Rośnie w burzę olbrzymią

rozdział XVII
 
 
30 kwietnia 1905 roku car sądząc, że kościół katolicki silniej zwiąże się z siłami kontrrewolucyjnymi, wydał tzw. „Ukaz tolerancyjny” zapewniający kościołowi większą swobodę. I owszem, carat się nie pomylił- kler zaczął ściśle współpracować z endecją. SDKPiL wydała broszurę o klerze i klerykalizmie pt. „Kościół na usługach despotyzmu”, która trafnie ujęła rozpasanie i kolaborowanie kościoła katolickiego z carskim zaborcą. Rozpoczęła się więc walka z klerem opisana słowami Dzierżyńskiego: „W kościołach walka z księżmi już się rozpoczęła- z początku bez udziału organizacji, żywiołowo. Wygwizdują księży, rzucają okrzyki: „Kłamiesz” itp. Księża rozdają w kościołach swe broszury, robotnicy drą to w kościołach. Dochodzi do bójek. Pojutrze ma być kazanie u Wszystkich Świętych. Robociarze tłumnie tam idą. Odezwa nasza bardzo się podoba. Kampanię tę na pewno wygramy- należy tylko broszurą pogłębić tę walkę i doprowadzić zwycięstwo do końca. Tu w Warszawie i wszędzie wobec zachowania księży rzecz to nietrudna [1]”.
 
Wspólpraca endecji z kościołem katolickim miała bogata tradycję. Już w 1903 roku Dzierżyński na szpaltach Czerwonego Sztandaru opisywał manifestację endeckich studencików w rocznicę powstania 1830 roku. Manifestacja rozpoczęła się bohatersko mszą w kościele Świetego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Po jej zakończeniu studenci rozeszli się tak, by nie można było się domyślić demonstracji. Po chwili skupili się w grupkach kilkuosobowych i ruszyli w  stronę pomnika Adama Mickiewicza, przy którym czekał już na nich pomocnik oberpolicjanta i oddział policji gotowy do akcji. Odwaga młodych narodowców objawiła się tym, że jeden z nich kopnął oberpolicjanta w nogę, został więc natychmiast powalony i aresztowany. I „zamiast pójść w ślady swych kolegów rosyjskich, którzy razem z robotnikami idą do walki z caratem- pisał Dzierżyński- nasi studenci idą sami do kościoła mszy słuchać! Kościół katolicki w sojuszu z rządem carskim- to nic! Im ten kościół miły[2].”
 
Kościół katolicki był i pozostał instytucją do cna skostniałą. Do tego stopnia, że wiadomości sprzed ponad stu lat są aktualne i dziś. W tym samym numerze Czerwonego Sztandaru w 1903 roku w doniesieniach z warszawskiego Mokotowa czytamy: „Mamy tutaj przewielebnego księżulka Kaczyńskiego, duchownego pasterza owieczek, z których chciałby wciąż wełnę oskubywać. W tym roku na Zielone Świątki nie chciał dopuszczać do Komunii Świętej dzieci, które mu nie przyniosą po 30 kop. każde. Ten przeklęty klecha nie wchodzi w położenie rodziców, którzy może ostatnie swojen grosze oddają; ale cóż to jego obchodzi? Któż zapłaci za dom, który sobie buduje ten świety człowiek, jeżeli nie… owieczki oddane mu pod opiekę. On im nic złego nie zrobi… tylko skórę zedrze! Ale jak on z ambony pięknie mówi?! Jak on kułakami grozi, piekło obiecuje, wyklina i to tylko za to, że mu 30 kop. nie przynoszą! Za to, że zmądrzeli i nie chcą się dać wyzyskiwać [3].”
 
Czerwony Sztandar w 1904 roku podawał informację o oskarżeniach księdza katolickiego z wolskiej parafii, w której dokonano włamania, kradzieży i dewastacji „świętych rzeczy” w kierunku Żydów. Gazeta tak to skomentowała: „Czy podobne oskarżenie (nie mające ze sobą zresztą nie tylko podstaw, lecz nawet cienia prawdopodobieństwa) nie jest wprost podżeganiem ciemnego tłumu przeciw żydom? Niewątpliwie! W ten sposób ów ksiądz spełnił najhaniebniejszą, jaka tylko może być, rolę podżegacza najdzikszych instynktów ciemnego ludu, rolę ajenta carskiego, przygotowującego pogromy żydowskie[4]”.
 
Hipokryzja kościoła katolickiego nie znała i wówczas granic. Ksiądz Kirschner pod płaszczykiem filantropii stał się gwiazdą burżuazyjnej prasy. Głosił, że znacznie lepszą formą pomocy ludziom nie jest dawanie jałmużny, a szukanie im pracy. Pomysł bardzo szlachetny, ale jak zwykle ukrywający swoje prawdziwe oblicze. Ksiądz werbował bezrobotnych i kierował do pracy tam, gdzie wybuchały strajki i fabrykanci chętnie przyjmowali łamistrajków. Biuro księdza podawało, że nie wszyscy mogą liczyć na pracę, bo kandydaci będą sprawdzani, czy nie figurują w kartotekach policji.
 
Ksiądz Gorczyński ze Zduńskiej Woli wpadł na podobny pomysł i zaoferował pracę bezrobotnym w majątku ziemskim za 30-40 kopiejek dziennie, w tym wyżywienie. Praca ta była tak ciężka, że po dwóch, trzech dniach ponad sto osób ze wsi uciekło, nie otrzymawszy wynagrodzenia. Ksiądz dobrodziej był oburzony, gdyż robotnicy nie zwrócili mu kosztów dojazdu.
 
W Częstochowie, mieście Jasnej Góry i klasztoru Paulinów z uważanym za świętym obrazem matki boskiej, wydawałoby się ostoją polskości i katolicyzmu polskiego, miejscu pielgrzymek tysięcy wiernych, przeor klasztoru wygłosił kazanie, w którym nawoływał do jeszcze większej miłości do cara i by nie „dawać posłuchu złym duchom, którzy tylko czychają, by zaprowadzić ludzi na manowce i do piekła [5]”.
 
Inny klecha w Łodzi- jak donosiła prasa- ksiądz Bakalarczyk, wikariusz z parafii Św. Krzyża przy ulicy Przejazd tak się zaangażował w walce z socjalizmem, że na spowiedzi przypytywał robotnice, czy aby nie złorzeczą swym chlebodawcom. Jedna z robotnic uchyliwszy rąbka tajemnicy spowiedzi odpowiedziała, że jej chlebodawca to ostatni szubrawiec, który w dodatku nastaję na jej cnotę, więc ani nie darzy go szacunkiem, ani posłuszną mu nie jest. Na to ksiądz odpowidział, że szanować należy chlebawców bezwględnie, gdyż posłuszeństwo jest cnotą, a propagowanie socjalizmu zakończy się potwornymi mękami w piekle. Zachęcał też parafian do denuncjacji każdego podejrzanego o socjalistyczne poglądy. W pamięci pozostał też ksiądz Merklajn z parafii na warszawskiej Woli, który z ambony zachęcał do korzystania z jednej z droższych i nie specjalnie luksusowych łaźni Witkowskiego, jakby sam miał w niej udziały.
 
Księżom z guberni lubelskiej prowadzili na swą prowincjonalną wielką skalę agitację wydając broszurę „O końcu świata”, w której przekonywali, że „antykryst” nadchodzi, gdyż dotąd pokorny robotnik, niewolnik księdza i pana zaczął domagać się swych ludzkich praw i wyższej zapłaty za pracę. Ksiądz z Mirowa pod Częstochowa wprost zachęcał do bicia, poniżania i traktowania robotników niczym bydło.
 
