Tylko mnie kochaj

rozdział XIX
 
 
Siedząc w celi Feliks pisał listy do Aldony, która z pewnością nie była zachwycona kolejnym pozbawieniem wolności ukochanego brata. Rodzina już zdążyła się przyzwyczaić do ekstremalnego życia Feliksa i liczyła się z tym, że na drugim aresztowaniu się nie skończy i Feliks znów trafi za kraty. O aresztowaniu brata dowiedział się również Ignacy, który natychmiast wysłał do więzienia w Cytadeli pieniądze i bieliznę na zmianę.
Oczywiście Aldona bardzo chciała spotkać się z bratem w więzieniu, jednak on odradzał: „A Ty Aldoniuś, nie myśl o widzeniu się ze mną w więzieniu. Nie lubię tych widzeń przez kraty, przy świadkach, śledzących poruszenie każdego muskułu na twarzy. Takie widzenia są nie tylko męką i naigrywaniem się z uczuć ludzkich, więc po to przyjeżdżać specjalnie nie trzeba. Zobaczymy się w innych warunkach [1]”.
 
Feliks, zamiast bolesnych spotkań w obskurnych, dusznych salach widzeń, gdzie nie było czasu na rozmowę, gdzie nie było miejsca na spokój, przedkładał myśli o ucieczce w świat wspomnień. Tam czuł się bezpiecznie, czuł ciepło i spokój. Całkowicie wyłączał się z rzeczywistości zmierzając w dobrze sobie znane rejony Dzierżynowa, myślami powracał do dawnych zdarzeń, do osób mu bliskich i ukochanych, marzył o tym co zrobi, gdzie pojedzie, kiedy będzie już po drugiej stronie krat.
 
Pisał o tym Aldonie w liście z X Pawilonu 18 września 1905 roku wyjątkowo wyraźnie: „Zapewne niepokoi się o mnie (Ignacy-Z.F.)- a przecież znasz me usposobienie, że nawet w więzieniu, snując życie z myśli, z marzeń, ze swej wiary, mogę się nazwać szczęśliwym; brak mi tylko piękna przyrody; daje mi to najbardziej odczuć, że zmiana zaszeła we mnie- strasznie polubiłem w ostatnich latach przyrodę; przed aresztem marzyłem, że wyjadę gdzieś na wieś, teraz marzę w więzieniu, że gdy będę wolny i legalny, gdy nie będę musiał ukrywać się i dalej się tułać po obcym świecie- pojadę do naszego ustronia”. List zakończył podpisując się: „Wasz Feliś [2]”
 
Ignacy Dzierżyński parokrotnie odwiedzał go w X Pawilonie przynosząc mu materiały do pisania i książki, w tym, na specjalne życzenie wydanie Pana Tadeusza. Odwiedziny w X pawilonie nie były takie proste. Na polanie przed Cytadelą od rana ustawiały się kolejki rodzin więźniów czekając, aż przyniosą stoły, gdzie przyjmowano wałówkę, ubranie czy inne potrzebne rzeczy. Wszystko na miejscu było rewidowane.
 
Wielokrotnie zdarzało się, że pomimo tłumu oczekujących, nagle kończono odmawiając zabrania paczek. Do więzienia przychodziła także Zofia Muszkat, którą o dostarczenie wałówki „Marcinowi” prosiła Wanda Kral. Aby dostać się na widzenie, trzeba było przyjść pod Cytadelę w środku nocy. Już o tej porze był tam spory tłum rodzin uwięzionych. Kiedy po wielu godzinach udało się dotrzeć do strażnika, musiała podać swoje fałszywe dane i nazwisko więźnia. Po trzech czy czterech godzinach wołał ją strażnik i wówczas miała możliwość spotkania. Z czasem zaczęła dawać strażnikowi kilka rubli, co zdecydowanie przyspieszało widzenie.
 
Odbywało się ono w małym pokoju przedzielonym kratami, takim jak opisywał go Feliks w liście do brata. Przed wejściem sprawdzano zawartość wałówki ze szczególną dbałością o wykrycie grypsów. Kiedy strażnik rozkrajał kiełbasę wzdłuż, Zofia już zdążyła, witając się z „Marcinem”, podać mu w dłoni tajną wiadomość. Z czasem doszła do takiej wprawy, że podawała też gazety. Podczas jednego z widzeń, zobaczyła stojącego za kratami Feliksa.
        
