Przeszłość to dym

rozdział XI
 
 
Do serca Feliksa dobijała się jeszcze jedna kobieta. Kobieta z jego przeszłości, z którą kontakt, wydawałoby się, bezpowrotnie stracił. Margarita Fiodorowna Nikolajewa dowiedziała się od jednego z zesłańców, że Feliks przebywa w siedleckim więzieniu. Natychmiast wysłała do niego telegram. Feliks odpowiedział:
 
„Droga Margarito Nikolajevna!
Zupełnie niespodziewanie dostałem Pani telegram tutaj, w siedleckim więzieniu. To  prawda, wiezienie wywołuje we mnie niepokój, bo i szansy na pozwolenia na żadne odwiedziny nie mamy i nawet nie ma co o nie prosić. Te zasady połączone są z innymi specjalnymi zasadami, o których Pani w najbliższej przyszłości poinformuję. Ciężko jest mi teraz coś więcej napisać, czekam na Pani list i wtedy szczegółowo Pani napiszę. Chcę zapomnieć o przeszłości- teraz moje życie ułożyło się tak, że albo będę wiecznym włóczęgą albo będę wegetować gdzieś tam w Żygańsku czy na Kołymie. Od kogo dowiedziała się Pani o mnie. Pewnie od Wieliczkina.
 
Minęło już 19 miesięcy jak siedzę w więzieniu i czuję się nie specjalnie przepięknie, ale i tak jest lepiej niż w Kaju. Po części nienawidzę swojej pierwszej zsyłki. Niech się Pani na mnie nie obraża za taki list, ale nie mogę pisać.
F.Dzierżyński
 
P.S.Odpowiem Pani szczegółowo, jak dostane od Pani list [1]”.
 
Zdawałoby się, że korespondencja pomiędzy byłymi kochankami pochłonie ich serca na powrót tak, jak było to w pierwszych miesiącach 1899 roku. Nic takiego nie wydarzyło się. Poprzedni list Feliks wysłał do Margarity na jej adres w Samarze. Odpowieź otrzymał dopiero w listopadzie i 27 listopada 1901 roku odpisał:
 
Dziś dostałem Pani list. Już raz do Pani pisałem na poste restante do Saratowa zaraz po tym, jak ptrzymałęm od Pani telegram. Od czasu, jaki minął od naszego ostatniego spotkania całkowicie się zmieniłem i dziś nie odnajduję w sobie tego, co kiedyś było we mnie, a z czego pozostało jedynie wspomnienie, które doskwiera mi. Przez ten czas zmieniłem się, stało się ze mną co przecież wielu ludziom się przydaża, ale pisać o tym w sytuacji w jakiej się znajduję jest troszeczkę nie na miejscu. Od tego czasu minęło już 3 lata, pół roku żyłem pełna piersią i nie zastanawiałem się wtedy nad sobą, a kiedy znalazłem się w areszcie, przez większość czasu byłem absolutnie odcięty od zewnętrznego świata, od przyjaciół i znajomych, a potem znalazłem się w dość swobodnych warunkach więziennych i moje kontakty z towarzyszami i światem zewnętrznym odnowiły się, otrzymałem też zgodę na widzenie[2]- wówczas wszystko we mnie się odmieniło, wówczas zacząłem żyć i żyje do tej pory życiem osobistym, które choć nigdy nie będzie pełne i satysfakcjonujące, ale to akurat nie jest mi potrzebne. Wydaje mi się, niech mnie Pani zrozumie, że nam, tak naprawdę, lepiej będzie, jeśli przestaniemy do siebie pisać, bo to tylko będzie irytować i Panią i mnie. Teraz tym bardziej, że na dniach jadę na Syberię na 5 lat, co znaczy, że nie przyjdzie nam spotkać się w życiu nigdy.
 