W Warszawie sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Naród wyłamywał się spod woli nie tylko władzy, ale i kościoła. W pierwszy dzień maja wyruszył dwudziestotysięczny pochód robotniczych serc pełnych nadziei i gotowych do walki. Pod sztandarem SDKPiL przemierzali ulicami Okopową, Twardą, Złotą i Żelazną w kierunku Alej Jerozolimskich niosąc transparenty i wznosząc okrzyki. Na rogu ulic Żelaznej i Prostej tuż przy fabryce Norblina pochód miał skierować się do ulicy Chłodnej, by stamtąd ruszyć w kierunku robotniczej Woli. Za sprawą namowy prowokatora idącego na czele pochodu, by pójść w kierunku Alei Jerozolimskich, gdyż jest tam o tej porze wiele spacerowiczów, którzy z pewnością dołączą się do majowego orszaku, pochód skierował się tam właśnie.
 
Gdy środek manifestacji był na wysokości Al. Jerozolimskich 101 ktoś wystrzelił z rewolweru. Zaraz po wystrzale rozpoczęła się jatka. W jednej z relacji zamieszczonych w artykule pt. „Pod rządzem stryczka i kuli” w „Z Pola Walki” autorka relacjonowała pierwszomajowy pochód, jego wspaniałe rozpoczęcie i jakże tragiczne zakończenie: „Oglądam się, rozglądam- nie widzę początku, ani końća pochodu. Idziemy zwartym szeregiem, a masy rozentuzjazmowane, podniecone uroczystym nastrojem, śpiewami zgodnymi, bezustannie podchwytywanymi hasłami rewolucyjnymi, idą radosne, rozpromienione, uszlachetnione tą chwilą łączności, która zapomnieć im karze o nahajce i kuli żołdackiej. Jedni drugim dodają słowa zachęty, wszyscy się do siebie uśmiechają- zda się poczucie miłości ogromnej przepełnia ich serca. I pochód rośnie, rośnie bez końca. Ci nawet, którzy się nie przyłączają, obnażają głowy i podchwytują okrzyki. Jak za uderzeniem laski czarodziejskiej, otwierają się wszystkie bramy, okna, balkony, spada na nas grom oklasków, okrzyki: „niech żyją! wiwat!” powiewają nawet z bocznych ulic chustkami, rzucaja kwiaty z okien.
 
Na rogach paru ulic stoją patrole i żołnierze, lecz, przejęci uroczystą chwilą, witają nas w milczeniu zdjęciem czapek. Pochód rozciąga się bez końca. Pięć razy towarzysze i towarzyszki, stojąc na ramionach innych i widzialni wszystkim, zwracają się do nas z płomiennymi mowami i za każdym razem rzucane przez nich hasła podchwytywane są radośnie z zapałem, z zapałem i wiarą gorącą. Jak wiatr cichy biegnie po lesie i zbierając szumy po drzewach rośnie w burzę olbrzymią, tak tutaj fala ludzka podchwytuje hasło, które olbrzymieje do potęgi niezmierzonej. Zwartym szeregiem utrzymani w ładzie i karności nastrojem ogólnym, szliśmy tak Wronią, Towarową, Pańską, Twardą, Miedzianą, Żelazną przez przeszło półtorej godziny. Aż weszliśmy w Aleję Jerzolimską, kierując się ku Marszałkowskiej.
 
Byłyśmy w samym środku nie widząc nic i nikogo, prócz twarzy najbliższych , które zlewały się w całość. Nagle, niespodzianie, śpiew złowieszczo umilkł, fala ludzka się zakołysała, porywając ze sobą. Nie wiem jak i co- ściśnieto nas jak w kleszczach, nieledwie uniesiono nas w powietrze i wtłoczono w podwórze domu pod nr 101. Jednocześnie ze świstem przebiegło coś ponad głowami- zdałam sobie sprawę, że to kule powietrze przerzynają dopiero wówczas, gdy usłyszałam jęki, gdy u stóp moich nieledwie ludzie we krwi broczyć poczęli. Instynktownie, gdyż bezwiednie zupełnie, przypadłyśmy do jakiegoś kopca czy piwnicy kładąc się na ziemi i wtulając głowy między deski. A kule świstały, świstały, a jęki coraz częstsze, coraz rozpaczliwsze, naokół się rozlegały… Nic nie rozróżniałam, widziałam skłębione masy ludzkie i przez myśl mi nie przeszło, że to może ranni, pomocy potrzebujący.
 
W oczach śmierć stała, a w duszy cisza ogromna. Ludzie w popłochu jak szaleni się ciskali między deski, gruzy, wapno. Podwórze, o ile się zdaje, należało do fabryki cegieł. Wtem spostrzegłyśmy o parę kroków od nas coś w rodzaju małej szopy, z paru desek skleconej; ludzie tam się wciskali i nawpół bezmyślnie i myśmy się podniosły idąc za innymi wśród gradu kul na oślep lecących. W szopie kilkanaście było osób- kobiet i mężczyzn, a strach śmierci taki był wielki, że niektórzy z tych, którzy przed chwilą radośnie śpiewali, zawodzili teraz jak dzieci małe. Uspokajać trzeba było, choć nadzieja ucieczki lub ratunku słabo przyświecała. Szopa miała dziur pełno, a po dachu kule stupotały. „Jeśli nie zabiją, to zakatują, aresztując”- stało w  głowie.
 
A na zawnątrz jęki rozpaczliwsze się stawały. „Wody, wody”, rzężał jakiś umierający. „Towarzysze ratujcie! Towarzysze, gdzie wy?” wołał drugi. „Tacy wy, towarzysze porzucacie rannego”, rozległo się skądinąd. Lecz kule świstały, wiec choć głosy wołały, trzeźwy rozsądek kazał salwy przeczekać. Wreszcie trochę ucichło, został tylko posterunek żołnierzy z komisarzem i rewirowym na czele. A głosy coraz rozpaczliwiej nawoływały- wyszliśmy więc- a niektórzy z nas, ci wszyscy co po przez trupy i rannych do kryjówki dążyli, krwawemi plamami byli znaczeni. Lecz na podwórzu czekał nas widok stokroć gorszy. W bramie otwartej pokotem leżały trupy- może 30- jeden na drugim, ze straszliwym spojrzeniem zastygłych, o pomstę wołających oczu. Straszne, żółte, woskowe twarze, straszne rany, z których krew się sączyła, tworząc duże kałuże wokoło- strasznie porozdzierane krwią poplamione ubranie, przez dziury którego wyzierało rozpaczliwie poszarpane ciało. A wokół siedzieli ranni z ociekającą krwią twarzą, bo wszyscy prawie utarzali się we krwi- i własnej i cudzej. „Towarzysze, wody!”, „Umieram, doktora!”- niestety były to głosy żywe, zrozpaczone bólem. Dzielnie się wojsko carskie spisało, dzielnie! „Wody, pomocy, doktora!”- rzucaliśmy się jak szaleni zapominając o aresztach, wojsku, możliwości nowej rzezi. A tymczasem dzielni „obrońcy ojczyzny” ulotnili się jak kamfora.(…) Straszny plac boju, znaczony krwią ludzką. Tu szczęka strzaskana, tu reka złamana, oko wybite, tu rana w brzuchu, tu bok, tu ręka przestrzelona.
 
„Towarzyszko, idźcie do drugiego domu, tam w mieszkaniu leżą dwie umierające, może to wasze, chcą widzieć swoich”. Straszna myśl, że może zobacze tam kogo z przyjaciół, zmorą legła mi w mózgu- wśród krwi i jęków umierających twarze i osoby się zlały i uczucia osobiste zanikły. (…)
 
Weszłam do mieszkania- na ziemi leżała młoda dziewczyna w białej bluzce z okropną raną w boku, raną tak wielką, że pięść człowieka mogła się zmieścić. Co było zrobić? Rozlecieliśmy się na wszystkie strony, aby pomocy szukać, sprowadzić doktora, pogotowie, posługiwaczy ze szpitala, aby po drodze nawoływać przechodniów, prosić o pomoc. Niestety zaznaczyć należy, że strasznie obojętnie ludzie wobec cudzego nieszczęścia się zachowują. Doktora w domu nie było, do telefonu dojśc niepodobna, ze wszystkim zwlekają, dopytują, a tam ludzie umierają…[6]”
 
W Alejach na spotkanie z nimi znów, podobnie jak w Petersburgu, poleciały kule. Ponad 50 osób skonało na ulicy, zraniono 100, sporą część śmiertelnie. Piętnaście minut ostrzału trwało całe wieki. Masakrą tą kierował Polak, oficer dragonów- hrabia Przeździecki. Manifestujący nie mieli gdzie się schować, gdyż na tym odcinku ulicy  było bardzo mało bram, a na całej długości rozlegały się wysokie drewniane parkany, za którymi z jednej strony były składy węgla i desek, a z drugiej tory kolejowe. Miejsce masakry zostało doskonale wybrane nie dając uczestnikom manifestacji szansy na ucieczkę.
 