Feliks nie zauważał gorącego spojrzenia niepozornej i przeciętnej urody działaczki. Była dla niego niczym więcej, jak tylko sprawną, zaangażowaną działaczką bezbłędnie wykonującą wszelkie polecenia. Była, jak to dziś można powiedzieć, koleżanką z pracy i nikim więcej. Nie mógł zauważać jej wdzięków, kiedy w snach widział Sabinę. W późniejszym liście do niej opisywał niezwykłe zdarzenie, jakie miało miejsce w celi: „ Z oczami zamkniętymi leżałem na łóżku twardym (…) W osłabieniu jakimś leżałem tak na wznak- bez myśli żadnej, aż raptem poczułem, że nie jestem sam. Czułem, że siedzi u wezgłowia mojego na krześle, czytając książkę. Jak zawsze spokojna taka. Widziałem ją całą, nie otwierając jednak powiek. Czułem ją całą- była mą jaźnią. Mimo woli ręce me wyciągnąłem, objąłem- przycisnąłem do piersi. I stał się cud: uczułem usta jej na mych ustach. To nie był pocałunek tylko. Jakieś uczucie nadziemskie ogarnęło mnie- to było coś niewymownie słodkiego. To nie był szał namiętności- dziwny spokój- cicha radość niewymowna- ukojenie bólów niezapomnianych- zjednoczenie dusz dziwne- nadludzkie. Sen pierzchnął- nie chciałem wierzyć, by snem to tylko było- przywidzeniem- pożądaniem. Ust mych nie palił gorący pocałunek, lecz pozostało coś na nich, jakby z pocałunku dziecka najdroższego- coś delikatnego, lekkiego. Myśl przeleciała szalona,  przypomniałem tak zwaną telepatię- może ona myślała o mnie- może myśli nasze spotkały się? Szalony jestem… szalony [3]”.
 
Póki było lato, Ignacy często starał się odwiedzać brata w więzieniu, jednakże wraz z rozpoczęciem roku szkolnego, tych wizyt już nie było tak wiele, pozostały jedynie listy, jakże inne niż te słane do Aldony czy Sabiny. Pełne zadumy, poetyckich opisów, nostalgii i spokoju. 12 września 1905 roku Feliks pisał do brata: „Mój drogi! A zatem zobaczyłeś zwierzę w klatce. Kiedy wszedłeś do pokoju widzeń, to ze zdumieniem oglądałeś się szukając mnie. I oto zobaczyłeś w kącie szarej klatki podwójną, gęstą, druciana siatką, a za nią swojego brata. A drzwi tej klatki strzegł żołnierz z karabinem. Krótkie było to nasze widzenie, prawie nie zdążyliśmy sobie niczego powiedzieć. Dlatego będę do ciebie pisać, a ty przysyłaj mi od czasu do czasu jakąś pocztówkę z widoczkiem i pozdrowienia. Patrzę się na te pocztówki (postawiłem je na stole) i oczy moje radują się, serce weseli się, pierś napełnia się życiem i uśmiecham się do tego, kto przysłał mi te pocztówki i wówczas nie jest mi smutno, nie czuję się samotny i myśl moja ulatuje daleko za więzienną celę nabierając mocy i na nowo przeżywam nie jedną radosną minutę.
 
To było tak niedawno. Była wiosna, potężna, urocza wiosna. On już minęła, a ja tu siedzę niespokojnie, siedzę w więziennej celi, a kiedy wyjdę- znów zazielenią się łąki, lasy, Łazienki, zakwitną kwiaty, na nowo zaszumi dla mnie sosnowy bór, i znów w letnie, księżycowe noce będę błądzić po zamiejskich drogach, powracać z wycieczek o zachodzie przysłuchując się sekretnym szeptom przyrody, zachwycając się grą świateł, cieni, barw, odcieni zachodu słońca – znów nastanie wiosna.
 
Teraz odpoczywam od życia; samotność i bezczynność  na razie nie jest dla mnie uciążliwa, czas mija szybko- uczę się, czytam, dużo śpię; i tak mija dzień za dniem.  W prawdzie minęło zaledwie osiem tygodni, a przede mną całe lata, ale myśl o tym nie załamuje mnie teraz, nie wiele mnie to obchodzi. Jest mi tylko smutno, jeśli smucą się przez mnie moi przyjaciele; ale czas i w życie, które dla nich nie zatrzymało się ani na minutę, szybko się wyleczy wraz z nowym żarem i radościami…
 
A ja… ja nie raz paliłem za sobą mosty. Być może nie była to siła- c’tait la fatalit! (A propos- bądź tak dobry i przyślij mi jakąś książkę z gramatyką francuską- nie mogę sprostać deklinacji).
 
Dostałem twój list, pytasz się, jaką mam celę itd. Tak więc, w paru słowach: cela jest duża- 5 na 7 metrów, jest duże okno ze szlifowanym szkłem, jedzenie jest przyzwoite, sam sobie kupuję trochę mleka. Spacer 15 minut. Biblioteka. Zakupy dwa razy w tygodniu. Listy- pół papieru listowego na tydzień. Kąpiel (raz w miesiącu). Jak na razie siedzę sam. Więziennej ciszy tu nie ma. Przez otwarte lufciki niekiedy dolatują bardzo wyraźnie żołnierskie rozmowy i śpiewy, brzęk talerzy, wojskowa muzyka, gwizdy statków parowych i pociągów, szczebiot wróbli, szum drzew, pianie kogutów, szczekanie psów i liczne inne dźwięki i głosy, przyjemne i nieprzyjemne.
 
