Przeklinam księży, nienawidzę ich

rozdział XII
 
 
W Berlinie, gdzie Feliks Dzierżyński dotarł na przełomie czerwca i lipca 1902-ego roku, używając już pseudonimu „Józef”, nawiązał kontakt z socjaldemokratami na emigracji m.in.
Róża Luksemburg
z Różą Luksemburg, Janem Tyszką, Julianem Marchlewskim, Jakubem Haneckim i Adolfem Warskim. Tu spotkał też swego krakowskiego przyjaciela Bronisława Koszutskiego. Między 1 a 4 sierpnia 1902 roku, podczas konferencji socjaldemokratów, zwanej „niedźwiedziecką” w Berlinie pod kierownictwem Jana Tyszki, w obliczu rozbicia SDKPiL na terenie imperium carskiego, postanowiono przenieść zarząd do Berlina tworząc Komitet Zagraniczny SDKPiL, którego Dzierżyński został sekretarzem.
 
Była to bez wątpienia olbrzymia nominacja pracującego do tej pory w szeregach robotników działacza, sprawnego agitatora i organizatora strajków. Fakt dwukrotnego aresztowania i spędzenia kilku lat w więzieniach oraz dwie ucieczki z zesłania na koncie bezpośrednio wpłynęło na mianowanie. Na konferencji przyjęto również uchwałę o założeniu pisma „Czerwony Sztandar”, którego redagowanie przyznano Dzierżyńskiemu.
 
Feliks był w dalszym ciągu bardzo osłabiony po kilkunastu miesiącach spędzonych w drodze na zesłanie i po brawurowej ucieczce. W tych okolicznościach partia zadecydowała, aby wyjechał do sanatorium w Szwajcarii leczyć gruźlicę i nieco odzyskać siły. Był sierpień 1902-ego roku. Gmina Polska w Szwajcarii pomagająca więźniom politycznym ulokowała go w sanatorium w Leysin, gdzie miał przebywać ponad miesiąc. Czas spędzał na czytaniu zaległej literatury i snuł plany na przyszłość.
        
Zanim dotarł do Leysin, zatrzymał się w Genewie u Marii Wojtkiewicz. Był w fatalnym stanie zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Usta miał spękane gorączką. Był wychudzony, przygasły, pochylał się nienaturalnie do przodu. Był przeświadczony, że koniec jego dni nadchodzi, że jest chory na gruźlicę, że umrze. I nie robił nic, by swe zdrowie ratować. Kiedy Maria nalała sobie mleka do szklanki, z której pił wcześniej Feliks, ten w gniewie wyrwał ją i krzyknął na nią, że on musi umrzeć, a ona musi żyć! Niebawem dotarł do uroczej, górskiej miejscowości położonej ponad 1200 metrów nad poziomem morza.
 
W liście z wioski do Aldony z 13 sierpnia 1902 roku poetycko opisywał masywne, ośnieżone szczyty gór: „Jestem teraz na obczyźnie- w Szwajcarii, wysoko nad ziemią, na wierzchołku góry- 1 i 1/3 wiorsty nad poziomem morza (około 1422m n.p.m.-Z.F). Chmury na cały dzień okryły nas swoją białą zasłoną i od razu stało się mrocznie, szaro, wilgotno, zanosi się na deszcz i nie sposób zgadnąć skąd nadejdzie: z gór czy z nizin. A zazwyczaj jest tu tak pięknie i sucho! Wokół śnieżne szczyty gór, zielone doliny, skały, urwiska, wioseczki. I wszystko to bezustannie zmienia swoje barwy i formy w zależności od tego, jak padają promienie słońca i wydaje się, gdy ogarnia się je spojrzeniem, że jakoby powoli posuwają się. Obłoki otulają góry wokół- to opuszczają się, to znów się podnoszą. Jest tu dobrze,  tak pięknie, czuje się, jakby jakiś ciężar zgniatał pierś- powietrze jest tu dość rzadkie i trzeba do niego przywyknąć; a gdzie tylko spojrzysz, spotykasz na przeszkody- nie ma tu szerokiego horyzontu, wszędzie na około góry i wydaje się, że jesteś odcięta od życia, odcięta od rodziny, od towarzyszy i całego świata [1]”.
 
Jak zwykle pod koniec listu powracał do pytań o ich rodzinę: „A co słychać u was? Może jeszcze raz uda nam się spotkać razem. Jak Wasze zdrowie? A jak dzieci? Zbliża się jesień, przyjdzie im dłużej siedzieć w dom, zapewne będą się nudzić, a Ty będziesz musiała poświęcać im więcej czasu. Pójdziemy jeszcze kiedyś do lasu na grzyby? Nigdy nie zapomnę tych krótkich chwil spędzonych u Was- a czy dzieci długo będą je pamiętać?  Pocałujcie je ode mnie, od wujka, który nie lubił, aby całowano go w rękę. Wspominają mnie chociaż? Droga Aldono, prześlij mi ich fotografie. Feliks [2]”.
 
Julia Goldman (z prawej)
W liście wspomniał również o swojej przyjaciółce, która leży chora w sanatorium, której stanem zdrowia bardzo się przejmował[3]. Tam bowiem spotkał się z Julią Goldman, lecz nie było to radosne spotkanie. Julia była bardzo chora. Jej stan zdrowia drastycznie się pogorszył.
 
Feliks nie był w stanie dłużej znieść przerażająco smutnej aury, jaka towarzyszyła mu w sanatorium. Czuł swoją bezsilność wobec zamiarów losu. Po tygodniu wyprowadził się z sanatorium również ze względu na to, że nie stać już go było więcej na leczenie i pobyt w nim. Przeprowadził się do taniego pokoiku w pensjonacie. Wyjeżdżał do Genewy, gdzie szczególnie utkwiło mu w sercu piękno Jeziora Generwskiego, widoku malowniczych trotuarów, wiekowych drzew i łódek przycumowanych do brzegów, kołyszących się na leniwych falach ospałego jeziora. Zatrudnił się jako praktykant w drukarni, gdzie pracował to sześć, to osiem godzin dziennie, byle mieć na skromne utrzymanie i nauczyć się czegoś więcej niż znanego mu introligatorstwa.  
 
W życiu Aldony i Gedymina zanosiło się na korzystne zmiany. Po wielu miesiącach bezrobocia, Gedymin dostał pracę. Uradowany tym faktem Feliks napisał dopytując się: „Czy posada obecna nie męczy go? Bardzo dobrze, że ten u kogo dostaniecie posadę, jest porządny. Stokroć chyba lepiej za mniejsze wynagrodzenie być u dobrych ludzi, niż u draniów, którzy nie tylko twą pracę, ale i nerwy i życie i zdrowie gotowi są wyssać za te pieniądze, które muszą zapłacić. Przekształcają człowieka w towar i to jest najokropniejsze, to jest…lecz dosyć, pojadę na swoim koniku, a Ciebie nudzę. Dla Ciebie być może to są tylko frazesy i słowa [4].”
 
Dzierżyński często dopytywał się w listach do siostry o jej dzieci i postępy jakie czynią. Jego wielkim marzeniem życia było posiadanie dziecka, nawet, jak to określił, podrzutka, któremu by pokazywałi objaśniał świat, a on by otoczył go prawdziwą, czystą, dziecięca miłością. Można powiedzieć, że jedynym co zmiękczało twarde serce Feliksa były dzieci. Ich ufność, czystość, wiara, bezbronność urzekały go zdecydowanie mocniej niż wszystkie kobiety jego życia. Zdawał sobie zarazem sprawę, że nie dla niego jest los ojca, wyrzekł się go poświęcając się walce o lepszy świat. W jednym z listów do siostry pisał: „Ogromnie mało piszesz o dzieciach. Jak się hoduje Tonio, Maniuś, Rudolfek i Helunia? Chciałbym ich widzieć, uściskać. Widzieć jak na ludzi się rozwijają; słyszeć ich płacz, śmiech, zabawy i dokazywanie i słyszeć jak Maniuś w łóżeczku nie uwalnia mię od siebie i mówi: „Nie puszczę, nie puszczę”, a Tonio wyskakuje z łóżeczka, by jeszcze raz dać na dobranoc całuska wujaszkowi i Rudolfka poważnego. Po grzyby chodzic z nimi, biegać z nimi i czuć ich- dzieci koło siebie.
 
Nie wiem, dlaczego tak kocham dzieci- jak nikogo. Gdy z nimi się stykam, jakoś ulatnia się zwykły mój zły humor, zakłopotanie pewne, które czuję stykając się z ludźmi już dorosłymi. Ja nigdy nie potrafiłbym kobiety tak pokochać jak dzieci i sądzę, że własnych dzieci nie mógłbym kochać więcej niż obce. Z żoną ja bym zaraz pokłócił, czułbym się skrępowanym, to by ciążyło i pożycie nasze byłoby piekielne. A dziećmi to co innego.
 
Gdy mi zbyt ciężko na duszy, marzę o tym, że dostałem dziecko jakiekolwiek, podrzutka jakiego- i noszę się z nim, i nam jest dobrze. Ja żyję dla niego, czuję go koło siebie, a on mnie kocha tą dziecięcą miłością, w której nie ma obłudy, ja czuję ciepło tej miłości i chce mi się strasznie mieć go przy sobie. Lecz to tylko marzenie. Życie moje nie może mi na to pozwolić, muszę wciąż wędrować, a z dzieckiem nie mógłbym, bo cóż by się z nim stało. Często, często wydaje mi się, że matka nawet nie kocha tak gorąco, jak ja. Czasami znów szkoda mi tych starych panien, które dzieci nie mają i tęsknią za czymś, aż w końcu przekształcają się w dewotki lub „filozofki”, które chcą żyć jakimś innym życiem, a nie tym na ziemi. Gdy człowiekowi jest tu źle, gdy znaleźć wyjścia w tym życiu nie może, wówczas zasklepia się w sobie, stwarza sam sobie w wyobraźni jakichś bogów i dla nich zyje. Żal mi tych ludzi”[5].
 
Była to korespondencja pomiędzy odległymi galaktykami, które łaczy wspólna rodzina i wspólna historia, ale zrozumienie Aldonie sposobu widzenia świata, dróg, którymi chodziły jego myśli musiało zając znacznie więcej czasu niż okres pomiędzy listami. Aldona zakotwiczona w konserwatywnym i niepodatnym na zmiany myśleniu, podobnie jak pisała rok wcześniej w listopadzie, w swym ostatnim liście znów nawiązała do przypowieści biblijnej o zbłąkanej owcy widząc w niej Feliksa. Na te słowa Feliks odpowiedział: „Jestem szczęśliwy na tym świecie, rozumiem człowiecze dusze i samego siebie i nie muszę uspakajać waszą wiarą swojej duszy ni sumienia, tak jak to niektórzy robią lub doszukiwać się w tym sensu życia, jak czynią to inni, bowiem tu, na ziemi znalazłem szczęście… Im bardziej nieszczęśliwi ludzie, tym bardziej są źli i samolubni i tym mniej zawierzają swemu sumieniu, a wiara w spowiedź, modlitwy i księdza…
 
Przeklinam księży, nienawidzę ich. Oni okryli cały świat swoją sutanną, pod którą skoncentrowało się wszelkie zło: przestępstwa, brudy, prostytucja: oni rozpowszechniają ciemnotę, umacniają w ludziach pokorę względem swego losu. Walczę z nimi nie na życie, a na śmierć, więc dlatego nigdy nie pisz mi o religii, o katolicyzmie, gdyż usłyszysz ode mnie jedynie bluźnierstwa…
 
Ciemna i bezrozumna matka, która zawiesza dziecku obrazek mysląc, że przez to ochroni go od nieszczęścia. Ona nie wie, że przyszłe szczęście dziecka w większości zależy od rodziców, od ich umiejętności wychowania, umiejętności zduszenia złych cech dziecka i rozwijania dobrych. Tego religia nie daje… Należy dzieci uczyć miłości do ludzi, a nie do samego siebie. Aby to umieć, sami rodzice muszą kochać ludzi… [6]”.
 