Ja- włóczęga, a z włóczęgą się zaprzyjaźnić to biedy zakosztować. I ja chciałbym wiedzieć, co słuchać u Pani, jak Pani żyje, ale nie mam prawa, by prosić Panią, by napisała do mnie i też nie chcę. Proszę, niech Pani więcej do mnie nie pisze wcale; byłoby to trochę niemiłe i dla Pani i dla mnie i dlatego proszę o to, bo z tego co Pani pisze, Pani stosunek do mnie ani trochę się nie zmienił, a powinien, bo tylko wtedy moglibyśmy zostać przyjaciółmi. Teraz jest to niemożliwe.
        
A zatem niech będzie Pani zdrowa, niech pani machnie ręką na to co było i przypomni sobie słowa o tym, że żyć można tylko przyszłością, a przeszłość to dym.
Jeszcze raz, niech będzie Pani zdrowa i mi wybaczy.
F. Dzierżyński [3]” Nigdy się już nie spotkali.
 
Więzienie w Butyrkah
2 listopada 1901 roku minister sprawiedliwości orzekł zesłanie Feliksa Dzierżyńskiego do guberni Archangielskiej na cztery lata zesłania pod nadzorem policji jednocześnie zaliczając czas spędzony w areszcie w poczet kary. Niestety Warszawski Departament Policji złożył odwołanie i sprawa w sądzie musiała odbyć się ponownie. W tym czasie przewieziono Feliksa Dzierżyńskiego do etapowego więzienia na Butyrkach w Moskwie. Kiedy tam dojechał, otrzymał nowy wyrok pięciu lat zesłania na wschodnią Syberię do Wilujska, którego klimat był szczególnie niebezpieczny dla gruźlików. W wiezieniu spotkał dawnego znajomego, członka Bundu i przez niego wysyłał swoje listy do Julii i do Aldony.
 
Od samego początku dał się zapamiętać władzom więzienia. Za udział w manifestacji więźniów politycznych ukarano go zakazem widzeń i korespondowania. Na szczęście, zanim to nastąpiło, zdążył poinformować swoich braci przez Aldonę, że jest w Moskwie.
 
Niecierpliwie czekał na wieści od Aldony, zwłaszcza oczekiwał na informacje odnośnie stanu zdrowia Gedymina, o którego bardzo się niepokoił. Cierpiał on na miażdżycę. Z powodu swej choroby, miał miał duże problemy ze znalezieniem posady, a przez to jego rodzina egzystowała w bardzo ciężkich warunkach. Stan ten utrzymywał się już od 1899 roku, kiedy Feliks pisał zaniepokojony: „Jak zdrowie Gedymina? Czy się poprawiło? Przepraszam Cię najserdeczniej za niepotrzebna przykrość, którą Ci sprawiłem w tak ciężkich dla Ciebie warunkach. W jaki sposób mógł uformować się zastój krwi od siedzącego życia, kiedy on wiecznie, zdaje się był w rozjazdach i ruchu? Jak teraz czuje się? [4]”
 
Po dwóch latach od tego listu, w październiku 1901 roku pojawiła się iskierka nadziei, szansa, że Gedymin znajdzie posadę, a wiadomość o tym, bardzo uradowała Feliksa. Cierpienia i niedostatek siostry, Feliks przeżywał wraz z nią odczuwając te same niepokoje, strach, niepewność. Doceniał, że pomimo tak trudnych warunków, istotnych problemów materialnych, Aldona znajdywała czas i chęci, aby korespondować z nim, troszczyć się jeszcze o niego dopytując, czy potrzebuje ciepłej odzieży lub pieniędzy. We wszystkie święta Bożego Narodzenia, które spędzał za kratami, pamiętała o nim przesyłając mu opłatek, a co ważniejsze, również ubrania na zimę i bieliznę na zmianę.
 