Jak widzisz, bracie, nie jest ze mną tak źle, mam teraz czas na myślenie, patrzę na pocztówki, które dostałem i z nich uśmiechają się do mnie twarze… I znajdując się w więzieniu, przed mną długie, nużące lat- ja chcę żyć. Bądź zdrów.
Ściskam cię, twoją żonę i wszystkich mocno.
Twój Feliks [4]”.
        
Niezwykle cieszył się z odwiedzin Ignasia, czuł obecność i troskę swojej rodziny, był z nią bardzo związany. Już kilka dni później napisał kolejny list:
„Mój drogi! Mój list z 25 IX prawdopodobnie dostałeś? Znów do ciebie piszę, jest to dla mnie ogromna rozrywka. Czekałem na ciebie w sobotę. Właśnie po naszym widzeniu przypomniało mi się, że jak tylko zaczną się twoje zajęcia, nie będziesz mógł mnie odwiedzać. No, ale nie przejmuj się tym, ponieważ w gruncie rzeczy, takie widzenia bardziej rozdrażniają niż dają cokolwiek.
 
W zeszłym tygodniu dostałem pocztówkę z obrazkiem przedstawiającym piękną dziewczynę (niestety mi ją oszpecili), palto i koszulę- dziękuję. Żadna zmiana w moim położeniu nie zaszła. Tak jak i wcześniej, czas wlecze się jednakowo. Czytam, uczę się, biegam z kąta w kąt po swojej celi, staram się nie myśleć ani o przeszłości, ani o najbliższej przyszłości.
 
Najgorsze jest oczekiwanie na coś, wyzywające poczucie pustki, podobne do odczucia, którego doświadczasz, kiedy jesteś gdzieś w pustej poczekalni i oczekujesz pociągu z tą tylko zaledwie różnicą, że tu oczekiwanie trwa miesiące, lata.
I kiedy widzisz puste białe ściany, żółte drzwi, okratowane okno, kiedy słyszysz, że za drzwiami chodzą, trzaskają drzwiami, otwierają je i zamykają, a za oknem słyszysz głosy, śmiech ludzi, a kiedy indziej bawiących się dzieci- z nieprzezwyciężoną siłą wraca do ciebie to uczucie oczekiwania na to, że w końcu powinni otworzyć i moje drzwi, wyjść i… nie sposób wyrazić słowami ani obrazami tego, czego się doświadcza. To pragnienie życia, wolności.
 
Ciężko jest walczyć z tym doznaniem. Wmawiam sobie, powtarzam tysięczny razy: przecież to mój pokój, mój dom, ale kiedy patrzę na gołe ściany, żadne wmawianie nie może mi pomóc. Siadam wtedy za stołem, biorę książkę i czytam lub patrzę się na pocztówki i kiedy nie widzę już celi, a przed oczami- zaledwie ten kącik to czuję, że oczekiwanie zanika.
Jednakże najlepiej czuję się wieczorami. Siedzę do później nocy i późno wstaję. Kiedy pali się lampa naftowa, cela całkowicie zmienia się, staje się mniej odrażająca. Króluje w niej półmrok (zrobiłem z kartki abażur), dzięki czemu biały kolor ścian i ciemno żółta barwa drzwi gubią swój wyraz, a padające na pół ściany cienie krzesła, książek, wiszącego palta i czapki,  łóżka, stołu i na końcu mój poruszający się cień zasiedlają tą pustą celę, dodają jej życia.
 
Najwięcej wtedy przyciąga uwagę na siebie stół jasno oświetlony panujący nad celą, zapełnia ją (za dnia jest maleńki, mieści się pod oknem). I wówczas z oświetlonych kartek pocztowych jak żywi spoglądają na mnie: piękne wsie nad wodą, główka figlarnie uśmiechającej się dziewczynki, kawałeczki  prześlicznego wrzosu, przypominające mi nasze lasy i moje dzieciństwo, naga dziewczynka z kędziorkami (golasek-kąpiasek- jak mówiła Janka- moje ukochane maleństwo, kiedy matka rozbierała ja do kąpieli), dalej krzepki starzec w futrzanej czapce, przypominający mi o zespoleniu narodów w myśl, jedną scenkę w lesie; ty leżałeś za drogą w sosnowym borze porośniętym gdzie nie gdzie liściastymi drzewami i zagajnikiem, była już głęboka noc, całkiem ciemno, tylko nocne, letnie niebo usłane było gwiazdami, leżeliśmy na wznak i patrzyliśmy się na te miliony błyszczących, migotających różnymi barwami gwiazd, milczeliśmy w głębokim zamyśleniu i jakimś bezmiernym smutku.
 
Dalej widok jeziora z żaglówką, słońce wyglądało zza ciemnych chmur, a łódka gnała przed siebie na wietrze niczym ptak szybko; dalej zaś już nie pocztówka, ale obrazek przedstawiający jakuckiego opowiadacza bajek z przepięknym, wyrazistym licem młodzieńca (ten obrazek wyjąłem z książki <12 lat> ( chodzi Feliksowi o książkę Wacława Sieroszewskiego pt. „12 lat w krainie Jakutów”- Z.F.) była ona wklejona oddzielnie do tekstu).
I tak cały świat widzę przed sobą. W X pawilonie i poza nim wieczorami prawie cały ruch ustaje i mogę wtedy swobodnie obcować z tym moim światem.
 