Feliks wciąż odwiedzał Julię przez cały czas świadomą swojej tragicznej sytuacji i z wielkim oddaniem, opiekował się nią. Niestety nie mógł jej towarzyszyć dłużej w chorobie. Pomimo wcześniej zaplanowanych kilku dni pobytu, za namową przyjaciół, pozostał tam miesiąc. Goniły go sprawy i obowiązki partyjne. Wyjechał ze Szwajcarii pozostawiając tam chorą ukochaną. Przyjeżdżał później do niej w odwiedziny co kilka miesięcy.
 
Kiedy Feliks nielegalnie przekroczył granice Galicji, wracając ze Szwajcarii, jego dawny przyjaciel, Bronisław Koszutski, którego poznał na tajnym zjeździe delegatów nielegalnych organizacji uczniowskich w 1895 roku, już na niego czekał w Krakowie. Łączyła ich więź wspólnych internacjonalistycznych poglądów, jakie ujawniły się podczas tak dawno minionego zjazdu. Ich przyjaźń przetrwała lata rozłąki, które Dzierżyński spędził w więzieniach i na zesłaniach. Przez cały czas panowie mieli ze sobą kontakt i to właśnie dzięki temu właśnie Feliks polecił Koszutskiego do organizacji konferencji partyjnej w Lipsku w 1900 roku, podczas której doprowadzono do połączenia polskich i litewskich socjaldemokratów pod wspólnym sztandarem SDKPiL.
 
Bronisław Koszutski ukończył medycynę i prowadził praktykę lekarską. Od Juliana Marchlewskiego, z zawodu mistrza farbiarskiego, założyciela Związku Robotników Polskich i głównej obok Róży Luksemburg postaci SDKPiL, dowiedział się o złym stanie zdrowia Feliksa, w tym o jego gruźlicy. Dzierżyński w dalszym ciągu cierpiał na anemię, był ogólnie wyczerpany. Koszutski przekazał Feliksowi propozycję, aby skorzystał z dalszego leczenia w Zakopanem, gdzie czekało na niego wolne miejsce w sanatorium- Domu Zdrowia Bratniej Pomocy.
 
Zakopane
Feliks ochoczo przystał na przyjacielską propozycję udania się do stolicy polskich Tatr.  Była to jedyna szansa podreperowania mizernego zdrowia. Koszutski, będący w ośrodku asystentem naczelnego lekarza zapisał go na leczenie jako Józef Domański- uczeń szkoły denstystycznej. Nazwisko to na wiele lat będzie drugm nazwiskiem Dzierżyńskiego.
Dom Bratniej Pomocy na rogu ulic Chramcówek i Starej Polany składał się z dwóch willi stojących naprzeciw siebie oddzielonych ulicą. W Zakopanem czy też w Zasypanem, jak nazywał Feliks tę miejscowość w liście do siostry 14 grudnia 1902-ego roku, Koszutski wraz z doktorem Żychoniem poddali Feliksa szczegółowym badaniom lekarskim. Okazało się, że forma gruźlicy nie zagraża jego życiu, choć była uciążliwa.
 
W otoczeniu Tatr spędził dwa miesiące zajmując się korektą pierwszego numeru „Czerwonego Sztandaru”. Koszutski wspominał ten okres, w którym Feliks mimo złego stanu zdrowia i intensywnego leczenia nie mógł odpuścić sobie pracy: „W czasie pobytu Feliksa Dzierzyńskiego w Domu Zdrowia wyszedł 1-szy numer „Czerwonego Sztandaru” do którego napisał on wspomnienie ze swej ucieczki z zesłania. W sposobie wyrażania się Dzierżyńskiego było jednak tak dużo naleciałości gwary wileńskiej, ze musiałem przygotowany materiał przerobić względnie poprawić przed wydrukowaniem, a następnie poprawić jeszcze w korekcie [7]”.
 
Feliks nie zważał na błędy językowe jakie popełniał. Wytykano mu je nie raz i te czynione w języku rosyjskim jak i te w języku polskim. Prowincjonalizmy językowe były w nim głęboko zakorzenione, ale nie widział powodów, dlaczego miałby być przez to gorszy. Mówił i psał jak się nauczył na kresach w Dzierżynowie, ale starał się też opanować literacji język polski jak i rosyjski.
        
Nie zaniedbywał korespondencji z ukochaną siostrą. Nie tak dawno w liście do Aldony wspominał najwspanialsze chwile spędzone z jej dziećmi, by znów o do nich powrócić, tym razem za sprawą snu: „Tu w górach, daleko od świata, marzę często, chcę często poczuć ciało ciepłe, rączki malutkie na szyi, szczebiotanie miłe i oddech świeży dziecka, Maniusi. Tak, ta Twoja dzieweczka oczarowałą mię i sama o tem nie wiedząc jest może najdroższą dla mnie istotą na świecie. Niedawno znowu widziałem ją we śnie, jak objąwszy mię za szyję szczebiotała „nie puszczę wyjaszka [8]”.
 
Kuracjusze Domu Bratniej Pomocy
Dzierżyński aktywnie uczestniczył w leczeniu. Był bardzo lubiany przez personel i kuracjuszy. Do Cezaryny Wojnarowskiej, przedstawicielki SDKPiL w Międzynarodowym  Biurze Socjalistycznym, pisał: „Jestem obecnie w Zakopanym, w Domu Zdrowia. Od razu od trzech chorób muszę się leczyć. Tak blisko kraju jestem, a jednak tak daleko. Leczę się na gwałt, muszę być zdrowy, muszę nabrać sił, żyć tak się chce jeszcze[9]”. W tym czasie z plotek krążących po Zakopanym doszły do niego słuchy o tym, że wyjechał już z Domu Zdrowia do Warszawy „i tam powtórnie śmiertelnie zachorował [10]”.
 
Do Krakowa Dzierżyński powrócił 31 grudnia 1902 roku. Wynajął pokój na tzw. „czwartaku” przy ulicy Zgody 1  mieszkania 85[11] (obecnie ul. Czapskich 1) na III piętrze tuż obok pokoju Bronisława[12].
        
Wkrótce nadeszła okazja, aby odwdzięczyć się mu za pomoc udzieloną przez doktora, bowiem Koszutski pod koniec marca 1903 roku miał przeprowadzoną operację brzuszną w swoim domu przez profesora Rutkowskiego i doktora Jossego. W trakcie operacji Feliks usługiwał lekarzom, a po niej troskliwie opiekował się rekonwalescentem. W ten sposób niedawny pacjent stał się pielęgniarzem, a lekarz pacjentem. Na szczęście choroba minęła i znów razem mogli pracować w redakcji „Czerwonego Sztandaru” mieszczącej się w Krakowie przy ulicy Szlak 33.
 
W tym czasie Feliks Dzierżyński posługiwał się wieloma adresami, nie pozostawał też w jednym mieszkaniu przez dłuższy czas. Z ulicy Zgody przeprowadził się wraz z Bronisławem Koszutskim pod adres Floriańska 43[13] do mieszkania na pierwszym piętrze.
 
Pierwszy numer „Czerwonego Sztandaru” ukazał się już w listopadzie 1902-ego roku, gdy Dzierżyński pozostawał w Zakopanym. Motto gazety brzmiało: „A kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew”. Wydrukowany był w Szwajcarii w ilości 2000 egzemplarzy. W późniejszym okresie jego wydawanie przejęła drukarnia Aleksandra Rippera w Krakowie przy ulicy Zielonej 7 (obecnie ulica Sarego) i drukarni Władysława Teodorczuka przy ulicy Filipa 11.
 
Nikt wówczas nie przypuszczał, że gazeta robotnicza ukazywać się będzie regularnie aż do sierpnia 1918-ego roku towarzysząc klasie robotniczej w jej walce. W gazecie poświęcano bardzo dużo miejsca zagadnieniom ruchu robotniczego w innych krajach i ważnym wydarzeniom politycznym. Pełniła rolę kształtującą świadomość socjalistyczną, zachęcała robotników do walki o swoją przyszłość i utwierdzała ich w słuszności walki. Bardzo istotny dla Dzierżyńskiego oprócz regularnego wydawania był odpowiedni dobór materiałów, dzięki którym udawało mu się jednoczyć robotników różnej narodowości. Na pierwszej stronie nowej gazety SDKPiL zamieszczony był wiersz lwowskiego poety i działacza socjalistycznego Bolesława Czerwieńskiego będący hymnem bojowników socjalizmu i od którego tytułu powstała nazwa czasopisma.
 
W artykule „Od redakcji” Dzierżyński zawarł credo czasopisma „które będzie dla proletariatu polskiego sztandarem prowadzącym go do boju świętego o wyzwolenie klasy robotniczej i całego narodu z pęt kapitalizmu; będzie pochodnią, oświetlającą położenie naszej klasy robotniczej i drogę do zwycięstwa socjalizmu; będzie znakiem bojowym, prowadzącym robotników polskich do walki z nędzą i uciskiem; wahających się zagrzewać będzie do walki, a w umysłach jeszcze ciemnych rozpali światło nauki socjalistycznej, najszczytniejszej nauki dziejów nowożytnych [14].”
 
W artykule wstępnym pt. „Czego chcą socjaldemokraci” przedstawiono zwięzłą historię kształtowania myśli socjalistycznej począwszy od Tomas’a More’a aż do Karola Marksa. More w swoim najbardziej znanym dziele w „Utopii” przestawił wizję idealnego świata, wizję swiata sprawiedliwiego, dającego wszytkim ze swych dóbr po równo.  Świata, w którym każdy zajmuje się tym co lubi co umie, pracuje 6 godzin dziennie. Jest to świat, który nie dzieli ludzin na lepszych, ani gorszych, w którym silniejsi pomagają słabszym. Po nakreśleniu ówczesnej sytuacji świata kapitalistycznego autor doszedł do myśli Karola Marksa mówiącej, że „wyzwolenie klasy robotniczej może być tylko dziełem klasy robotniczej”.

Nie zabrakło w pierwszym wydaniu sensacyjnej relacji z ucieczki Feliksa Dzierżyńskiego z zesłania. Świetnie napisana, barwna, pełna emocjonujących zwrotów akcji historia ucieczki rozpalała wyobraźnię i trwale usytuowała Dzierżyńskiego w socjaldemokratycznym kanonie ówczesnych superbohaterów, o którym się mówiło, z którego brano przykład, który był wzorcem postępowania, niestety dla większości niedoścignionym.
 
Czerwony Sztandar spotkał się wielkim zainteresowaniem i pozytywnym odbiorem czytelników, stał się najważniejszą gazetą robotniczą socjaldemokratów. Gazeta pisana był lekkim, zrozumiałym językiem, zarazem bardzo obrazowym, żywym i barwnym, co ułatwiało dotarcie nawet do małowykształconej części robotników. Wieloktrotnie w tekstach przebijała kpina, ironia i dowcip skierowany w stronę endeków czy „socjalpatriotów” spod znaku PPS. Relacje, którymi przeplatane były kolejne numery pisma były pisane w sposób niezwykle dynamiczny, wartki. Oszczędzano czytelnikom nudnych, nieistotnych zawiłości tematów, niekończących się rozważań i mędrkowania. Nie przebijała w jego tekstach żadna dziennikarska wyższość czy bufonada. Czytelnik traktowany był na równi z autorem artykułu, co odbiło się na wielkim sukcesie gazety.
 