Na wieść o krwawych wydarzeniach Zofia Muszkat pobiegła na miejsce tragedii. Na miejscu zobaczyła rozpościerającą się bruku ulicy rozleglą rzekę krwi. Idąc krwawymi śladami doszła do prosektorium, w którym służby carskie przywiozły zabitych licząc, że przyjdą ich rodziny i zidentyfikują zmarłych. Do wielkiej sali, w której unosił się zapach śmierci, weszła Zofia szukając wśród martwych swoich towarzyszy. Rozpoznała tylko jednego, Mieczysława Wyszomirskiego.
 
Ofiarami byli w przeważającej części ludzie młodzi u progu dorosłego życia. Z Pola Walki wymianiło ich nazwiska: Ceptkiewicz Bolesław, lat 13, uczeń, Czarnecki Wojciech, lat 55, wyrobnik, Cyprianik Florentyna, l. 29, Dołegowska Waleria, l. 28, szwaczka, Dylewska Joanna, lat 50, Garticz Eugenia, l. 23, rosjanka, inteligentka, Gardzicki Aleksander, lat 14, uczeń, Grygory Anna l.19, służąca, Ironest Karol Marian, l. 18, grawer…
 
W Łodzi do obchodów święta ludzi pracy przygotowywali się esdecy wydając odezwy „Pod rządem stryczka i kuli”, „Do młodzieży na 1 dzień maja” oraz policja, wojsko, dragoni, żandarmi, kozacy wiedząc od swoich informatorów, że różne nielegalne organizacje będą manifestować tego dnia na ulicach miasta. Wobec sporych sił carskich zdecydowano się nie formować od razu jednego pochodu, a kilka, które miały zacząć się różnych miejscach Łodzi i połączyć ze sobą. W święcie tym do SDKPiLowców dołączyli również Bundowcy.
 
         Od południa mieli strajkować tramwajarze, ale już wcześniej robotnicy zatrzymywali tramwaje i kazali motorniczym wracać do remiz[7]. Od rana stanęły fabryki Poznańskiego, Grohmana, Richtera, fabryka Geyera zatrzymałą produkcje o dziesiątej. Największa fabryka Szejblera pracowała tylko do południa, a wraz z nią ustała praca w wielu pomniejszych zakładach.
 
         O dziesiątej na rogu ulic Juliusza i Głównej tłum około dwóch tysięcy robotników wśród których byli zarówno Polacy jak i Niemcy czy Żydzi, pod sztandarami z hasłami „Niech się święci 1 maja”, „Niech żyje 8-godzinny dzień roboczy” wiwatował na część majowego święta wszystkich ludzi pracy.  W drodze śpiewanio „Czerwony Sztandar”, ktoś wygłosił dłuższą mowę. Policja obserowała i nie reagowała. Gdy pokazało się wojsko, tłum się rozproszył. Nikogo nie zatrzymano i nie aresztowano.
 
Druga demonstracja rozpoczęła się pół godziny później na Bałutach na ulicy Dworskiej. Skupiła około sześciuset manifestantów. Skandując okrzyki i niosąc sztandary robotnicy przeszli kilka przecznic. Cała demonstracja trwała nie więcej niż dziesięć minut. Na rogu Wschodniej i Kamiennej zebrało się kilka tysięcy Żydów. Demonstracja nie udała się, gdyż w pobliżu stacjonowali kozacy, którzy uniemożliwili pochód mierząc do robotników z broni. Finałem było dwóch zabitych po tym, jak robotnicy wyciągnęli rewolwery. Podobnie nie udała się demonstracja na ulicy Zarzewskiej.
 
Na Wodnym Rynku demonstrowało dwa tysiące robotników. Naprzeciw im wyjechał patrol dragonów i natarł na tłum tnąc szablami powietrze i wszystko, co weszło w linię zamachu. Po początkowej panice, robotnicy odparli atak strzelając z rewolwerów. Dragoni uciekli. Gdy uciekali od drugiej strony na rozjuszony tłum najechał zastępca komiasarza ze strażnikiem wykrzykując wezwania do rozejścia się, ale gdy zrozumiał, że jest bez szans, zarządził odwrót. Uciekając strzelał, a goniący go robotnicy celowali w niego. Efektem tego najazdu był jeden zabity robotnik.
 
Feliks był obecny na pochodzie, a podczas ataku dragonów ratował rannych, szukał dla nich schronienia przed policją i pomagał odwozić do szpitali. Wrócił stamtąd bezpośrednio do Komitetu Warszawskiego, gdzie uzgodniono rozpoczęcie strajku powszechnego w dniu 4 mają, jako wyraz żałoby po zabitych. Dzierżyński poruszony śmiercią tylu osób, w tym jednego z obiecujących aktywistów organizacji młodzieżowej SDKPiL- wspomnianego Mieczysława Wyszomirskiego idącego na czele pochodu, wydrukował pocztówki z fotografią trzech ofiar, aktywistów partii, które kupowali nie tylko działacze SDKPiL, ale wszyscy socjaliści oddając hołd zabitym. Ten gest solidarności i pamięć o tragicznie zmarłych, przyczynił się do rychłej śmierci Przeździeckiego od kuli mściciela.
        
Endecja i PPS głośno wówczas oskarżały SDKPiL oraz Dzierżyńskiego o sprowokowanie tak krwawej jatki. Starano się uwiarygodnić bzdurę, jakoby Dzierżyński wyprowadził ludzi na rzeź, na pewną śmierć, kiedy demonstracja miała charakter pokojowy, a wśród demonstrantów były kobiety i dzieci, robotnicy nie mieli ze sobą żadnej broni. SDKPiL po tych wydarzeniach, oskarżało zaś PPS o nasłanie prowokatorów, którzy podburzali tłum inicjując agresywne zachowania, co w rezultacie zaowocowało atakiem policji i wojska.
       
Dzierżyński, będąc w Warszawie, spotykał się ze swoimi towarzyszami w modnej wówczas kawiarni Loursa na rogu ulic Kapitulnej i Miodowej, bardzo eleganckiej, która swoim wystrojem marmurowych stołów, wielkich luster, wspaniałymi dekoracjami cukierniczymi przypominała najznamienitsze kawiarnie Paryża. Była ona swoistym klubem rewolucyjnym, gdzie gościli Róża Luksemburg, jej mąż Leon Jochiges, występujący pod nazwiskiem JanTyszka i Julian Marchlewski. Rozmawiano nie tylko o współczesnych zagadnieniach politycznych, omawiano wiele zagadnień filozoficznych, rozmawiano o literaturze i sztuce.
 
Pobyt Dzierżyńskiego w Warszawie był bardzo ryzykowny. Sam Dzierżyński zachowywał ogromną czujność i wpajał zasady konspiracji wśród młodych i niedoświadczonych członków. Zwłaszcza w okresie wzmożonych kontroli policji, zakazywał działaczom, którzy już mieli swoje policyjne kartoteki, by nie chodzili w grupach, aby nie narażać na zbiorowe aresztowanie towarzyszy. Dzierżyński zaś przemieszczał się bezustannie, jakby nie mógł pozostać w jednym miejscu. Był bardzo wyczulony na śledzących go szpicli, funkcjonariuszy Ochrany, dlatego często zmieniał wygląd, strzygł włosy, prosił Marię Wojtkiewicz, aby kupiła mu płyny do rozjaśniania włosów.
 