Chciałbym napisać ci więcej, ale, jak widzisz, już nie ma miejsca- więcej papieru listowego nam nie dają. Z resztą zamierzam do ciebie pisać każdego tygodnia. Pamiętam twoją zdziwioną minę, kiedy powiedziałem ci na widzeniu, że będę pisać co tydzień. Wydawało ci się, ze po prostu nie starczy mi materiałów piśmiennych w warunkach życia więziennego w samotności, jednakże…  w kropelce odbija się cały świat, i można go poznać przykładając się do studiowania tej kropli. Myślę, że z tych moich więziennych listów i ty możesz coś wziąć dla siebie, a dokładnie- silniejszą, głębszą miłość do życia.
Bądź zdrów! Wszystkich was mocno ściskam. Twój Feliks.
 
P.S. Jeśli możesz dostać- przyślij mi „Pana Tadeusza” Mickiewicza. W sobotę zaczął się trzeci tydzień mojej odsiadki [5]”.
 
I kolejny, w którym Feliks opisywał zachwycające go barwy nieba i pełzających po nieboskłonie chmur przelewając swój intymny nastrój na papier: „Mój drogi! Znów piszę do ciebie. Przede mną – róże. Jedna z nich, różowa prawie cała już zwiędła, ale za to dwie biało żółte, z zielonym odcieniem pąsowym jeszcze są świeże, urocze, pieszczą moje oko, uwielbiam je, dają mi dużą radość. A pocztówki także wciąż patrzą życzliwie na mnie. Pojawiła się jeszcze jedna- śliczna, z której zgrabne, smutne brzozy kłaniają mi się.
Moi przyjaciele, jak ja wam dziękuję, jak wieloma radosnymi minutami jestem wam zobowiązany; swoimi przejawami pamięci o mnie, umieliście wejść w moją duszę życia i  spokojnie przedłużyć potajemnie  wiosnę nawet w tych więziennych ścianach. Czuję się silnym i młodym. Do was wracają się ciągle moje myśli i wzruszające uczucia opanowują mnie i ja chciałbym was serdecznie objąć, tak serdecznie, jak was kocham.
 
I wydaje mi się, że odleciał ode mnie cały fałsz i zakłamanie goszczące  w ludzkich stosunkach, ciężkim kamieniem kładącym się na duszy, cisnący w pierś, zatruwający życie tam, wśród więziennych ścian, te wynaturzające uczucia, przemieniające życie w nieznośne więzienie, a człowieka w ślimaka. W miejsce ciepła, błogostanu, szczęścia, uczucia chłodne, przenikliwe i zabójcze jak topór, słowa w miejsce logiki życia i ludzkich dusz- logika słów i myśli.
 
Nawet wtedy, letnią nocą w lesie, kiedy z ciemnego nieba migotały nam gwiazdy, zwyciężyło słowo. Być może, ta konieczność, ale moja dusza staje przeciw tej konieczności, chce sama się podporządkować.
 
Śmiertelnie zmęczyło mnie to życie. Podobno jak Gorkiemu, mnie koniecznie było uciec na jakiś czas od tego kulturalnego życia, gdzieś w puszczę, w step, w nasze lasy i wiejskie zacisze, jeśli by argusowe oko pilnujące porządku i społecznego spokoju nie wyśledziło mnie, nie zatrzymało i nie zaprowadziło do więzienia. I tak siedzę teraz tutaj i dziękuję wam, że nie zapomnieliście o mnie.
 
Teraz kontynuuję poprzednie moje listy, chcę opisać tobie wrażenia, których doświadczam tu, opowiedzieć, jak żyję. Ćwierć godziny spaceru- to najlepsza codzienna rozrywka. Z rozkoszą biegam po ścieżce i wdycham życiodajne powietrze lekkie w swojej tęsknocie, patrzę na rozległe niebo i resztką ciemniejącej już i pożółkłej zieleni w więziennym ogrodzie.
 
Nie myślę wtedy o żołnierzu z karabinem i o żandarmie uzbrojonym w szablę i rewolwer stojących na obu końcach ścieżki, po której chodzę, często nawet ich nie zauważam. Widzę niebo, gnam z zadartą głową (prawdopodobnie, bardzo zabawnie wyglądam wtedy ze swoją kozią bródką, z wyciągniętą szyją  i pociągłą o ostrych rysach twarzą). Ronię łzy patrząc na niebo.
 
Raz wydaje się ono być całkowicie jasne, ciemno-błękitne ze wschodu, bardziej jasne z zachodu, kiedy indziej szare, jednostajne i wciąż smutne, innym razem mieni się chmurami fantastycznymi kosmykami – to błyszczące, jak srebro, to szare, to ciemne, to lekkie, to znów ciężkie, straszne dziwolągi- niosące w dal, wyżej, niżej, jedne ulegają drugim najbardziej różnorodnymi odcieniami oświetlenia i barw. Za nimi widnieje miękki, pieszczący lazur nieba. Jednakże coraz rzadziej widzę ten lazur, coraz częściej burzowe, jesienne wichry pokrywają całe niebo szarą zasłoną sinych chmur.
 
