Ta latarnia za jasno się świeci

rozdział XV
 
 
Być może rozwój wydarzeń miałby inny przebieg, gdyby nie pokojowa demonstracja w niedzielę, 9 (22) stycznia 1905 roku, w Petersburgu. Ponad sto czterdzieści tysięcy demonstrantów, w tym wiele kobiet i dzieci, całe rodziny robotnicze uzbrojone jedynie w cerkiewne chorągwie i portrety rodziny panującej,  śpiewając pieśni religijne i hymn Rosji „Boże, chroń cara”, wzięło udział w marszu ulicami miasta. Jednej z demonstracji, która miała połączyć się z pozostałymi korowodami robotników około drugiej po południu przed Pałacem Zimowym przewodził pop Georgij Gapon- wywodzący się z bogatego, ukraińskiego chłopstwa.
 
Georgij Gapon
Sławny w owym czasie pop prowadził na początku swej działalności walkę z caratem za pomocą petycji i organizowania marszy błagalnych będąc równocześnie kapelanem więziennym w Petersburgu, gdzie założył organizację Rosyjskie Zgromadzenie Robotników Fabrycznych mającą na celu propagowanie trzeźwego i rozsądnego spędzania wolnego czasu. Aby dostać pozwolenie na utworzenie tej organizacji, zgodził się na współpracę z carską Ochraną. W krótkim czasie zyskał bardzo duże poparcie chłopstwa, gdyż znał jego potrzeby i umiał przemawiać do nich prostym językiem. Pomimo zapewnień kierowanych do władz o dążeniach do hamowania nastrojów rewolucyjnych, organizacja je wręcz podsycała. Tym razem manifestacja była wcześniej przez niego zgłoszona, a w zgłoszeniu zapewniał o jej pokojowym charakterze.
 
Celem wielotysięcznej, robotniczej demonstracji było przekazanie petycji carowi, w której zawarto postulaty m.in. wprowadzenia ośmiogodzinnego czasu pracy, wolności słowa i druku, oddzielenia kościoła od państwa, amnestii dla więźniów politycznych, powszechnego prawa głosowania, a także zwołania zgromadzenia ustawodawczego. Nie była to pierwsza petycja przesłana na ręce cara. Przewodzący tłumem zapewne zakładali, że car i generałowie zapoznali się z wcześniejszymi prośbami zawartymi w epistołach, w których zapewniano o uległości i podporzadkowaniu się najuboższych.
 
Car jednak nie przeczytał ani petycji, ani nie wiedział o istnieniu Gapona. W dniu manifestacji nie był nawet w Petersburgu. Ku wielkiemu zaskoczeniu zgromadzonych, niespodziewanie tłum został zaatakowany bronią palną ze strony policji. Był to brutalny pogrom bezbronnych ludzi. Pociski dosłownie świstały w powietrzu, a konnica carska tratowała demonstrantów. W wyniku tej agresji zginęło ponad tysiąc ludzi, a kilka tysięcy zostało rannych. Ludzie uciekali w popłochu wśród świstu pocisków jak najdalej od tych krwawych miejsc mijając setki zabitych i jęczących rannych leżących na zakrwawionych brukach ulic we wtórze krzyków kobiet i płaczu dzieci. Chowano się w bramach, cudzych domach, piwnicach, byle tylko nie stać się ofiarą zabłąkanej kuli.
 
Panika tego dnia przybrała monstrualne rozmiary. Był to bezprawny atak, nieadekwatny do sytuacji, który wykazał, jak bardzo władza nie liczy się z obywatelami. Dzień ten nazwano „krwawą niedzielą” i utwierdził socjalistów, że jedynym środkiem wyzwolenia spod jarzma caratu i jego terroru jest wielka rewolucja.
 
Sam Gapon zdołał uciec wyprowadzony ze spanikowanego tłumu przez przyjaciół. Wkrótce wyjechał do Szwajcarii, gdzie przygotowywał się do roli wielkiego przywódcy rewolucji europejskiej. Zrzucił habit na rzecz eleganckich ubrań i ekstrawaganckich krawatów, uczył się jeździć konno i pięknie na koniu się prezentować. W jego otoczeniu zaczęły się pojawiać piękne kobiety. Popołudniami uczył się strzelać i preparować bomby. Żądał horrendalnych pieniędzy od gazet za wywiady, stał się bożyszczem, zbawicielem tłumów.
 
Spotkał się w tym czasie z Leninem, który dostrzegł w nim egocentrycznego lidera, który co prawda potrafił trafić do serc tłumów, ale nie wiedział co dalej zrobić z uzyskanym poparciem. I to właśnie on uświadomił w rozmowie Leninowi siłę masy chłopskiej niezbędnej do walki rewolucyjnej, która do tej pory pomijana, okazała się potrzebnym ogniwem do zapewnienia zwycięstwa rewolucji. Georgij Gapon, wielki światowiec, rewolucjonista, agent policji, który bał się boga, chciał zbawić naród. Po powrocie do Rosji, wyrokiem socjalistów rewolucjonistów został powieszony w 1906 roku w małej miejscowości pod Piotrogrodem pod zarzutem zdrady. Zarzut nie był bezpodstawny. Gapon za olbrzymią gratyfikacje zadeklarował się wydać całą organizację bojową eserowców. Ale to dopiero odbędzie się za rok. Jest styczeń roku 1905-ego.
 
Błyskawicznie wieści o tym potwornym wydarzeniu rozeszły się po całym kraju. Zarząd Główny SDKPiL wydał w olbrzymim nakładzie odezwę do robotników „Strejk powszechny i rewolucja w Petersburgu”, która zmobilowała robotników do wzięcia udziału w proteście. Natychmiast dotarła ona do wszystkich przemysłowych miast, w których widmo strajku wisiało już od kilku dni w powietrzu, atmosfera robiła się coraz bardziej gęsta, czuć było, że szala zwycięstwa przechylić się może właśnie teraz na korzyść robotników. Zaczęło się.
 
W Warszawie wpierw stanęła fabryka Brünna na ulicy Krochmalnej, gdzie w południe 300 robotników porzuciło pracę. Równolegle stanęła fabryka Webera na Żytniej produkująca wagi. Robotnicy, którzy opuśili fabryki wyszli z fabryk i przemierzając miasto doszli do Karolkowej, gdzie na ich widok w fabryce cerat przerwano pracę. Na drodze robotniczego pochodu stawały jedne za drugimi małe zakłady i duże przedsiębiorstwa. Na Kolejowej zatrzymała się odlewnia Ambroziewicza. Z fabryki Bormana i Szwede zarząd nie chciał wypuścić robotników zamykając bramy fabryki. Rozjuszeni robotnicy zaczęli tłuc w bramę, po chwili dołączyli się do rozbijania bramy robotnicy z pochodu. Nie minęło wiele czasu, jak brama ustąpiła i z okrzykiem „Niech żyje strejk powszechny!” grupy połączyły się i ruszyły dalej przed siebie niosąc nowinę o strejku.
 
