Burżuazja ma się czego lękać

rozdział XIV
 
Marcin Kasprzak
Symbolem rosnącego oporu polskiego społeczeństwa stał się Marcin Kasprzak. Urodzony w ubogiej rodzinie robotniczej, w dzieciństwie często zmieniał miejsce zamieszkania podążając za ojcem szukającym pracy. Osiadł w Swarzędzu, gdzie ukończył szkołę ludową, a następnie terminował w zawodzie piekarza i dekarza. Przez rok służył w carskiej armii, jednak z uwagi na słaby wzrok, został z niej zwolniony. Wyjechał do Berlina, gdzie związał się na początku z niemieckim SPD, a następnie ze środowiskami skupionymi w Szwajcarii wokół redakcji „Przedświt”. Rozpoczął działalność kolportażu prasy na terenie zaboru pruskiego i rosyjskiego oraz agitacyjną zdobywając wielu sympatyków i członków partii dzięki swemu robotniczemu pochodzeniu i sprawności organizacyjnej.
 
Był przeciwnikiem terroru politycznego, a jedyną przemoc jaką dopuszczał skierowana była wobec zdrajców i żandarmów. Popierał również terror ekonomiczny wobec właścicieli fabryk, którzy nadmiernie eksploatowali siły robotników. Przez większość czasu swej pracy rewolucyjnej związany był z PPS, jednak w ostatnich latach jego polityczne sympatie skierowały się w stronę SDKPiL. Do tej zmiany przyczyniła się Róża Luksemburg, która po tym, jak został posądzony o współpracę z policja carską i odcięty od środowisk socjalistycznych, jako pierwsza wyciągnęła do niego pomocną dłoń obdarzając go zaufaniem i pomagając oczyścić swoje imię.
 
Po powrocie ze Szwajcarii, w lutym 1904 roku rozpoczął organizację tajnej drukarni w Warszawie przy ulicy Dworskiej 6. Niefortunna znajomość z obserwowanym przez Ochranę działaczem socjalistycznym, Władysławie Feinsteinem przybyłym z zagranicy, zaważyła na dalszym losie Kasprzaka, bo właśnie Feinsteina poszukiwano, a nie drukarni. Agent Ochrany Puszkar wielokrotnie widział, jak Władysław Feinstein idzie do mieszkania na Dworskiej i spędza tam czasem kilka godzin. 27 kwietnia 1904 roku, po wyjściu z tajnej drukarni, Władysław Feinstein był przez chwilę śledzony, po czym został aresztowany na ulicy. Zaczęła się jego trzecia odsiadka. Informację o jego aresztowaniu podał między innymi Czerwony Sztandar.
 
Dom przy Dworkowej 6
Po nie długim czasie, kiedy Marcin Kasprzak ze swym przyjacielem Benedyktem Gurcmanem drukowali ulotki pierwszomajowe, do domu na Dworskiej wtargnęli policjanci- rotmistrz Winniczuk, sztabs-kapitan Ordanowski, Adryjan Pytlin i Bolesław Tarasiewicz. Byli przekonani, że aresztowanie Kasprzaka przyjdzie im z łatwością. Przeliczyli się. Nagły huk wystrzałów i kule lecące w ich kierunku nie pozowoliły im na żaden realizacje swego planu. Zostali powaleni. Piąty Wasyl Bowbiel otrzymał kilka ran kłótych i jedną kulę, jednakże nie śmiertelną. Zaraz po chwili Kasprzak i Gurcamn wybiegli z domu rzucając się do ucieczki, ale tym razem policja nie pozwoliła im na powodzenie planu. Dalsza ucieczka była niemożliwa ze względu na bardzo wysoki parkan jaki otaczał dom. Zostali zatrzymani na podwórzu.
 
Przebieg zdarzenia relacjonowany był w prasie o każdej orientcji politycznej i w każdej przedstawiony był inaczej. Jedna z wersji podawała, że o 6-ej rano policja przechwyciła chłopca, u którego znaleziono paczkę wydrukowanych proklamacji. Po przesłuchaniu w Cytadeli i uzyskaniu informacji rotmistrz z grupą policjantów ruszył do zajęcia drukarni.
Po aresztowaniu Kasprzak całą winę wziął na siebie starając się ratować swego towarzysza przed tragicznymi konsekwencjami, tym bardziej, że to nie on faktycznie pociągał za cyngiel. Policja nie uwierzyła zapewnieniom i 2 sierpnia 1904 obaj panowie stanęłi przed sądem wojennym mieszczacym się w pałacu Zamojskich przy zbiegu Nowego Świata i Krakowskiego Przedmieścia, co już samo w sobie było nadużyciem władzy, gdyż jako cywile nie podlegali jurysdykcji wojskowej. Carskiej władzy było wygodniej sądzić drogą postępowania wojennego, gdyż pod paragrafem 279, za którym zostali oskrażeni widniała jedna kara- śmierć.
 