I liście na drzewach coraz bardziej żółkną, schną, smutnie zwisają, targane, zszargane, nie patrzą się już w niebo, Słońce jest coraz niżej i coraz rzadziej się pojawia, a promienie jego nie mają jak dawniej swej żywotnej siły. Mogę widzieć słonce tylko w czasie spaceru, ponieważ okna mojej celi wychodzą na północ. Zaledwie gdzieniegdzie pada wokół mnie odblask zachodu i wówczas cieszę się jak chłopiec. Przez otwarte okienko widzę rąbek nieba zaciemniony gęstą, druciana siatką, obserwuję wspaniały zachód, ciągle zmieniający się grą barw krwawo purpurowych odbłysków, bitwy ciemności ze światłem.
 
Jak przepiękny jest wtedy ten kawałek nieba! Złociste, lecące obłoki na tle jasnego lazuru, a tam przybliża się ciemny potwór o fioletowych odcieniach, niebawem wszystkie barwy przyoblekają wojenną barwę, później zmieniają się w róż i stopniowo blednie całe niebo, i zapada zmierzch. Tak krótko to trwa i zobaczyć można tak rzadko, ale to tak piękne. To nawet blask zachodu, samego zachodu stąd nie widać. Poczucie piękna obejmuje mnie, płonę pragnieniem poznania i (ta strona, ale to prawda) rozwijam to uczucie tu, w więzieniu. Chciałbym objąć życie w całej jego pełni. Bądź zdrów mój bracie, ściskam cię mocno, ślę pozdrowienia. Twój Feliks [6]”.
 
W wielu listach Feliksa przewijają się te same frazy, jakby były dla niego najbardziej istotne. Wielokrotnie powracał w swych przemyśleniach do dzieci Aldony, do ich wychowania i kształcenia, czasem rozważał, jakby to było, gdyby sam został ojcem. Szczególnie wiele uwagi przywiązywał do marzeń, o których często wspominał. One dawały mu siły, dawały mu cel i zaspokajały sens jego życia. Były niezwykle silne i, jak można będzie powiedzieć pod koniec jego życia, wszystkie zrealizował.
 
W swych listach również nie rzadki jest temat przyrody, jego uwielbiania dla niej, pragnienie wyjazdu na wieś, w spokojne okolice szumiących drzew, kładących się pod głaszczącym wiatrem zbóż i traw. Powracał do dzieciństwa i do swej siostry Aldony, której miłość w pełni odwzajemniał i nie szczędził jej serdecznych słów w liście z 9 października 1905 roku: „Dajesz mi tak wiele ciepła i serdeczności, że kiedy mi smutno, powracam do ciebie, do twoich słów, takich prostych, szczerych i serdecznych, które uspokajają mój smutek. Jestem za to tobie bardzo wdzięczny. Moje życie byłoby zdecydowanie cięższe, jeśli nie byłoby tylu serdeczności moich najbliższych. A twoje serce tym bardziej jest mi drogie, gdyż przybliża mnie do mojego przeszłego, odległego, jakże ponętnego, dzieciństwa, do którego powracaj moja znużona myśl.(…)
 
Dlatego zawsze powracam do ciebie i nigdy jeszcze się na tym nie rozczarowałem. Wszak życie nasze generalnie jest przerażające, a mogłoby być przepiękne i kolorowe. Tak bardzo życzyłbym sobie, tak bardzo chciałbym żyć jak człowiek, szeroko i wszechstronnie. Tak bardzo chciałbym poznać piękno przyrody, piękno w ludziach, w ich twórczości, zachwycać się nią, doskonalić się samemu dlatego, ponieważ piękno i dobro- to dwie nierozłączne siostry.
 
Ascetyzm, który przypadł na moją część jest mi tak obcy. Chciałbym być ojcem i w duszę małej istoty wlać wszystko co dobre co jest na świecie, widzieć jak pod promieniami mojej miłości do niego rozwija się pyszny kwiatek ludzkiej duszy. Niekiedy marzenia męczą mnie swoimi obrazami tak bardzo wabiącymi, żywymi i jasnymi. Co za cud! Ścieżki duszy ludzkiej pchnęły mnie na inną drogę, po której zmierzam. Kto kocha życie tak mocno jak ja, ten potrafi oddać dla niego swoje życie. Bez ukochanych serc, bez marzeń nie mógłbym istnieć. Nie mogę narzekać, mam jedno i drugie. Moja najdroższa, bądź spokojna o mnie, tylko kochaj mnie [7]”.
 