W liście wysłanym 7 (20) grudnia 1901 roku pocieszał Gedymina, że wola życia jest silniejsza niż śmierć. Popierał to przykładem Antka Rosoła, który bardzo chory na płuca i po bolesnej operacji nogi, pisał pełne optymizmu i radości życia listy do Feliksa po jego zwolnieniu z więzienia. „Drogi Gedyminie, przecież twoje zdowie zmierza ku poprawiem a z twojego listu wieje takim smutkiem. Nie, trzeba wierzyć w siebie, trzeba żyć, nie poddawać się chorobie, nie myśleć o niej przez cały czas, wówczas zwyciężyć ją łatwiej. Pisałem, jak mi się wydaje, w pierwszym swoim liście stąd, o moim towarzyszu, który był ciężko chory: miał chore płuca, był też po nieudanej operacji nogi. Były takie chwile, że myślałem, że on już tego nie wyjdzie.  I cóż ? Żądza życia, olbrzymia walka zaowocowało zwycięstwem nad chorobą, a dziś jest na wolności i pisze do mnie, ze jego zdrowie się poprawia niezważając na biedę i bezrobocie [5]”.
 
Feliks nie wiedział jeszcze, jak bardzo chory był Antek Rosół i jak niewiele czas mu zostało. Zmarł 20 czerwca 1902 roku nie doczekawszy się spełnienia swoich marzeń. Jego ojciec wrócił z zesłania dopiero w 1905 roku, zamieszkał w Żyrardowie. Przybity śmiercią syna, przestał aktywnie działać w partii. Do końca swojego życia troszczył się o towarzyszy w więzieniu codziennie przynosząc im posiłki z pobliskiej jadłodajni. Pomógł wielu ludziom zupełnie bez rozgłosu, bez krzykliwego bohaterstwa, w milczeniu, a dziś również w zapomnieniu. Zmarł w marcu 1914 roku. Na jego grobie na żyrardowskim cmentarzu, towarzysze kazali wykuć napis: „Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie. Jan Rosół. Wieloletni więzień polityczny i sybirak. Nieustraszony bojownik o wyzwolenie uciśnionych [6]”. Zofia Rosół wróciła do Warszawy w 1902 roku wciąż aktywnie działając w ruchu robotniczym. Zmarła w 1939 roku.
 
Życie więzienne Feliksa płynęło monotonnie. Tylko jeden dzień był inny niż wszystkie. Dzień, w którym odwiedzili go bracia, Władek i Ignaś. Dzięki temu, że powiadomił Aldonę, a ona skontaktowała się z braćmi mieszkającymi w Moskwie, udało się zdobyć im pozwolenie na widzenie. Wspomniał o tym miłym wydarzeniu po trzech miesiącach w liście do Aldony z 18 marca 1902 roku: „W Moskwie tylko raz udało mi się widzieć Władysia i Ignasia i nie mam pojęcia, co z nimi słychać, bo niespodziewanie nie dali nam więcej widzenia [7]”.
 
Nie znając jutra, czekał na daleką podróż, ponad siedem tysięcy kilometrów do Irkucka. Było to dla niego przejście do innego świata, świata osobliwej wolności, bo przymusowej na dalekiej Syberii. Wiedział, że zostanie zbudzony z dwuletniego snu, wyrwany będzie z ponurej celi i zostanie przeniesiony w mroźny i wrogi świat niekończących się głuchych przestrzeni, mrozów, dzikiej, nieokiełznanej przyrody. Znajdzie się w towarszystwie tamtejszych ludów, żyć będzie z Jakutami czy Tunguzami. Będzie poznawał nowe okolice co sprawi, że zapomni przez chwilę, że jest tam za karę.
 
Nadszedł czas wyjazdu. Była mroźna zima 1902 roku. Podróż nie należała do lekkich. Po krótkim pobycie w wiezieniu etapowym na Samarze, gdzie więźniowie mogli złapać chwile spokoju i wygody, rozpoczęła się kolejna część podróży ciągnąca się bez ustanku przez dziesięć dni. Do Aleksandrowska na Syberii w pobliżu Irkucka więźniowie dotarli po dwóch miesiącach od wyruszenia z Siedlec. Dalszą podróż uniemożliwiła pogoda. Przeszywające zimno, wilgoć i mróz powodowały, że wielu więźniów zaczęło chorować. Wśród nich był też Feliks. Miał nadzieję, że zbliżająca się wiosna doda mu sił. Żył nadzieją, że świeże, ciepłe powietrze polepszy stan jego osłabionych płuc.
 