Za chwile stanął browar Machlejda, Rajcha, a po nim browary Haberbuscha i Sohille. Po nich fabryki Norblina na Żelaznej, Jarnuszewicza i Frageta. O 15-ej zatrzymał się młyn parowy i piekarnia Michlera i Głuchowskiego na Solcu, stanęła fabryka Lilpop, Rau i Loewenstein. Po wszystkich ulicach przemysłowej Warszawy- Wroniej, Chłodnej, Żelaznej maszerował tłum robotników idący w kierunku ulicy Leszno. 
        
O wpół do piątej przy ulicy Chłodnej tłum zatrzymał wozy z chlebem na co wojsko otworzyło ogień zabijając dwóch robotników, małą dziewczynkę i kobietę na balkonie, która uprzednio strzelała do wojska. Żandarm, który wymierzył do niej z rewolweru wnet został postrzelony i spadł z konia. Podniósł się jeszcze i błagał o darowanie mu życia. Robotnicy nie darowali, a broń mu zabrali. Jeden z kozaków tak szybko mknął na koniu, że uderzył w kant budowanego domu i zabił się.
 
Feliks Dzierżyński od 27 stycznia 1905 roku Feliks prowadził bardzo aktywną działalność agitacyjną w zakładach przemysłowych na warszawskiej Woli. Tam też zastał go stan wyjątkowy wprowadzony przez gubernatora Warszawy 29 stycznia, by po miesiącu rozprzestrzenić się na całym terytorium Królestwa.
Będąc na miejscu, postanowił na bieżąco relacjonować wydarzenia zamieszczane w dodatku do „Czerwonego Sztandaru”- „Z Pola Walki”, który informował robotników o sytuacji we wszystkich regionach Królestwa o toczących się wydarzeniach i środkach represji stosowanych przez carat.
 
Swoje doniesienia wysyłał pocztą odpowiednio je kamuflując. Zwykle uciekał się do podstępu, aby jego listy nie dostały się w ręce cenzorów, pisząc w pierwszych słowach o zdrowiu ciotki, a później relacjonując wydarzenia. Czasami szyfrował informacje pisząc lakonicznie, jakby opisywał nudny dzień. Pisał też banalne listy do wyimaginowanego członka rodziny, gdzie między wierszami niewidzialnym z pozoru atramentem zamieszczał relacje z wydarzeń. Przez cały czas rozeznawał się w środowisku robotniczym zwracając uwagę na szpicli, o których obecności i nazwiskach również informował tak jak i o pomyślnych i przykrych wydarzeniach. Zarząd, w trosce o jego bezpieczeństwo, namawiał Feliksa do powrotu do Galicji, ale on nic sobie z tych próśb nie robił. Chciał być jak najbliżej historycznych wydarzeń. 
 
Z reporterskim zacięciem Dzierżyński opisywał w kolejnych listach do Zarządu wydarzenia w sposób bardzo obrazowy niczym najlepszy komentator radiowy. Jego raporty były bardzo realistyczne, żywe, niepozbawione specyficznego humoru, pełne emocji, które czytane nawet dziś, doskonale pozwalają zrozumieć i wczuć się w gorące wydarzenia początku XX wieku.
 
Przed pomnikiem Mickiewicza w Warszawie
Tymczasem w rewolucyjnym zrywie o bruk rozbijano skrzynki telefoniczne, wyciągano kable ze studzienek uniemożliwiając połączenia telefonicze. Miało się to przycznić do sukcesu podczas ataku na trzy prywatne składy broni przy jednoczesnym rozbrojeniu żandarmów i wojska. Na miejsce strajkujących telefonistek władza obsadzała żołnierzy. Na nic to się zdało, bo przerwano łączność przecinając przewody telekomunikacyjne.
 
Z gazowni robotnicy porzucili pracę przyłączając się do tłumów na ulicach. Na ich miejsce posłano wojsko. Doszło wówczas do wielu poparzeń żołnierzy nieumiejętnie posługujących się aparaturą. Momentalnie ceny gazu wzrosły o dwieście procent za kwartę. Robotnicy i dzieci idąc ulicami miasta rozbijali latarnie. Dzierżyński opisywał: „Scena: idę dziś wieczorem- grupa robotników na Bagnie zapytuje mnie, czy nie uważam, że ta latarnia za jasno się świeci?- potakuję, wtedy biorą grudę śniegu- bęc, bęc [1]”.
 
Rozwinięto trzy wielkie sztandary przygotwane na obchody rocznicy 29 stycznia stracenia czterech przywódców „Proletariatu”. Dni te były wielkim świętem socjaldemorkacji. To ona dominowała na ulicach, w wykrzykiwanych hasłach, na sztandarach. Było to zarazem wielka klęska socjalnacjonalizmu PPS i Endecji, które zeszły zupełnie na dalszy plan.
        
W sobotę stało już całe miasto. Arterie komunikacyjne zamarły, na ulicach był chaos, a na nich rewolucyjny nastrój. Robotnicy byli wszędzie, na Marszałkowskiej, na Bagnie, Twardej, Freta czy Długiej. Nie wielu burżujów odażyło się wychodzić na ulice. To zdecydowanie nie był ich czas.
Każdego dnia kolejne fabryki zaprzestawały produkcji. Strajkowali tramwajarze, piekarze i dryndziarze [2].
 
Gazety, takie jak „Goniec”, „Gazeta Handlowa”, „Kurier Warszawski” i wiele innych nie ukazały się. Komitety robotnicze zażądały zamknięcia wszystkich sklepów, a tym sklepikarzom, którzy nie chcieli się podporządkować, wybijano okna wystawowe. Zamykano wszystkie sklepy, także cukiernie i jak pisał Feliks z nieukrywanym zadowoleniem: „Burżuje w popłochu uciekali, robotnicy zaś mówili im, że frykasów nie powinni zajadać, gdy lud chleba nie ma [3]”.
        
Powoli wszystkie przejawy życia miasta razem z blaskiem latarni gasły. Zabroniono dorożkarzom jeździć. Tych, którzy pojawili się na ulicach zatrzymywano i kazano wracać do domu. Zatrzymywano również tramwaje. Jeśli motorniczy nie chciał porzucić pracy, przewracano wagon. Na Marszałkowskiej już trzy tramwaje leżały na boku. Uczniowie krążyli od szkoły do szkoły namawiając kolegów i koleżanki do wyjścia na ulice. Zamknięte były już wszystkie zakłady rzemieślnicze, w bramach stali robotnicy obserwując wydarzenia, gotowi do działania. Wszędzie słychać było rozmowy o walce, strajku i wolności. Coraz więcej zbierało się ludzi w okolicach Grzybowskiej i Chłodnej, cała Wola przemierzała gromadą ludzi do centrum miasta. Feliks zagadał do przechodzącego Żyda: „Żydzi też strajkują? - a tak, odpowiada Żyd, my razem, przecie nam jest nielepiej [4]”. Na nic się zdało napuszczanie przez policję łobuzów na Żydów, Polacy i Żydzi stali ramię w ramię i nie dopuszczając do wywołania antyżydowskich rozruchów.
       
