Het tam gdzieś jest słonko

rozdział XIII
 
Na przełomie marca i kwietnia 1904 roku Feliks wyjechał pełen obaw do Szwajcarii odwiedzić Julię Goldman. Stan Julii, w jakim ją zastał, przeraził go. Julia konała. Nie odstępował od jej łóżka, towarzyszył jej w ostatnich dniach czule się opiekując. Na pocztówce, którą wysłał do Aldony z 1904 r. pisał: „Julia zmarła 4.IV. Nie mogłem odejść od jej łóżka dniem i nocą. Strasznie cierpiała. Umierała przez cały tydzień, nie tracąc świadomości do ostatniej chwili [1]”.
 
Julia zmarła na rękach Feliksa. Kolejne tygodnie pogrążyły go w przeogromnym bólu, z którym podzielił się z Aldoną pisząc po powrocie z Krakowa 24 czerwca 1904 roku: „Dziękuję za twoje serdeczne słowa. Istotnie, czuje się dość podle. Dużo powodów się zebrało. Jest tu teraz taki upał, pył i smród, że oddychać nie ma czym. Z resztą to jest mniejsza. Najgorsze, że jestem teraz apatyczny do wszystkiego i nie chce mi się nic robić ani myśleć, ani czuć, ani żyć. Jedyne o co marzę, to wyjechać gdzieś na wieś. Są to jednak marzenia- nie mogę stąd wyjechać i jak automat muszę swój tryb życia dalej prowadzić. W walce urwało się w mej duszy i życiu prawie wszystko po kolei, com wyniósł z domu, z rodziny, z czasów szkolnych i- pozostała we mnie jedna sprężyna, która z nieubłaganą siłą pcha mnie ku końcowi. Być może im prędzej to nastąpi- tym lepiej dla mnie.
 
Nie przerażaj się, Aldono moja, jest to być może chwilowy nastrój i być może przejdzie wkrótce. Ucałuj dziatki mocno ode mnie. Całuję Cię też mocno. Z jaką rozkosza objąłbym te lasy nasze i łaki, dom nasz, sosny na podwórzu i w ogrodzie i całe ustronie nasze. Gdybym wrócił i one byłby inne i ja tak się zmieniłem. Tyle lat, tyle życia i cierpień, i radości i smutków upłynęło. Bywajcie zdrowi. Ściskam Was mocno. Wasz Feliks [2]”.
 
Kartkę Feliks zaadresował do Dzierżynowa, Iwieniec, gubernia mińska. Nastrój ten utrzymywał się przez kolejne tygodie. Na datowanej 24 sierpnia 1904 roku zwykłej karcie korespondencyjnej pisał niedbale z mokrego od deszczu Krakowa do siostry: „U mnie nic nowego. Siedzę tu, jak i dawniej i czas mi schodzi. Piszę Ci kartkę tylko, bo rzeczywiście nie mam o czym pisać. Ostra tęsknota i ból przeszły i nastąpiła apatia. Tak czy owak- żyć trzeba. Tak chciałbym uściskać Cię i dzieci [3]”. Wydarzenia ostatnich miesięcy zdruzgotały go i sponiewierały.
 
Parę miesięcy później umarła córka Aldony, trzyletnia Helena Bułhak. Było to trzecie jej dziecko, które zmarło zdecydowanie przedwcześnie. Feliks jeszcze nie otrząsnął się po śmierci Julii, kiedy pisał niezbyt wyraźnie, drobnymi litermi do siostry list z 3 (20) września 1904 roku przepełniony pokorą i pogodzeniem się z losem: „Moja Aldonuś Kochana! List Twój smutny i mnie smutkiem przejął. Nie będę cię pocieszał- trzeba przeboleć, a cierpienie to udział ludzki, a wierzaj, szczęśliwi ci, co zasnęli na wieki. Żyć trzeba; temu kto żyje- trzeba płakać, trzeba się męczyć, trzeba żyć dla innych, aż śmierć przyjdzie, jak złodziej w nocy i nas wyzwoli i błogosławić jej powinniśmy. A stokroć szczęśliwsi ci, którzy nie zaznali tego życia i zasnęli. A Ty musisz się męczyć, nie możesz nie płakać- powinnaś żyć, przeboleć to, znów się męczyć i wreszcie sama zaśniesz. Ja tęsknię za tym wyzwoleniem i często zdaje mi się- już, już tak blisko ono- złudzenia to jednak i dalej żyć muszę. Jestem zmęczony życiem. Ten sam los, który mię zmęczył, chwieje się, lecz dość ma życia, by zatruć mi życie.
 
