Gdzie wy tam i ja

rozdział XVIII
 
 
 Zbliżał się 31 lipca 1905 roku, dzień, w którym działacze partii SDKPiL planowali konferencję międzydzielnicową w lesie koło miejscowości Olesin Duży w pobliżu miejscowości Dębe Wielkie w okolicach Mińska Mazowieckiego. Na spotkanie w starodębskim lesie przyszły 42 osoby, w tym sześć kobiet [1]. Ciężko było trafić na miejsce, bo nie podano konkretnego opisu miejsca. Wielu uczestników zanim dotarło, kluczyło po lesie i polanach. Antoni Krajewski, który był jednym z delegatów szukających miejsca konferencji, w pewnym momencie powiedział do swojego towarzysza: „Oho, kiedy nasi się zakonspirują, to ich nawet swój nie znajdzie [2]”. 
 
Kiedy już wszyscy dotarli, przemówił Dzierżyński. Jego niesamowicie ekspresyjne przemówienie zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem. Był przecież mistrzem tworzenia nastrojów. Kiedy mówił o niedoli życia robotników, wydawało się, że serce pęknie mu z bólu, a kiedy mówił o wspaniałej przyszłości, jego oblicze promieniowało nadzieją, natomiast kiedy wspominał o walce, jego twarz stawała się groźna, zacięta i złowroga. Dzierżyński potrafił przemawiać i był w tym bardzo przekonywujący, co potwierdzają liczne relacje uczestników zebrań na przestrzeni lat.
 
Gdy skończył, wywiązała się rozmowa. Jeden z delegatów, robotnik, krzyknął: „Chcecie, żebym był uświadomionym socjaldemokratą, a nie dajecie mi dość literatury. Inteligent może zapoznać się z teorią, może sobie nawet po niemiecku przeczytać Kapitał Marksa- a ja co? Dlaczego ja mam być ciemny? To dobre dla pepeesowców, a nie dla esdeków. Każdy z nas powinien być wyrobiony i samodzielny. Przetłumaczcie mi Kapitał, dajcie mi książki, to będę dobrym socjaldemokratą [3]”. Wówczas Feliks odparł, że nie tylko teoria, ale i samo życie ich uświadamia przez wyzysk i bagnety.
 
Dalej dyskusja potoczyła się w kierunku spraw terroru ekonomicznego, kół fabrycznych, współpracy Polaków i Żydów, spraw taktycznych i organizacyjnych. Wiele mówiono o konieczności uświadomienia okolicznego chłopstwa, głównie sołtysów w sprawie walki z caratem, którego koniec głoszono dość prędki.
 
Kiedy spotkanie dobiegało końca, wystawieni na warcie członkowie partii, powiadomili zebranych o zbliżających się żołnierzach przybywających na koniach. Towarzysze prosili Feliksa, aby skorzystał z szansy ucieczki, ale odmówił mówiąc: „Gdzie wy, tam i ja[4]”. Co więcej, nakazał oddać mu wszystkie nielegalne materiały, jakie każdy miał przy sobie, aby skupić na siebie uwagę carskich posłańców. Ci, którzy mieli możliwość rozbiegli się po lesie szukając kryjówek.
 
Jedynie siedmiu osobom to się udało. Schwytani zachowywali się spokojnie i stali w miejscu obserwując bieg wydarzeń. Wincenty Matuszewski wyjął nawet papierosa, zapalił i bez pośpiechu usiadł sobie pod drzewem. Pozostała na polanie grupa została otoczona przez wojsko i przyglądała im się bacznie. Oficer prowadzący zapowiedział, że wszyscy są aresztowani i spytał, czy ktoś ma jakieś nielegalne materiały. Pierwszy wystąpił Feliks oddając swój dowód osobisty. Wówczas oficer spytał: „- Co panowie tu robili? „Józef” odpowiada: - O tym pomówimy później podczas badania. Teraz zaznaczam tylko, że z tym towarzystwem, które pan tu widzi, ja osobiście nie mam nic wspólnego. Nie wiem jak ich, ale mnie panowie sami wpędzili do kupy z wszystkimi innymi [5]”.
 
Nie dano wiary zapewnieniom Feliksa, aresztowano wszystkich i przewieziono do zaimprowizowanego aresztu w Nowomińsku (dziś Mińsk Mazowiecki) mieszczącego się w małym, prymitywnym, dwu czy trzy pokojowym domku przy ulicy Warszawskiej należącym do piekarza Franciszka Śmiałowskiego, gdzie trzymano aresztowanych przez trzy dni. Ich nastroje były wesołe. Niektórzy cieszyli się z takiego obrotu sprawy, bo spodziewane więzienie dawałoby im doświadczenie i sznyt esdecki. Jeden z uczestników zebrania zażartował, że wyjdą z aresztu za kilka miesięcy akurat na samą rewolucję. Aresztowani znajdywali sobie miejsce na podłodze i bynajmniej nie narzekali na brak łóżek.
 