Policji nie widać było na mieście, gdzieś się pochowała. Pewnie w zaciszu pałacowych komnat dowódcy debatowali nad tym, jak zaprowadzić w mieście spokój i przeciwstawić się rozprzestrzeniającej się anarchii i niepodporządkowania wobec jakże wielce miłującemu carowi. Na mieście jedynie w kilku miejscach stały patrole z karabinami po 20- 30 żołnierzy. Sporadycznie nawoływali grupy proletariuszy do rozejścia się, ale nie byli dość przekonujący.
 
Wieczorem miasto tonęło w ciemnościach. Podczas jednego z wieczornych spacerów Feliks odnotował: „Słychać nawoływania, tupaninę- widać cienie przebiegające- każda brama przepełniona ludźmi. Bram nie zamykają. Policji nie ma. Rozbijają monopole, wódkę wylewają, flaszki biją- słychać głosy, ze trzeba wódkę zniszczyć, by ludziska się nie popili, gdy głód będzie się srożył [5]”. Kilku łobuzów podpaliło sklepy monopolowe.  Ogień trawił budynki. Na miejsce pożaru już jechała straż ogniowa.
 
Wojsko traktuje demonstantów
Rozległy się pierwsze strzały. Feliks nadaje: „Po przerwie słyszę na placu strzelaninę: rach, rach, rrrach (pojedyncze strzały i salwa żołnierzy z ulicy Siennej ukosem w kierunku Miedzianej), a na to strzały zaraz strzały robotników: trach, trach, trach (rewolwery) (…) po chwili znowu głosy robotników; żołnierzy już nie ma. Czy zabili tam kogo, nie wiem. Nagle krzyk- to rewirowy wysunął się z bramy domu swego, odebrano mu szablę rozcięto nią głowę i sztylet w plecy wpakowano [6]”.
        
W dzień robotnicy pilnowali sklepów, aby zapobiec szabrownictwu, chronili też wozy z węglem. „Na Lesznie z daleka zobaczyłem łunę pożaru. Płonął sklep monopolu wódczanego. Czerwone i niebieskie odblaski płomieni rozświetlały od czasu do czasu twarze zgromadzonych ludzi. Nastrój był poważny i uroczysty. Pilnowano, by nikt nie śmiał rabować butelek z wódką. Przy mnie kilku amatorów dotkliwie pobito, a butelki rozbijano o bruk. Nie było ani jednego pijanego [7]”. 
 
Widać już było, że policja i wojsko koncentrowały swoje siły, na ulicach pojawiły się pierwsze robotnicze barykady zbudowane z czego tylko się dało. Wszystkie bramy, wbrew zarządzeniu policji, były otwarte, aby ludzie mieli gdzie się schronić przed kulami. Na Marszałkowskiej pojawili się huzarzy szarżując chodnikami i tnąc powietrze błyszczącymi szablami. Gdzieś w oddali słychać było krzyk kobiety ciągniętej przez żandarmów. Na ulicach leżało dużo trupów dzieci, starców. Ktoś mówił, że do staruszka podszedł rewirowy i wyjąwszy pistolet zastrzelił go. Innym razem żandarmii zawołali mężczyznę, prosząc o ogień. Podszedł, użyczył i ognia, odwrócił się, zrobił kilka kroków i padł. To żandarm strzelił mu w plecy. Wszędzie w okolicy słuchać było huk salw lub wybuchów, odgłosy drewna pożeranego przez ogień, lament bab, krzyki mężczyzn. Kogo carskie służby zatrzymały z pistoletem, biły dotąd, aż nie było co zbierać.
        
Zamieszki
W czasie zamieszek rewolucyjnych w okręgu warszawskim stacjonowało ponad 250 tysięcy żołnierzy. Większość z nich pochodziła z dalekich terenów Rosji, władający różnymi językami, przez co kontakt z nimi był utrudniony. Dzierżyński miał niewyobrażalną intuicję polityczną, potrafił dostrzec szanse powodzenia w wielu z pozoru nieznaczących sprawach. Był autorem pomysłu, by wydrukować ulotki w wielu językach obecnych na terenie imperium i dzięki nim, a także improwizowanym spotkaniom prowadzić agitację wśród wrogiego z pozoru wojska, w którym służyli zarówno chłopi jak i robotnicy.
 
Należało znaleźć dojście do wrażliwych ideowo oficerów i sprawić, by w razie powstania wojsko przyłączyło się do sojuszu robotniczo-chłopskiego. Spotkało się to ze sprzeciwem Róży Luksemburg, która nie przyjmowała do wiadomości takiego scenariusza twierdząc, że klasa robotnicza w swej sile sama, bez udziału chłopów poradzi sobie w walce z caratem. Można odnieść wrażenie, że Feliks nie do końca był lojalny wobec Zarządu SDKPiL, ale to właśnie on, a nie Zarząd siedzący w ciepłych domach w Berlinie miał bezpośredni kontakt z robotnikami i przełomowymi wydarzeniami. Już wtedy zauważyć można skręt ideowy Dzierżyńskiego w kierunku leninizmu, jego powolne odchodzenie od coraz bardziej archaicznego programu SDKPiL. Był to pierwszy i jeszcze niezauważalny akt niesubordynacji Feliksa, którego ideowe drogi zaczęły się rozchodzić z Różą.
        
Dzierżyński dużą wagę przykładał do sprawnej organizacji WRO- Wojskowej Rewolucyjnej Organizacji, której w kwietniu 1904-ego roku wraz z Siergiejem Bagockim i Władimirem Antonowem-Owsiejenką był inicjatorem. Teraz zapewniał jej niezbędne do agitacji materiały i koordynował działania. W ich rezultacie coraz więcej poborowych odmawiało wyjazdu na front dalekowschodni wymigując się chorobami przez co morale żołnierzy drastycznie spadało.
 
1 lutego 1905 roku Dzierżyński pojawił się w Częstochowie. Jak zwykle swoje kroki skierował na ulicę Najświętszej Marii Panny 4 do mieszkania buchaltera fabryki Strodam Adolfa Brylla. Zachodził od tylnego wejścia do sklepu z damskimi kapeluszami należacego do żony Brylla. Tam dostawał informację, żeby pójść np. na ulicę Zieloną 11/13 (obecnie ulica Focha 13/15) do Ludwika Mamloka, gdzie mieściłą się Fabryka Papy Smolnej i dopiero stamtąd kontaktował się z założycielem i kierownikiem SDKPiL w Częstochowie- Henrykiem Wyrzykowskim. Z nim ustalał wszystkie sprawy związane z działalnością partii.
 
U Mamloka często odbywały się zebrania, podobnie jak w kamieniołomach na Złotej Górze, na Zawodziu przy drodze kusieckiej. Było to najbezpieczniejsze miesjce, bo z góry można było obserwować cały otaczający teren. Praca w Częstochowie szła wartko. Kadry były silne i zorganizowane. Zdarzyło się nawet, że wydrukowano list księdza Ściegiennego- tragicznej postaci polskiego patrioty, za którym nie poszły tłumy- który członkowie partii rozpowszechniali wśród jasnogórskich pielgrzymów.
 