Pytasz jak żyję? A więc się męczę i to moje szczęście. Kończę, Aldonuś moja – żal Twój jest moim żalem i łzy Twe są mymi łzami- het tam gdzieś jest słonko, są różne dla nas te słonka, lecz patrzmy w nie, a ból nasz się ukoi, a ciepło wstąpi do serc naszych, bo zrozumiemy sens naszych cierpień, ich posłannictwo”. Dopisał: „Całuję i ściskam Cię mocno, goraco i długo! Twój Feliks [4]” przy czym jak zwykle jego imię było napisane zupełnie niedbale i nieczytelnie.
 
W kolejnym liście z 5 (18) grudnia 1904 r. o sobie napisał nie wiele, fizycznie czuł się dobrze. Narzekał na problemy ze snem. Albo spać mógł godzinami, albo nie mógł zasnąć przed czwartą czy piątą nad ranem. Brakowało mu rodziny, za którą tęsknił, tak bardzi chciał znów spotkać się z ukochaną siotrą i jej dziećmi. Pisał: „Chciałbym być u Was- zobaczyć dzieci- podokazywać z nimi i przypomnieć dawne dzieje- stare dzieje. Przykro mi, że sprawiłem Ci taki kłopot moją kartką ostatnią- wiesz przecież, że jednak dam sobie radę, jak dotychczas ta ciągła walka o byt okropnie nuży i męczy- krępuje mnie w mych przedsięwzięciach- przecie ja nie mam dzieci, sam jeden jestem- a więc nigdy nie krępujcie się mną [5]”.
 
Budynek przy ulicy Szlak 47 (obecnie 53)
Przez drugą połowę 1904-ego roku Feliks pracował w Krakowie jako sekretarz Komitetu Zagranicznego SDKPiL, często jeździł do Królestwa. Jeszcze tak niedawno był w Berlinie, później wrócił do Krakowa, wyjechał do Wyląg, do Szwajcarii i teraz znów powrócił do Krakowa. Dzierżyński umiał się zgubić policji w świecie, umiał też w samym Krakowie. Kilka czynnych i jeszcze więcej spalonych adresów przepolotło się przez jego krakowskie życie. Nie wiadomo było czy pod danym adresem faktycznie mieszkał czy też dochodziła tam do niego poczta. Raz był to Szlak 30, II piętro, innym razem Szlak 47, II piętro, gdzie listy adresowane miały być na nazwisko Włodzimierza Monikowskiego. O tym adresie powiadomił Aldonę między wierszami treści kartki z 7 sierpnia 1904 roku. Na ulicę św. Anny 6 Collegium Physicum przychodziła jedynie korespondencja na nazwisko Bronisława Karłowicza. O adresie tym pisał Aldonie wcześniej, 12 marca 1904 roku z tym, że nazwisko adresata było Józef Baranowski- konspiracja.
 
Pod koniec roku pojawił się na dłużej w Warszawie, w której niezadowolenie społeczne i strajki dawały się wyraźnie we znaki. W Galicji starał się o organizację wystawy poświęconej okrucieństwom caratu podczas wojny na Dalekim Wschodzie. Zebrano bardzo wiele materiałów, ale tuż przed jej otwarcem, władze austriackie zabroniły ich upublicznienia powołując się obawy reakcji „zaprzyjaźnionego rządu” carskiej Rosji.
        
Tą pełną społecznego napięcia sytuację zaczęli wykorzystywać różnej maści socjaliści i najprzeróżniejsi rozłamowcy. Oczywiście każde z polskich stronnictw politycznych oczekiwało od caratu czegoś innego, co w obliczu braku umiejętności porozumiewania się przez Polaków samymi ze sobą, nie mogło zakończyć się dobrze. Stronnictwo Polityki Realnej- kanapowa partia ideologicznych mitomanów z wyższych sfer domagało się tolerancji wyznaniowej dla katolików i powrotu języka polskiego do urzędów i szkół. Jakby nie patrzeć, nijak te postulaty nie zapewniały pracy setkom tysięcy ludzi. Partia ta kolaborowała z carską policją i pomimo tego, że jej członkami były społeczne elity, nie cieszyła się ani poważaniem, ani prestiżem.
        
PPS ostro krytykowała Dzierżyńskiego i SDKPiL szczególnie wobec nasilających się dążeń rewolucyjnych i za jej internacjonalistyczne stanowisko. W swoich manifestach wystawiała jedynie żądania ekonomiczne nie przywiązując większej wagi do żądań politycznych za wyjątkiem nacjonalistycznej potrzeby odzyskania niepodległości Polski. PPS dzieliła się na wiele frakcji i dość ciężko było uzyskać w tej organizacji jednoznaczną deklarację dążeń. Wspólną cechą wszystkich jej frakcji było marzenie o antyrosyjskim powstaniu.
        