Ale nie zawsze potrafił być skupiony i czujny. Jego partyjna koleżanka wspominała, że pewnego dnia, kiedy eskortowała go na zebranie w drodze na Mokotów, nagle zniknął jej z oczu. Po chwili zobaczyła go jak bawi się z dziećmi w jakąś podwórkową grę. Zupełnie stracił głowę. Od zabawy odciągnęła go Maria i gdy zwróciła uwagę, że się niepotrzebnie naraża, Feliks przyznał, że faktycznie, przez dzieci może zginąć.
 
Konspiracja czasem przybierała bardzo absurdalne i komiczne formy. Była tak głęboko schowana, że działała wbrew rewolucjonistom. Żona Lenina, Nadieżda Krupska wracając z zesłania przyjechała do czeskiej Pragi do męża pod adres, jaki widniał w ostatniej korespondencji. Na miejscu okazało się, że był to jedynie listowny adres kontaktowy, a przemiły pan Modraček przesyłał korespondencję do pana Rittmeyera w Monachium.
 
Nadieżda musiała, więc odbyć kolejną podróż do Niemiec, gdzie na szczęście okazało się, że żona pana Rittmeyera skojarzyła kobietę z zesłania z panem Meyerem, pod którym nazwiskiem ukrywał się Lenin. Nieporozumienie było wynikiem tego, że jedna z osób przesyłających książki i listy zatrzymała u siebie książkę, w której Lenin podał żonie swój adres. Bywało też, że socjaldemokraci w wyniku pomyłek, jak np. Szlapnikow, zamiast do Genewy udał się do Genui, a inny zamiast do Londynu, o mały włos nie znalazł się w Ameryce.
 
Mimo tych, zdawałoby się, komicznych wypadków, zagadnienia konspiracji były niezwykle poważne. Edda Tanenbaum wspominała, historię jak rozpromieniona i radosna szła ulicą wraz ze swym mężem Janem ciesząc się z odzyskanej przed chwilą wolności, kiedy dołączyło do nich trzech towarzyszy- „Marceli”, „Siwy” i „Marian”. Szli razem łamiąc podstawową zasadę konspiracji, która uczył ich Dzierżyński, a która brzmiała: członkowie partii nigdy nie chodzą razem. I wtedy usłyszeli okrzyk: „Stój! Ruki w wierch!”. Edda nie zatrzymała się, ale panowie tak.
 
Udało jej się umknąć i w te pędy pobiegła do Biura Centralnego na ulicę Złotą, w którym przebywał Dzierżyński, by zameldowac mu o zdarzeniu. Gdy jąkając się wycedziła w końcu co się stało, Dzierzyński zmienił się nie do poznania, jakby ogarnęła go ogromna fala złości. Z ogromną siłą uderzył pięścią w stół aż wszystko na nim wraz ze stołem podskoczyło, a z jego gardła wydobył się przeraźliwy krzyk: „Pod sąd partyjny was oddam. Czterech ludzi zostaliśmy pozbawieni w takiej chwili…[8]”. Edda zemdlała. Gdy odzyskała przytomność Feliks był przy niej i pocieszał, że nic się nie stało, że nic nie znaleziono przy towarzyszach. Feliks był daleki od prawdy. Wszyscy zostali aresztowani i skazani na wieloletnie zesłania.
 
Z Warszawy Dzierżyński wyjechał do Krakowa, gdzie miał spotkać się z przebywającymi tu członkami Zarządu, aby porozmawiać o problemach, jakie nękały organizację w Królestwie. Spotakał się też z Bronisławem Koszutskim, którego odwiedził w jego mieszkaniu przy ulicy Lubicz 28. Koszutski wówczas wykonał Feliksowi i im razem kilka zdjęć swoim aparatem widoczkowym. Do Cezaryny Wojnarowskiej Dzierżyński wysłał kartkę o krótkiej treści: „Dzisiaj przyjechałem do Krakowa na parę dni. Siedzimy w knajpie- przesyłam Wam serdeczne pozdrowienia. Józef [9]”.
 
Natura nie znosi próżni. Spór pomiędzy SDKPiL, a PPS podczas którego nazwajem obarczano się odpwiedzialnoscią za doprowadzenie do krawego zakończenia manifestacji po ponad dwóch tygodniach znacznie już osłabł. Teraz bundowcy rozpoczęli negocjacje z Dzierżyńskim o współdziałaniu z SDKPiL. Nie był to najlepszy ku temu czas, tym bardziej, że społeczność żydowska doprowadziła do wybuchuu „pogrom alfonsów”. Rozpoczął się 24 maja 1905 roku i według najbardziej prawdopodobnej wersji wynikł z weselnego zatargu pomiędzy panem młodym- robotnikiem, członkiem Bundu, a przybranym ojcem panny młodej- Żytnickim- znanym alfonsem z warszawskiego półświatka. Poszło o sto rubli- będące częścią prezentu ślubnego, które, zdaniem pana młodego, Żytnicki sobie przywłaszczył. Konflikt rozpoczął się bójką, a zakończył się zaskakująco i odbił się w Warszawie szerokim echem.
 
Następnego dnia po weselu blisko setka alfonsów dzierżąc w dłoniach flagi imperium i wznosząc okrzyki na cześć cara przeszła ulicami miasta prowokując bundowców. Ci zaś nie pozostali obojętni mimo próśb zarządu Bundu o nieuleganie emocjom i prowokacji. W odpowiedzi bundowcy ruszyli na warszawskie burdele demolujące je, zastraszając panie i ich klientów równocześnie poszukując samych alfonsów ukrywających się w obawie przed pobiciem. Warszawskie miejsca uciech nie były skupione w jednej dzielnicy, dlatego pogrom widoczny był równie silnie na Woli, jak i na Ochocie. Władze carskie, jako, że nie była to sprawa polityczna ani wymierzona w carat, z pobłażliwością przyglądała się jej nie ingerując w jej przebieg. W wyniku zamieszek zginęło osiem osób, a sto zostało rannych.
        
Dzierżyński, nie tylko z uwagi na ostatnie wybryki żydowskiej organizacji, miał do bundowców stosunek lekceważący. Niechętnie spoglądał na przyszłą współpracę z żydowską organizacją nie widząc w niej poważego partnera. 26 czerwca 1905 roku pisał: „Nie chcemy zbyt się w to angażować, bo to właściwie jest wyciąganiem Bundu za uszy z sytuacji, która wynikła w ogóle skutkiem istnienia odrębnej partii żydowskiej.
Postaram się przesłać Wam sprawozdanie , co my dla nich zrobiliśmy. Sformuujcie nam na pismie warunki, przy których i w jakich wypadkach możemy wspólnie z Bundem występować. 
 
Wydanie wspólnej odezwy powinno być wykluczone. W pogromie lupanarów bundowcy zblamowali się strasznie. Podobno rozpoczęli pogrom rzeźnicy żydzi, którzy stanowią jedyną organizację trzeciego Proletarjatu, Bundowcy poparli przyłączeniem się- wszystkie żydowskie fabryki stanęły, robotnicy żydzi poszli bić alfonsów. Dwa dni u nich to bezrobocie trwało. W jednej fabryce skłonili do porzucenia pracy i chrześcijan /tam pracuje ½ chrześcijan i ½ żydów/. Nasi faceci słyszeli mówców bundowskich nawołujących robotników żydowskich i polskich do wyniszczenia alfonsów. Bierne zachowanie się policji i gdzieniegdzie”odobrienje” nawet z jej strony wyprowadziło bundowców z błogiego stanu zachwytu tą „walką” i wpadli na pomysł, że policja szykuje pogrom żydowski i wczoraj wieczorem narobili strasznego hałasu: pogrom, pogrom.
 