Ściegienny płynąc nurtem niepodległościowych marzeń w 1842 roku założył konspiracyjny Związek Chłopski dążąc wraz z innymi organizacjami patriotycznymi do wywołania powstania. Wydawał broszurki, w których postulował zniesienie pańszczyzny i podział wielkich majątków ziemskich na korzyść chłopstwa. Był autorem rzekomego "Listu Ojca Świętego Grzegorza papieża do rolników i rzemieślników", w którym jakoby papież miał zachęcać chłopów do zrywu. I ten list właśnie po ponad półwieczu od publikacji wydali ponownie esdecy. Finał nieporadnej działalności Ściegiennego nie mógł być inny jak tylko aresztowanie, a z całego powstania ledwo pozostała pamięć.
 
Tymczasem Dzierżyński w Częstochowie noce spędzał jak zwykle w różnych mieszkaniach. Poza paroma osobami, nikt w partii nie wiedział, gdzie będzie nocować „Józef”. Nad bezpieczeństwem Dzierżyńskiego czuwali najbardziej oddani ludzie. Ten stale się przemieszczał, był w ciągłym ruchu. Odwiedzał towarzyszy w ich domach. Był między innymi u Antoniego Redlicha na ulicy Małej 5 (obecnie ul. Mała 28), czasem zatrzymywał się w mieszkaniu Pestkowskiego mieszczącego się na strychu na ulicy Spacerowej 11 (obecnie ulica Kościuszki 11). Tam też odbywały się niekiedy spotkania partyjne. Gdy nocował u Polczyka na ulicy Złotej 42/44, czy na ulicy Stawowej 10 u Mieczysława Kubisa przez całą noc mieszkania strzegli z sąsiedniego budynku trzej towarzysze specjalnie wyszkoleni przez Dzierżyńskiego i uzbrojeni w pistolety. Z resztą nie tylko ochrona towarzyszyła mu w Łodzi, była ona wszędzie, gdzie się poruszał.
 
Feliks Dzierżyński w 1905 roku
Wiele uwagi bowiem Dzierżyński poświęcał na szkolenie oddziałów bojówek, których zadaniem było ochrona działaczy partyjnych i rabunki instytucji carskich w celu przejęcia pieniędzy na działalnośc partii, co było najbardziej popularną formą zbierania środków na działalność nie tylko zarezerwowana dla siepaczy Piłsudskiego. Wraz z zagadnieniami bezpieczeństwa i napadów, rozwijał ich świadmość socjalistyczną, kształtował i wychowywał. W bojówkach było bardzo wielu młodych ludzi, niektórzy mieli ledwie co 17 lat. Istotnym problemem była kontrola nad bojówkami. Obdarzona siłą ognia i swego rodzaju bezkarnością i akceptacją swojej organizacji często ich działalność zmierzała w stronę czystego bandytyzmu.
 
Wyjątkiem nie byli ludzie zajmujący nawet dowodzące stanowiska, którzy ulegali pokusom i stawali się kryminalistami, jak choćby w warszawskiej bojówce Bogdan Rudomiło- niezwykle bystry, inteligentny chłopak, który aktywnie działał w kole młodzieży SDKPiL. Nie wytrzymał pokus, zaczął przywłaszczać sobie zrabowane rzeczy, zaczął żyć na wysokim poziomie, co w połączeniu z przynależnością partyjną dawało mu iluzję bezkarności. Z czasem zaczął zdradzać własnych towarzyszy. Przez niego wpadł w sidła policji między innymi Adolf Warski. Rudmiło swoje parszywe życie zakończył w kałuży krwi w jakimś podłym barze zabity przez nieznanego sprawcę.
 
Dzierżyński stanowczo występował przeciwko aktom rozboju i napaści robotników na fabrykantów. Dbał o to, aby nie dopuszczać do samodzielnych, spontanicznych wystąpień z pobudek chwili bez powiadomienia kierownictwa, które mogły przyczynić się do oskarżeń SDKPiL o działania bandyckie. Pomimo jego starań, dochodziło do niepowołanych zajść, aktów sprzecznych z dążeniami partii. Często inicjatorami bójek i napadów byli prowokatorzy podburzający robotników, a tych Dzierzyński z całą zawziętością zwalczał.
 
Ilość nowych członków garnących się do SDKPiL czasami przyprawiała Feliksa o zawrót głowy. Sam będąc koordynatorem, nie był w stanie zapanować nad tak wielką napływająca falą nowych członków. Zdawał sobie sprawę, że wśród nich zdarzali się też ludzie o dyskusyjnej moralności.
 
Nie tylko SDKPiL było szpiegowane przez carskie służby, również i partia miała swoich szpiegów w wojsku. Na początku roku została powołana odrębna organizacja w ramach partii mająca na celu zbrojne zabezpieczenie zebrań, na które często przychodziło od 200 do 300 osób, miała też za zadanie tropienie i likwidację prowokatorów i szpiegów[8]. Wspominał o tej komórce Dzierżyński w liście do Zdzisława Ledera z 13 marca 1905 roku: „Robociarze nasi założyli Komitet Wykonawczy- wielu draniów już zgładzili i poranili [9]”.
 
Kilku esdeków z frakcji bojowej było ofiarami mordu narodowców. Z ich reki zginął m.in. Stefan Michałowicz. Było to w 1905 roku w Łodzi, w mieszkaniu na rogu Rzgowskiej i Malczewskiego podczs zebrania. Grupa narodowców podkradła się pod okna i zaczęła na oślep strzelać w kierunku mieszkania. Jedna z kul trafiła Michałowicza. Pozostali esdecy wydobyli rewolwery i pogonili narodowców, których przywódcą był nie kto inny jak ksiądz Szmit z parafii Przemienienia Pańskiego na Rzgowskiej.
 
Tak jak i w Warszawie, tak i w Częstochowie po kolei stawały fabryki. Dzierżyński starał się być w centrum wydarzeń, by przekazać redakcji Czerwonego Sztandaru najświeższe doniesienia. Przebieg strajków w każdej fabryce był inny. W hucie żelaza Handkego, gdzie pracowało trzy tysiące robotników, dyrektor fabryki Makomaski zaproponował, aby pracownicy wybrali delegatów do rozmów. Rozpoczęły się pertraktacje. Gdy do bram fabryki podeszło wojsko, dyrektor odprawił je i zadzwonił do naczelnika powiatu, aby wojsko nie ważyło się podchodzić do fabryki bliżej niż na półtora kilometa. Po kilku godzinach rozmów dyrekcja zgodziła się na kilka pomniejszych żądań, jednakże w kwestii ustanowienia ośmiogodzinnego czasu pracy i podwyżki płac o trzydzieści procent była nieugięta.
 