Pierwsze dni pobytu w aleksandrowskim więzieniu wspominał z sympatią. Było to wieżienie etapowe, mówiono o nim po rosyjsku: „pieresylnoj”. Praktycznie przez cały czas przebywał wśród swoich towarzyszy, miał też mało do czynienia ze strażnikami widząc ich zaledwie raz dziennie. Pisał wówczas, 5 marca 1902 roku, do Aldony, o swojej olbrzymiej tęsknocie oraz o swoim pobycie w więzieniu: „Cóż Wam pisać? Że tęsknię za krajem- o tem wiecie. Nie udało im się jednak wyrwać kraju i sprawy mej, i wiary z mej duszy i przez tę wiarę, i tę tęsknotę żyję, a myslami lecę do braci mych- i z nimi jestem razem. Ma się rozumieć sa chwile ciężkie, okropne, gdy ból zda się rozsadzi twą czaszkę- przez ból ten właśnie jesteśmy ludzie, bo w bólu my widzimy niebo chociaż nad nami ściana i kołóo nas ściany i kraty.
 
Lecz o tem dosyć, opisze teraz pokrótce swe życie: jestem w więzieniu aleksandrowskim- na wsi, 60 wiorst od Irkucka. Cały dzień odemknięci jesteśmy i możemy spacerować na dość dużem podwórku, obok ogrodzone płotem więzienie kobiece i możemy flirtować, chociaż po tak długim siedzeniu samotnem trudno nam z tem. Jedzenie mamy szpitalne: mleko, biały chleb, kotlet i zupa. Na kolecję gotujemy sobie kartofle i pijemy herbatę prawie cały dzień bez ustanku. Mamy książki i trochę czytamy- więcej jednakże rozmawiamy i dokazujemy zamieniając życie prawdziwe parodią- zabawą. Listy i wiadomości z kraju- oto jedyna prawdziwa rozrywka, która ożywia nas. Oprócz tego spotkałem tu wielu rodaków, przestępców niepolitycznych, który też tęsknią za krajem, za rodziną i bardzo często trafili tu zawdzięczając samowoli administracyi.
 
Staram się poznać tych ludzi, ich życie- ich przestepstwa, co ich pobudziło, czym żyje ich dusza- mam zajęcie i czas mi schodzi. Wyobraź sobie, że ludzie tu siedzą po 10 miesięcyczekając jedynie na to, aby ich odwieźli tam zkąd paszport swój biorą; złapano ich na okropnym przestępstwie, żyli bez paszportu lub z paszportem, którego termin się skończył [8]”. Poprosił Aldonę, aby wysłała kogokolwiek do domu Goldmanów, aby poinformować siotrę Julii, Olę o jego losie i dowiedzieć się od niej o aktualnym adresie Julii. Zabronił przy tym kontaktować się z pozostałą rodziną Goldmanów. List podpisał: „Wasz Feliks”.
 
W więzieniu było spokojnie, ale do czasu. Niespodziewanie władze więzienia zaostrzyły regulamin. Zabroniono więźniom wychodzenia poza obręb więzienia w towarzystwie strażników, co do tej pory wykorzystywali na zakupy dodatkowej żywności. Ograniczono czas przebywania poza celami. Przestano też informować więźniów o czasie wyjazdu i miejscu ich dalszej podróży utrzymując ich w niepewności.
        