Czerwony Sztandar kształtował świadomość robotniczą, wyjaśniał, tłumaczył, przybliżał historię partii, historię ruchu rewolucyjnego. Jednoczył. Dawał podstawy szerokiej wiedzy ruchu robotniczego, zapoznawał z wybitnymi jego postaciami tj. Ludwik Waryński. Zawierał opisy wydarzeń mających miejsce w wielu miastach robotniczych mówiących o walce, o strajkach, o zmaganiach robotników z codziennymi problemami, o okrutnym postępowaniu właścicieli fabryk, o nieszczęściach i niepowodzeniach co cementowało jedność robotników, gdyż opisywane sytuacje były wszystkim doskonale znane z własnych przeżyć.
 
Gazeta podpowiadała rozwiązania, doradzała, pokazywała nie tylko przykłady protestów, walki, ale również propagowała zachowania na co dzień, kiedy na ulicy jakiś obywatel w poczuciu swojego obowiązku czy dla chęci zysku zatrzymuje kogoś i wzywa policję, wówczas należa zrobić wszystko, by osaczonego delikwenta wypuścić, umożliwić mu ucieczkę, odwrócić od niego uwagę. Sytyuacja taka miała miejsce w 1900 roku, kiedy na ulicy jakiś przechodzień rozpoznał Dzierżyńskiego i chciał go zatrzymać. Dzierżyński przestrzegał, że policja często posuwa się do fortelu goniąc rewolucjonistę krzycząc „łapać złodzieja!” i zdolna jest do każdej podłości, byle tylko dopiąć swego.
 
W gazecie były ró1)wnież doniesienia z pola walki rosyjskich robotników, informacje pochodzące z odległej syberii, więzień, wszędzie tam, gdzie trwała walka. Wiele artykułów poświęconych było brutalnym, nieludzkim pogromom żydowskim, podczas których najwięcej cierpiały kobiety i dzieci, a także polityce skłócania chrześcijan z żydami uprawianej między innymi także przez kościół katolicki.
 
Już kolejny numer przyniósł spore dofinansowanie od czytelników. Na ostatniej stronie Sztandaru w rubryce „Pokwitowanie” czytamy listę darczyńców: „od nauczycielki 6rb., z loterji 50rb., od studentki 4 rb., Wdowi grosz 1,50 rb., z pod serca 1 rb., W roczncię aresztu 1,50rb., Maciej z towarzyszami 2 rb., zamiast knajpy 3rb., od krawców 7rb.,”. Wpłaty były również w markach, koronach i frankach. Z każdym kolejnym numerem, rubryka ta była obszerniejsza. W sierpniowym wydaniu gazety z 1905 roku „Pokwitowaniom” poświęcono dwie dodatkowe strony.
 
Coraz bardziej była obszerna rubryka „Ostrzeżenie”, w której prezentowano sylwetki prowokatorów, zdrajców i różnej maści szpicli. Miedzy innymi znalazł się w niej Kazimierz Łychosiak, przez którego Feliks Dzierżyński oraz Antek Rosół zostali aresztowani. Sylwetek takich ludzi w każdym numerze gazety było wiele. Każdy z nich wymieniany był z imienia i nazwiska, podawano miejsce pracy i zamieszkania, rysopis oraz jego osiągnięcia w kwestii współpracy z władzami. Ich tożsamości nie chowano za inicjałami.
 
Dzięki sprzyjającej lokalizacji redakcji w pobliżu granicy z Królestwem i wielu zaangażowanym szmuglerom, zyskała popularność również poza granicami Galicji. Feliks znów był w swoim żywiole bezgranicznie poświęcony sprawie. Jego zaangażowanie było tak wielkie, że kiedy Koszutski poinformował go w lutym 1903-ego roku o swoich zaręczynach, najwyraźniej z kobietą spoza Galicji, ten zamiast pogratulować i życzyć szczęścia młodej parze, z wielkim entuzjazmem krzyknął: Świetnie! Przewieziesz transport nielegalnej literatury przez kordon graniczny [15]!” W słowach zapisanych we wspomnieniach Bronisława Koszutskiego, odpowiedź Feliksa brzmiała trochę inaczej, mimo to wydźwięk jest ten sam: „Zaręczyłeś się to przewieziesz transport! [16]”
 
Na początku stycznia 1903 roku Jadwiga przesłała mu 50 rubli, gdyż jego sytuacja finansowa bliska była tragicznej. W liście prosił Aldonę, by podziękowała siostrze w jego imieniu, bo jemu samemu było już głupio, że siostra tak mu dużo pomaga. 6 stycznia 1903 roku pisał Aldonie, że rozważał zapisanie się na Uniwersytet Jagielloński, by studiować filozofię. Tak długo się zapisywał, że prawdopodobnie minął termin zgłoszenia. Pracował dorywczo przy Uniwersytecie Ludowym mającym na cel kształcenie studentów w dziedzinach pozwalającym rozwijać umiejętności przydatne w aktywności kulturalnej i artystycznej, rozwoju społecznej świadomości, tworzenia samorządów, poczucia wspólnoty. Praca nie wpłynęła na podniesienie jego poziomu materialnego, wciąż było ubogie, wręcz na skraju nędzy. Na szczęście pieniądze od Jadwigi pozwoliły mu urządzić się w nieznacznym oddaleniu od nędzy.  
 
Aby poratować się finansowo, zatrudnił się w jednej z drukarń jako korektor, aby przy okazji poznać lepiej technikę drukarską. Była to tylko jedna strona życia Feliksa. Praca, walka, redagowanie „Czerwonego Sztandaru”, koordynacja działań, spotkania z towarzyszami, niekończące się rozmowy. Ta niewidoczna część Feliksa, którą ujawniał jedynie Aldonie, nie była w jego pracy widoczna. Skrzętnie ją ukrywał przed światem zagłuszając swoją wytężoną pracą. Przez cały czas nosił w sercu niepokój o stan zdrowia Julii, która w dalszym ciągu przebywała w Szwajcarii. Musiał wiedzieć z niezachowanych do dziś listów, o jej pogarszającym się stanie, o śmierci, która niebawem rozdzieli go od ukochanej kobiety. W lutym 1903 roku zwierzył się Aldonie: „Projektuję za miesiąc pojechać do Szwajcarii do swej narzeczonej, chorej, leżącej w sanatorium. Nie wiem, czy się uda, tyle projektów mam co dzień, że boję się wprost myśleć o nich [17]”.
 
Jak zwykle w listach dopytywał się o dzieci, których fotografie otrzymał w ostatnim liście od siostry. Odpisał ciepło i z utęsknieniem w głosie:  „Patrząc na fotografie i listy, które do mnie pisałaś aż się wzruszyłem. Tam chciałoby się  choć na chwilkę podbiec do was i objąć, ucałować wszystkich, pobawić się z dziećmi, usłyszeć ich śmiech, płacz i znowu śmiech, popatrzeć jak psocą, spojrzeć jak Rudolf uczy się, Tonio- profesor łobuzuje, a Maniusia kaprysi, jak kładziesz ich spać, a sama dalej pracujesz. Kiedy dostałem twój list z fotorgafią Rudolfa, naszła mnie straszliwa tęsknota, jak widać, nie udało mi się do was przyjechać.
Prawda, tu też jest ukochana ojczyzna, Polska, ale życie tu tak bardzo się ciągnie i tak różni się od naszego. Ludzie tu tylko wiedzą, by po całym dniu usiąść w karczmie. Często mam ochotę porzucić ten cały Kraków z jego historycznymi pamiątkami, knajpami, pleciugami i plotkami. A i tak muszę siedzieć tutaj i będę tak siedział dalej [18]”.
 
Znów doszły go słuchy z plotkarskich doniesień, że tym razem któryś z jego braci jest chory. Była to dość stara plotka, ale na wszelki wypadek zapytał się siostrę o braci, gdzie są, co robią. Na szczęście, żadnej choroby w rodzinie w tym czasie niebyło. Nawiązując do tego zdarzenia pisał Aldonie, że ludzie w Krakowie spędzają zbyt wiele czasu na kawiarnie i sprzyjające temu plotkowanie zamiast pracować, tworzyć, zająć się czymś istotnym. Dzierżyński owszem, lubił kawiarnie, często w nich się spotykał z towarzyszami, aby omówić najpilniejsze sprawy. Młodzi rewolucjoniści często spotykali się wówczas na Plantach w kawiarni Szmidta, gdzie kwitło ich towarzyskie życie. Tylko wyjątkowo udawało się Feliksa namówić na kawę z likierem. Płacił wówczas za siebie, a pieniądze oddawał spowrotem do kasy partyjnej. Ntomiast siedzenie w kawiarni tylko po to, aby przysłuchiwać się i rozpowszechniać plotki- tego Dzierżyński był stanowczym wrogem.
 
Cezaryna Wojnarowska
Z Cezaryną Wojnarowską miał wcześniej dość bliski kontakt, często do niej pisał, choć ona nie zawsze odpowiadała na jego listy. Podczas jego pobytu w Szwajcarii i Krakowie korespondencja Feliksa zamilkła. W końcu zebrał swoje myśli i napisał zawierając szczegółowy opis swojej i partyjnej sytuacji obiecując zarazem, że od teraz  będzie to czynić regularnie.
 
13 lutego 1903 roku pisał: „A ja jak wiecie od Nowego Roku siedzę tu w Krakowie. Znalazłem od lutego zajęcie małe przy Un. Lud. i jakoś nawpół z biedą żyję. Pracuję tu nad Czer. Szt. wraz z kilkoma towarzyszami, których udało nam się tu odnaleźć, wyrabiamy się wspólnie na świadomych SD i prowadzimy tu agitację, staramy się wywalczyć dla partii naszej prawo obywatelstwa. Założylismy tu sekcję na zupłnie innych zasadach niż dotychczas to robiono i podaliśmy ustawę do zatwierdzenia Komitetowi. Treść naszej ustawy polega na tym, że nie ma żadnych praw oprócz prawa pracy, spełniając zalecenia Komitetu Zagranicznego, kształcąc się, kolportując pisma etc. [19]”
 
Kraków stał się azylem dla wielu rozproszonych sympatyków socjaldemokracji. Szacuje się, że emigrantów z zaboru rosyjskiego i niemieckiego było około 10.000 osób. Dzierżyński postawił sobie za cel odnaleźć ich i zjednoczyć.
 
Pisał do Wojnarowskiej o reperkusjach ostatniego zjazdu, po którym szerokim echem odbiła się potrzeba uregulowania spraw związanych ze współpracą z zagranicznymi oddziałami partii, ustalenia reguł i planu działania podkreślając, że wkład Wojnarowskiej jest nieodzowny. Poruszał problem słabego finansowania partii i potrzebę ograniczenia wydatków. Mimo tak wielu niedociągnięć i czekających zadań, progres jaki nastał w partii uważał za dostateczny, wszak doskonale funkcjonował transport literatury, który docierał do wielu ośrodków w wystarczającej ilości, choć mógłby być bardziej efektywny, gdyby było więcej środków.
 