W fabryce włókienniczej „Warta” robotnicy odprawili negocjującego z nimi inspektora Sperka, gdyż był pijany i nie chciał mówić po polsku. Podczas opuszczania fabryki przez robotników, jeden z dragonów odciął rękę chłopu. Tłum chciał go przechwycić i zemścić się, ale nie zdołał go zatrzymać. Stanęła fabryka „Częstochowianka” po tym jak przedarło się do niej dwudzistu robotników, którzy namówili dwutysięczną załogę do strajku. Stanęła przędzalnia bawełny Motte'ów, fabryka szpagatu „Stradom” i przędzalnia wełny Peltzerów.
 
W fabryce Marschela doszło nawet do drobnej strzelaniny. Do kilku robotników udających się do kotłowni strzelał szef warsztatów Esterreicher, ale raz chybił, a drugi raz, kiedy przystawił pistolet do skroni robotnika, ten uderzył szefa wytrącając broń. Żydzi na równi z Polakami porzucili pracę i przystępowali do wielotysięcznego tłumu, który idąc ulicami miasta powiększał się o kolejnych robotników opuszczających swoje stanowiska pracy. We wszystkich fabrykach ustanowiono dyżury robotnicze, aby nie doszło do aktów wandalizmów, kradzieży czy pożaru. Na ulicach nie zamykano sklepów, nie było paniki, z okien pozdrawiano i wiwatowano na cześć robotników.
 
W dalszej kolejności stanęły fabryka przetworów chemicznych Zachsa- strajkowało 50 robotników, huty szkła Geislera- 300 robotników, drukarnia Kohna i Oderfelda- 100 robotników, gisernia „Wulkan”- 600 robotników, farbiarnia przędzy Brassa- 500 robotników i wiele pomniejszych zakładów i fabryk. Nie stanęły jedynie młyny i piekarnie, gdyż strajkujący robotnicy nie pozwolili, aby zabrakło chleba.
 
Negocjacje z właścicielami fabryk wciąż trwały. Często dochodziły nowe żadania, jak choćby zapłata za czas strajku. Jedni własciciele godzili się na zapłatę, inni twardo utrzymywali, że nie zapłacą, pozostali zadeklarowali zapłatę drobnych kwot, które miały być później odjęte od pensji. Gdy o zapłacie pensji przez dyrekcję Zachsa i Brassa dowiedział się gubernator, przesłał telegram, w którym groził wyciągnięciem konsekwencji za uleganie robotniczym naciskom.
 
Ósmego lutego wojsko już stacjonowało wokół fabryk. Delegacje robotnicze domagały się, aby o wydaleniu pracowników z fabryki współdecydowali robotnicy, twardo negocjowały zapewnienie opieki lekarskiej dla pracowników i ich rodzin, urządzenie szkół i sierocińców, łaźni w fabrykach, wypłacanie chorym wskutek wykonywanej pracy zapomogi, wyrzucenie brutalnych majstrów, bezpieczeństwa osobistego delegatów, opracowania przejrzystego cennika płac. W odpowiedzi na żądania kapitaliści tłumaczyli się, że nie mogą podnieść płac ani skrócić czasu pracy, gdyż sytuacja ekonomiczna na to nie pozwala, gdyż konkurencja jest niezwykle silna, a ustępstwa pogrążyłyby fabryki.
 
11 lutego Dzierżyński był już w Warszawie, skąd pisał niewidzialnym atramentem pomiędzy wierszami zwykłego listu o zapotrzebowaniu na nielegalną prasę socjaldemokratyczną. Kazał, by wszystkie maszyny kopiujące- hektografy, mimjografy i klepaczki poszły w ruch, by jak najwięcej odbić materiałów. Domagał się szybkiej odpowiedzi, jeśli nie na jedne, to na drugie adresy kontaktowe. Dopytywał się o wieści od Cezaryny Wojnarowskiej i syna Ludwika Waryńskiego, Tadeusza. Zdążył też wysłać raport z wydarzeń w Moskwie.
 
Dwa dni później wysłał kolejny list, w którym dopytywał się, czy poprzednia korespondencja już doszła. Jego poziom irytacji z powodu braku odpowiedzi osiągnął wyższy poziom zmuszając go do napisania dosadnie: „Napiszcie, do diabła ciężkiego, dlaczego nam nie odpowiadacie? Czy nie macie czasu, co robicie całemi dniami i co u Was w ogóle się dzieje [10]?”
 
W zgiełku wydarzeń dochodziło do wielu nieporozumień i konfliktów. Mając tak ograniczone narzędzia komunikacji, doprawdy trudno było zsynchronizować działania tak wielu skupisk robotniczych. W listach do władz SDKPiL pisał: „Dlaczego nie przyjeżdża Długi? Czy on nie może tu przyjechać? Piotr postąpił jak ostatni tchórz, czmychnął do siebie na wieś, a przedtem zobowiązał się zająć tu pewną bardzo ważną placówką”.
 
Bywało, że nie tylko sabotażyści i prowokatorzy torpedowały pracę SDKPiL, ale i inne organizacje. Pisał: „A teraz parę słów o Proletariacie; bruździ on nam. Znalazła się jednostka (pseudonim Roman), wypuszczona dopiero co z X Pawilonu, która chciała dać dowód, że brała też udział w wypadkach i postanowiła wydać do piekarzy odezwę, nawołującą do powszechnego strajku. A trzeba Wam wiedzieć, że cały strejk piekarzy jest prowadzony przez nas- i trzymają się znakomicie. Nasi wypracowali i odhektografowali żądania, nasi prowadzą pertraktacje z majstrami, nasi urządzają zebrania, etc.(…) I oto ów proletarjatczyk spotyka się przypadkowo z piekarzem jednym, dowiaduje się o co walczą i wydaje wczoraj odezwę do piekarzy, nawołując do strajku powszechnego [11]”.  
 
Dzierżyński był zdania, że należy Proletariatczyków wcielić do SDKPiL, pomimo tego, że sam przyznawał, że tych młodych studenciaków zachowanie jest „smarkulińskie”. Wskazywał, że należy przesłać do Puław literaturę żydowską i rosyjską, z racji tego, że jest tam sporo osób tych narodowości w okolicy.
        
Pomimo trudności, Feliks doskonale sobie radził jako łącznik pomiędzy Zarządem, a lokalnymi komórkami SDKPiL. Czytając jego doniesienia odnieść można wrażenie, że wszystko miał pod kontrolą, znał osobiście wszystkich działaczy i nie jest to wrażenie bezpodstawne. Był pochłonięty i dosłownie zawalony pracą. Ustalał kto ma się czym zajmować, dawał konkretne, przejrzyste, nie budzące wątpliwości polecenia. Często wstawiał się za członkami partii zbiegłymi z więzienia czy ściganymi przez policję, aby znaleźć im schronienie. Odnosił się także do otrzymanych odezw i niejednokrotnie je krytykował, co znaczy, że wszystkie czytał i analizował.
 