Wszyscy mieli dobre humory, wobec siebie byli mili, uczynni i weseli. Nawet aresztowane kobiety odmówiły przebywania w „damskiej” części aresztu chcąc być razem ze swoimi towarzyszami. Śpiewano piosenki, deklamowane wiersze, nie zawsze stosownie dla uszu dzieci.
Mieczysław Wojciechowski wspominał, że gdy rozniosła się wieść o aresztantach, wielu okolicznych mieszkańców bez róznicy wieku, zamożności, narodowości dawało co miało: żywność, papierosy, mleko, herbatę i alkohol, dzięki któremu przekupywano pilnującycych esdeków dragonów. Nie szczędzili prowiantu ani żydowscy sklepikarze, ani Polacy. Nawet dzieci starały się pomagać na ile mogły nosząc do chatki zebrane od sąsiadów artykuły. Na aresztowaniu esdeków zyskała popularność budząca się w mieście do życia PPS zbierając datki pieniężne dla przetrzymywanych.
 
Nikt z zatrzymanych na noc nie rozbierał się, tylko szedł spać tak jak był ubrany ze względu na damy i na spodziewane, nocne przeprowadzki do kolejnego miejsca odosobnienia. Następny ranek obudził aresztowanych w równie dobrych nastrojach. Żołnierze okazali się być bardzo miłymi ludźmi i nie oponowali, kiedy skoro świt okoliczni chłopi przychodzili z wałówką dla zatrzymanych. Czasem nawet wpuszczali kogoś ze wsi do środka. Jeden z okolicznych piekarzy konspiracyjnym szeptem zadeklarował się, że przyniesie ubranie, aby ktoś mógł uciec w przebraniu piekarza. Oczywiście wszyscy wskazali na Feliksa, aby ratował się ucieczką jako najbardziej zagrożony więzieniem. Odmówił kategorycznie. Feliks serdecznie i wręcz wylewnie podziękował dzielnemu piekarzowi tak, że jego całe ubranie upudrowane zostało mąką.
 
Przez resztę dnia toczono ożywione dyskusje, choćby o Żydach, czy powinni się asymilować, czy nie. Dalej śpiewano, tańczono, z tego co było pod ręką zrobiono szachy i warcaby, jedna z dam rysowała portret Matuszewskiego. Atmosfera była przednia, dlatego żołnierze coraz bliżej przychodzili, zaglądali i powoli wdawali się w dyskusje. Dzierżyński poświęcił ten czas na rozmowy z nimi. Tłumaczył im, że ich oficerom nie wolno zwracać się do nich na „ty”, że nie wolno im pomiatać żołnierzami.
 
W notatkach strażnika nowomińskiego tymczasowego aresztu znalazło się następujące doniesienie mówiące o Dzierżyńskim, człowieku z opisu wysokim, szatynie, około lat 25, szczupłym, z rzadką niewielką bródką przytaczając jego słowa: „Na próżno wykonujecie rozkaz i strzelacie do nas, jesteśmy takimi samymi ludźmi jak i wy. Nie przyszliśmy tu zabijać ani grabić, chcemy, aby wszyscy byli wolni, a nie tak jak wy, zamknięci w koszarach musicie spełniać każdy rozkaz; ja jestem aresztantem, a nawet sam gubernator nie może zwrócić się mnie per ty, każdy musi być wobec mnie uprzejmy, a jak zachowują się wobec was? Wszystko robicie zgodnie z przysięgą, ale przysięga wasza kłamie, można wszystko urządzić inaczej, każdy człowiek powinien być wolny i korzystać z praworządności [6]”.
 
To wzbudziło w nich poczucie własnej godności i namówieni przez innych, coraz liczniej zaczęli przychodzić do domku, wdając się w dyskusje z Feliksem i innymi aresztowanymi, dopytując się kim właściwie są, dlaczego i jak chcą zmienić świat. Wielu z nich zrozumiało, że stoją po tej samej stronie barykady, że zarówno aresztowani robotnicy, jak i oni, są tak samo wykorzystywani, oszukiwani i poniżani przez carat.
 
Każdy z aresztantów nagle stał się agitatorem, większość znała lepiej lub gorzej rosyjski, więc rozmowy zaczęły schodzić na wzajemnie interesujące tematy. W kilku relacjach podaje się, że po rozmowach Dzierżyńskiego z żołnierzami, sami zaproponowali mu ucieczkę, za co Feliks podziękował, jednak nie zgodził się, bo, jak tłumaczył, naraziłby żołnierzy na wielkie nieprzyjemności [7].
 