Dlatego też PPS nie pozwalała o sobie zapomnieć. Jej frakcja bojowa odnotowywała sukces za sukcesem grając na nosie caratowi i, jak sądzili sami bohaterowie opisywanych w „Naprzedzie” sensacyjnych doniesień, przyczyniali się do znaczego osłabienia pozycji Rosji w walce z Japonią zwłaszcza serią zamachów bombowych na pomniki i mosty kolejowe. Sukcesem zakończył się też zamach na druty telegraficzne między Łodzią, a Koluszkami, a w Częstochowie udało się odrąbać kawałeczek pomnika Aleksandra II, podobnie jak w Radomiu uszkodzono mur przy cerkwi.
 
O walce PPS z carską Rosją z rozbawieniem donosił Czerwony Sztandar pisząc: ”… może PPS sadzi, że przyspieszyła upadek Portu Artura tem, iż pociąg z Radomia wyruszył przypuśćmy o pół godziny później w drogę, przeczekawszy, aż dziura, którą zrobili w deskach mostu, została zreperowana?” I dalej czytamy w komentarzu dającym dobitne rozeznanie w różnicach pomiędzy PPS, a SDKPiL: „Jesteśmy przeciwnikami terroru, że zabijanie jednostek jest bezcelowe i nie może zmienić samego systemu rządowego, który usunąc należy. Ale zamachy na ministrów, np. na takiego Plehwego, są przynajmniej logicznie zrozumiałe, choć zupełnie błędne jako sposób walki. Natomiast zamachy na druty telegraficzne pod Koluszkami lub na most pod Radomiem- to już wprost zakrawa na jakąś szopkę, na zapusty „rewolucyjne”, na proste błazeństwo. (…) Naturalnie, młodzi studenckiej i gimnazjalnej, gęsiom płci żeńskiej i męzkiej wiadomości o „dynamicie”, „bombach”, „wybuchach” na mostkach i słupach telegraficznych olbrzymio imponują [6]”-
          
W szeregach władz PPS powstał pomysł, aby uzyskać od Japończyków, będących w stanie wojny z Rosją, wsparcie podczas planowanego powstania wolnościowego w Królestwie Polskim mając nadzieję, że Japonia rękami Polaków chętnie przyczyni się do destabilizacji wspólnego, potężnego wroga. Był to bardzo śmiały i przewrotny plan, jednak jego finał dość absurdalny. Zanim Piłsudski dotarł do Tokio prosząc o wsparcie, był tam już w połowie maja 1904 Roman Dmowski przywódca Narodowych Demokratów.
 
Dmowski przekonywał w rozmowach z przedstawicielami rządu Japonii w obecności Piłsudskiego, że wzniecenie antyimperialistycznego powstania byłoby zgubne dla Polski i praktycznie nie przedłożyłyby się na jakiekolwiek zyski Japonii. Z rozmów wyniknęło to samo, jakby ich nie było. Japonia odmówiła wsparcia finansowego w walce z Rosją Polakom i zapewne jej przedstawiciele długo nie mogli wyjść ze zdziwienia, dlaczego Polacy, zamiast uzgodnić wspólny front, kłócić się muszą zagranicą.
          
Roman Dmowski twierdził, że należy od caratu drobnymi krokami domagać się powiększenia autonomii i walczyć o legalizacje języka polskiego w szkołach, urzędach i samorządach wiejskich. Nikt tak jak endecy nie dbał o majątki polskiej, wyzyskującej burżuazji. Widocznie endecy mieli dobre posady i godziwe zarobki w imperialistycznym reżymie, także z pewnością nie borykali się z głodem, bezrobociem i brakiem szans rozwojowych, obca była im nędza i wyzysk.
 
Endecja stanowczo odcinała się od wszelkich ruchów rewolucyjnych, niepodległościowych i jakichkolwiek gwałtownych żądań, a jedyną słuszną metodą walki uznawała wysyłanie petycji do cara. Same petycje pisane były w bardzo uległej formie, będące raczej formą modlitwy błagalnej do boga niż twardym postawieniem warunków. Przedstawiano w nich obraz fatalnych warunków życia, jednocześnie nie urażając samego cara pisząc, jakoby ich władca żył w nieświadomości odgrodzony od informacji od swego ludu, który cierpiał i czeka na zmiłowanie. Przedstawiano też propozycje zmian, chęci współpracy, oddania i wierności carowi, zapewniano o potędze Rosji pod rządami dobrotliwego cara, o gotowości pomocy w rozwiązywaniu społecznych problemów. Niestety, jedynymi osobami, którzy czytali te petycje byli jej nadawcy. Car nawet nie dowiedział się o ich istnieniu, a jego urzędnicy nie mieli ochoty czytać wylewu wiernopoddańczych próśb.
 