Dziś zawezwali nas: oświadczyli, że nie są winni, że to proletarjatczycy, że oni nie mogli swych robotników nakłonić do niewtrącania się do tej walki, że wydają odezwę, wykazującą, że rząd urządzić chce pogrom, i że zmusili robotników swych wrócić od dziś do fabryk, że przyszykowali 100 facetów dla obrony żydów, że pytają co my zrobimy, by pogrom odeprzeć. Zblamowali się strasznie.
 
Odpowiedziałem im, że nasi robotnicy od razu ocenili bicie alfonsów, i że te krzyki ich i obawy kompromitują nas wprost- proletarjat warszawski takich obaw wyrażać nie może. Oceniam całe to bicie jako wypadek, który trzeba wykorzystać z jednej strony dla wykazania bankructwa władz, sądownictwa i innych organów rządowych, a z drugiej dla wykazania masom, że ruch ten jest bezcelowy, nie rewolucyjny, że robotnicy inną drogą usunąć powinni to zło, wysuwając hasła: precz z caratem, precz z kapitałem i z całym społeczeństwem kapitalistycznym, które jest obłudne na wskroś i samo sprostytuowane. Bundowcy strasznie się zblamowali. Wszyscy mówią, że to oni rozpoczęli. Dziś już dokazywali prawie wyłacznie wyrostki chrześcijańskie [10]”.
        
Spora część członków Bundu, widząc, jak niepoważnymi działaniami zajmuje się ich Zarząd Główny, przyłączała się do SDKPiL ciesząc Dzierżyńskiego, który o tym fakcie pisał w swoich listach: „Do nas garną się Żydzi, nie powinniśmy się ich wyrzekać. Pracy naszej wśród Żydów wyrzekać się dla wspólnej akcji z Bundem nie ma sensu [11]”. Feliks uważał, że ta organizacja jest doszczętnie skompromitowana, jest przykładem bankructwa politycznego.
        
Fala strajków jaka przelała się po całym Królestwie udowodniła, że metoda walki, jaką przyjęli socjaldemokraci prowadzi do zwycięstwa. Majowe wydanie Czerwonego Sztandaru otrzymało dwunastostronicowy dodatek podsumowujący dotychczasowe osiagnięcia, podwyżki płac, uzyskane świadczenia zdrowotne, skrócenie czasu i poprawę warunków pracy. W kilkunastu miejscach strajki nie odniosły sukcesu, głównie z powodu działalnosci łamistrajków. Spośród listy niebywałych sukcesów, najbardziej ciekawa jest wzmianka pochodząca z zakładów monopolowych mówiąca o tym, że załoga składająca się w 800 kobiet stanowiących 80% załogi wymusiło zwolnienie z pracy mężczyzn.
 
Na początku czerwca Dzierżyński wyjechał do Wilna i Białegostoku. W Wilnie spotkał się z dwoma robotnikami i dwoma studentami, którzy jako jedyni reprezentowali partię w tym ośrodku przemysłu. Nie było to wiele, ale dzieki literaturze, jaką mieli dostawać regularnie i pracy, do której byli zapaleni, były perspektywy na rozwój socjaldemokracji. Zdziesiątkowani aresztami i wyrokami rewolucjoniści wszystkich partii nie mieli żadnej siły. Komitet Bundu, jak donosił Dzierżyński, rozsypał się. Litewska SD skupia się na nauce agitatorów języka litewskiego. Jedynie PPS wydawało się być w miarę silne.
 
W Krynkach pod Białymstokiem, niewielkiej osadzie przemysłowej Dzierżyński nie zabawił długo. Sytuacja nie przedstawiała się tam różowo. Aktywiści, o których Dzierżyński wyrażał się a to „warchoł” czy „niedołężny” (umysłowo-Z.F.) zajęci byli własnymi wojenkami personalnymi do tego stopnia, że czuć w jego relacji niechęć do nich. Z całej ekipy agitatorów został tylko jeden na wolności. Dwustu robotników po ostatnich wystąpieniach strajkowych zostało aresztowanych. Połowa z nich jeszcze siedziała w areszcie. Dzierzyński donosił, jak wielu Żydów garnie się do organizacji i jak bardzo potrzebna jest literatura w ich języku. Wciąż uważał, że z żydowskim Bundem nie można się zjednoczyć, jest to niemożliwe i należy działać jako ich polityczna konkurencja przejmując członków.
 
14 czerwca już był w Warszawie, by sześć dni później, 20 czerwca 1905 roku relacjonować z Częstochowy najnowsze doniesienia z życia ruchu robotniczego. W Częstochowie ruch strajkowy objął rzemiosło. Dzierżyński był wściekły, bo częstochowcy robotnicy zamiast domagać się ośmiogodzinnego czasu pracy domagali się dziesięciogodzinnego, co trzeba było natychmiast zweryfikować. W liście adresowanym do Zdzisława Ledera określił taką sytuację jako skandaliczną. Mimo tej niefortunnej wpadki, organizacja SD w Częstochowie była stabilna, członkowie byli ruchliwi i trzymali rękę na pulsie poza jednym aktywistą, o którym Dzierżyński pisał, że na skutek „miłosnych zapałów” zaczął się zaniedbywać.
 
Organizowano wiele demenstarcji, w których brało udział od kilkuset do paru tysięcy robotników. Były to często krótkie przemarsze, podczas których śpiewano pieśń „Czerwony Sztandar” i krzyczano hasła „Precz z samowładztwem!”. Przeważnie demonstracje te nie natrafiały na opór policji, raz nawet, gdy żołnierze usłyszeli to hasło, sami mu przytaknęli. Esdeccy mówcy wygłaszali krótkie pogadanki o solidarności robotniczej, o wojnie i o wyzysku. Każdego dnia na mieście słychac było odgłosy robotniczego niezadowolenia. 25 czerwca jedna z takich manifestacji zakończyła się strzelaniną. Na ulicy Krakowskiej marsz napotkał patrol wojskowy. Robotnicy rozeszli się, ale żołnierze mieli inne plany. Zaczęli strzelać do uciekających ludzi kładąc trupem parę osób, a kilkoro raniąc.
 
W odpowiedzi SDKPiL przygotowało strajk jednodniowy w dniu pogrzebu jednej z ofiar- osiemnastoletniej Walerii Gurowskiej. Aktywiści dotarłwszy do wszystkich fabryk Częstochowy namówili robotników na przerwanie tego dnia pracy. Pogrzeb rozpoczął się o dziesiątej rano i mimo, że wielu robotników nie zdążyło przybyć, Walerię odprowadzał kilkunastotysięczny tłum proletariuszy. W kondukcie wyraźnie odznaczały się trzy sztandary partii i wielki wieniec z czerwonymi wstążkami, na których napisano: „Poległej towarzyszce- towarzyszki z SDKPiL”. PPS-owcy nie zabrali swych sztandarów, za to w kościele na jednym z pozostawionych wieńców wyskrobali nie tylko skrót SDKPiL, ale i PPS. Policja nie zakłócała pogrzebu. Przy grobie mowy o zbrodniach caratu i walce z nim wygłosili trzej esdecy i jeden PPS-owiec. Odśpiewano „Czerwony Sztandar”.
 
Tego dnia odbył się o szesnastej jeszcze jeden pogrzeb ofiary strzelaniny- był to 22-letni robotnik z fabryki Kanusa. I tu śpiewano „Czerwony Sztandar”, a po mowie księdza nad grobem, głos zajął jeden z towarzyszy.
           
W czerwcu 1905 roku doszło do krwawych zamieszek w Łodzi. Policja była bardzo aktywna, często organizowała łapanki na ulicach szukając osób poszukiwanych czy mających przy sobie nielegalną literaturę. Wielokrotnie dochodziło do skrytobójstw i prowokacji. W odpowiedzi na taką przemoc, nastroje wśród robotników stawały się coraz bardziej radykalne, atmosfera gęstniała, a w powietrzu unosił się duch wolności.
 