Odebranie praw więźniom i zaostrzenie rygoru miały natychmiastowy odzew. 19 maja 1902 roku w drodze głosowania, wybrano Dzierżyńskiego przewodniczącym komitetu protestacyjnego. Z uwagi na jego gwałtowny charakter i obawę towarzyszy, że jego wzburzenie i bezkompromisowość doprowadzą do przykrych dla wszystkich konsekwencji, wybrano jeszcze dwóch przywódców komitetu. Dość szybko wyklarował się śmiały i przebiegły plan protestu. Miało być to zupełne zaskoczenie dla strażników więziennych. Podstawą planu było, by ani jeden strzał nie padł podczas rozbrajania żołnierzy, ani by nie było żadnych ofiar.
 
Gdy padło hasło, wyznaczeni więźniowie rozbroili wszystkich strażników oraz i wyrzucili ich wraz z pracownikami administracji poza obręb murów. Powstało zamieszanie, panika wywołane zaskoczeniem. Ktoś krzycząc zza muru zażądał przywrócenia poprzedniego regulaminu i praw więźniów. Z drugiej strony muru, ktoś złościł się, złorzeczył i odmawiał spełnienia żądań. Rozmowa przez mur trwała trzy dni. Prowadzono je ze strony więźniów tak, aby nie wiadomo było kto stoi na czele buntu. Dzierżyński stał twardo na stanowisku domagając się bezwarunkowego spełnienia postulatów. Mówił stanowczo do władz: „Jest nas tu czterdziestu czterech i szybciej zginiemy niż poddamy się waszym warunkom[9]”. Zabarykadowani więźniowie wywiesili sztandar z napisem „Wolność” ogłaszając stan wyjątkowy na terenie więzienia.
 
Bunt w aleksandrowskiem więzieniu
Władze nie zdecydowały się na użycie siły. Jedynym rozsądnym wyjściem było rozpczęcie negocjacji. Po stronie władzy stał naczelnik więzienia, były powstaniec z 1863 roku- Latośkiewicz, który uzyskawszy zgodę gubernatora Irkucka, przyjął warunki protestujących. Gdy porozumienie zostało zawarte, więźniowie otworzyli bramę i oddając broń, wpuścili strażników. Te wydarzenia, zakończone 21 maja 1902 roku, przysporzyły Feliksowi wielkiego uznania. Przyspieszyły one także wyjazd więźniów do miejsc zesłania. Dzierżyński bardzo się z tego ucieszył. Pisał o tym Aldonie: „Podróż to będzie wesoła, bo będzie nas cała setka, pojedziemy po rzece i po drodze uda mi się zobaczyć z towarzyszami, których nie widziałem od 97 roku [10]”.
 
I faktycznie, podróż była wesoła. Transportowano ponad setkę ludzi. W przeważającej większości byli to studenci skazani za bunt na uczelni. W czasie podróży leniwą Leną szybko zawiązywały się braterskie przyjaźnie, zwłaszcza wśród części więźniów politycznych. Rozmowy o sytuacji w kraju i polityce oddały szybko miejsce śmiałym dyskusjom o ucieczce. Podbudowani zwycięstwem prostestu, więźniowie snuli plany podparte marzeniami o ucieczce z krainy syberyjskich tygrysów i wilków w odległej jakuckiej zmarzlinie, gdzie temepratura w zimie potrafi dochodzić do minus sześćdziesięciu stopni Celsjusza, a lato bywa niegorące i niezwykle krótkie. Nie każdy potrafił zrealizować swe marzenia.
 
Podczas podróży, Dzierżyński zaprzyjaźnił się z eserowcem Michaiłem Sładkopiewcowem, który po przybyciu do jednej z najstarszych miejscowości Syberii- Wiercholeńska, wybudowanej jeszcze przez Kozaków, zachorował. Wraz z Dzierżyńskim zgłosił się do lekarza narzekając na zły stan zdrowia. Lekarz potwierdził chorobę, Dzierżyński zaś zgłosił się do naczelnika konwoju o zgodę na pozostanie do czasu wyzdrowienia towarzysza w Wiercholeńsku. Naczelnik, będąc człowiekiem o dobrym sercu,  przychylił się do jego prośby i ulokował ich w szpitalu na czas kuracji. Ten czas Dzierżyński poświęcił na rozeznanie terenu, sprawdzenie możliwości, jakie sprzyjałyby ucieczce.
 