Trzeciego dnia załadowano więźniów na furmanki i zawieziono do komisariatu policji. Tam Dzierżyński zaskarbił sobie sympatię podkomisarza, którym rozmawiał z nim bardzo serdecznie. Sam komisarz czuł się zażenowany tym, że jest zmuszony zatrzymać Feliksa, był dla niego zatem szalenie uprzejmy. Kiedy zauważył, że jeden ze stójkowych niegrzecznie zachowuje się podczas rewizji aresztantów, sprał go po mordzie i kazał wsadzić do karceru [8].
 
W końcu przed Pawiakiem podróż dobiegła końca. Kobiety wysłano do żeńskiej części więzienia tzw. Serbii, mężczyzn rozlokowano po celach. Na nic się zdały fałszywe dokumenty Feliksa na nazwisko Jana Krzeczkowskiego. Rozpoznano go i od razu skierowano do X Pawilonu Cytadeli, gdzie w tym czasie przygotowywano się do egzekucji Marcina Kasprzaka. Po drodze chodziły słuchy, że robotnicy chcieli ich odbić na kolei, dlatego jadą wozami konnymi.
 
Józef Rotstadt „Krasny” zwykle tajemniczy i ponury rówieśnik Feliksa, próbował przekupić oficerów, by wypuścili aresztowanych. W grę wchodziła również masowa ucieczka przy pomocy żołnierzy, bowiem SDKPiL miała spore wpływy w wojsku, ale obie akcje odbicia zakończyły się niepowodzeniem. Przynajmniej podróż była wesoła i nawet nawoływania żołnierzy do porządku czy ciszy nic nie dawały [9].
 
Dzierżyński wciąż zaprzeczał swojej prawdziwej tożsamości, a w ciągnących się przesłuchaniach uparcie powtarzał, że każdą niedziele spędza na łonie przyrody spacerując po lasach. Pozostałych aresztowanych wypuszczono na wolność po trzech miesiącach pobytu na Pawiaku.
 
W wyniku dochodzenia policji doszło do dekonspiracji domu na Prostej 36. A stało się to za przyczyną psa. Był to duży pies rasy zakopiańskiej, biały z żółtymi łatami, który należał do Wandy Kral i brał udział we wszystkich spotkaniach esdeków w jej domu. Bardzo był przywiązany do wszystkich gości, którzy chętnie się z nim bawili i zabierali na spacery. Tym razem wziął go „Marcin”, który miał kwaterę niedaleko leśnej konferencji. Kiedy nie wrócił do domu, pies zaczął go szukać i tak dotarł do domku, w którym przebywali aresztanci. Kiedy wieźli ich furmankami do Warszawy, pies biegł za nimi. Gdy konwój dotarł na Pawiak, a za jego bramą zniknął „Marcin”, pies wrócił do domu na Prostą mając na ogonie policjantów.
 
Tymczasem w dniu aresztowania Feliksa, Zofia Muszkat spędzała czas w Kazimierzu Dolnym. Miasteczko słynęło z sadów owocowych, których owoce barkami płynęły do przystani koło mostu Kierbedzie, gdzie gromadzili się warszawiacy w kolejkach po smaczne jabłka. Kazimierz gościł wielu warszawiaków już w owych czasach, kwitło życie polityczne, były spotkania, referaty, koncerty dobroczynne, a wieczorami wsiadano na wielkie łodzie rybackie, wypływano na środek Wisły i śpiewano pieśni rewolucyjne.  Spotykano się w wąwozach krzewiąc idee socjalizmu wśród piekarzy, szewców, krawców. Tam Zofia dowiedziała się o aresztowaniu Feliksa w Dębem Wielkim.


[1] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 98, natomiast według S. Kalabiński, Carat i klasy posiadające w walce z rewolucją 1905-1907 w Królestwie Polskim, Warszawa 1956, s. 241-243, z informacji  zaczerpniętych  z danych policyjnych, było aresztowanych 40 mężczyzn i 5 kobiet, a 25 osób zdołało uciec. Źródla podają, że rzeczona konferencja odbyła się w karolińskim lesie. Nie po nim już śladu, Olesiń zaś nie jest już Duży i nie ma wokół niego lasów.
[2] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 129
[3] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 130
[4] B. Krauze, Feliks Dzierżyński we wspomnieniach i wypowiedziach, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 100
[5] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 132
[6] A. Chackiewicz, Feliks Dzierżyński, Studium biograficzne, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,  s. 82
[7] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 144, B. Krauze, Feliks Dzierżyński we wspomnieniach i wypowiedziach, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 101
[8] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 144
[9] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 134
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.