Tymczasem zamieszki wciąż trwały. Do rozwoju kolejnych wydarzeń przyczynił się strajk drukarzy w Moskwie, który rozległ się szerokim echem po całym imperium rosyjskim. Do niego przyłączyli się kolejarze całkowicie blokując transport, by pod koniec października ogłosić strajk powszechny we wszystkich zakładach. Życie znów zamarło. We wszystkich miastach porzucano pracę, ludzie masowo wychodzili na ulicę niosąc czerwone sztandary w proteście przeciwko terrorowi walcząc o swobody demokratyczne i uregulowanie praw robotniczych. Starcia z wojskiem jedynie zaogniały sytuację i tak już bardzo napiętą. Cały kraj pogrążony był w chaosie. Aroganccy i władczy do tej pory kapitaliści stali się bezradni, cierpiały ich zyski. W tej sytuacji domagali się reakcji cara, aby uspokoił protestujących.
 
W obliczu wybuchu jeszcze bardziej krwawych zamieszek i destabilizacji kraju, widząc determinację robotników, której nie sposób było złamać, car wydał „manifest wolnościowy” zapowiadając wolność osobistą obywateli, wolność sumienia, wyznania, zgromadzeń i związków. Do tych obietnic, robotnicy zażądali dodatkowo amnestii więźniów politycznych, obalenia rządów absolutystycznych i ustanowienia republiki demokratycznej.
 
Swoje żądania poparli strajkami, wielotysięcznymi wiecami i przemowami na ulicach do rozpalonych tłumów. Pomimo chęci dialogu ze strony cara, wojska atakowały zgromadzenia powiększając liczbę zabitych i rannych, jak miało to miejsce na Placu Teatralnym w Warszawie, gdzie Kozacy i dragoni urządzili rzeź. Ludzie uciekali w panice przed ostrzami szabel tnących na oślep. Tłum tratował tych, którzy upadli.
 
Po kolejnych demonstracjach połowicznie osiągnięto cel. Władze dzięki reskryptowi carskiemu z dnia 14 października 1905 roku zezwoliły na zakładanie polskich szkół podstawowych i średnich podlegających pod organizację Polska Macierz Szkolna. W całym Królestwie powstawały liczne stowarzyszenia zajmujące się organizowaniem czytelni, walką z analfabetyzmem, schroniska dla dzieci, legalizowano również związki zawodowe. Te ustępstwa nie trwały długo. Były taktycznym zamierzeniem pozwalającym na koncentracje sił i zmylenie niepokornych obywateli. O ile na wiosnę 1905-ego roku na fali społecznego entuzjazmu organizowano polskie ośrodki edukacji, w listopadzie nie było już po nich śladu.
 
Na mocy amnestii, zaczęto grupowo zwalniać więźniów. 20 października (2 listopada) wyszedł na wolność Feliks Dzierżyński. Wychodzac podał adres zameldowania na ulicy Grzybowskiej 24, w mieszkaniu, do którego nigdy nie dojdzie, a na pewno nie zamieszka. Szedł ulicami miasta wraz z pepeesowcem Maksem Horwitzem noszącym nazwisko Henryk Walecki. W sparaliżowanym strajkiem mieście nie kursowały tramwaje ani dorożki. Ulice pełne były rozentuzjazmowanego tłumu, który cieszył się z iluzorycznego poluźnienia smyczy, na jakiej prowadził go do tej pory carat. Mijali grupki zawzięcie dyskutujących ludzi, w niektórych miejscach przemawiali jacyś ludzie, których słowa ledwo dochodziły do uszu Feliksa. Wiedział doskonale, mając rozeznanie w sytuacji politycznej, że carskie obietnice nie będą miały żadnego pokrycia w czynach. Nie wierzył zakłamanemu systemowi wietrząc, że jest to kolejny chytry podstęp.
 
 
Nie mogąc znieść łatwowierności ludzi, Feliks wskoczył na słup latarni i trzymając się jej zaczął przemawiać wzywając do opamiętania, przestrzegając, żeby ludzie nie wierzyli obietnicom, bo jest to jedynie jałmużna, a nie przyznanie swobód i osiągnięcie robotniczych celów. To nie koniec walki, bo carat trzeba całkowicie zmiażdżyć, a nie zadowalać się czczymi obietnicami, po czym złapał dorożkę i wraz z niepełnosprawnym Horwitzem udali się do jego domu, a stamtąd już sam pojechał na ulicę Ceglaną 3, gdzie pod numerem drugim mieszkania u Franciszki Landanowej miało się odbyć się zebranie partyjne. Gdy znalazł się wśród swoich towarzyszy, został radośnie przywitany. Znów zabrał głos wzywając do walki zbrojnej, do zbierania broni i amunicji, do szykowania się do zdecydowanej walki na śmierć i życie.
        
Wracając z Ceglanej, na rogu Świętokrzyskiej i Czackiego (wówczas Włodzimierska) spotkał przypadkowo Zofię Muszkat. Ukłonił się z daleka i zatrzymał się, Zofia podeszła, uścisnął jej dłoń. Był w wyśmienitym humorze, opowiadał, jak to Feliks, żartował, na twarzy był zmęczony, ale oczy mu świeciły żywymi iskierkami.
 