21 czerwca podczas pogrzebu zabitych robotników, doszło do kolejnych brutalnych starć z policją, która zaatakowała żałobników. Zginęło 25 osób. W odpowiedzi, następnego dnia strzelano z okien i dachów kamienic do przechodzących oddziałów wojskowych. Nie trzeba było długo czekać na atak ze strony wojska. Kozacy na koniach szarżowali po ulicach zabijając przypadkowych przechodniów. To już było za wiele. Nocą robotnicy przystąpili spontanicznie, bez rozróżnienia, kto jaką partię popierał do budowania barykad, tłum na ulicach zaczął demolować i podpalać państwowe sklepy monopolowe.
 
23 czerwca stanęły wszystkie fabryki. Powstawały nowe zapory budowane z czego tylko się dało, z mebli, skrzyń, wozów. Robotnicy nie mający już nic do stracenia, a wiele do zyskania, wszyscy solidarnie i z wielkim poświęceniem nie bojąc się śmierci, ruszyli do walki przeciwko terrorowi. Cała robotnicza Łódź przystąpiła do boju.
        
W tych dniach z robotnikami Łodzi znów był Dzierżyński. Franciszek Joachimiuk wspomniał, jak w tym okresie przyjechał do Łodzi Dzierżyński przywożąc 1800 rubli, aby podzielić je między strajkujących towarzyszy. Przekazanie pieniędzy dbyło się w mieszkaniu na ulicy Rzgowskiej 71 m 22 należącym do bezpartyjnego, ale sympatyzujacego z SDKPiL pana Kucharka. Dzierżyński uczestnicząc w czerwcowym zrywie budował barykandy, zapory z worków z piaskiem i nosił kamienie.
 
Była to nierówna walka. Po jednej stronie carski reżim uzbrojony po zęby, z drugiej strony wzgardzana nędza, robotnicy i chłopi pozostawieni sami sobie, praktycznie bez broni, ignorowani przez cara, sprzedajną polską szlachtę i katolicki kościół. W tej walce jednoczyła się cała klasa robotnicza, zanikały podziały politycznych sympatii i narodowości. Robotnicy niemieccy solidarnie walczyli z Polakami, ci chodzili na pogrzeby zabitych Żydów oddając im cześć, a Żydzi uczestniczyli w polskich pochówkach. Pojedyńcze wystrzały, wymiany ognia dobiegały z wielu miejsc Łodzi. Praca łódzkich fabryk była już od tygodni sparaliżowana, niepokoje społeczne i ryzyko eskalacji niezadowolenia zagrażało bezpośrednio interesom fabrykantów.
        
Car Mikołaj II wprowadził w Łodzi stan wojenny i sprowadziwszy wszystkie jednostki wojskowe z obszaru łódzkiego rozkazał, z całą bezwzględnością, bezlitośnie uderzyć na niepokorny tłum. Dzika szarża policji strzelająca do każdego, kto nawinął im się na muszkę tratowała barykady utrzymując przez cały czas salwy ognia, strzelając nawet do ludzi w oknach. Nieliczne strzały w kierunku policji padały ze zdobytych przez robotników rewolwerów, z okien wylewano na żołnierzy kwas. Przed barykadami rozpinano cienkie druty na wysokości jeźdźca, które były dla niego niewidoczne i skutecznie zwalały go na ziemię, gdzie już nie miał szans na przeżycie. Walka była zaciekła pomimo tak wielkiej dysproporcji sił.
 
Adolf Warski wydał odezwę „Ulica musi należeć do robotników”. To było za mało, aby doprowadzić do zwycięstwa. 25 czerwca zza barykad zniknęli robotnicy. Na ulicach panowała cisza zaburzana jedynie dźwiękiem końskich kopyt i równomiernym stukotem żołnierskich butów. Gorzkiego smaku porażki nie zmieniła nawet pochwała Lenina bohaterskiego czynu łódzkich robotników stawiających ich za przykład całemu światu robotniczemu. Był to pierwszy robotniczy zryw, w którym nowym elementem walki były barykady.
 
Zarząd SDKPiL w obliczu łódzkiej klęski postanowił zmienić dotychczasowe wystąpienia antykapitalistyczne. Julian Marchlewski stał się odpowiedzialny za zakup broni, jaka miała być dostarczona do ośrodków partii. Dzierżyński z Łodzi, zwracał uwagę, że należy przejrzeć kadry i wyodrębnić prawdziwych, przeszkolonych przywódców, którzy skutecznie poprowadzą działalność czy atak na policję i carskie wojsko.
 
Po powrocie do Warszawy napisał kolejny list do Zdzisława Ledera datowany 22-23 czerwca 1905 roku, w którym przekazał swoje uwagi dotyczące bieżących spraw. Pierwszą sprawą były otrzymane pieczątki niezbędne do wykonania fałszywych paszportów, ale bez wzoru podpisu gubernatora. Dzierżyński zauważył, że podpis gubernatora musi być na pieczęciach przeznaczonych dla zagranicznych paszportów, poza tym domagał się formularzy wydania paszportów, pytał o szczegóły- na podstawie jakich dokumentów są wydawane, czy są to paszporty pięcioletnie czy bezterminowe, potrzebował wszelkie informacje, aby fałszywki były wiarygodne.
 
Doskonale znał swoich współpracowników, znał ich talenty i możliwości, dlatego sugerował, by Chodaczewskiego zajmującego się zecerstwem dalej przy tej funkcji nie trzymać, ani nawet nie szkolić, gdyż nigdy nie będzie dobrym zecerem- lepiej, by zajął się transportem. Uważał, że zecerstem powinien zająć się inteligent, zapewne umiejący dobrze pisać i czytać. Jak zwykle nie przebierał w słowach odnosząc się nie tylko do działalności pisarskiej Warskiego, ale mimo serdecznych relacji, także do Ledera.
 
Zdzisławowi Lederowi sugerował, by raczej nie mieszał się w sprawy organizacyjne miejskich oddziałów partii, ale zajął się wydawaniem jakże potrzebnych broszur: „Radzę Wam mniej zajmować się kwestiami miejskich organizacji, słuszniej, ich szczegółami, jak Wy to robicie. W swoich listach w odniesieniu do nas idziecie idealnie nieprawidłową drogą. Łomoczecie w otwarte drzwi- kiedy rzecz rozchodzi się o idee, o ukierunkowanie, o zadania. A w swoich planach, projektach, w krytyce nas, w tym odnisieniu dowodzicie tylko, im dalej tym brdziej, że jesteście „zagranicznikiem”. Dlatego nie mam zamiaru odpowiadać Wam na krytykę naszej pracy zawartej w Waszym poprzednim liście.
 
W moim liście z 14-ego proponowałem, co następuje: napisać przystępną broszurę o naszym programie, podobną do „Sprawy robotniczej w Rosji” Martowa, tylko krótszą, w rodzaju broszury Szenlanka. Musimy to z pewnością wydać. Wszystkie punkty naszego programu muszą być poparte procesem historycznym, który zmierza ku socjalizmowi, z uwzględnieniem pojęć klas i klasowości, partii politycznej, dyktatury, taktyki naszej partii zawsze opozycyjnej i rewolucyjnej. Jednym słowem należy napisać nasz katechizm. Zajmijcie się tym- to nie jest ciężka sprawa.  Właśnie taka praca powinna być Waszym zadaniem i obowiązkiem, a nie nerwowe mieszanie się w drobne sprawy organizacyjnej pracy.
 
Czy to od Was Anatol [12] usłyszał krytykę odezwy przeciwko księżom? On zamierzał sam ja napisać i wydać! Coś zaś tyczy się odezwy komitetu Zagłębia Dąbrowskiego „Siłą i jednością” organizacji częstochowskiej będącej odpowiedzią PPS-owi, wydaną w maju- w ogóle mi się nie podoba. To nie jest odezwa, którą zrozumieją masy, która je rozgrzeje, pociągnie za sobą i dotrze do nich jasnymi, precyzyjnymi i silnymi hasłami i je uzasadni.
Talentem do pisania odezw wykazuje się jedynie Róża (Luksemburg-Z.F.) i w pewnym stopniu Adolf (Warski-Z.F.), kiedy ma nastrój. Wasze odezwy mi się nie podobają [13]”. 
       