Jeden z adwokatów Marcina Kasprzaka,  zasłużony obrońca środowisk socjalistycznych Stanisław Jan Patek zakwestionował kompetencje sądu wojennego, gdyż bardziej odpowienim sądem, do sprawy z oskarżenia o zabójstwo przez cywili, byłby sąd cywilny. Sąd nie zgodził się z wykładnią obrony i wniosek o zamianę sądu został odrzucony. Na czas procesu wszystkie budynki wokół pałacu obsadzone zostały wojskiem, policją i żandarmerią. Wśród przechodniów więcej było szpicli i tajmniaków niż mieszkańców Warszawy.
 
Wielkim zaskoczeniem zarówno dla obrony, jak i skarżącego prokuratora była przychylność sądu wobec  wniosku adwokata Kasprzaka o skierowano oskarżonego na badanie psychiatryczne. Dzięki temu zagraniu, udało się rozprawę odroczyć. Marcin Kasprzak miał przebywać w Ujazdowskim Szpitalu Wojskowym na obserwacji. Miał. Nie został tam przewieziony i przez cały czas siedział X Pawilonie Cytadeli.
 
Obroną drukarni żyła cała Warszawa. Podczas pobytu w więzieiu Kasprzak został zrehabilitowany w środowisku PPS, a w sierpniu 1905 roku decyzję tą zamieszczono w 136 numerze czasopisma „Naprzód”. 8 sierpnia 1904 roku odbyła się wielka demonstracja w Warszawie w obronie Kasprzaka i Gurcmana. Ponad dwustu robotników, do których stale przyłaczali się nowi ludzie szli Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem z okrzykami: Precz z sądem wojennym!, Precz z absolutyzmem!, Niech żyje Marcin Kasprzak! Niech żyje SDKPiL! Po drodze uczestnicy rozdawali gapiom odezwę, w której Zarząd partii krytykował sąd wojenny i przedstawił sylwetkę i osiagnięcia Kasprzaka, a przy okazji w ostrych słowach odniósł się do skierowania podejrzeń o zdradę rewolucjonisty insytnuowaną przez PPS.
 
26 września 1904 roku rozpoczęto przerwany proces, ale tego samego dnia przerwano, gdyż jeden z psychiatrów nie stawił się na rozprawę. Trzy dni później miała miejsce kolejna rozprawa i tym razem wezwany do wydania ekspertyzy przychylny prokuratorowi psychiatra prof. Szczerbak przyczynił się do opóźnienia toczącej się sprawy, wypowiadając się, że nawet jeśli Kasprzak jest symulatntem to stwierdzenie tego wymaga dłuższej, minimum pół rocznej obserwacji w warunkach szpitalnych. Rozprawę odłożono na ten czas, a sprawę Gurcmana powiązano ze sprawą Feinsteina. Rozprawa miała wiele momentów komicznych. Najwięszej rozrywki dostaczał Bowbiel miotając się w zeznaniach straciwszy rozeznanie w tym, jak ma mówić, by obciążyć Gurcmana. Jego odpowiedzi były często sprzeczne i nielogczne przez co komiczne. Gurcman w dalszym ciągu twierdził, że udziału w strzelaninie nie brał, Kasprzak zaś nie odpowiadał na żadne pytania.
 
Po miesiącach oczekiwania Marcin Kasprzak został przewieziony do szpitala na obserwację. Dziwnym zbiegiem okolicznosci, każdy kolejny lekarz, który miał wydać opinię, po pewnym czasie obserwacji był przenoszony w inne miejsce, a na jego miejsce przychodził nowy, który, jak poprzednik, nie miał okazji zapoznać się z pacjentem na tyle, by móc postawić diagnozę. W rezultacie ordynator szpitala Tiszkow po pięciu miesiącach obserwacji przez wielu zmieniających się lekarzy nie był w stanie wydać opinii o stanie zdrowia Marcina Kasprzaka.
 