W swojej megalomanii endecy, kilka miesięcy później, przeszli samych siebie proponując carowi, że sami stłumią polskie ruchy rewolucyjne w zamian za władzę na terenie wydzielonej autonomii polskiej. Była to jawna zdrada narodu polskiego, o której dzisiejsi jej spadkobiercy wolą nie mówić. Oczywiście te absurdalne i zarazem haniebne żądania nie spotkały się z odzewem caratu. Endecy zostali zignorowani. Osiągnięcia endecji tego okresu to przede wszystkim działalność literacka, antagonizowanie narodów polskiego i żydowskiego, organizacja bestialskich bojówek mordujących działaczy PPS, SDKPiL oraz Bundu. Istniały zasadne podejrzenia, że endecy współpracowali z caratem i tak też byli przez społeczeństwo postrzegani. Stosunek Dzierżyńskiego do Dmowskiego był na wskroś pogardliwy.
          
Dobrego zdania o endecji nie miała również Róża Luksemburg, która wielokrotnie występowała z krytyką narodowców określając ich jako burżuazyjnych nacjonalistów, partię dążąca do utrzymania i uwiecznienia wyzysku kapitalistycznego czy partię oszukującą lud pracujący, aby w rezultacie ubezwłasnowolnić go na korzyść wyzyskiwaczy polskich i cara rosyjskiego. Poza wymienionymi ugrupowaniami, do głosu dochodzili też anarchiści, głownie wybuchami bomb w atakach terrorystycznych na carskich urzędników i na carskie instytucje. Wszystkie zaś partie łączyła jedna idea: wzajemna zajadła krytyka.
        
Na tle żądań tych ugrupowań, program SDKPiL zakładający wszechrosyjską rewolucję połączonych sił narodowościowych wszystkich socjaldemokratów dla obalenia całego systemu, wydawał się być, nawet dziś, najrozsądniejszy pod względem strategicznym, jak i wizji kraju po rewolucji obiecując równość i sprawiedliwość społeczną wszystkim uciemiężonym warstwom społecznym. SDKPiL miała najdłuższą listę roszczeń wobec caratu. Stanowczo żądała ośmiogodzinnego czasu pracy, zniesienie nadgodzin i pracy nocą, ubezpieczenia państwowego, podwyżki płac, zniesienia dotkliwych kar, robót publicznych dla bezrobotnych, zniesienia samowładztwa i utworzenie republiki demokratycznej, a w swoich manifestach zawarła jeszcze długą listę pomniejszych życzeń.
 
Była zdecydowana i gotowa do walki o lepsze jutro pod hasłem „Wojna wojnie!”. W swoich ulotkach zachęcała do walki słowami: „Ta wojna na Dalekim Wschodzie może być grobem absolutyzmu i początkiem wolności politycznej… od was, robotnicy, to zależy. Rząd carski w wojnie tej stanął nad brzegiem przepaści, strąćmy go w przepaść [7]”.
 
W życiu Feliksa Dzierżyńskiego nie zanosiło się na zmiany. Minęło już siedem miesięcy od śmierci Julii Goldman. Powoli kończył się fatalny dla uczuć Feliksa rok 1904. Śmierć Julii, śmierć córki jego siostry Aldony, ostre zawirowania polityczne na arenie międzynarodowej, problemy z własnym zdrowiem, bezustanna walka z caratem, PPS-em, Bundem, endekami, wystąpienia na wiecach, żmudna praca organizacyjna i niespełniona nadzieja na wybuch ogólnorosyjskiej rewolucji. Ten bezustanny ruch, wydarzenia, wir zajęć sprawiał, że miał problemy z zasypianiem. Jedynie marzenia utrzymywały go przy życiu, dodawały sił i wzbudzały energię, której często mu brakowało. Marzenia towarzyszyły mu od dawna i nigdy nie opuszczały, nawet gdy życie dawało mu w kość, kiedy siedział w więzieniu, kiedy był na zesłaniu. Nigdy, w nawet najgorszych momentach nie przestawał marzyć o lepszym świecie, na jaki zasługuje ludzkość.
 
Sabina Feinstein
Będąc w Warszawie często zachodził do kawiarni na ulicy Żelaznej 68, która prowadziły trzy sympatyzujące z socjaldemokratyczną partią panie. Było to stałe miejsce spotkań esdeków, na których Dzierżyński objaśniał wiele zagadnień i kurs, jakie obrała partia. Spotykał się z wieloma ludźmi w ich mieszkaniach, biegał na zebrania aktywistów, bywał w warsztacie szewskim u Truszewskiego znajdującego się tuz przy browarze Haberbusza, gdzie miejsce spotkań mieli SDKPiL-owycy. Widywał się tam z córką właściciela, aktywną członkinią partii, której okazywał wiele sympatii- Wandę Truszyńską.
 