Marcin Pakosz
W międzyczasie trwały negocjacje z przedstawicielami PPS. Po trzech dniach rozmów, 30 czerwca 1905-ego roku, w których brał udział m.in. Dzierżyński, „Zagraniczny” Marcin Pakosz i „Tadeusz” (prawdopodobnie chodzi o syna Ludwika Waryńskiego- Z.F.) osiągnięto połowiczne porozumienie z PPS-em w temacie wystąpień publicznych i organizacji strajków. Rozmowy były niezwykle trudne, gdyż ani jedna, ani druga strna nie była skora do ustępstw. Nie mniej jednak udało się uzgodnić, że partie będą się informować o planowanych akcjach strajkowych z zastrzeżeniem, że każda z nich ma prawo nie brać udziału w manifestacjach drugiej strony. Dzięki temu była nadzieja, że te dwa ugrupowania nie będą przynajmniej torpedować swoich działań, jak było to podczas pewnego strajku na prowincji, gdzie PPS wydała ulotki z odezwą nawołującą do dalszego strajku, kiedy SDKPiL wydał w tym samym czasie odezwę o jego zaniechaniu.
 
Aby nie burzyć wspólnego muru oporu, Dzierżyński wówczas postanowił zniszczyć własne ulotki pozwalając, by strajk trwał dalej. O tej sytuacji pisał w jednej z depesz: „W poniedziałek wydali oni do robotników odezwę (powstrzymującą robotników do udziału w strajku powszechnym 26 czerwca 1905r. na znak solidarności z walczącymi robotnikami w Łodzi), by wracać do roboty; ich robotnicy nie chcieli tego rozpowszechniać wobec naszych odezw. Wówczas ich inteligencja wołała: „bijcie ich!” (nas). Robotnicy jednak odezwy spalili [14]”. Dzierżyński miał dość ironiczny stosunek do zarządu PPS wiedząc, że na ich zebraniach oraz w prywatnych rozmowach szeregowi działacze sami zadawali bezpośrednie pytanie swym władzom, czy PPS jest partią robotniczą czy nią nie jest? W większości opinii, stanowczo nie była.
 
W mnogości dążeń i pomysłów na realizacje swoich celów każdej z partii dochodziło też do ostrych scysji z endekami, która bardzo energicznie sprzeciwiała się ruchowi rewolucyjnemu. Pomimo ich starań i negowania zrywu robotniczego, udawało się w dalszym ciągu organizować strajki. Tak rok później wspominać będzie Feliks te dni: „(...)proletariat nasz z partią naszą na czele miał do zwalczania szczególnie silną kontragitację i kontrrewolucyjną działalność burżuazji z Narodową Demokracją na czele. Mimo to strajk znowu przeprowadzony zostaje z wzorową karnością i w ciągu dni kilkunastu proletariat polski wiernie wypełnia swój obowiązek sojusznika proletariatu Rosji, a partia nasza energiczną agitacją przez cały czas podtrzymuje w masach ducha, osłabionego przez podstępną i nikczemną kontragitację burżuazji z jednej strony, a dzikie represje rządowe- z drugiej. (…) Tam gdzie narodowo-demokratyczni przywódcy nie starali się o zachowanie choćby pozorów przyzwoitości politycznej, tam gdzie zebrania nazbyt jawnie przybierały charakter tajemnych konwentyklów, na których narodowo-demokratyczni „patrioci” naradzali się przy drzwiach zamkniętych nad  „zbawieniem Ojczyzny” i zniszczeniem socjalizmu, tam partia nasza szturmem usiłowała zdobyć wstęp do mas robotniczych i wobec oporu ze strony „narodowych” zbirów bez wahania uciekała się do zrywania takich zebrań [15]”.
         W tym czasie w Warszawie czekano na wyrok PPS-owskiego działacza, dziewiętnastoletniego Stefana Okrzei, który był organizatorem manifestacji przeciwko wyrokowi śmierci dla Marcina Kasprzaka. Podczas rozprawy Okrzeja z podniesioną głową mówił nie obawiając się najsurowszego wyroku prosto w kierunku sędziów; „Wierzę, że socjalizm da ludziom szczęście”. 21 lipca 1905 roku został stracony ponad miesiąc przed egzekucją Kasprzaka na stokach Cytadeli. Przed śmiercią zdołał krzyknąć: „Niech żyje socjalizm! Precz z caratem!” Dwukrotnie go wieszano. Za pierwszym razem sznur pękł.[16] Była to pierwsza od 19 lat egzekucja- poprzednią było wykonanie wyroku śmierci na proletariatczykach w 1886 roku.
          
Latem 1905-ego roku Dzierżyński pojawił się niespodziewanie w Sosnowcu. Jedynie Wacław Jasiński, aktywny działacz SDKPiL w Zagłębiu Dąbrowskim wiedział o jego przyjeździe. Któregoś dnia na drodze do Sosnowca podszedł do niego wysoki i szczupły mężczyzna z bródką i spytał, czy to on jest Wacławem Jasińskim. Gdy ten potwierdził, przekazał mu gryps i zwrócił się posługując się do niego jego pseudonimem „Rudolf” informując, że przysłał go Zarząd Główny, by pomóc we właśnie rozpoczętym strajku wózkarzy na kopalni „Renard”. Górnicy żądali podwyżki o pół kopiejki od wózka z węglem. Właściciel się nie zgodził. Wózkarzy poparła reszta załogi i w ten sposób licząca trzy tysiące robotników kopalnia stanęła. Był już wieczór, więc udali się do domu Jasińskiego na kolację, gdzie przy wodnistej zupie rozmawiali o sytuacji w kopalni.
 
Patrząc na nalaną zupę  w talerzu, Feliks odezwał się do matki Wacława i rzekł: „Widzicie towarzyszko, jaka to sprawiedliwość na tym świecie! Wasz pracuje, syn pracuje, a wy musicie jeść na kolację taką cienką zupkę i jeszcze się przedtem żegnacie [17]”.
Następnego dnia z rana dzięki pomocy innego robotnika, Dzierżyński wszedł tylnym wejściem na teren kopalni. Na widok Feliksa, zaczęli się schodzić zaciekawieni robotnicy. Obecni byli też dwaj PPS-owcy, którzy namawiali robotników, by gwizdali i nie pozwalali Feliksowi przemawiać.
 
W zgiełku Dzierżyński podniósł rękę, uciszył tłum i powiedział, że jeśli powie choć jedno kłamstwo, niech gwiżdżą, ale teraz, niech pozwolą mu mówić. Gdy przemawiał, przed kopalnią pojawił się pluton kozaków na koniach. PPS-owcy czmychnęli od razu chowając się w zakamarki kopalni. Inni robotnicy też uciekli. Jedynie Feliks wraz z Jasińskim i Wójcikiem zostali na miejscu. Podszedł do nich oficer i spytał: „Co tu się dzieje, co to za bunt? A Dzierżyński na to, że to nie żaden bunt, tylko strajk ekonomiczny. Chodzi o podwyżkę zarobków ładowaczom o pół kopiejki od wózka. Na co oficer spytał raz jeszcze: - Kim jesteś? A Dzierżyński bez zastanowienia mówi: Jestem nauczycielem klasy robotniczej, chcę, żeby ludziom było lepiej na świecie… Ten oficer to musiał być jakiś swój człowiek, bo nie odezwał się ani słowem, tylko zasalutował dał komendę i wraz z wojskiem opuścił kopalnię [18]”- wspominał Jasiński.
 
Wówczas robotnicy na nowo się zeszli i w skupieniu wysłuchali przemowy Feliksa do końca, która trwała ponad dwie godziny. Mówił w niej o potrzebie solidarnej walki z robotnikami rosyjskimi, o ruchach rewolucyjnych, którym początek dała partia Proletariat Ludwika Waryńskiego, wyjaśniał czym różni się program SDKPiL od PPS.
 