Opisywał rolę Bundu będącym wówczas sporym zagrożeniem dla socjaldemokratów, który poprzez szerzenie żydowsko nacjonalistycznych poglądów wśród żydowskiej części robotników, wzmacniał antysemityzm i ogólną niechęć innych organizacji poprzez oddzielenie się od europejskiego ruchu robotniczego. Pisał w czerwcu 1903 roku: „Bund przestał teraz myśleć o konieczności walki politycznej proletariatu. Dla niego ważny tylko rozkwit organizacji żydowskiej. W tym celu zwalcza on teraz nasz udział w zjeździe ogólnorosyjskim. A czyni on to nie dlatego, że nie zgadzamy się z Budnem w sprawach organizacyjnych, dlatego, że on chce w ten sposób wzmocnić swoją pozycję w partii, a nie siłę całej socjaldemokracji w Rosji. (…) Ich nie obchodzi obalenie caratu, wzmocnienie całego uświadomionego proletariatu, ich interesuje tylko siła ich organizacji żydowskiej, Bundu [20]”.
 
Podawał przykład organizowania demonstracji przez Bund, na którą w ostatniej prawie chwili zaprosili organizacje esdeckie, aby pod ich sztandarem dołączyły się do akcji sprzeciwu. Takie zachowanie wzbudzało znaczne oburzenie socjaldemokratów i pogłębiało przepaść pomiędzy chrześcijanami, a Żydami. Z resztą nie tylko ta różnica stanowiła przepaść. Dzierzyński informował Wojnarowską, że nie ma jednolitej socjaldemokracji, jednolitego działania i celów, jest za to polityka żydowska, polska, litewska, niemiecka czy białoruska wewnątrz SDKPiL.
 
Adolf Warski
Zagranicą sytuacja również nie przedstawiała się najlepiej co było spowodowane brakiem funduszy i biernością członków. Natomiast aktywni członkowie nie wyrabiają się z robotą- podał przykład Adolfa Warskiego, któremu rok wcześniej urodziła się kolejna córka, co jeszcze bardziej obciążyło i tak skromny budżet rodziny, a który „musi pisać, tłumaczyć, prowadzić korespondencję, przez cały czas walcząc o kawał chleba, pracując w  przeklętym kantorze, wiecznie niewyspany i nienajedzony [21]”.
 
Turski zajmował się jakimiś technicznymi sprawami, inny się gdzieś uczył, a Feliks nie tylko pracował nad wydaniami Sztandaru, ale też zajmował się korespondencją partyjną. Zwracał uwagę, że nie ma w partii konkretnych ludzi, którzy zbieraliby pieniądze, pisali, agitowali, organizowali. Aktywni członkowie robili wszystko po trochu, co na dłuższa metę nie prowadzi do nieczego pozytywnego. W tych okolicznościach najjaśniej lśniła gwiazda Róży Luksemburg, która niestrudzenie porażała członków partii swoją energią, była szczerze oddana partii i poświęcała jej wiele czasu.
 
W ramach partyjnych obowiązków Dzierżyński zajmował się finansami parii. Utworzył Kasę Pomocy Więźniom i Zesłańcom Politycznym, z której finansowano, dzięki środkom napływającym z zagranicy, pomoc dla osadzonych i zesłanych socjaldemokratów i ich rodzin. Dokładnie notował wszystkie wpływy i wydatki.
        
Dzierżyński często uczestniczył w licznych zebraniach, m.in. w Stowarzyszeniu Młodzieży Postępowej „Ruch”, gdzie jako Józef Podolski w dyskusjach występował przeciw pepeesowcom nazywając ich określeniem powstałym na łamach Sztandaru i kładąc nań szczególnie pogardliwy akcent- „socjalpatriotami”. We wspomnieniach Henryka Steina z tego zebrania zachował się opis Feliksa, o którym po cichu szeptano, że naprawdę nazywa się Domański, a z ust do ust opowiadano sobie o jego spektakularnych ucieczkach z zesłania. W rzeczywistości nie wyglądał na dziarskiego bohatera. Stein wspominał: „Był wtedy blady, wychudły, wyglądał na suchotnika w jednym z ostatnich stadiów[22]”. Wśród zebranych odniósł piorunujące wrażenie.
 
Henryk Stein opisywał Dzierżyńskiego jako osobę bardzo przekonującą, pełną energii. Z łatwością werbował nowych ochotników do pracy w partii, do kolportażu „Czerwonego Sztandaru” czy do drukowania odezw. Opisywał, jak w paru cierpkich słowach potrafił zbesztać partyjnych towarzyszy, którzy nie przykładali się do pracy. Natomiast, kiedy widać były efekty ich wytężonych działań, potrafił również sowicie pochwalić, a jego zadowolenie promieniowało na innych.
 
Kazimierz Witkiewicz, uczestnik spotkań postępowej organizacji młodzieżowej „Spójnia” wspominał, jak to pod koniec w roku 1902: "…jako student Akademii Sztuk Pięknych miałem możność przysłuchowania się debatom, w których brał udział również Feliks Dzierżyński. Po tych zebraniach kończących się często burzliwie, nieraz późno w nocy, krążąc z Dzierżyńskim po ulicach Krakowa, rozmawialiśmy o naszych wspólnych problemach politycznych, społecznych i kulturalnych.
 
Poglądy zazwyczaj zgodne napotykały na różnice w zakresie burzenia zabytków przeszłości. Kiedy n. prz. przechodziliśmy koło Wawelu, to Dzierzyński wyrażał zdanie, że należy to wszystko zburzyć, aby śladu nie zostało ze szlacheckiej kultury. Z racji mych aspiracji artystycznych przeciwstawiałem się jego w tym wypadku poglądom. Te małe różnice w odniesieniu do dzieł sztuki w niczym nie mąciły naszej przyjaźni, to też zgodnie spędziliśmy niekiedy całe noce w swym studenckim pokoju przy ulicy Czapskich Nr.1. w Krakowie na rozmowach o naszych wspólnych ideałach.
 
Opowiadania jego żywo i z temperamentem głoszone na temat ucieczki z Syberii, wywierały na mnie silne wrażenie. W ogóle jego postawa życiowa, światopogląd, wiara w słuszność przekonań, zapał rewolucyjny, budziły we mnie niezmierny dla niego szacunek stawiając moje własne poczucie w kompleksie niższości, w owych latach Dzierżyński wpadł do Krakowa na krótki czas, zawsze zapracowany, zmęczony podróżą i niewyspany [23]”.
        
Lata 1903-1905 to czas wielu podróży Feliksa Dzierżyńskiego, gdzie zakładał ośrodki SDKPiL, również na terenie Królestwa, gdzie jeździł z nieukrywaną satysfakcją mimo, a może dlatego, że było to miejsce, z uwagi na wydany na niego list gończy, najbardziej niebezpieczne. Wyjeżdżał też za granicę do Monachium, Genewy i Berlina. By móc prowadzić walkę w wielu ośrodkach rozproszonych po całej Europie, Róża Luksemburg wyznaczyła mu zadanie informowania zachodnich towarzyszy w sprawach wydarzeń robotniczych na terenie Rosji carskiej i Galicji. W owym czasie partia napotykła spore trudności w komunikacji, gdyż wiele informacji nie docierało do Berlina ani do Paryża, gdzie działała Cezaryna Wojnarowska.
 
Podczas pobytu w Niemczech, wspomnianemu Kazimierzowi Witkiewiczowi, Dzierżyński wydał polecenie udania się do Ameryki Pólnocnej, by tam zbierać środki na działalność partii. Spotkał się z nim jeszcze w małym domku nad jeziorem w Wilhelmshafen, by omówić cszczególy planu. Witkiewicz spędził w USA ponad rok skąd często korespondował z Dzierżyńskim. Z uwagi na burzliwe czasy i liczne przeprowadzki, listy te nie zachowały się, mimo dokładanych przez Witkiewicza starań do ich ocalenia.
        
W kwietniu 1903-ego roku Dzierżyński uczestniczył w uroczystości ślubnej swojego przyjaciela, doktora Koszutskiego. Bawił się z nim na skromnym weselu, choć wiele sił na to nie miał. Jego stan zdrowia znów wymagał interwencji lekarza. Kierownictwo partii niejako zmusiło Dzierżyńskiego do ponownego wyjazdu do sanatorium. Zgodził się, ale chyba tylko dlatego, że w Clarens w Szwajcarii, przebywała miłość jego życia, Julia. Ten czas w zupełności poświęcił ukochanej.
 
Musiał zupełnie zatracić się, ponieważ jego wszelka korespondencja do Zarządu czy do swoich przyjaciół w tym okresie zamilkła. Jedynie w liście z 25 kwietnia 1903 roku napisał do siostry, że wdycha górskie powietrze i znakomicie się odżywia. Poinformował ją, że zostanie tam na dłużej, bo choć miał już zamiar wracać do miasta, do swego pasjonującego życia, to znajomi namówili go, by pozostał jeszcze przez cały maj. Wspominał, że konsultuje się z lekarzami na temat swojego zdrowia, którzy stwierdzili sporą szansę na jego wyzdrowienie, jeśli będzie się prawidłowo odżywiać i oszczędzać się.
 
Kolejny raz dopytywał się o swoich braci, którzy nie byli skorzy do częstego pisania listów. Feliks nie miał im tego za złe. Pisał o tym do Aldony: „Absolutnie nie mam pojęcia co z braćmi się dzieje, nikt absolutnie nie pisze, każdy widocznie ma swe troski, swe życie, swój własny świat myśli, czynów i ludzi. Żałuję ogromnie, że nie widziałem się ze Stasiem, wypadło mi jednak inaczej i musiałem w drodze ominąć Wiedeń i jechać przez Berlin [24].” Miał uzasadnione obawy o los swych młodszych braci studiujących w Moskwie. Doszły go wieści, że jeden z nich został aresztowany, nie wiedział tylko to Władysław czy Ignacy [25]. Poinformował też w liście Aldonę, że od Feliksa Zawadzkiego dostał 50 rubli.
 
Więzi pomiędzy braćmi były wciąż silne pomimo dzielących ich setek kilometrów i zupełnie odmiennych zajęć. Córka Władysława Dzierżyńskiego- Zofia, wspominała, że bracia zawsze służyli pomocą Feliksowi udostępniając mu swoje paszporty, dzięki którym cało uchodził podczas policyjnych kontroli, wspierali go pieniędzmi i odwiedzali w więzieniach.
 
Ze Szwajcarii wyjechał bezpośrednio do Monachium zatrzymując się u starszego od siebie o dziewięć lat Adolfa Warskiego, który mieszkał przy Hochenzollern Strasse 7a. Panowie omawiali m.in. sprawy polityki partii. Adolf Warski był bardzo cenioną postacią w SDKPiL. Był wraz z Marchlewskim założycielem Związku Robotników Polskich i SDKPiL. O jego młodości praktycznie nic nie wiadomo. Po pobycie w X Pawilonie emigrował do Francji, wiele lat mieszkał i pracował w Niemczech. W partii wybił się jako doskonały mówca, autor odezw i artykułów. Jeden z jego przyjaciół tak go opisał: „Twarz miał nieładną, lecz miłą i bardzo wyrazistą, gesty umiarkowane i dobrze podkreślające to, co trzeba było podkreślić. Głos bardzo doniosły (…), nieco chropawy, co raczej podnosiło wyrazistość jego wysłowienia, dykcje znakomitą (…). Mówił tak, jak pisał, jasno, zwięźle, formułując stanowisko partii w każdej kwestii przedstawianej nieskazitelną, bogatą, a bynajmniej nie „kwiecistą”, przeładowaną frazesami, polszczyzną (…), mówił zrozumiale, dokładnie i dobitnie [26]”.
 