Był również na odprawie aktywistów partyjnych na ulicy Leszno 102 w mieszkaniu towarzysza Golaka, zachodził  na Żytnią 14 do Andrzeja Rybki, kiedy miał do zlecenia jakąś bardzo ważną sprawę na terenie Warszawy. Czasem zostawał tam na noc.
 
Na Feliksa pochłoniętego bez reszty pracą zalotnie spoglądały dwie kobiety, Michalina i Sabina. Obie były siostrami przyjaciela Feliksa- Władysława Feinsteina używającego nazwiska Zdzisław Leder na cześć Jana Ledera działacza rewolucyjnego drugiej połowy XIX wieku, nosił też pseudonim „Zły”. Jak wspominała Zofia Dzierżyńska, pseudonim ten zrodził się z jego wyjątkowej zajadłości w dyskusjach politycznych z pepeesowcami. W późniejszym czasie, Władysław przejął konspiracyjne nazwisko za swoje własne.
 
Sabina Feinstein
Rodzina Feinsteinów była reprezentantem żydowskiej inteligencji w pełnym stopniu zasymilowaną z polskością. W domu Feinsteinów nie obchodziło się ani świąt żydowskich, ani też nie dbało o kultywowanie żydowskiej tradycji i obyczajów uznając je za zmierzch przeszłości i przeszkodę w rozwoju intelektualnym i osobowościowym, natomiast bardzo silnie ugruntowana była tolerancja dla innych wyznań czy poglądów społecznych nie będących w skrajnej sprzeczności z socjalistyczną dialektyką. Była to rodzina, również jak owe czasy, na wskroś nowoczesna, patrząca na świat spoza pryzmatu utartych schematów czy doktryn religijnych.
 
Doskonałym przykładem wychowania pięciorga dzieci Ludwika i Róży było wspomnienie Sabiny Feinstein, kiedy jako młoda uczennica wraz z siostrą wróciły ze szkoły radosne i dumne do domu chwaląc się wyróżnieniem w nauce. Ku zaskoczeniu spotkały się z szyderstwem i pouczeniem ze strony rodziców, że w zaborze rosyjskim nie należy walczyć o dobre stopnie, gdyż nie jest to czyn patriotyczny[8].
        
Można odnieść wrażenie, że w domu Feinsteinów nie ceniło się nauki- wręcz przeciwnie. Nauką była świadomość, wrażliwość i umiejętność pomagania i pracowania na rzecz biedniejszych, słabszych, wykluczonych w duchu prawidłowo pojmowanego patriotyzmu. Ojciec Władysława, Sabiny i Michaliny, a także dwojga pozostałych rodzeństwa posiadał bardzo bogatą, wręcz encyklopedyczną wiedzę. Ich matka- Róża znała biegle kilka języków, a niemieckim posługiwała się doskonale i mówiła zupełnie bez polskiego akcentu. Fascynowała się kulturą niemiecką i literaturą. Wszystkie umiejętności i wiedzę przelewano na dzieci.
        
Rodzeństwo Feinsteinów, a także rodzina od strony matki aktywnie działała w SDKPiL. Michalina Feinstein, pseudonim „Zofja” jako pierwsza z rodzeństwa została zawodową rewolucjonistką bez reszty poświęcając się pracy na rzecz rewolucyjnych przemian świata. Już w szkole udzielała się w socjalistycznych kółkach samokształceniowych. Do partii przystąpiła w 1901 roku, gdzie zajmowała kierownicze stanowiska zajmując się robotniczą oświatą. Często kolportowała nielegalne wydawnictwa i utrzymywała bezpośredni kontakt z Zarządem Głównym SDKPiL w Berlinie.
 
Michalina Feinstein
Sabina Feinstein, rok starsza od Michaliny, po ukończeniu szkoły dla dziewcząt również, podobnie jak jej siostra, działała w SDKPiL, jednak nigdy do partii nie przystąpiła. Była bliską współpracowniczką i przyjaciółką Róży Luksemburg. Zajmowała się wspomaganiem więźniów politycznych, pisała korespondencje dla prasy partyjnej oraz dokonywała wielu tłumaczeń znając biegle pięć języków obcych: rosyjski, niemiecki, francuski, angielski oraz włoski.
 
W 1890 roku, w wyniku pechowego zamówienia sporej partii gorsetów, które wyzwolone i wyemancypowane kobiety masowo zrzucały, sklep ojca, z którego utrzymywała się cała rodzina, znacznie podupadł, co stało się powodem pogorszenia standardu życia rodziny. Materialne utrzymanie rodziny przypadło Sabinie. Pracowała w Łodzi, która w owym czasie była wielkim, rozwijającym się miastem, z którym łączyło nadzieję lepszego życia wielu tysiący ludzi. Przyjechała tam za namową swojej kuzynki- Eddy Tanenbaum i zatrudniła się w jednej z prawniczych kancelarii.
 