Po przemówieniu w kopalni Renard, Dzierżyński udał się do fabryki włókienniczej Schona, w większość załogi stanowiły kobiety. Doskonale znał ich pracę, jej warunki, nędzne zarobki i życie robotnic, które nie miały od właściciela fabryki żadnej pomocy w przypadku choroby czy wypadku. Ich życie było realnym koszmarem. Wiele z nich rodziło przy taśmie produkcyjnej. Gdy Dzierżyński mówił o ich losie, płakały.
 
Z pobytami Dzierżyńskiego w Zagłębiu wiąże się wiele wspomnień ludi będących świadkami ówczesnych wydarzeń robotniczej walki o godne życie milionowych mas ludzi pracy. Andrzej Misiaszek opowiadał, jak to Dzierżyński pojawił się wśród robotników Zagłębia, jak słuchał ich skarg na życie, na pracę, na znój i brak perspektyw. I wtedy zagadywał Dzierżyński radząc im, by zaczęli się organizować, tworzyć związki i partię. Rozdawał ulotki, czasopisma SDKPiL, tłumaczył, że najważniejsza jest ich jedność, gdyż w niej tkwi siła, która zdoła obalić zarówno kapitalizm jak i carat.
 
Był tak mocno przekonujący, że błyskawicznie robotnicy zaczęli się organizować. Podczas wydarzeń rewolucji 1905 roku w Zagłebiu Dąbrowskim Dzierżyński osobiście kierował strajkiem pokazując ludziom, jak mają walczyć. Tłum strajkujących szedł za nim w kierunku kopalni Koszelew. Gdy tylko komórki partyjne w każdej z kopalń, w każdym zakładzie dowiedziały się o rozpoczęciu strajku, natychmiast wysyłano tą wiadomość do szybów, a stamtąd wyjeżdżali górnicy i wychodzili na miasto. Pochód kierował się w stronę Ząbkowic. Tam pod lasem Dzierżyński przemówił o konieczności solidarności w wspólnej walce z robotnikami rosyjskimi.
 
W lesie pod Gołonogiem przez ponad miesiąc odbywały się masówki, podczas których wygłaszano przemowy o walce i jedności, o konieczności solidarności wszystkich robotników wszystkich państw i narodowości, gdyż solidarność ta będzie również gwarantem zakończenia wszelkich bratobójczych wojen w przyszłości.
 
Zdarzało się, że „Józef” (praktycznie nikt w Zagłebiu nie znał jego nazwiska) w przebraniu górnika zjeżdżał na dół kopalni i tam prowadził agitację, propagował idee socjalizmu, organizował robotników. Bywał też w hutach i wszędzie tam, gdzie trzeba było mobilizować robototników do walki. Wieczorami przebywał w domu noclegowym kopalni „Paryż”, gdzie był punkt magazynowy literatury. Tam odbywały się konferencje i zebrania Komitetu Okręgowego SDKPiL. Zatrzymywał się również w Dąbrowie Górniczej przy ulicy Sławkowskiej 5 u Antoniego Świerczewskiego i u Franciszki Hanowej na Targowej 4 oraz u Jaklewicza na Konopnickiej 26. W Sosnowcu bywał na ulicy Dietla w mieszkaniu Wincentego Stachury i na ulicy Starososnowieckej u Wiktora Dobrzyckiego.
 
SDKPiL w Zagłebiu na naradach delegatów fabryk i kopalń skonkretyzowało żądania zawierając je w 31 punktach. Nie było w nich niczego takiego, co można by uznać za nieuzasadnione czy też wykraczające ponad przyzwoitość nie licząc żądania, by głosem większości robotników zwalniać każdego urzędnika. Pojawienie się tego punktu obrazuje przepaść jaka dzieliła świat robotniczy od świata urzędniczego, jego niechęć- wzajemną z resztą. Robotnicy domagali się zatem: wolności zebrań, stowarzyszeń, organizacji zawodowych i strajków; bilblioteki publicznej dla robotników bez kontroli rządowej; zapewnienia oświaty dla wszystkich bez względu na pochodzenie; ustanowienia języka polskiego językiem urzędowym; wolności prasy, słowa i sumienia; zabezpieczenia wolności osób kierujacych ruchem robotniczym i uwolnienia aresztowanych działaczy ruchu; ośmiogodzinnego dnia pracy; płacy minimalnej dla mężczyzn w wysokości 1,50rb, dla kobiet 1,20rb; zniesienia pracy akordowej; ubezpieczenia na starość i od kalectwa; „kranszycht” wydawanych przez okres choroby i stanowiących połowę dziennego zarobku; umormowania zapomóg pogrzebowych dla robotnika lub żony 25rb, dla dziecka 12rb; bezpłatnej porady lekarskiej dla robotnika i jego rodziny; bezpłatnych narzędzi, materiałów, opału i oświetlenia do pracy; podniesienia higieny w domach robotniczych i obniżenia czynszu o 25%; łaźni otwartej codziennie; czteroklasowej szkoły; polubownego sądu pomiedzy robotnikiem, a kopalnią; czternastodniowego urlopu płatnego; zapłaty za czas strajku; odprawy dla zwalnianego robotnika; lekarza kobiety dla sprawdzenia stanu zdrowia pracownic; zniesienia rewizji osobistych.
 
Efekty tych strajków były natychmiast widoczne- zredukowano czas pracy z 12 do 10 godzin dziennie, uzyskano podwyżkę płac, deputat węglowy dla robotnikówi opłacanie wizyt lekarskich przez pracodawcę. Dla samej partii SDKPiL wynik strajków był korzystny, gdyż udowodniła, że jest parią prorobotniczą, efektywną i zaangażowaną, godną zaufania.
        
Na początku lipca Dzierżyński wyjechał do Łodzi, gdzie dokonał inspekcji tamtejszej komórki SDKPiL. Ilość agitatorów była odpowiednia, jednak brakowało ideowych, zaangażowanych robotników, którzy potrafiliby poprowadzić nie małą rzeszę ludzi do walki. Dostrzegał brak zaopatrzenia w literaturę socjaldemokratyczną w języku niemieckim dla sporej grupy niemieckich robotników- około sześćdziesięciu tysięcy. Dlatego zalecił, aby w „Czerwonym Sztandarze” ukazywały się ulotki po niemiecku oraz prosił o przesłanie do Łodzi sporej ilości literatury wydawanej przez niemiecką socjaldemokrację. Udało mu się również wyjaśnić nieporozumienia finansowe pomiędzy Leonem Jogichesem, a drukarnią.
        
W lipcu, w lesie pod Strzemieszycami[19] Dzierżyński zorganizował konferencję zapraszając przedstawicieli PPS, aby zachęcić ich do wspólnej walki z caratem, jednak nie osiągnął zamierzonego rezultatu. PPS-owcy oświadczyli, że wroga widzą tylko na wschodzie i nie będą walczyć wraz z rosyjskimi robotnikami u boku SDKPiL. W odpowiedzi Dzierżyński określił ich politykę jako szkodliwą, utopijną, że jest zgubą i zagłądą dla robotników. Emocje były tak spore i tak napięte, że PPS-owcy wyciągnęli broń i oddali kilka salw w powietrze.


[1] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 120
[2] Czerwony Sztandar, 2/1903
[3] Czerwony Sztandar, 2/1903
[4] Czerwony Sznatdar, 14/1904
[5] Czerwony Sztandar 20/1904
[6] Z Pola Walki, 8/1905r.
[7] Zajezdni tramwajowej
[8] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-2, dok. 67
[9] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 22
[10] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 226-227
[11] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 129
[12] Konspiracyjne nazwanie jednej z drukarni
[13] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 85-86
[14] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 146
[15] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 156
[16] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 98
[17] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 125
[18] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 126
[19] Obecnie dzielnica Dąbrowy Górniczej
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.