Opisywał dokładnie postępy prac partyjnych, które udało się przyspieszyć dzięki znacznie lepszej organizacji i wykorzystaniu facetów[12]. W tym czasie zorganizowano dwie drukarnie. Jedna z nich mieściła się w Łodzi, w mieszkaniu Stanisława Rudnickiego przy Placu Kościelnym 3. W dalszym ciągu potrzebna była literatura. Dzierżyński pisał do Zarządu: „Nagwałt prześlicie przedewszytkiem rękopis /odezwy/ ogólnej o znaczeniu tego ruchu i zsumujcie wszystkie wypadki i po drugie stereotyp rosyjskiej odezwy do wojska. Zróbcie to zaraz. Odezwę prześlijcie chemicznie na adres…[13]”.
        
Słusznie uważał, że należy skoncentrować się na tworzeniu kół esdeckich w zakładach. W liście tym z 23 lutego 1905 roku sumował istniejące koła: metalowców (w każdej fabryce), kobiece, szewskie, murarzy i kamieniarzy, rymarzy, lakierników, stolarzy, garbarzy i zdunów. Jak najszybciej należało dla każdego kołą fachowego znaleźć po jednym inteligencie, któryby koła te prowadził i rozwijał. Zaś wśród inteligencji uważał za konieczne podnieść poziom wiedzy i powiększyć zespół agitatorów.
 
Na wiosnę, partia przygotowywała się do strajku szewców oraz mularzy i zdunów. Prowadzono liczne zebrania przedstrajkowe w zakładach naprawczych Kolei Wiedeńskiej. Na jednym z nich pojawił się Dzierżyński. Robotnicy nie chceli go słuchać, jeśli miałby mówić o polityce nie związanej z ich sprawą. Interesował ich własny los, los, na który mają wpływ tu i teraz. Dzierzyński wygłosił program socjaldemokratów bezpośrednio dotyczący jakości ich życia, mówił o konieczności obaleniu caratu, walce o wolność i swobodę polityczną, o zadaniach klasy robotniczej, o braterstwie międzynarodowego proletariatu, o wprowadzeniu ustroju demokratycznego, a w rezultacie zaprowadzeniu socjalizmu. Wówczas robotnicy przekonali się do niego i żałowali, że wczesniej się nie spotkali, bo można było poderwać do walki znacznie większe masy robotników.
        
Feliks znany był ze swej bezpośredości i zwięzłości w wyrażaniu się. W wypowiedziach opierał się na konkretach i wymagał od innych, aby to, co towarzysze mu przekazują, miało potwierdzenie w rzeczywistości i wyrażone było precyzyjnie. Nie bał się też krytykować starszych od siebie ani stojących wyżej w hierarchii partii, jak czytamy w liście do Zdzisława Ledera z 13 marca 1905 roku: „Odezwy Adolfa (Warskiego- Z.F) którąście przysłali, nie możemy wydać- jest nieodpowiednia. On sili się udowodnić, że bez wolności politycznej nie może być skutecznej walki ekonomicznej- jest to dziś rzecz powszechnie znana. O tym się mówiło i agitowało przed 20-laty. Chodzi o coś zupełnie innego: wykazać iż strejk obecny- był to początek rewolucji, że miał kolosalne znaczenie polityczne i jakie, że to nie przegrana, a początek walki, trzeba wyjaśniać znaczenie obecnego momentu, wskazać, że tylko zorganizowanie się w samodzielną partię SD zagwarantuje proletariatowi wolność taką, która da mu możność toczyć dalej walkę aż do socjalizmu /o socjalizmie w odezwie Adolfa ani słowa nie ma/, że wolność polityczna jest dla nas środkiem do celu, środkiem niezbędnym /trzeba to koniecznie zaznaczyć wobec rewolucjonizowania się innych warstw i coraz głośniej rozlegających się nawoływań do jedności/. Przyślijcie taki rękopis jak najprędzej. Nawołujcie w nim do wytrwałości. A i to nie powinien być mentorski, jak w odezwie Adolfa, taki to razi robotnika. On partję utożsamia z sobą; nie należy mówić: róbcie, powinniście etc. Tak nam należy mówić do „społeczeństwa” a nie do proletariatu [14]”.
 
Pomimo ostrej krytyki Adolfa Warskiego odnoszącej się do odezwy, Dzierżyński bardzo sobie cenił umiejętność pisania Warskiego. Być może tym bardziej skrytykował ją, gdyż oczekiwał zupełnie czegoś innego, zdecydowanie bardziej porywczego i lepiej napisanego.
 
W tym samym liście do Ledera poruszał wiele ważnych spraw. Zaczął od przekonania Zdzisława, by domagał się pieniędzy od partii na życie, gdyż poświęcał jej bardzo dużo czasu, a jego pomoc i umiejętności były dla niej nieodzowne. Następnie pisał o dostarczaniu nielegalnej literatury z Niemiec, której nie było komu wozić. Typował Stefana, z którym niestety nie miał żadnego kontaktu, prosił, więc, by Zdzisław się tym zajął i namówił go do tego zadania. Poinformował o stworzeniu grupy rosyjskiej w SDKPiL, której zadaniem było m.in. agitacja wśród robotników rosyjskich i inteligencji, organizowanie nowych kółek, materialna pomoc robotnikom. Dzierżyński planował, aby w odpowiedniej chwili agitatorzy ci ruszyli w szeregi carskiej armii. Zauważał duży potencjał nowych członków partii wśród inteligencji, jednak narzekał, że nie ma wśród nich nikogo odpowiedniego z inicjatywą, lidera, który swą charyzmą mógł porwać ludzi za sobą.
 
Szpiedzy SDKPiL zakamuflowani byli w rządowych instytucjach, dzięki czemu przekazywali często dość istotne informacje. Dzięki nim, 27 marca 1905 roku, Feliks pisał do Zdzisława Ledera, że następnego dnia będzie ogłoszony stan wojenny, a wojskowi obradują nad tym, czy mają wieszać każdego, kogo złapią z bronią. „Moi drodzy! Jutro ma być mobilizacja w Warszawie i całym Królestwie, a jednocześnie mają ogłosić „wojenne położenije”. Wojska są przygotowane do stłumienia rozruchów, których wszyscy oczekują. Chwila stanowcza nadchodzi. Morze krwi się rozleje. Nie wiemy, co będzie, jakie formy ruch weźmie, my jako organizacja kierownicza bezsilni jesteśmy. Będzie rzeź, rzeź straszna, broni nie ma- lecz inaczej być nie może, nie możemy biegu wypadków przewidzieć- rewolucja jednak wybuchnąć musi. A u nas w głowie chaos straszny, a robota nasza śmiesznie mała wobec zadań chwili. Chaos- to tyle na nasze głowy się zwaliło kwestji do załatwienia, że żadna konspiracyjna partja nie może im podołać. Lecz dosyć o tem.
 