Szybko okazało się, że nie będzie to proste, bowiem wszyscy mieszkańcy byli codziennie kontrolowani. Taktyka ucieczki musiała polegać na zaskoczeniu i przede wszystkim na zmyleniu śladów. Ucieczka wzdłuż linii telegraficznej nie miała szans na powodzenie. Znacznie większe szanse dawała ucieczka rzeką. Czas naglił, bo dalszy pobyt w skrajnie niesprzyjających warunkach, groził Feliksowi pogorszeniem się zdrowia. 22 maja z Wiercholeńska zdążył napisać jeszcze jeden krótki list do Aldony, w którym dociekał, dlaczego jego bracia nie piszą do niego, ciekaw był co słychać w ich życiu, co robią. Podał swój adres: Gubernia Irkucka, Wiercholeńsk, dla Feliksa Dzierżyńskiego.
Było to uśpienie czujności władz kontrolujących również korepsondencję. Podając adres Dzierżyński wiedział, że na ten adres nie otrzyma żadnego listu.
 
Po kilkudniowym odpoczynku i nabraniu sił, postanowili uciec z Wiercholeńska zanim trafi do odległego o ponad dziesięć tysięcy kilometrów miejsca zesłania. W nocy 12 (25) czerwca 1902 roku wraz ze swoim kompanem, Michaiłem Sładkopiewcowem, Feliks Dzierżyński udał się wśród ciszy i mroków nocy nad rzekę Lenę. Cała wieś pogrążona była we śnie, z oddali dochodziły tylko od czasu do czasu odgłosy kołatki -to stróże nocni dawali sobie sygnały. Nad rzeką rybak rozstawiał sieci, więc musieli przycupnąć i poczekać, aż odejdzie. Gdy tylko poszedł do chaty, Feliks i Michaił weszli do jego czółna[11] i najciszej jak tylko mogli przepłynęli na drugą stronę przez szeroką, wartką, pełną małych i dużych wysp Lenę, która wpada do morza Łaptiewów będącej częścią Oceanu Arktycznego.
 
Wiosłowali na zmianę. Mijali ogniska, wokół których siedzieli nie podejrzewający tego, że prawie pod ich nosem przepływają uciekinierzy. Schowani w mroku pokonywali kolejne kilometry wodnego szlaku. O mały włos nie przypłacili życiem tego ryzykownego przedsięwzięcia. Kilkakrotnie, płynąc nocą, rozbijali się o wysepki i kamienie. Po drodze natrafili na młyn, który zablokował im przepływ. Szlak rozświetlał księżyc, lecz ten powoli znikał za chmurami, więc trzeba było działać szybko. Postanowili przenieść czólno lądem. Kosztowało ich to ogromny wysiłek. W końcu nad ranem, gdy mgła zaczęła opadać, udało im się ominąć młyn i niezauważeni przez nikogo znów zasiedli w czółnie. Płynęli niesieni nurtem aż nagle ciszę mgły przerwał gwałtowny łoskot! W gęstej mgle nie mieli szansy, by zauważyć wyspę porośniętej drzewami. I właśnie w korzeń jedengo z nich z impetem uderzyli. Michaił siedzący z przodu zmoczył się cały, Feliks zdążył przeskoczyć na drzewo i stąd podał rękę towarzyszowi, któremu grunt czółna osuwał się na dno.
 
Gdy mgła opadła okazało się, że są na wyspie i tuż nie daleko jest droga, słychać było szmery wozów i czyichś rozmów. Szybko wymyślili historyjkę, którą mieli się tłumaczyć przed ludźmi po czym Feliks poszedł wypatrywać pomocy, a Michaił rozpalił ognisko by wysuszyć ubranie.
 