Kiedy Warski przemawiał, milkły wszystkie szepty, nie wiadomo czy swym głosem ja zagłuszał, czy też jak inaczej wprawiał w milczenie. Nie mniej jednak, mówił bardzo klarownie, doskonale tłumaczył skomplikowane sprawy. Jego umiejętności przemawiania nie zaszkodził nawet brak błyskotliwości. Był znacznie niższy od Dzierżyńskiego.
 
Z Berlina napisał list do Cezaryny Wojnarowskiej prosząc o pomoc w dostarczeniu środków na działalność partii, gdyż w Krakowie SDLPiL nie jest w stanie wypełniać podstawowych zadań. Drukowanie broszur i gazet pochłaniało krocie, robotnicy narzekali, że gazety, zarówno „Sztandar” jak i „Przegląd” wychodzą nieregularnie, a do tego należało jeszcze wydrukować i rozpowszechnić publikację o historii socjalizmu w Polsce, o stosunkach polsko rosyjskich oraz całą serię broszur agitacyjnych. Dzierżyński pisał o potrzebie zjednoczenia wszystkich robotników, wszystkich nacji do wspólnej walki, stworzenia jednej siły, zgodnej siły, ale by to osiągąć, potrzebne są środki finansowe. Silniejesze finansowanie SDKPiL było niedozowne tym bardziej, że Bund dreptał esdekom po piętach prężnie działając w wielu ośrodkach przemysłowych również na płaszczyźnie wydawniczej. Bund najmocniej ugruntowany był w Łodzi, gdzie żyło 120 tysięcy robotników, posuwając się nawet do tego, że agitował wśród Polaków, których sam posądzał o antysemityzm.
 
Feliks Dzierżyński uznał za bardzo pilne przystąpienie do prac zjednoczeniowych SDKPiL z Socjaldemokratyczną Partią Robotniczej Rosji. Wcześniej zapoznał się z treściami czasopisma „Iskra” stworzonej przez Lenina i wydawanej między innymi w Monachium, Kiszyniowie i Baku. Znał już pierwszą pracę Lenia „Co to są ‘przyjaciele ludu’ i jak oni wojują z socjaldemokratami”, która wcześniej ukształtowała jego polityczną świadomość. Teraz przyszedł czas na zapoznanie się z nowym dziełem Lenina „Co robić”, będącą apelem do organizowania się, w której każdy członek partii mógł liczyć na miejsce dla siebie będąc małym, acz niezbędnym trybikiem działania wielkiej rewolucyjnej maszyny. Jego broszura zachęcała do wytrwałej, bezustannej pracy nad stworzeniem trwałej i silnej organizacji, aby wyjść ponad teoretyczne rozmowy do rzeczywistości i zmierzyć się z nią. W nowo wydanym dziele, Lenin przekonywał również do konieczności sojuszu robotniczo-chłopskiego jako o najskuteczniejszym orężu w walce z systemem.
 
„Co robić” nakreślało konkretny plan pracy od podstaw do ogólnonarodowego powstania zbrojnego przeciwko systemowi. Od czasu, kiedy zapoznał się z myślami Lenina, stał się jego gorącym zwolennikiem i propagatorem jego idei. Zażarcie krytykował środowisko robotników żydowskich skupione wokół Bundu, którzy silnie dążyli do separacji swojego ruchu nie przyjmując żadnych argumentów mówiących o zjednoczeniu wszystkich robotników pod jednym sztandarem niezależnie od narodowości czy wyznania. 
        
W kołach SDKPiL szeroko omawiano omawiany sojusz socjaldemokratów polskich i rosyjskich. W związku z tym w Krakowie odbyły się dwa posiedzenia partyjne. Na pierwszym, jeden z członków referował historię współpracy socjaldemokratów oraz stan obecny, Na drugim posiedzeniu ustalono, że: „stanowisko naszej partii daje jasną i jedyną odpowiedź: w jednym państwie powinna być jedna, jednolita partia robotnicza, socjaldemokratyczna, różnice narodowościowe, tak samo jak płciowe, fachowe i indywidualistyczne, nie mogą i nie powinny dzielić robotników, że ta jedna partia swym programem powinna objąć interesy wszystkich proletariuszy, będących pod jednym i tym samym rządem [27]”.
        
Udział SDKPiL w II Zjeździe SDPRR budził w środowisku polskich socjaldemokratów wiele emocji. Pierwsze rozmowy z rosyjską partią miały charakter nieoficjalny, był wstępem do dalszych rozmów. Zarząd Główny SDKPiL nie spieszył się z podjęciem jakichkolwiek decyzji mając na uwadze zdanie przedstawicieli organizacji krajowych. Uzgodniono udział przedstawicieli SDKPiLw II Zjeździe, ale zanim miał dojść do skutku, redakcja leninowskiej „Iskry”, która wzięła na siebie ciężar organizacji, musiała upewnić się, aby w zjeździe będą brały udział wyłącznie partie o socjaldemokratycznym charakterze. Badano stosunek partii do spraw narodowościowych, rasowych, stosunku do rewolucji, analizowano wspólne i rozbieżne punkty programowe.
 
Ze strony polskiej w pertraktacjach z redakcją „Iskry”, głównie z Martowem, uczestniczyli Feliks Dzierżyński i Adolf Warski. Strona rosyjska nałożyła warunek uczestnictwa w zjeździe opublikowaniem deklaracji na łamach „Iskry” o przynależności SDKPiL do SDPRR. Adolf Warski nie mógł takiej deklaracji wystosować, bowiem SDKPiL faktycznie nie była częścią partii rosyjskiej. W przebiegłej odpowiedzi, jaką wystosował, zawarł stwierdzenie o jedności  obu partii w „duchowym i ideowym sensie [28]” oraz o zbieżności programów politycznych obu partii. Warski uważał, że dopiero na II Zjeździe będzie można dyskutować nad przyjęciem wspólnej deklaracji programowej.
 
Sytuację komplikowały ustalenia z poprzedniego zjazdu SDKPiL o federacyjności partii, a także kwestie narodowe. Dlatego też Lenin odnosił się dość, jak sam określił, powściągliwie do polskich socjaldemokratów. Konieczne było zwołanie kolejnego IV Zjazdu SDKPiL, aby ponownie przedyskutować sporne kwestie. Jedynie dzięki interwencji Dzierżyńskiego zjazd ten doszedł do skutku 12 (25) lipca, gdyż ani Jan Tyszka, ani Róża Luksemburg nie spieszyli się z jego organizacją, co w efekcie mogło doprowadzić do nieobecności partii na II Zjeździe.
 
Jakub Hanecki
W Berlinie przez trzy dni obradowano na przyspieszonym zjeździe, w którym uczestniczyło 10 osób, m.in. Cezaryna Wojnarowska, Julian Marchlewski, Wincenty Matuszewski, Jakub Hanecki, Jan Tyszka i Feliks Dzierżyński. Dyskutowano przede wszystkim o kwesti narodowej. Wystąpiono z deklaracją o konieczności utworzenia wspólnej dla całego państwa rosyjskiego organizacji socjaldemokratycznej i podporządkowania temu celowi wszelkich innych kwestii organizacyjnych. Przystapiono do głosowania, w drodze którego ustalono skład osobowy delegacji partii, w którym oprócz Warskiego, Haneckiego Goldenbera- Turskiego znajdował się Feliks Dzierżyński i nadano im odpowiednie pełnomocnoctwa do reprezentacji.
 
W rzeczywistości na zjazd udali się jedynie Hanecki i Warski, gdyż strona rosyjska niespodziewanie ograniczyła ilość delegatów. W postanowieniach najbliższego Zjazdu SDKPiL znalazły się m.in. zapisy o tym, że póki co partia nie wchodzi w żadne trwałe stosunki z innymi organizacjami politycznymi, usankcjonowano dalsze wydawanie Czerwonego Sztandaru i zwrócono uwagę na konieczność rozszerzenia działalności wydawniczej. Natomiast najważniejszym zapisem było określenie stosunku partii do partii rosyjskiej. Uznano w nim konieczność walki robotniczej na całym terytorium państwa rosyjskiego, a co za tym idzie otwarcie się na sojusz z SDPRR. Najważniejsze zapisy ujęto w siedem punktów: wynegocjowanie pełnej samodzielności SDKPiL we wszystkich sprawach wewnętrznych w tym ustanawianie własnych zjazdów, komitetów i wydawanie własnej literatury. Zastrzeżono sobie prawo przystępowania do Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji innych polskich organizacji partyjnych tylko przez SDKPiL. Zażądano autonomii ziem polskich i litewskich oraz sformułowania paragrafu siódmego programu partii rosyjskiej tak, by niemożliwa była jego interpretacja w duchu nacjonalistycznym.
        
Jan Jogiches Tyszka
Z tym projektem do Brukseli na II Zjazd SDPRR udali się delegaci- Adolf Warski i Jakub Hanecki. Początkowo zjazd miał się odbyć w mieszkaniu plechanowca Kolcowa, jednak, kiedy przyszedł czwarty uczestnik, właścicielka mieszkania przerażona tak wieloma goścmi, zagroziła wymówieniem lokalu. Zatem żona nieszczęsnego Kolcowa musiała stać cały dzień przed bramą przekierowując uczestników do hotelu „Pod złotym kogutem”. Zjazd rozpoczął się wesołą imprezą, podczas której 75 delegatów śpiewało i bawiło się w najlepsze. Belgijska organizacja stanęła na wysokości zadania i zaproponowała, aby zjazd odbył się w składzie mąki.
 
II Zjazd SDPRR, trwający przez trzy tygodnie na przełomie lipca i sierpnia 1903-ego roku, był zjazdem konstytucyjnym. Dyskutowano nad przyjęciem programu napisanego przez redakcję „Iskry”, wgłębiano się w każdy szczegół, aby jak najlepiej wyrazić front ideowy partii. Obradowano również o działalności i rozwoju czasopisma „Iskra”, o współpracy z Bundem oraz na temat połączenia działań obu partii SDKPiL i SDPRR. W trakcie trwania obrad, belgijska policja zbyt mocno interesowała się spotkaniem rosyjskich socjaldemokratów, że nastąpiła konieczność dokończenia zjazdu w Londynie.
 
Zjazd ten był bardzo istotny dla SDPRR, ponieważ od tego czasu wykrystalizowały się dwa odłamy w partii- większościowa i mniejszościowa. Ich nazwy robocze przeszły do języka pojęć jako dwa odłamy partii- bolszewicka i mieńszewicka. Od tego czasu te dwa nurty polityczne w SDPRR rozróżnia się jako SDPRR(b) pochodzące od rosyjskiego słowa "bolszienstwo" czyli większość, jako, że Lenin będący przywódcą tego ugrupowania w zdobył czasową większość wśród delegatów podczas głosowań oraz SDPRR(m) "mieńsziewstwo", czyli mniejszość, którego liderem był m.in. Paweł Axelrod.
 
Różnica poglądów głównie polegała m.in. na braku porozumienia co do przewodniej roli grup społecznych. Bolszewicy uznawali jedynie przewodnią rolę proletariatu podczas rewolucji, zaś mniejszościowcy twierdzili, że elementy liberalne, burżuazyjne i inteligenckie powinny dołączyć się do kierowania przyszłym, socjalistycznym państwem. Lenin bardzo ciężko przeżył ten rozłam. Nie spał kilka nocy, był poddenerwowany i choć starał się zachować spokój i rozwagę, nie przychodziło mu to łatwo. W partii wyraźnie zarysowały się sympatie personalne, wielu przedstawicieli otwarcie przeciwstawiło się Leninowi jak Akselrod, Martow czy Trocki. Zjazd pełen był dramatycznych chwil.
        