Oficer mi dziś powiedział, że mobilizacja i stan wojenny jutro będą ogłoszone. Wojskowi obradują teraz nad tym, że nie należy wieszać wszystkich, kogo złapią z bronią, że podobno wtichomołku (pocichutku- Z.F) już niejednego w Cytadeli powiesili z wyroku sądu polowego- podają to jako fakt oficerowie „gwardjescy”, którzy mają stosunki rozległe. Radzą nad tem, by silnemi kordonami wojskowemi odciąć od miasta przedmieścia i wszystkie domy na przedmieściach zrewidować.
 
Bomby wczorajsze, widocznie pepesowskie, nastraszyły oficerów i władze; za jedyne wyjście uważają oni represje jeszcze większe- rzeź, szubienice. Zaś wśród żołnierzy nastrój na ogół apatyczny. Bomba przeciwko patrolowi oburzyła ich, natomiast rozruchy włościańskie znalazły wśród nich ogromną sympatię. Musimy stanowczo daleko większa uwagę zwrócić na wojsko. Wszystko byłoby dobrze, gdyby była literatura [15]”.
 
Doszły też wieści, że na mocy sądów polowych zamordowano już wielu robotników nie podając tego nawet do wiadomości. Spodziewany był zmasowany atak i bezlitosna rzeź w odpowiedzi na społeczną rewoltę. Dlatego- uważał Dzierżyński- należy osłabiać morale armii, dostarczać tam literaturę, przekonywać, by żołnierze nie wykonywali poleceń przełożonych.
 
Praktycznie w każdym liście czy do Ledera, czy w korespondencji z innymi członkami Zarządu, Feliks domagał się przesłania literatury. W liście z 13 marca 1905-ego roku do Komitetu Zagranicznego SDKPiL pisał: „Robociarze wymyślają strasznie, że wydawnictwa nasze tak wstrzymane; krzyczą na gwałt o „Przeglądy” i „Czerwonego Sztandaru”. Napiszcie mi, dla jakich przyczyn nic z tego nie wychodzi- jest to rzeczywiście skandal”, „Czekamy na gwałt na bibułę majową i na „Co dalej” (broszura Róży Luksemburg)- jest to pyszne [16]”.
 
Stałą rubryką jego korespondencji były raporty ilości wydawnictw otrzymanych i informacje o ich dystrybucji. W listach zarządzał działaczami, podejmował decyzje personalne wysyłając lub odwołując ludzi z ich zadań. Ustalał przewoźników literatury, rozliczał się z przesłanych periodyków, informował o wpadkach, aresztach i zbiegach.
 
Fala rewolucji obejmująca środowiska robotników szybko przelała się na pozostałe grupy społeczne. Oprócz studentów i uczniów dosięgnęł też chłopstwo. Na wiosnę 1905 roku doszło do około siedmiuset strajków robotników folwarcznych, przede wszystkim w guberni lubelskiej. Chłopi domagali się od swych obszarników lasów i pastwisk, zaprzestali uległości, kłaniania się dziedzicom i klerowi. Domagano się ustanowienia samorządów gminnych, wprowadzenia języka polskiego do szkół i urzędów. Powstała chłopska organizacja- Polski Związek Ludowy.
 
Życie Feliksa Dzierżyńskiego wypełnione było licznymi obowiązkami. Co kilka dni pisał do Zdzisława Ledera obszerne sprawozdania z pracy. Leder wielokrotnie dopytywał się o paszport zagraniczny, ale takowego w zasięgu Dzierżyńskiego nie było. Dopytywał się też o przesłanie pieniędzy do Zarządu Głównego, co po kilku razach wprawiło Dzierżyńskiego w dość mocną irytację: „…dziwi mnie ogromnie to,  iż żądacie od nas floty- otóż flota obecnie prawie nie napływa do nas zupełnie prawie. To, co mamy, wkrótce przy wydatkach naszych wyczerpie się; ludzi do zbierania pieniędzy nie mamy. Zagranica zaś dała nam teraz masę floty i podziwiam Was: zamiast tego, by tę flotę użyć na wszystkie nasze potrzeby- wy chcecie wszystko wpakować w wydawnictwa, a zupełnie zapominacie o organizacji etc. Prócz tego, Waszego nawoływania o przesyłanie zagranice floty nie rozumiem: przecież Leon mówił, że po zapłaceniu wszystkich obecnych wydatków na wydawnictwa /i Poloniki/ pozostanie zagranica do 7 tys. marek. Co znaczą więc Wasze nawoływania? Obawiacie się, że tą flotę roztrwonimy, którą tu mamy? Uważacie, że każdy grosz powinien być oddany pod kontrolę kasy zagranicznej? Nie rozumiem doprawdy Waszego stanowiska, mnie się zdawało i zdaje, że u nas są jedne i te same potrzeby i gdy zagranica nie będzie miała, a my będziemy mieli- to prześlemy i naodwrót. Nawoływać zaś w każdym liście o przesłanie floty, mając dostatecznie floty jest wykazywaniem niezaufania, bo macie flotę, a żądacie- więc o co Wam chodzi [17]?”
 
Pod koniec marca 1905 sytuacja finansowa partii była już tak zła, że Dzierżyński musiał poinformować Ledera, że w obliczu wydatków na gwałt będzie potrzebował pieniędzy z zagranicy.
 
30 marca 1905 roku wieczorem Dzierżyński wyjechał do Puław, gdzie spotkał się z dwunastoma robotnikami- agitatorami. Z przeprowadzonego wywiadu wiedział o dużym poparciu robotników przez chłopów w regionie, którzy popierali, omawianą na zebraniach, ideę odebrania lasów okolicznym panom. Dostrzegał również zalety licznych wąwozów sprzyjających, jak to określił „ruchowkom”. Wyjeżdżając z Puław wiedział, że niedługo tu wróci. Tymczasem udał się bryczką na wieś do Wyląg koło Kazimierza Dolnego.
 
W Wylągach, 31 marca 1905 roku miały odbyć się zaręczyny jego braci z siostrami Siła-Nowickimi- Zofią i Stanisławą. Zamieszkał w jednym z gościnnych pokoi, które umeblowane były bardzo skromnie. Okoliczni stolarze wykonali dość proste łóżka z ledwo oheblowanych desek, obok stał równie prosto wykonany stolik. W niektórych pokojach były zaś metalowe łóżka pokryte siennikami[18]. Nie pobył tam zbyt długo, co najwyżej dzień lub dwa. Rodzinne spotkanie musiało być bardzo intensywne tym bardziej, że z braćmi nie widział się już od prawie roku. Niestety nie mógł pozwolić sobie na dłuższy pobyt gnany partyjnymi obowiązkami.
 
Mniej więcej w tym samym czasie w Kazimierzu Dolnym przebywała Zofia Muszkat, która przyjechała na wypoczynek ze swoją przyjaciółką Wandą Kral.
Do Puław Dzierzyński wrócił po trzech tygodniach i przebywał tam dwa dni- 22 i 23 kwietnia 1905-ego roku. Wiosną nastrój na całej lubelszczyźnie był podminowany nastrojami rewolucyjnymi. Szczególnie głośno swe niezadowolenie wyrażali żołnierze skupieni m. in w garnizonie w Puławach. Napięcie urosło już do tego stopnia, że część żonierzy uciekła z koszar, pozostali zaś domagali się organizacji zbrojnego wystąpienia grożąc, że jeśli nikt nimi nie pokieruje, sami wezmą stery buntu we własne ręce. Sytuację zaogniła wiadomość, że dowództwo zamierza wysłać prowodyrów buntu na front rosyjsko- japoński.
 