Zofia tymczasem poświęciła się bez reszty pracy w konspiracji, roznosiła bibułę, którą wsadzało się wszędzie, w pończochy, pod kapelusz, pod koszulę. Na szczęście miała za duży płaszcz, pod którym niknęły nielegalne wydawnictwa.  Jeździła  tramwajami roznosząc pod wskazane adresy przesyłki. W tym czasie Zofia poznała tą mniej elegancką część Warszawy robotniczej bez kanalizacji, z wąskimi chodnikami, rozsypującym się brukiem, cuchnącymi rynsztokami. Przechodziła podwórkami kamienic, po których biegały obdarte dzieci, wychudzone, brudne często cierpiące na krzywicę. Wokół domów było takie błoto, że można było zgubić buty.
  
Część tej zapomnianej przez boga i ludzi Warszawy przetrwało w jej zapiskach: „Pamiętam chyba najstraszniejszy ze wszystkich widzianych przeze mnie trzy- czy czteropiętrowy nie otynkowany dom na ulicy Smoczej, typu koszarowych domów fabrycznych. Wąskich, drewnianych schodów z wyszczerbionymi stopniami nigdy, widać, nie myto: były one pokryte dosłownie kilkucentymetrową warstwą lepkiego błota i brudu. Na każdym piętrze ciągnęły się długie, wąskie i zupełnie ciemne korytarze, po obu stronach których widniały wąskie drzwi do niskich, wilgotnych, zimnych i przeraźliwie brudnych klitek. Mieszkała tam- zwłaszcza na najwyższym piętrze, dokąd mnie skierowano- straszna biedota. Idąc po korytarzu, poprzez uchylone drzwi widziałam kilka takich nor, w których byli ludzie, ale nie było absolutnie żadnego umeblowania, w rogi na ziemi leżała tylko kupa brudnej słomy bez pokrycia- prawdopodobnie posłanie tych nędzarzy. Na schodach, a zwłaszcza na korytarzu panował nieopisany zaduch, od którego dostawało się zawrotu głowy [8]”.
 
Spotkanie z Zofią na ulicy było radosne, ale nie na tyle ujmujące, by oderwać go mogło od porywu serca, które gnało go do Sabiny. Serce i myśli Feliksa trwały przy niej i głównie dzięki nim udało mu się przetrwać czas spędzony w areszcie. W jednym z listów zanotował: „I w więzieniu nie był to spokój- wciąż o Niej myślałem- o tej najdroższej mojej. Każda myśl z nią związana była- nią żyłem[9]”. Szczerze obawiał się, że rozpierająca jego serce miłość będzie kolidować z pracą, jego marzeniami o budowaniu sprawiedliwego świata, że zatraci się w niej i nie pozostanie z niego już nic. Jeszcze kilka miesięcy temu pisał do Aldony, że nie nadaje się do bycia mężem. „Z żoną ja bym zaraz pokłócił, czułbym się skrępowany, to mi ciążyło i pożycie nasze byłoby piekielne [10]”.
 
Kim więc miała być Sabina? Czy jedynie rozdzierającą raną skomplikowanych uczuć? Wiecznym dążeniem, niespełnieniem, ale za to jakże poetyckim? Walka z uczuciami nie była równa. W liście do Sabiny z listopada 1905-ego roku pisał: „Ileż razy mówiłem sobie od wyjścia z więzienia: unikać Jej będę- a wciąż szukam- wejrzenie jej łowię- nie mogę nie iść tam, by siedzieć z miną skwaszoną lub też nadrabiać miną [11]”.
 
Chciał od niej uciec, ale z drugiej strony pragnął jej i bał się zarazem, że ona nie odwzajemni jego płonących uczuć. Zastanawiał się: „Czy kochać kobietę nie jest wyższym, wznioślejszym, aniżeli ją posiadać- a jednak dziś strasznie pragnę wiedzieć, jakie uczucia w niej wzbudzam- chcę wzajemności. Kocham ją. Wzajemność? Po co mi ona? Ot, głupia dusza ludzka. A jednak kocham. O niej tylko myślę- wypełnia mi duszę mą.(…) Być może tak strasznie mnie opanowała, że miłość to milcząca, że związana z takim bólem- z tak szybką zmiennością moją. A jednak chciałbym, by mnie pokochała. Chciałbym więcej zobaczyć w jej spojrzeniu aniżeli współczucie- życzliwość- i znowu pytam siebie: a po co mi to? Na co? Przecież nie jest to szał namiętny- nie chciałbym by była mi żoną. Czy ja wiem zresztą, czego ja chcę? [12]”
 
Kochał Sabinę, jednocześnie obawiał się, że jej przyzwolenie zburzy jego świat walki, a przecież nic innego nie potrafił robić. Nie mógł się Sabinie poświęcić zupełnie, wolał, by ta relacja oparta była na szczerej przyjaźni, miłości, ale nie na poświęceniu. To jednak nie było możliwe. Feliks faktycznie nie wiedział, czego do końca pragnie, gdyż już w kolejnym liście wyznawał, że pragnie i domaga się wzajemności. Tej jednak nie otrzymywał, zatem cierpiał i cierpienie to było sensem ich relacji, opierało się o nie i niejako napędzało.
 