Władysław Feinstein po ukończeniu gimnazjum, gdzie zwrócił uwagę nauczycieli swoimi szerokimi zdolnościami, rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, skąd na drugim roku został wyrzucony za odmowę posługiwania się językiem rosyjskim w kancelarii uczelni. Od 1902-ego roku aktywnie działał w SDKPiL. Po raz pierwszy został aresztowany w 1903-im roku podczas majowej demonstracji. W 1904 roku został wysłany do Krakowa jako sekretarz Biura Zagranicznego SDKPIL, gdzie aktywnie zajmował się również redagowaniem „Czerwonego Sztandaru” i „Z pola Walki”. Z tego czasu wzięły się początki znajomości z Feliksem Dzierżyńskim. Zanim spotkali się osobiście, wielokrotnie korespondowali w sprawach partyjnych.
 
Michalina Feinstein
W listach odnaleźli czerwoną nić porozumienia, doskonale im się współpracowało i na tym podłożu powstała ich przyjaźń. O jej początku Feliks pisał: „Gdy Władka z listów partyjnych poznałem, przywiązałem się doń, nie znając go, a dziś żywię do niego jakieś rzewne uczucia- kocham go [9]”. Od czasu, gdy doszło do ich spotkania, Feliks zaczął być częstym gościem w domu Feinsteinów.
 
Zarówno Michalina jak i Sabina zauroczone były przystojnym, pełnym wdzięku, wysokim- liczył sobie 175cm wzrostu, o przenikliwym, zuchwałym spojrzeniu sarnich oczu młodym rewolucjonistą. Ten zauważał jedynie Sabinę, bardziej nieprzystępną, niezależną, odporną na wpływy i porywy duszy pomijając zupełnie Michalinę. Gdzieś, w początku 1905-ego roku, w tle gorączkowych, pełnych nadziei i zarazem burzliwych wydarzeń tego roku, od jednego spojrzenia zrodziło się ogniste, namiętne i tragiczne uczucie dające początek burzliwego romansu, wielkiej, przepełnionej wspaniałymi wzlotami i bolesnymi upadkami miłości.
        
Zofia Muszkat
Ale nie tylko Sabina i Michalina wzdychając spoglądały na Feliksa. Na przełomie 1904 i 1905-ego roku gwiazda miłości zaświeciła nad Zofią Muszkat, choć nie tak srebrzystym blaskiem, jak nad głowami Sabiny i Michaliny. Zofia Muszkat była córka ekonoma niewielkiego majątku pod Warszawą, Zygmunta Muszkata i Salomei Stanisławy Liebkind. Ojciec brał udział w Powstaniu Styczniowym zajmując się dostarczaniem broni i zaopatrzeniem w żywność powstańcom ukrywającym się w lesie. Po klęsce powstania, Zygmunt został subiektem w jednej z warszawskich księgarń. Nie ukończył żadnej szkoły w młodości, nawet żadnej nie zaczął. Jego oficjalna edukacja opierałą się na wątłej podwalinie nauki w szkółce niedzielnej. Zygmunt był bystrym samoukiem. Zainteresował się buchalterią i z powodzeniem się nią zajmował. Nauczył się też samodzielnie języka niemieckiego.
 
W rodzinie Muszkatów panowała niezwykła harmonia, zgoda, a dzieci- Zofia i Stanisław, wychowywane były na porządnych, uczciwych ludzi. Mieszali na Krakowskim Przedmieściu koło placu Zamkowego w mieszkaniu z pięknym widokiem na Wisłę i most Kierbedzia. Matka- Salomea Stanisława była osobą niezwykle ciepłą i wyrozumiałą. Z szacunkiem traktowała ich pomoce domowe- interesowała się ich życiem i problemami, często pomagała im w osobistych sprawach. Doskonałym przykładem jej zaangażowania i dobroci było to, że niania, która wychowała Stanisława, kiedy w starczym wieku oślepła i nie nadawała się do pracy, pozostała przy rodzinie Muszkatów będąc traktowaną jak członek rodziny. Salomea opiekowała się także swoimi siostrami, braćmi i ich rodzinami.
 
Od matki Zofia poznała świat rysowany patriotycznymi głoskami polskich lektur i pieśni patriotycznych, które dzieci znały na pamięć często wraz z matką śpiewając. W siódmym roku życia Zofia znalazła się w prywatnym przedszkolu siostry ciotecznej Julii Unszlichtówny, de domo Muszkat, gdzie przygotowywała się do pierwszej klasy polskiej szkoły żeńskiej. Harmonię życia rodziny Muszkatów zaburzyła śmierć matki w 1891 roku podczas porodu. Po tym ciosie, który wszyscy członkowie rodziny przeżyli bardzo mocno, rodzina wyprowadziła się ze staromiejskiego mieszkania do jednopokojowego mieszkania w oficynie na Marszałkowskiej 148 należącym do ciotki Doroty prowadzącej niewielki zakład bieliźniarski.
 