Stanisław Patek
Jeden z obrońców, wspomniany Stanisław Patek, w decydującej rozprawie nie uczestniczył, wyjechał do Paryża na „podreperowanie zdrowia” pozostawiając swojego klienta z dwoma pozostałymi adwokatami Stahlem i Glasem. Sąd 1 września 1905 roku wymierzył Kasprzakowi karę śmierci. Benedykta Gurcmana skazał na 15 lat ciężkich robót. Mimo prośby SPD o interwencję do kanclerza Rzeszy, gdyż Kasprzak był jej obywatelem oraz wniesionej skargi kasacyjnej do cara przez obrońcę, wyrok utrzymano [1].
 
W dniu wykonania wyroku, 8 września 1905 roku przyszedł do celi Kasprzaka kapelan wojskowy Bilski, który miał go wyspowiadać. Kasprzak przywitał go śpiewając „Czerwony Sztandar”, a gdy ksiądz zaczął odmawiać modlitwy, patrzył się na niego z pogardą, smarkał, kaszlał, gwizdał, podśpiewywał, jednym słowem pokazał mu gdzie i jak głęboko ma księdza, jego bełkotliwe modlitwy i cała jego wiarę.
 
Gdy wszedł do celi kat, by ubrać go w „śmiertelną koszulę” i skrępować ręce, Kasprzak wypogodniał, bez sprzeciwu założył straceńcze wdzianko, wyprostował się i powolnym krokiem ruszył w kierunku szubienicy. Jego tragiczny los przeżywali z niewyobrażalnym smutkiem proletariusze. Feliks tak to wspominał w swym późniejszym przemówieniu: „Momentem przełomowym, który rozbudził nieustające odtąd wrzenie rewolucyjne w Warszawie i w kraju, była bohaterska obrona Kasprzaka przy najściu zbirów carskich na drukarnię Socjaldemokracji dnia 27 kwietnia 1904 roku. Strzały Kasprzaka jak iskra elektryczna zbudziły masy robotnicze i powołały je pod sztandar walki czynne j[2]”. Ta śmierć nie mogła pójść na marne.
 
W Królestwie Polskim bezustannie odbywały się manifestacje polityczne będące wyrazem niezadowolenia i buntu. W samym listopadzie 1904-ego roku niepokoje społeczne wyrażano w Ostrowcu, Kaliszu, Łodzi, Pabianicach, Sosnowcu i w Warszawie organizując manifestacje i strajki. PPS urządziła demonstrację Placu Grzybowskim bezwzględnie spacyfikowaną przez policję, w której rzucała okrzyki „Precz z caratem”, „Niech żyje niepodległa Polska”.
 
Sama partia daleka była od jednolitości poglądów. Młodzież pepeesowska skłaniała się ku drodze SDKPiL widząc skuteczna walkę w ogólnorosyjskiej, sprzymierzonej walce wszystkich sił. Powołano Organizację Spiskowo-Bojową PPS, która za cel postawiła sobie sianie terroru wśród władz zaborcy dokonując zamachów bombowych i napadów na funkcjonariuszy wojska i policji. Upadek Portu Artura w walkach z Japonią 2-ego stycznia 1905 roku unaocznił słabość i nieudolność imperium. Lenin, w wydanym wówczas artykule pisał: „Burżuazja europejska ma się czego lękać, a proletariat ma się z czego cieszyć”. Radość tą podzielał również Dzierżyński intuicyjnie wiedząc, że stary porządek świata chyli się ku upadkowi.
        
Feliks bezustannie podróżował po Królestwie mobilizując członków SDKPiL do pracy. Zjawiał się wszędzie tam, gdzie potrzebna była jego pomoc, organizował literaturę, ulotki, pomagał formułować działaczom zadania polityczne i ekonomiczne, organizował punkty kolportażu i transport nielegalnych materiałów propagandowych. Nie było to takie łatwe. Gazety i literatura musiała być tak spakowana, aby w razie wpadki paczki w ręce policji, do odbiorcy dotarł inny komplet tych samych pozycji.
 
W każdej z przesyłek było kilka innych odpowiednio spakowanych, które rozsyłano dalej bez potrzeby ponownej segregacji. Należało też przesyłki upodobnić do wysyłek litewskich książek religijnych. Często do transportu używano walizek ze specjalnie przygotowanym podwójnym dnem, jednak z czasem policja wpadła na ich trop, ponieważ wszystkie walizki pochodziły z jednej fabryki i wyglądały tak samo. Zaczęto więc wysyłać literaturę w różnych walizkach samodzielnie robiąc sztuczne dno, pod które wkładano wydane na cienkim papierze ulotki i gazety.
 