Odnieść można wrażenie, że w początkach XX wieku miłość łącząca dwoje bliskich sobie osoby, była czymś zupełnie innym, niż postrzega się ją dziś. Była to przede wszystkim okazja do zadawania ran sobie i najbliższej, ukochanej osobie, było to kreowanie takich problemów, które wzbudzały cierpienia duszy, niejako wzbogacając skalę przeżyć i doznań, niekoniecznie dających spełnienie. Nie zniechęcało to Feliksa, relacja ze swoją famme fatale mogła trwać wieczność, deklarował bowiem: „Nie boję się cierpień- nie boję się, jeżeli ktoś mi najdroższy odepchnie mnie od siebie, bo jestem mu obcy- lecz żyć będę- chcę cierpieć dla mego życia- dla mej żądzy życia [13]”.
 
W jego życiu nic już nie było jasne i czytelne. Burza uczuć zakryła gęstą ulewą to, co do tej pory było proste i banalne. Te zawirowania, emocje, namiętność, potrzeba bliskości powodowały, że nie mógł się skoncentrować na pracy. Do listy cierpień doszedł jeszcze jeden: siostra Sabiny, Michalina zakochana w Feliksie, dowiedziała się o ich związku. Dwie zakochane siostry, jeden mężczyzna- to nie mogło obejść się bez tragedii. Patrząc z perspektywy Feliksa, nie miało to znaczenia. On widział tylko Sabinę. Zdruzgotane serce Michaliny było mu obojętne.
 
Pomimo tej gęstej mgły uczuć, które sprawiły zawirowania w prostolinijnej postawie Feliksa, wciąż był tym samym nieprzejednanym wojownikiem odrzucającym zakłamany świat pozorów. Pisał do Sabiny: „Mam słuszność- po tysiąc razy mam słuszność- uciec od obłudy- od towarzystwa naszej „inteligencji”- od jej konwenansów i sprzeczności- od jej jałowatości ohydnej, od jej znieprawienia, od jej dobrobytu i gadaniny- rozczulania nad położeniem robotników- jakie to wszystko wstrętne- trzeba uciekać od nich tak samo, jak i od dobrobytu [14]”.
 
To właśnie znienawidzona przez niego podłość tego świata, nieposkromiona nienawiść jaką odczuwał do fałszu była jego antidotum na ból zadawany przez skomplikowaną relację z Sabiną. Wówczas powracał do samego siebie z podróży sercowych uniesień i na powrót stawał do walki tępiąc zakłamanie, fałsz i obłudę. Feliks gardził inteligenckimi dyskusjami, wnioskami, które nie prowadzą donikąd, pustosłowiem, użalaniem się nad niedolą robotników przez ludzi o pełnych żołądkach, dla których litowanie się jest jedynie grzecznościową formą wyrażenia swojej modnej i oczekiwanej w towarzystwie wrażliwości. 
 
Takie postrzeganie świata przez Feliksa, ironicznie wykorzystywała Sabina w sposób dość niewyszukany, ale bardzo bolesny dla niego w jednym z jej listów: „Co się pan tak irytuje- wszak żniwo dało owoce. Niech się pan modli o spokój duszy własnej- o równowagę rewolucjonisty, który żywy po trupach kroczy, sam syty wzywa głodnych do walki- zapala się ich głodem i nędzą- czerpie z tego swe siły do życia [15]”.
 
Nie była to słuszna i budująca opinia. Sabina najwyraźniej uwielbiała wbijać szpile we wrażliwą duszę Feliksa, droczyć się z nim i przekomarzać. W odpowiedzi na jego wyznania komunikowała mu, że „nie umie kochać”. Odtrącała go pognębiając zarówno siebie jak i jego. Nic dziwnego, że tak wielki chaos uczuciowy, niezrealizowane marzenia bliskości z ukochaną, wieczne zabiegi, tęsknota, wyznania doprowadziły Feliksa do wniosku, że najwyższy czas przestać błagać i skomleć o odwzajemnienie uczuć, lepiej „spalić mosty” i więcej nie pisać. Była to jego pierwsza próba ucieczki przed Sabiną i przed sobą samym. Relacja ta przerastała ich. Sabina wiedząc o tym, że ich związek szalenie boli również zakochaną w Feliksie siostrę, proponowała kosztem swojego szczęścia, uczynić szczęśliwą Michalinę, by to ona, a nie Sabina wyszła za Feliksa za mąż [16].


[1] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 103
[2] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 102-103/F.Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 110, 11, 112
[3]   S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 92
[4] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 12 września 1905r., s.30-31
[5] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 20 września 1905r., s.31-33
[6] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 26 września 1905r., s. 33-34
[7] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 9 październia 1905r., s34-35
[8] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 56
[9] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 89
[10] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 75
[11] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 90
[12] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 92
[13] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 94
[14] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 91
[15] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 94
[16] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 128
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.