W 1892 roku Zygmunt Muszkat ożenił się po raz wtóry z Karoliną Szmurło- córką Augusta Szmurło, który był tak jak i ona malarzem. Dzieci z początku bardzo ją polubiły, jednak ta nigdy nie potrafiła zastąpić im matki, ani odwzajemnić oczekiwanej przez nich miłości. Wprowadziła do domu drobnomieszczańskie zasady przeplatane ze szlacheckimi zabobonami osób szukających dowartościowania się w wyższych sferach. Zmuszała dzieci do chodzenia do kościoła, zmawiania pacierza i sprawiania wizerunku przed sąsiadami, prawdziwej, patriotycznej i pobożnej polskiej rodziny. Ta rysa na, do tej pory, harmonijnej rodzinie, z czasem pogłębiała się tworząc przepaść pomiędzy Karoliną, a Zygmuntem i jej dziećmi.
 
Podział na lepszych i gorszych uwidocznił się jeszcze bardziej, kiedy Karolina urodziła Czesława, brata przyrodniego Zofii, któremu poświęcała cała swoją uwagę do przesady rozpieszczając brzdąca. W domu pojawiły się kłótnie macochy pretendującej do bycia arystokratką gardzącą robotniczym plebsem, a demokratycznie nastawionym ojcem. Niebagatelna uroda Karoliny stała się zupełnie nieprzydatna w zacieśnianiu więzi rodzinnych.
 
W 1891 roku Zofia Muszkat została przyjęta do prywatnej, sześcioklasowej szkoły żeńskiej pani Jadwigi Sikorskiej. Była to szkoła szczególna, bowiem wyłamywała się spod odgórnego nakazu prowadzenia zajęć w języku rosyjskim. Lekcje prowadzono po polsku i jedynie podczas wizyt kuratora porozumiewano się po rosyjsku.
 
Zofia Smosarska i Zofia Muszkat
W gimnazjum, do którego trafiła Zofia, niepodzielnie królował już język rosyjski, jednak w takiej formie, że znacznie odbiegał od żywego języka, mnóstwo było w nim starodawnego patosu i niezrozumiałych treści. W tym czasie Zofia zaprzyjaźniła się z Zofią Smosarską, która była szwagierką działacza ruchu socjalistycznego, Ludwika Kulczyckiego. Obie panny jeszcze kilka lat wcześniej nie wiedziały co to jest socjalizm, ale wiedziały to, że niesie ze sobą wolność, a socjaliści to dzielni działacze nękani przez carat. Zofia wspominała pewien szczególny dzień związany z rozwojem swojej socjalistycznej duszy: „Do macochy przychodził tęgi jegomość w brzuchem jak bęben, kanonik Matuszewski. Kiedy pewnego razu spytała się go o socjalizm, odpowiedział z wielkim oburzeniem: „Skąd do ciebie, dziecko moje, takie myśli? Socjaliści to wyrodki społeczeństwa, to dzieci szatana [10]!” Ale Zofia wiedziała, ze nie może być to prawdą, bo gdyby faktycznie byli źli, to car nie zsyłałby ich na Syberię.
 
Pomimo ostrego konfliktu z nauczycielem, zwanym wśród uczniów „Krokodylem”, za używanie języka polskiego, Zofia otrzymała na zakończenie gimnazjum świadectwo ze złotym medalem. Chciała kontynuować naukę na studiach, jednak na Uniwersytecie Warszawskim nie przyjmowano kobiet, a na naukę za granicą rodzina nie miała pieniędzy. Również nie mogła doskonalić się w muzyce, którą kochała, bo w domu nie było już pianina, na którym w dzieciństwie grała wraz z mamą.
 
Na wiosnę 1900 roku została przyjęta do konserwatorium na średni kurs do klasy prof. Różyckiego, skąd po dwóch latach musiała zrezygnować, ponieważ nie miała pieniędzy, by opłacać szkoły. Wieczorami i w dni wolne chodziła na „Latający Uniwersytet”, gdzie zgłębiała wiedzę geologiczną, psychologiczną, ekonomiczną. Zofia Smosarska wciągnęła ją do nielegalnego stowarzyszenia nauczycielskiego, w którym szczególnie interesowała się zagadnieniem roli kobiety we współczesnym świecie, jej statusem społecznym, przypadkami prostytucji i uniezależnienia jej od służebnej roli wobec mężczyzn.
 