Ratunek przyszedł ze strony rzeki. Do wyspy rozbitków podpłynęła łódka, a na niej kilka osób, z których jedna miała carską odznakę. Gdy tylko przewieźli rozbitków na brzeg, ci dali im po pięć rubli, a przy tym ze smutkiem patrzyli w głąb rzeki mówiąc, że wraz z łódką utopili wszystkie pieniądze. Byli bardzo przekonywyjący, mówili, że jechali po kość mamutową do Jakucka, a teraz wszystko przepadło. Fortel się udał. Chłopi szybko zwietrzyli okazję do zarobienia pieniędzy, zaczęli podróżnych pocieszać starając się zdobyć ich zaufanie. W rozmowie zaproponowali im, że podwiozą ich do Zygadłowa, by stamtąd mogli wysłać telegram z prośbą o przesłanie pieniędzy. Zgodzili się. Podstawiono bryczkę i chwilę później nasi bohaterowie udali się w dalszą podróż.
 
Jeszcze nie pokonali odległości dziesięciu wiorst do najbliższej wsi, jak wiadomość o niecodziennych gościach dotarła tam. Wszyscy mieszkańcy „szczerze” współczuli przybyszom wypadku i utraty dobytku. Przekonywali „kupców”, że teraz poszukiwać ich rzeczy nie sposób, ponieważ woda w rzece jest niespokojna, wzburzona i nic przez nią nie widać. Musieliby poczekać kilka dni, aż nurt się uspokoi i kolejne dni na poszukiwania zaginionych rzeczy, a na to nie było czasu. Ustalili więc, że jeden z chłopów otrzyma upoważnienie od rozbitków i zbierze zatopione pieniądze, które natychmiast w całości odeśle. Trzy ruble wdzięczności jakie otrzymali skonkretyzowały chłopom cel na wieczór- zakup gorzałki.
 
Feliks i Michaił ruszyli w dalszą podróż bryczką, ale po 10 wiorstach znów zatrzymali ich chłopi. Przyjęli ich w gościnę. Wietrząc interes, jeden z chłopów odważył się przyznać, że ma kości mamutowe do sprzedania w dobrej cenie. Nic tak nie działało na chłopów jak możliwość szybkiego wzbogacenia się, dlatego Feliks obiecał, udając wielkie zainteresowanie niesłychaną okazją, wrócić za dwa tygodnie i je odkupić.
        
Gospodyni chciała poczęstować podróżnych herbatą, ale jako, że w Rosji pije się ją na setki sposobów, zapytała czy chce „po sybirski” czy „po rasiejski”. Feliks poprosił po „rasiejsku”, na co kobieta podeszła do łóżka, podniosła siennik i wyjęła wielką bryłę cukru, odłupała kawałek i przyniosła na stół. „- No, zaczynaj gołąbku, zaczynaj, a to herbatka ostygnie…[12]”. Feliksa mało co nie zemdliło. Cukier był cały brudny, upstrzony przez muchy i miejscami wylizany tak, aż przypominał karmel. Jakimś cudem powstrzymał się, by nie zwymiotować i kiedy doszedł do siebie, przeżegnał się udając prawdziwego chrześcijanina i nieśmiało odrzekł: „A jednak, mateczko, ja już będę pił ten wasz czajok po sybirsku”.
 
Po odpoczynku ruszyli dalej w drogę. Konie zmieniały się i zmieniali się furmani. Dziennie robili ponad 80 kilometrów wciąż pokonując tajgę i z każdą chwilą zbliżając się do celu podróży. Tuż na granicy tajgi znów naprzeciw nim wyszli chłopi biorąc ich za carskich urzędników. Cała ich grupa była pijana. Przepili gminne pieniądze i w pokorze  chcieli się wytłumaczyć. Ale kiedy zorientowali się, że przyjezdni nie są urzędnikami, nabrali bezczelności i zaczęli domagać się okazania dokumentów.
 