Przedstawiciele Bundu ostro przeciwstawiali się obecności SDKPiL obawiając się, że przyjmą wspólny front z „Iskrowcami” w walce przeciwko żydowskiej organizacji. Odmawiano SDKPiL prawa do uczestnictwa w zjeździe uważając, że nie są członkami SDPRR. Bundowiec Noach Portnoj pieklił się.: „Socjaldemokracja polska dotychczas nie ogłosiła siebie za część partii, nie bacząc na to, że niejednokrotnie proponowano jej to uczynić. (…) Nie wiemy, jakiego zjednoczenia pożąda socjaldemokracja polska, jak wyobraża sobie partię, czy przyjęła na swoim zjeździe rezolucję w tej kwestii, czy nie, lub jaka byłą rezolucja [29]”.
        
W tej sytuacji Lenin dwuktornie wystąpił broniąc delegacji polskiej, potwierdził słuszność rezultatów odbytych wcześniejszych rozmów i zaproszenia SDKPiL będącym pierwszym krokiem na drodze zjednoczeniowej. Trocki poszedł dalej uważając, że polskiej delegacji należy przydzielić nie tyle, że głos doradczy, ale decydujący pomimo tego, że przedstawiciele SDKPiL nie przedstawili jeszcze swych warunków. Był zdania, że idea jedności socjaldemokratów jest pryncypialna i wynagrodzi narodowi polskiemu w jakimś sensie ujarzmienie przez Rosję.
        
Rozmowy, które wyszły już z krytycznego położenia zmierzały do sukcesu. Nieoczekiwanie Róża Luksemburg i Jan Tyszka wnieśli zastrzeżenia co do siódmego punktu programu SDPRR, w którym zawarto postulat prawa narodów do samookreślenia. Zarząd Główny obawiał się wzrostu nastrojów nacjonalistycznych po podpisaniu programu. Róża pisała: „my jako część partii uznając tenże program, nie mielibyśmy prawa odmawiania przyjęcia wszelkich nacjonalistów do nas, o ile tylko zgodziliby się uznac walkę z caratem[30]”. Wyjaśnienie tego punktu było dostępne w 44 numerze „Iskier”- nie wiedziała o tym, że to Lenin był autorem tego artykułu.
 
Do swojego męża napisała: „Należy, żebyś Rosjanom powiedział, że po artykule „Iskry”, moralna wartość naszego przyłączenia się do Rosjan (środek przeciw PPS) jest dla nas minimalna, a tylko o moralną nam chodziło. Jeżeli nie zgodzą się zmienić par.7- to zrywamy przyłączenie się. Powiedz Zasulicz mimochodem, że ja Ci napisałam, iż po artykule „Iskry” nic mi nie zależy na przyłączeniu się i radziłam nie robić żadnych ustępstw więcej [31]”.
Na wniosek Róży Luksemburg w obliczu przeciagajacych się nieporozumień i niepowodzenia rozmów, delegaci wrócili do kraju. Kwestia sojuszu omawiana na zjeździe pozostała do rozstrzygnięcia w późniejszym terminie.
 
Takich obaw nie miał Włodzimierz Uljanow, który otwarcie skrytykował w bardzo ostrych słowach postawę polskich esdeków, natomiast we wrześniu ustosunkował się do tez wysuniętych przez Luksemburg wykazując jej ignorancję nauki marksizmu i błędną interpretacje faktów. Na prośbę Kautskiego publikacja została wstrzymana.
        
Tymczasem Dzierżyński podjął się zadania uporządkowania dokumentacji partii, korespondencji i spraw związanych z wydawnictwem czasopism i literatury. Zajęło mu to kilka miesięcy. Przebywał w dalszym ciagu w Berlinie, gdzie narzekał na fatalny, wilgotny klimat i dokuczliwe wiatry. Praca ta oderwała go od kontaktu ze światem robotniczym. Niestety, taką pracę wyznaczyła mu partia, a on będąc całkowicie podporządkowanym i zdyscyplinowanym jej decyzjom, wypełniał swoje zadanie.
        
Coraz silniej odczuwalne były w partii reperkusje niedawnej próby skonsolidowania SDKPiL z SDPRR. W zarządzie partii panowała dość spięta i nieprzyjemna atmosfera. Cezaryna Wojnarowska wykazywała nieudolność delegatów, potrzebę zmiany pozycji w temacie samostanowienia narodów. Efektem kłótni i wyrzutów było niespodziewane złożenie swojego mandatu w partii przez Wojnarowską co było wielką stratą, gdyż była bardzo cenioną działaczką ruchu robotniczego i miała wiele osobistych kontaktów z przywódcami francuskiej socjaldemokracji. Panie Róża i Cezaryna oskarżały się nawzajem. Twierdziła, że Luksemburg jest małostkowa i nie docenia wagi przystąpienia do zjednoczenia.
        
Równocześnie dotarła fala oburzenia ze strony krajowych działaczy SDKPiL, zarzucając kierownictwu zbyt szybką organizacje IV zjazdu partii oraz to, że odbył on się w Berlinie bez powiadomienia i uczestnictwa krajowych delegatów. Żądali też, aby zarząd partii był na terenie królestwa, a nie oderwany od rzeczywistości, w Berlinie. Działacz SDKPiL Kowal-Dobrowolski przytaczał rozmowę z dwoma wybitnymi działaczami „Wioślarzem” i „Burakiem”: „Umyślnie, nie chcąc, żebyśmy wysyłali  swych przedstawicieli, zawiadomili nas na dwa przed zjazdem, i to z uprzednim wskazaniem, kogo mamy wybierać, tak że (jeżeli) byśmy coś podobnego zrobili, to byłaby tylko komedia(…) Po odbytym zjeździe przywiózł nam tu (wyjaśniają mi) jeden panicz („Henryk”- [Hanecki-J.S.]) na pewno jakiś fabrykant, uchwały zjazdu i zaczął czytać. Myślał, że my będziemy chwalić, co oni nam uchwali (uchwalili) [32]”.
 
Trudno było nie im przyznać racji. Reakcję robotników przewidziała Cezaryna Wojnarowska pisząc do Haneckiego: „Nie chciałabym, jak się mówi, , być w Waszej, tow. Henryczku, skórze w chwili, gdy Wam wypadnie ze wszystkiego tego zdawać sprawę ludziom, co na dyplomacji się nie znają i co na pół świadomie i na pół instynktowanie są tak dalece za połaczeniem z naszymi rosyjskimi braćmi, iż nawet papuasi (PPS-J.S.) są zmuszeni rachować się z tą tendencją[33]”
 
Feliks Dzierżyński z jednej strony znał wszystkich lokalnych działaczy i rozumiał ich oburzenie, z drugiej strony był zwolennikiem surowej dyscypliny partyjnej szczególnie na szczeblu zarządu. Sytuacja była bardzo napięta. Trwała eskalacja konfliktów wewnątrz partyjnych, która mogła doprowadzić do rozłamu. Feliks Dzierżyński był przez to rozbity i czuł się w niezręcznej sytuacji, dosłownie pomiędzy młotem, a kowadłem. Swoją opinię wyraził (przypisuje się mu autorstwo) w artykule zatytułowanym „W kwestiach organizacyjnych” w Przeglądzie Socjaldemokratycznym podsumowując dotychczasowe prace organizacyjne zarazem odbiegając od punktu widzenia polityki Róży Luksemburg. Postulował ponownie przejrzenie dokumentów II Zjazdu SDPRR, w celu dalszej dyskusji i weryfikacji stanowiska SDKPiL.
 
W liście do Władysława Olszewskiego pisał: „Przestudiowałem odnośnie miejsca programu, 44 numer „iskry” itd. I doprawdy nie mogę w tym żadnego niebezpieczeństwa się dopatrzyć dla naszego programu, przeciwnie, uważam to za bardzo naturalne i słuszne sformułowanie tak tej kwestii ze strony Rosjan[34]”. Opowiedzieć się po jednej ze stron nie było proste. Dyskusje na łonie partii wydawały się być niekończące. Jako pierwszy, który wyraźnie opowiedział się po stronie bolszewików był Feliks Dzierżyński.
 
Czerwony Sztandar rozchwytywany był natychmiast. Krążył z rąk do rąk, czytano go na fabrycznych zebraniach, w domach, nie tracił aktualności wraz z wydaniem kolejnego numeru. Był skarbnicą wiedzy, kształtował świadomość robotników, ich poczucie przynależności i jedność w walce. Z każdym wydaniem przynosił informacje z terenu Królestwa, Rosji i Zagranicy, nawet z odległych Stanów Zjednoczonych.
 
W Drezdeńskiej Fabryce Firanek na ulicy Górczewskiej w Warszawie pracowało ponad 400 kobiet i wszystkie z nich były poddawane uwłaczającej godności rewizji dwa razy przy wejściu i dwa razy podczas wyjścia z fabryki, co wzbudzało zdecydowany sprzeciw pracownic. Dyrektor Tal krzyczał wówczas: „Złodzieje! Bydło! Kraść umiecie, a poddawać się rewizji nie chcecie i krzyczycie!” Praca w fabryce trwała 10 godzin, żadna z pracownic nie mogła przynieść ze soba ani kanapki ani niczego do picia.
 
W fabryce tkackiej Zelcmana dochodziło wprost do wykorzystywania seksualnego pracownic przez dyrektora Kaufmana. Proceder trwał ponad siedem lat i nikt nie był w stanie go zatrzymać. Kobiety, które nie ulegały mu, zwalniał, a posłuszne wynagradzał niewielką podwyżką. Odszedł z fabryki dopiero ze zwględu na swój wiek.
 
W fabryce Niemcewicza w Białymstoku robotnicy maszyna urwała palec. Zwróciła się do zarządcy o pomoc, a ten kazał jej podpisać pismo, w którym miała poświdczyć, zę nie rości żadnych pretensji do farbyki z powodu wypadku. Ona sama nie umiała czytać i zakończyłoby się jak zwykle, gdyby nie jeden z robotników, którzy jej przeczytał pismo i w jej imieniu zarządał dla niej bezpłatnego leczenia i wypłacenia całej pensji w czasie leczenia. Nie przestraszył się gróźb, że zostanie wyrzucony. Odważnie odpowiedział, że woli być bez pracy niż służyć kapitalistom. W końcu dopiął swego i zarządca zobowiązał się do świadczeń zdrowotnych i wypłacenia pensji.
W jednej z warszawskich garbarni dyrektor postanowił wprowadzić kary cielesne uważając, że tylko w ten sposób może dojśc do ładu z fabrycznym motłochem. Pierwszą ofiarą był pięćdziesięcioletni robotnik, który nie do końca właściwie wypełnił polecenie dyrektora. Stanąwszy przed możliwością utraty pracy i pogrążenia w nędzy siebie, żony i dzieci, wybrał poniżającą karę chłosty bambusowym kijkiem. Tak wyglądał świat odbity na szpaltach Czerwonego Sztandaru w roku 1903-im.
 
Niekończącym się konfliktom w partii towarzyszyła Dzierżyńskiemu nostalgia zahibernowana we wspomnieniach dzieciństwa i marzeniach przyszłości. Powracał wspomnieniami tęskniąc za łąkami i lasami Dzierżynowa, do czasów beztroski i zabaw. Marzył, że może za rok, za dwa, będzie mógł usiąść przy stole razem z Aldoną i Gedyminem patrząc na bawiące się, szalejące wesoło dzieci. W liście do Aldony bardzo mocno jej dziękował za troskę, miłość i duchową obecność, którą go obdarzała, i która pozwalała mu przeżyć trudny czas samotności.
 