Dzierzyński przyjechał do 71 pułku bielawskiego i 77 pułku tulskiego, gdzie został entuzjastycznie przyjęty. Będąc pod koniec marca w Puławach pisał do Zdzisława Ledera: „Ludnośc gotowa jest powstać, oczekuje tej chwili. W razie mobilizacji, malcziki (żołnierze- Z.F.) dadzą początek [19]”.
 
Tu właśnie miało rozpocząć się powstanie poparte przez okolicznych chłopów i robotników. Pierwsze z planowanych, miało się zacząć w nocy 23 kwietnia, ale nie doszło do skutku. Sygnałem do rozpoczęcia drugiego powstania zaplanowanego na 28 kwietnia miał być rewolwerowy wystrzał z terenu koszar.
 
Na miejscu był Feliks Dzierżyński, Adolf Warski oraz Edward Próchniak.
W zależności od źródła, które opisuje ten epizod, mogło być towarzyszy więcej. Nie doczekano się umówionego strzału. Prawdopodobnie ktoś zadenuncjował plany rewolucjonistów. W czasie, kiedy miało rozpocząć się powstanie, w kierunku koszar galopował oddział kozacki. Co prawda panowie mieli przy sobie rewolwery, ale użycie ich w konfrontacji z oddziałem uzbrojonych Kozaków byłoby niefortunne, tym bardziej, że wprawieni byli w pisaniu odezw, a nie w strzelectwie.
 
Zamiast wielkiego powstania skończyło się buncie w koszarach. Trzech naszych bohaterów, aby nie dostać się w ręce Kozaków, uciekło przez parkan. Jak zabawnie opisuje to zdarzenie Bożena Krzywobłocka, jedyną szansą na ucieczkę był skok przez wysoki płot. Warski był niezbyt sprawny fizycznie, a Próchniak niskiego wzrostu. Chudy jak patyk Feliks błyskawicznie podsadził Warskiego na parkan, dopomógł Próchniakowi wczłapać się na górę, by na koniec w ostatniej chwili samemu pokonał ogrodzenie. Powstanie nie wybuchło również w planowanych późniejszych terminach. 9 maja oba pułki zostały wysłane w głąb Rosji.
 
Tymczasem w świecie polityki nieporozumienia na tle prowadzonej działalności pomiędzy głównymi partiami rewolucyjnymi przybierały na sile, zwłaszcza pomiędzy PPS-em, a SDKPiL. Liderzy doszli do wniosku, że konieczne jest spotkanie, na którym należało uzgodnić wspólny front walki z caratem. Dzierżyński wielokrotnie rozmawiał z przedstawicielami PPS-u i Bundu. Zauważył również postępującą radykalizację tych partii, które coraz słabiej akcentowały walkę o byt i prawa robotników, a coraz silniej okazywały swój apetyt na władzę. Wiele działaczy PPS widząc taki stan rzeczy, rozumiejąc, że liderzy ich partii na barkach robotników chcą jedynie przejąć władzę dla swych partykularnych interesów, przechodziła do SDKPiL.
 
Dzierżyński sprzeciwił się wnioskowi Zarządu własnej partii, który domagał się wydania odezwy przeciwko PPS, ponieważ mogło to jeszcze bardziej zaognić relacje pomiędzy partiami. Twierdził, opierając się na swoim doświadczeniu, że zajadła i osobista krytyka PPS nie przynosi żadnego pożytku. W to miejsce zaproponował  wzmożoną agitację PPS-owców, polegającej na rzeczowej dyskusji, konfrontacji ich programu z rzeczywistością, by opisywać punkt po punkcie ich program wykazując słabe strony, wyjaśniać je i komentować. 26 mają 1905 roku donosił: „Obecnie robotnicy nasi zabrali się energicznie do przekonywania i agitowania pepesowych robotników i to im się udaje. Odezwa zaś stworzy mur pomiędzy robotnikami z PPS i naszymi. Należy natomiast napisać artykuł o tym zachowaniu się PPS; można go wydać osobno bez okrzyków: precz z PPS, precz ze zdrajcami etc. Artykuł taki jest bardzo pożądany- zada on cios PPS. W artykule tym nie tyle powinniście atakować, ile dokładnie opisywać fakt i analizować go. Powinno nam bowiem bardzo chodzić o robociarzy z PPS, których podobny ton artykułu nam pozyska [20]”. Rzeczowe, klarowne tłumaczenie linii SDKPiL mogło przyczynić się, w o wiele większym stopniu, do zrozumienia idei socjaldemokratów i pozyskania nowych członków.
        
Podobnie jak z PPS-owcami, tak również z bundowcami trudno było o porozumienie. Sytuacja nawet wydawała się trudniejsza, ponieważ z ich strony nie było woli do rozmów. Należało formułować myśli bardzo ostrożnie, aby nie być posądzonym o antysemityzm. Jak pisał Dzierżyński do Zarządu, bundowcy chcieli agitować wśród wojska, ale do tego potrzebowali organizacji nieżydowskiej, która działałaby pod ich patronatem. Pomysł ten, jak i wiele innych absurdalnych idei, bezceremonialnie torpedował w dyskusjach Dzierżyński jednocześnie uważając, że nie ma wśród Bundu partnera do poważnych rozmów.
 
O nich pisał 15 kwietnia 1905 roku: „Starają się wszelkimi sposobami przedostać się do naszych robociarzy, bezpośrednio omijając organizację; dają im swoje odezwy do rozpowszechniania etc.. etc. W swojej bezczelności jednak do tego stopnia „zaaportowaliś (zagalopowali- aut.), że w odezwie wydanej z powodu strajku podczas pogrzebu ofiar z Dzikiej ulicy, przypisali wyłącznie sobie strajk ten jako też strajk polskich robotników. Oburzenie na nich z tego powodu wśród robotników ogromne. Musimy teraz przeciwko nim prowadzić jak najostrzejszą agitację [21]”.


[1] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 60
[2] dorożkarze
[3] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 60
[4] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 61
[5] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 62
[6] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 62
[7] H. Bobińska. Pamiętniki tamtych lat, PIW, Warszawa 1963, s. 39
[8] N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, s. 40,  http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 22.03.2014r.)
[9] F.Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 180
[10] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 73
[11] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 158
[12] Tak określano aktywnych agitatorów
[13] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 163
[14] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 178
[15] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 191
[16] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 115
[17] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 193
[18] J. Szczepkowska-Szydłowska, Siła-Nowiccy z Wyląg, Wydawnictwo CLIO, Lublin 2003, s. 24
[19] T. Feder, Adolf Warski, Książka i Wiedza, Warszawa 1986, s. 71
[20] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 116
[21] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 115
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.