Aby ratować sytuację, Dzierżyński pokazał paszport, a drugi „kupiec” zaczął notować skargę na sołtysa. Kiedy zwrócili się do chłopów gromkim głosem, kto chce być świadkiem przeciwko sołtysowi zatrzymującego szanowanych kupców, tłum od razu się przerzedził, a sołtys zmiękł. Zaprosił ich do izby w gościnę, lecz nie zabawili tam długo. Szybko okazało się, że urzędnik powiatu niebawem do nich dołączy i całe misternie odgrywane przedstawienie może spalić na panewce. Aby ratować się, Dzierżyński głośno klnąc wydarł się: „Ty, starosto, śmiałeś nas zatrzymywać, nas o papiery pytać, jak zbójów? Nie darujemy ci tego [13]!” - po czym kazali zanieść rzeczy na wóz, a sami poszli szukać koni do dalszej podróży.
 
Bez wylewnego pożegnania pojechali przez stepy buriackie, by po paru dniach dojechać do linii kolejowej. Po siedemnastu dniach podróży udało im się przekroczyć granicę Królestwa. Feliks nie pobył tam długo, gdyż ścigany był specjalnym listem gończym z informacją o tym, jak skrajnie niebezpiecznym jest przestępcą. W opisie dodano, że Dzierzyńśki sprawia wrażenie „nachalnawo cziełowieka”, czyli człowieka bezczelnego.
        
Zdjęcie policyjne
Jego siostra cioteczna, Stanisława Bogucka tak wspomina ten dzień, kiedy do jej domu dotarł Feliks: „Pewnego sierpniowego popołudnia 1902 roku nieoczekiwanie do domu wszedł Feliks. Był zmęczony i ubranie miał porwane, na nogach dziurawe buty, nogi opuchnięte od długiego marszu. Lecz mimo zmęczenia był wesoły i bardzo szczęśliwy ze swojego powrotu. Zaraz zaczął bawić się z dziećmi, które bardzo kochał. Umył się, przebrał i usiadł z nami do stołu. Podczas obiadu dużo opowiadał o zesłaniu, o tym, jak uciekł z innym współtowarzyszem łódką. Następnego dnia odwiedził swoich przyjaciół Goldmanów, a potem wyjechał do Krakowa [14]”.
 
Odwiedził też Aldonę, która przebywała wówczas w Mickiewiczach. Spotkał siostrę, kiedy akurat była na spacerze z dziećmi. Kiedy rzuciła mu się z radości w ramiona, szepnął jej na ucho, aby nazywała go Kazimierzem. Gdy tak do Feliksa zwracała się Aldona, jej dzieci zdziwione dopytywały się matki, „jak naprawdę ma na imię wujek?[15]” Wróciwszy do siostry ciotecznej, po kilku dniach, dzięki pomocy znajomych bundowców, wyjechał do Berlina.


[1] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 211-212
[2] Mowa o Julii Goldman.
[3] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 213-214
[4] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 46
[5] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 20 grudnia 1901r., s. 16
[6] J. Durko, W pracy i w walce, PIW, Warszawa 1970, s. 52
[7] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 72
[8] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 52-55
[9] C.C. Hromova, Felix Dzerzhinsky, A biography, Polizdat, Moskwa 1977 s. 37
[10] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 33
[11] W opisach ucieczki jest kilka, acz mało istotnych rozbieżności. Henryk Walecki (H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 149  w swoim wspomnieniu podawał, że łódkę  zakupili i popłynęli w dół rzeki, natomiast Dzierżyński twierdził, że czólno ukradli i popłynęli z nurtem, jak podaję w opowieści. Podaje się, że dla zmylenia policji popłyneli w górę rzeki, jednak we wspomnieniach Dzierżyńskiego wydrukowanych w „Z Pola Walki” nie ma o tym wzmianki.
[12] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 191
[13]T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 42
[14] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 33. Prawdopodobnie pani Bogucka pomyliła sierpień z lipcem 1902-ego roku. Błędnie podała też kierunek wyjazdu, gdyż Feliks wyjechał nie do Krakowa, ale do Berlina.
[15]H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 33
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.