Teraz korespondencja z Aldoną ucichła. I on i ona rozjechali się i żadne nie wiedziało, gdzie jest drugie. Aldona wysłała listy na adres korespondencyjny Feliksa w Wilmersdorfie. Bywało, że słali listy tam, gdzie drugiego nie było. Aldona martwiła się o Feliksa, on zaś nie miał wieści ani od niej, ani od braci. Przyznał w pierwszym po półrocznej przerwie liście z 12 grudnia 1903 roku pisanym z Berlina, że: „Byłem zły na braci, że nie piszą mi, nie pamiętają, przeciez przez Kazia mogliby mię zawsze znaleźć. Ile razy pisałem do nich, zawsze czułem, że do pewnego stopnia się narzucam. Tyle razy prosiłem Stasia, by mi rachunki przysłał, chciałem wiedzieć, czy mam jeszcze co, od tego przecież zależało całe życie”. I dodał opisując swoje życie: „Przez cały ten czas wałęsałem się po całej Europie nie mając możności oddać się zupełnie mej sprawie ukochanej, ani znaleźc odpowiedniego, stałego zarobku. Byłem zależny od ludzi i zatruwało mi to życie. Nie chciałem pisać do Ciebie, nie chciałem się skarżyć”.
 
Nie chciał się też uskarżać na swoje cierpienia wywołane chorobą Julii, która samotnie spędzała czas w sanatorium we Włoszech powolnie konając. Feliks przyznał siostrze, że: „Pędziłem więc precz od siebie wszelkie marzenia szczęścia, chciałem wyrwać z siebie zupełnie wszelkie przywiązanie, nie mieć życia osobistego, żyć myślą, abstrakcją. W tej walce z xxx (nieczytelne-Z.F.), w tej rozterce wewnętrznej- przeszło pół roku. Wreszcie stanąłem u kresu: musiałem albo całe swe siły zużyć na pogoń za chlebem (a siły te przez ten rok znacznie się nadszarpały) albo wydostać środki materialne i oddać się myśli, abstrakcji. Borykać się dalej z biedą nie chciałem, nie mogłem, bo po co miałem się borykać? By prowadzić żywot nędzny, oddany na pastwę swych myśli! O niebie, którego oglądać nie mogę. Człowiek nie może żyć sobą samym, on musi mieć kogoś, coś co kocha, o czem się troszczy, na kogo pracuje [35]”.
        
Usilnie szukał pieniędzy na życie pisząc wcześniej z Genewy listy do znajomych, w których dopytywał się o adresy braci. Chciał wiedzieć, jaki jest stan jego oszczędności, ile pieniędzy zostało mu z rubli pozostawionych przez ojca. Był przekonany, że nie ma już nic, dlatego proponował w listach, by bracia obliczyli ile jest jego część ziemi w Dzierżynowie warta i kwotę tą mu przesłali, a on wyrzeknie się jej na ich korzyść.
 
Sprawa rozliczeń rodzinnych ciagnęła się już przez jakiś czas, a teraz trochę się w tej kwestii zaczęło ruszać. W październiku 1901 roku Feliks pisał do Aldony: … dziwię się tylko Stasiowi, że mi nie odpisał w kwestii pieniężnej; pisałem już w (nieczytelne- Z.F.) listem awizowanym do Dzierżynowa. Kwitancję listu mam u siebie, a chciałbym wiedzieć wielu pieniędzmi mam prawo jeszcze się rozporządzać, zdaje się jeszcze 100 rublami- sądzę według słów Stasia, które on mi mówił przed moim aresztem. Wybrałem od czasu wystąpienia z gimnazjum 1500 rubli razem z temi 100 rublami, co Kazio mi przysłał zdaje się do Cytadeli. Jeżeli więc wiesz cokolwiek o tej kwestii, to prosiłbym abyś zawiadomiła mię…[36]”. Feliks, jak niebawem się okaże, w ogóle nie kontrolował własnych pieniędzy.
 
Kazimierz Dzierżyński
Wkrótce Kazimierz, który zarządzał finansami,  napisał do Feliksa list, a w nim podsumował stan oszczędności wszystkich z braci:  Feliks- 600 rubli i 30 kopiejek, Władysław-540 rubli, Ignacy 325 rubli. W tym czasie Aldona przejęła od Kazimierza prowadzenie rodzinnych finansów. Feliks pisał dalej: „Ucieszyło mię strasznie, bo mam teraz ręce niezwiązane, bo mogę żyć jak chcę, bo mogę teraz śmiało pożyczać u facetów i mam zabezpieczenie życia prawie na dwa lata [37]”.  Feliks odetchnął z ulgą. Miał pieniądze, które myślał, że dawno wydał.
 
Sporą częśc listu poświęcił na relacje rodzinne przywołując w pamięci czas, jaki spędził wśród najbliższych Aldonie, z jej dziećmi i Gedyminem, którego wówczas poznał. Wtedy zacieśniła się między nimi wszystkimi rodzinna więź. Prosił, aby Aldona przekazała mu co dzieje się z Ignasiem, Władkiem i Kaziem, dopytywał się o Rudolfka, czy robi postępy w nauce? Prosił, aby Aldona pisała mu o wszystkim, co się u niej dzieje, o dzieciach, radościach i smutkach. Poprosił też i zdjęcia, które mogłaby wysłać listem awizowanym na jego berliński adres: M. Warszawski, Berlin, Charlottenburg Kaiser-Friedrich Strasse 72 IV i podpisał „Wasz Józef”.
 
Aldona musiała bardzo się niepokoić milczeniem brata, bo wysłała kolejny list, na który 31 grudnia 1903 roku odpisał Feliks przepraszając za milczenie wywołane depresją. Jego ponury nastrój został przerwany listem od Aldony, w którym przesłała opłatek świąteczny i fotografie dzieci. Feliks pisał: „… u nas święta już przeszły, dla mnie przeszły one niczym się nie różniąc od dni powszednich. Wy zaś wkrótce wszyscy razem  usiądziecie do wieczerzy, stół duży, obrus czysty, siano pod obrusem i gwarno będzie u Was, dzieci będą się śmiały i swawoliły, i wesoło Wam będzie. Nastrój świateczny- i rzewnie będzie, i tak ciepło; chciałbym ogromnie wówczas być z Wami- widzieć Maniusię spokojną, Tonia urwisa, Rudolfka poważego i gwarzyć razem z Wami. Muszę koniecznie być u Was jeszcze[38]”.
 
W liście powrócił do spraw finansowych. O ile 30 kopiejek w rozliczeniu go zdziwiły, tak 600 rubli szczerze ucieszyły. Zapytany przez Aldonę, jak ma przesłać mu pieniądze, Feliks odpowiedział dając jej do zrozumienia, że może dysponować jego pieniędzmi bez żadnych przeszkód: „Kochana Aldono, proszę Cię, nie krępuj się. Wiem, że sami macie kłopoty pieniężne jeszcze gorsze niż ja.; ja muszę sam tylko wyżywić się, a Was sześcioro. Nie krępuj się i rób, jak Ci będzie najwygodniej. Do 1 stycznia wystarczyło mi te 150 rub., które mi Władyś przesłał przez Kazia. Mam co prawda sporo długów, lecz będę mógł je później pospłacać.W każdym razie przedtem niż cokolwiek wyślesz mi, zapytaj braci, czy rzeczywiście należy mi się coś, bo może to omyłka. Ja się też dziwię ogromnie, że mam więcej nawet niż Władyś, wówczas gdy on o 4 lata młodszy, czyżbym rzeczywiście tak mało wydał przez ten czas [39]?”
 
Było to zrozumiałe, że Feliks miał najwięcej pieniędzy, ponieważ nie poszedł na studia jak jego bracia. Ze swoich oszczędności pomagał Aldonie w jej trudnych chwilach. Jego towarzysz partyjny Perazič wspominał, że Feliks pieniądze, jakie dostał od ojca- 1000 rubli szlachetnie wpłacił do kasy partyjnej. Dzierżyński zdążył zdementować tę informację pisząc w 1922 roku oschle zarazem kreśląc swój stosunek do swego towarzysza: „Doniesienie tow. Peraziča o jakimś spadku nie odpowiada rzeczywistości [40]”.
 
W sylwestrową noc z 1903 na 1904 pragnąc oderwać się od spraw zawodowych, z Berlina wysłał list do swojego siostrzeńca Rudolfa: „Kochany Rudolfku! Serdecznie dziękuję Ci za Twój list do mnie. Pamiętam o Was, moje drogie dziatki, bardzo dobrze. Chociaż nie pisałem długo, lecz nie dlatego, bym miał zapomnieć o Was. A czy pamiętacie jak na grzyby do lasu chodziliśmy, jak Maniusia upadła i potem do domu ją niosłem, jak dokazywaliśmy razem, jak po jagody (poziomki) jeździliśmy do lasu razem z Mamą i Ciocią Marynią, jak Tolo zjadał jagody, a Rudolfek zbierał? Ja dobrze Was pamiętam, bo Was mocno kocham. Widzę z fotografii, jak urośliście sporo, na pewno teraz Mamie ukochanej mniej kłopotu sprawiacie? Dziękuję Wam za Wasze życzenia i całuje mocno Rudolfka, Tonia, Maniusię i Helunię. Wasz kochający wujaszek [41]”.
 
Zaraz na początku 1904 roku Feliks Dzierżyński wyjechał na odpoczynek do miejscowości Stara Wieś koło Limanowej. Zygmuntowi Żuławskiemu donosił: „Łażę po górach, lasach, lasy mi szumią i coś opowiadają, a ja o niczym nie myślę, słucham ich szumu, patrzę na całe pasmo gór, na doliny, strumyki, białe domki porozrzucane i ludzi malutkich [42]”.
        
W lutym 1904 roku w momencie wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej, Feliks ponownie zameldował się w Krakowie. Te wydarzenia i związane z tym osłabienie carskiej Rosji napawało nadzieją na przyspieszenie wybuchu rewolucji. W Królestwie Polskim trwał zmasowany, przymusowy pobór do wojska. Zarząd Główny SDKPiL wydał odezwę, wzywającą polskich rekrutów do solidarności z ludnością rosyjską, zachęcał do wstępowania do nielegalnej Wojskowej Rewolucyjnej Organizacji. Wykazywano bezzasadność walki z Japonią, która była wojną interesów politycznych caratu i nie miała żadnego znaczenia dla obywateli imperium.
        
Nastroje wojenne w carskiej propagandzie były nad wyraz optymistyczne, zakładano bowiem bardzo szybkie rozprawienie się z wrogiem. Jak okazało się po paru miesiącach nadzieje Rosji były zupełnie płonne. Lekceważący stosunek do wroga, padające hasła: „Czapkami zarzucimy” okazały się zupełnie bez pokrycia. Najpierw trwały trzymiesięczne kompletowanie wojsk i ich transport. Do dyspozycji armii była jedynie jednotorowa syberyjska linia kolejowa. Dostep do rosyjskiej floty we Władywostoku i Porcie Arturze został zaminowany przez Japończyków. Wkrótce wojska japońskie odcięły linię kolejową dostarczającą żywność i amunicję do Portu Artura i po siedmiu miesiącach walk zdobyli tą twierdzę.
 
