Piotrkowskiej 260. W 1949 roku zakład został znacjonlizowany i na cześć opisywanych wydarzeń nosił nazwę „Ofiar dnia 10 września 1907 roku”, następnie zmienioną na „Olimpia”.
[15] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 184
[16] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 212
[17] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 151
[18] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 184
[19] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Wiedza, Warszawa 1969, s. 103
[20] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 31 (61/III-43)
[21] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 102
[22] W innych źródłach podawany jest adres Chmielnej 50, drugie piętro, a inni, że trzecie.
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.