W 1904 roku na jedno z zebrań stowarzyszenia nauczycielskiego, w którym znacząca rolę odegrała Stefania Sempołowska, pojawiła się drobna, czarnooka 22-latka, która miała pomóc w redagowaniu petycji do cara o swobody demokratyczne. Spotkanie odbywało się w domu Wandy Kral na ulicy Prostej 36 w Warszawie należącym do jej męża, który w tym czasie przebywał w sprawach handlowych na Dalekim Wschodzie. Wanda nie mogła czynnie działać w partii ze względu na chorobę Gravesa-Besedowa, na którą cierpiała, dlatego udostępniała dom na potrzeby SDKPiL, będąc całym sercem socjaldemokratką.
        
Wincenty Matuszewski
Podczas spotkania z ostrą, wręcz prześmiewczą krytyką zwracania się z petycjami do cara, uważając je za bezcelowe, wystąpił „Marcin”, człowiek niezwykle cięty i szorstki w obyciu w stosunku do inteligentów, wzywając zarazem do walki o obalenie carskiego systemu. Jak później się dowiedziała, był to wybitny działacz SDKPiL Wincenty Matuszewski używajacy pseudonimów „Marcin”, „Napoleon”, „Jąkała”, za którym szalały kobiety z uwagi na jego niezwykłą urodę, szlachetność odczytując jego jąkanie się jako pociągajacy atut. Miał 40 lat, był krojczym w prestiżowym zakładzie krawieckim Domu Mody Bogusława Herse na Marszałkowskiej 150 i doskonale zarabiał. Swoją wypłatę w dużej części przeznaczał na cele partyjne, finansował również nielegalną drukarnię znajdującą się w domu Wandy, w której wydawał materiały propagandowe finansując także zatrudnionego w niej drukarza. Po jakimś czasie rzucił pracę i całkowicie się poświęcił partii.
 
Zofia coraz częściej bywała na Prostej zajmując się korespondencją zagraniczną, przygotowywała fałszywe listy, w które później wpisywano zaszyfrowane treści, wprasowywała w koperty tajne informacje, tak aby cenzorzy nie doszukali się ich, powoli wciągała się w działalność konspiracyjną socjaldemokratów, by w 1904-tym roku wejść w szeregi SDKPiL. Zaowocowało to większą zażyłością, a wspólna, ideowa praca spowodowała, że dostała numer „Czerwonego Sztandaru” i została zaproszona na prywatne spotkania, na których, z racji tego, że nie było innych rozrywek, miała zabawiać gości grą na fortepianie. Przed pierwszym spotkaniem była bardzo skrępowana, jednak kiedy już tam się pojawiła, została bardzo ciepło przyjęta, aż sama zachwyciła się gościnnością i cudowną atmosferą ludzi o takim samym spojrzeniu co ona na życie.
        
Do salonu pani Kral przychodziło wielu gości. „Czarna” lub „Bogdana”- bo takie nosiła pseudonimy w partii, na jednym z wcześniejszych spotkań poznała człowieka, który, ku jej zaskoczeniu, wiedział o niej znacznie więcej niż ona o nim, człowieka będącego już legendą przekazywaną z ust do ust w niesamowitych opowieściach- Feliksa Dzierżyńskiego, skrytego pod pseudonimem „Józef” i fałszywym nazwiskiem Domański. Tak Zofia we wspomnieniach pamiętała ten mróźny, zimowy dzień na przełomie stycznia i lutego 1905-ego roku: „… zastałam u niej (w mieszkaniu Wandy Kral) w zalanym słońcem pokoju stołowym wysokiego, szczupłego, nieznanego mi towarzysza. Był to jasny szatyn z krótko ostrzyżonymi włosami, okrągłą bladą twarzą, z ognistym, przenikliwym spojrzeniem pięknych szarozielonych oczu [11]”. 
 
Powitał ją mocnym uściskiem dłoni. Z czasem dowiedziała się, że w mieszkaniu Wandy „Józef” często pracuje i nocuje. Jego pokój był niezwykle skromny. Stało tam jedynie stalowe łóżko, stolik i krzesło. Pewnego dnia, gdy weszła do pokoju, ze zdziwieniem ujrzała za stołem „Józefa”. Spał na siedząco. Aby go nie budzić, cichutko zamknęła drzwi.


[1] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 3 czerwca 1904r., s. 28
[2] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3 dok. 102, 103
[3] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3
[4] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 104,105
[5] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, 1951, s. 101
[6] Czerwony Sztandar, 25/1905r
[7] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Nieugięty bojownik o zwycięstwo socjalizmu, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 32
[8] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 16
[9] S. i W. Lederowie, Czerwona nić, Iskry, Warszawa 2005, s. 98
[10] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 18
[11] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i wiedza, Warszawa 1969, s. 28
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.