W Mandżurii wojska rosyjskie praktycznie nie wychodziły z okopów będąc pod stałym ostrzałem wroga. Wojska Imperium nie miały żadnej woli walki nie wiedząc dlaczego mają walczyć i ginąć w tak absurdalnym konflikcie. Rozpędzona machina wojenna, która zapoczątkowana została odmową propozycji podziału stref wpływów na terenie Mandżurii i Korei, każdego miesiąca pogarszała sytuację ekonomiczną obu krajów.
 
Pomimo znacznej przewagi uzbrojenia i liczebności żołnierzy, dowództwo carskiego wojska było nieudolne i popełniało wiele rażących błędów, które przyczyniły się m.in. do kompletnego rozbicia całej floty imperium i olbrzymich strat w ludziach. Te niepowodzenia na froncie bezpośrednio spowodowały eskalację niezadowolenia społeczeństwa, które coraz mocniej odczuwało ekonomiczne skutki wojny. Dla przykładu, łódzcy robotnicy fabryk tekstylnych mieli coraz większe przestoje w produkcji, ponieważ eksport wyrobów do Azji drastycznie się zmniejszył. Bezrobocie sięgało 50%, a ci, którzy mieli pracę również nie byli w dobrej sytuacji, gdyż zmniejszono czas pracy, a wraz z nim wynagrodzenia.
 
Ale nie tylko tocząca się wojna rosyjsko-japońska wpłynęła na coraz częściej słyszalną krytykę społeczeństwa wobec caratu. Imperium carskie na początku XX wieku było państwem, którego polityka wobec społeczeństwa polegała na maksymalnym wyzysku wobec chłopów, robotników, a także inteligencji i absolutnie nie rokowała nadziei na jakiekolwiek zmiany, dających więcej swobód obywatelskich i prawnych regulacji uczestnictwa najniższych warstw społecznych w życiu państwa. Carat stawał się państwem, którym władała przerośnięta do granic absurdu biurokracja rządząca się według własnego widzimisię, pogłębiała się przepaść pomiędzy najbiedniejszymi, a najbogatszymi warstwami społecznymi, a od szeregu dekad nikt w kraju nie zadbał o odpowiednie reformy społeczne i gospodarcze.
 
Kiedy doszły do tego masowe zwolnienia robotników z fabryk, w wyniku załamania się eksportu, których w samej Łodzi było ponad 25.000, ulice stały się niespokojne. Dochodziło do coraz częstszych awantur i zamieszek z policją, a także zdarzały się incydenty otwartych walk pomiędzy robotnikami o różnej orientacji politycznej, zwłaszcza z agresywnymi narodowymi demokratami znanymi ze swej skłonności cichych do zabójstw. Coraz silniej pogłębiały się antagonizmy społeczne, do głosu dochodziły nastroje radykalne, bezrobocie przyczyniło się do niewyobrażalnej biedy i wręcz przerażającej nędzy sporej części społeczeństwa.
        
W wielu miastach przemysłowych- w Częstochowie, Łodzi, Lublinie, a także w Białymstoku, do których docierał Dzierżyński, tym samym grając na nosie carskiemu systemowi, gwałtownie uaktywniła się praca wszystkich ośrodków SDKPiL. Powstawały nowe drukarnie, głównie w Warszawie i Łodzi, dzięki czemu „Czerwony Sztandar” docierał na całe terytorium dawnej Polski i Litwy. Ukazał się też pierwszy periodyk teoretyczny partii „Przegląd Socjaldemokratyczny”.
        
Dzierżyński będąc w Łodzi zatrzymywał się często na ulicy Rzgowskiej 3 w mieszkaniu Franciszka Joachimiaka. Przeważnie spędzał tam noc, ale bywało, że i dwa tygodnie nie wychodził z mieszkania ze względu na zintensyfikowane poszukiwania go przez policję. Łódzki oddział SDKPiL z początkowych 36 członków niebywale się powiększył. Podczas jego pobytów intensyfikowano zebrania partyjne. Franciszek Joachimiak, uczestnik takiego zebrania wspominał: „Pierwsze łodzkie zebranie SDKPiL odbyło się na rogu Przejazd i Sienkiewicza, organizacja liczyłą wówczas 36 członków, było to w 1904 roku, tow. Dzierżyński był na tym zebraniu, następnie na ulicy Targowej odbyła się koferencja u tow. Maciejewskiego i tam również był Dzierżyński. Chodził on wtenczas w okularach, żeby zmienić wygląd, w czarnym kapeluszu, kapelusz naokrągło wgnieciony, włosy miał ciemno-bląd, mówił ochrypłym głosem, miał akcent litewski. Miał zawsze o czym mówić. Jak przemawiał, wchodził na coś wyższego, jak na fabryce na skrzynki lub co popadło [43]”.
 
O tym samym wydarzeniu pisał Tomasz Maciejewski: „Tow. Dzierżyński był na zebraniu SDKPiL na ulicy targowej 54 u tow. Sawickiego i drugio raz na Targowej 51 w moim mieszkaniu. Ja byłem w pracy tylko mieszkanie oddałem na zebranie. Dowiedziałem się od towarzyszy, że byli wtedy sami ważniejsi działacze F. Dzierzyński, J. Marchlewski i inni [44]”.
        
Sytuacja w życiu osobistym Feliksa stawała się coraz gorsza. Zewnętrznie wydawałoby się, że żyje jedynie polityką- tak zresztą przedstawiana jest jego postać w opracowaniach. Pod tą powierzchowną warstwą rewolucjonisty tkwił człowiek, któremu nie obce były takie uczucia jak rozpacz, żal, miłość i tęsknota. Pod koniec grudnia pisał do Aldony pragnąc zdjąć z siebie ciężar swych przeżyć i podzielić się swymi najgorszymi obawami z siostrą: „Moja narzeczona im dalej tym bardziej chora. Obecnie mieszka we Włoszech i beznadziejnie jest chora i zupełnie samotna. Pędziłem precz od siebie wszelkie marzenia szczęścia, chciałem wyrwać zupełnie z siebie wszelkie przywiązanie, nie mieć życia osobistego, a żyć myślą, abstrakcyjną w tej walce z biedą, w tej rozterce wewnętrznej- przeszło pół roku [45]”.
        
W pierwszych dniach marca wysłał do dzieci Aldony kartki pocztowe z obrazkami, jednak pomylił je. Kartki z kotkami zamiast do Tonia wysłał do Maniusi, a Maniusia otrzymała kartkę z małpką, której adresatem miał być Tonio. Rudofowi nic nie wysłał, bo nie miał za co.
 
Pod koniec lutego bądź w pierwszych dniach marca 1904 roku Feliks korzystając z kilku wolnych dni, wyjechał do Wyląg, malowniczej miejscowości koło Kazimierza Dolnego do majątku należącego rodziny do sióstr Zofii i Stanisławy Siła Nowickich, gdzie zapraszali go jego bracia Władysław i Ignacy pragnąc osobiście poinformować go o zbliżających się zaręczynach i ślubach, jako, że dwaj bracia zakochali się w dwóch pięknych siostrach Siła Nowickich.
 
Kartka wysłana do Aldony 19 marca 1904 roku
Kilka dni później na zwykłej kartce pocztowej bez obrazka pisał do Aldony o tym spotkaniu 6 (19) marca 1904 roku z Krakowa zdając krótką relację: „Widziałem się z Władysiem i Ignasiem, na pewno pisali ci o tym, a Władek miał osobiście odwiedzić Was. Dom ich bardzo mi się podobał. Okolice są zaś śliczne. Zapraszali mię, bym latem wstąpił do nich [46]” Była to dla niego bardzo radosna wiadomość, choć w głębi serca czuł niewyobrażalny smutek. Stan zdrowia jego ukochanej Julii był tragiczny, spodziewał się najgorszego. Wiedział, że jemu takie szczęście, jak braciom, nie jest jeszcze pisane. Nie spodziewał się, że tragiczne chwile stoją tuż przed nim.


[1] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 13 sierpnia 1902r., s. 24
[2] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 13 sierpnia 1902r., s. 24
[3] W tekście rosyjskim mowa jest o przyjacielu. Feliks z niewiadomych względów zmienił w liście płeć. Być może jest to błąd tłumaczenia, gdyż Feliks nie ukrywał swojej miłości przed Aldoną. Polskiej wersji tego listu nie ma.
[4] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 79 Jak widać, w kwestii pracodawców, nic się nie zmieniło do dzisiejszych czasów.
[5] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 27
[6] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 23 września 1902r. s. 26
[7] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 15
[8] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 74
[9] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 16
[10] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, list z 9.02.1903r. s.86
[11] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, list z 8.01.1903r. s.81 Numer mieszkania jest mylny. W budynkyu tym jest 38 mieszkań. Wyjaśnienie niemożliwe.
[12] B. Krauze, Feliks Dzierżyński we wspomnieniach i wypowiedziach, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s.93
[13] Albo 41. B.Koszutski nie był po latach pewien numeru mieszkania.
[14] Czerwony Sztandar, nr 1/1902
[15] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 76
[16] B. Krauze, Feliks Dzierżyński we wspomnieniach i wypowiedziach, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 94
[17] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 79
[18] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 9 lutego 1903r., s. 26
[19] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 18
[20] J. Sobczak, Współpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Ksiązka i Wiedza, Warszawa 1980, s.233
[21] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 36-37
[22] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 143
[23] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 20 Wspomnienia Kazimierza Witkiewicza muszą odnosić się do innego, acz pobliskiego okresu, bowiem pod koniec 1902 roku Dzierżyński przebywał w Zakopanym.  Prawdopodbnie wspominał spotkanie z Dzierżyńskim w roku 1903.
[24] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 88
[25] S.W. Dzierzynska podaje, że bracia Władysław i Ignacy studiowali w Moskwie i po buncie studentów zostali osadzeni w więzieniu i następnie wydaleni z Moskwy. Tymczasem faktycznie studiowali w Moskwie i ukończyli studia w 1903 roku. Prawdopodobnie wieść ta odnosiła się do starszego z braci, Kazimierza, który dostał wilczy bilet we wszystkich szkołach w Imperium po tym, jak uderzył nauczyciela w twarz. Autorka podaje na (s.94 swych wspomnień) również, że młodsi bracia Feliksa aktywnie właczyli się ruch oporu przeciwko caratowi, za co byli represjonowani. Jak w takim razie zrobili kariery zawodowe? Na to pytanie nie udzieli już odpowiedzi autorka tych słów, która jest córką Władysława Dzierżyńskiego. Bracia Feliksa z całą pewnością nie angażowali się politycznie, ani przesadnie nie pomagali Feliksowi w jego kłopotach z prawem.
[26] T. Feder, Adolf Warski, Książka i Wiedza, Warszawa 1986, s. 79
[27] J. Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.259
[28] J. Sobczak, Współpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.262
[29] J.Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.279
[30] J.Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.323
[31] J.Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.324
[32] J.Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.276
[33] J.Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.343
[34] J.Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Książka i Wiedza, Warszawa 1980, s.350
[35] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 87-98
[36] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 67
[37] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 87-98
[38] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 91
[39] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 92
[40] J. Ochmański, Feliks Dzierżyński, Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926,  Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 40
[41] K. Molek, St. Wrzesz, Feliks Dzierżyński w 100 rocznicę urodzin, COMUK, Warszawa 1977, s. 106
[42] T. Wroński, Krakowskie lata rewolucyjnej działalności Feliksa Dzierzyńskiego, Muzeum Historyczne M. Krakowa, Kraków 1978, s. 22
[43] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/II-1, dok. 109
[44] F. Dzierżyński, Obchhody 25 rocznicy śmierci F.D., AAN, 61/V-4, dok. 53
[45] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 82
[46] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 96
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.