Transportem zajmowali się sympatyzujący z SDKPiL studenci i osoby związane z partią i podróżujące po kraju. Zapotrzebowanie było tak wielkie, że ktoś wpadł na pomysł szycia specjalnych pancerzy pod ubranie, gdzie w odpowiednich miejscach na plecach, brzuchach, udach mieściły się przegródki na bibułę. Wszywano też materiały w spódnice, a nawet w staniki. Kobietom często trudno było rozstać się z przemytniczym ubraniem, bo wyglądały w nich solidnie, co uchodziło wówczas za kanon piękna kobiecej urody. Kilkudniowa podróż, zwłaszcza latem, w takim pancerzu nie należała do przyjemności, jednak cierpienia wynagradzała radość odbiorców z otrzymanej literatury.
 
W każdym miejscu, z którego wyjeżdżał Feliks, pozostawiał po sobie wzniecony żar skutkujący wybuchającymi manifestacjami i strajkami. Zawsze przyjmowany był w skupiskach robotniczych z wielką serdecznością. Dzierżyński potrafił zjednywać sobie ludzi, sprawiać, że uwierzyli w jego poglądy i szli za nimi. Wiele czasu spędzał na rozmowach nie tylko politycznych, ale i o sprawach codziennych, o rozrywkach i bolączkach. Bywał w robotniczych domach na obiadach i wieczornych tańcach. Za tą otwartość i szczerość bardzo go ceniono. Jak później wspominała jego żona, Zofia Dzierżyńska, Feliks uważany był za nieustraszonego i niezłomnego działacza partii, opowiadano legendy o jego męstwie i bohaterskich ucieczkach z zesłania.
 
W tym okresie Dzierżyński kilka dni spędził w Częstochowie, a z niej wyjechał do Żyrardowa w bezustannej podróży po robotniczych miastach. Wszędzie, gdzie się pojawiał, przedstawiał żądania SDKPiL, z których najważniesze mówiły o zniesieniu caratu i powołaniu Konstytuanty wybranej w wyborach powszechnych, bezpośrednich, równych i tajnych, ustanowieniu w Rosji republiki demokratycznej z autonomią dla Królestwa Polskiego, o podwyżce płac i wprowadzeniu ośmiogodzinnego dnia pracy.
Był bardzo aktywny w Łodzi, gdzie zagrzewał robotników do walki o ośmiogodzinny dzień pracy. Gdy przemawiał w tłumie, stał na splecionym z robotniczych rąk koszyku, które podnosiły go, by był widoczny dla wszystkich i by jego głos do wszystkich dotarł. A kiedy pojawiali się szpicle i policja, robotnicy momentalnie opuszczali go i w ten sposób Dzierżyński dosłownie rozpływał się w tłumie.
        
Przez cały czas informował w listach Zarząd o rozwoju partii, opisywał wydarzenia, zamieszczał w nich wytyczne i swoje pomysły.  Faktem jest, że dzięki wysiłkowi Dzierżyńskiego, przez sześć miesięcy 1905 roku SDKPiL wydał w łącznie około 54 tysiące egzemplarzy najprzeróżniejszych materiałów propagandowych. Już w 1904-tym roku SDKPiL była partią masową, by dwa lata później móc się szczycić trzydziestoma tysiącami aktywnych członków, do których bardzo szybko dołączali się liczni studenci odnajdujący swe polityczne poglądy w programie SDKPiL.
        
W dużej mierze było to zasługą Feliksa Dzierżyńskiego, który bezustannie rozmawiał, motywował, przekonywał czy to w rozmowach czy w licznej korespondencji swoich oponentów i czy też wzmacniał poglądy swych towarzyszy. Przykładem tego jest list, jaki Dzierżyński wysłał do jednego z towarzyszy partyjnych 3 lipca 1904 roku: „Jak wiecie kongres się zbliża i odbędzie się w Amsterdamie, który jest stosunkowo blisko Londynu. Otóż czy nie moglibyście na własny koszt pojechać na kogres, jako jeden z naszych delegatów. Wręczylibyśmy Wam jeden z mandatów delegacji krajowej, które nam nadesłano z kraju do rozporządzenia? Przy tej sposobności zetknęlibyśmy z sobą, co bezwarunkowo dla sprawy byłoby bardzo pożyteczne. Partja nasza jak wiecie tak jest niezamożną, że będzie mogła na własny koszt wysłać 1-2-ch najwyżej delegatów, odpiszcie mi w tej sprawie jak najprędzej, bo czas nagli[3]”.


[1] http://1917.net.pl/node/2990 (odczyt z dn. 13.01.2015r.)
[2] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 152
[3] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 114
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.