Innego Boga oprócz Niego nie mam

rozdział X
 
Po powrocie do Warszawy, 6 stycznia 1900 roku Dzierżyński uczestniczył w zebraniu partyjnym w mieszkaniu pod numerem 40 przy ulicy Przemysłowej 10. W następnych dniach czekało go wiele wytężonej pracy. Podczas jednego ze spotkań programowych partii w mieszkaniu szewca Gracjana Małaszewicza na dzisiejszej ulicy Śniadeckich 7 w Warszawie (wówczas ul. Kaliksta), niespodziewanie pojawiła się policja i aresztowała wszystkich uczestników. Przy Feliksie Dzierżyńskim znaleziono wiele materiałów obciążających go, tj. książkę Engelsa „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa," gazetę „Sprawa Robotnicza”, zeszyty z zapisaną propozycją „Programu Socjaldemokratycznego Królestwa, Rządu, Kraju” i wiele innych dowodów świadczących o jego wywrotowej działalności. Jeden z aresztowanych uczestników zebrania, stolarz Sienkiewicz, wyjawił przesłuchującym, że Dzierżyński wykładał „nauki” wspólnej walki proletariatu polskiego i rosyjskiego w walce z caratem.
 
Do zaplanowanej akcji policji w poniedziałek, (23 stycznia) 4 lutego 1900 roku, przyczynił się denuncjator pepeesowiec- stolarz, Kazimierz Łychosiak ps. „Kozak”. Sama osoba denuncjatora była wielkim zaskoczeniem dla Dzierżyńskiego- wydawał się on być gorąco zaangażowany w sprawę. Został wykryty na podstawie swych własnych słów, gdy pewnego razu nazwał Antka szpiclem i powiedział, że „już czas raz na zawsze skończyć z tą socjaldemokracją [1]”.
 
Kilka godzin później aresztowano również wiernego kompana i przyjaciela Feliksa, Antoniego Rosoła w jego mieszkaniu nocą z 4 na 5 lutego, a także jeszcze 25 innych osób. Dla Rosołów nieszczęście było podwójne, gdyż tego samego dnia mama Rosłowa dostała nakaz opuszczenia Warszawy i stawienia się w Kownie, gdzie przez dwa lata miała mieszkać pod nadzorem policji. Samego „Kozaka” aresztowano w 1900 roku w marcu. Jeden z więźniów, pepeesowiec wystukał Dzierżyńskiemu, że „Kozak” jest już na wolności i kazano mu wyjechać do Moskwy, inny zaś przekazał, że wyjechał do Wiatki. Później okaże się, że zdrajca mieszkał w Warszawie zupełnie legalnie i chcąc się przypodobać esdekom zaciekle gromił na zebraniach partyjnych PPS.
 
Feliks, podczas długotrwałych przesłuchań, oświadczał nie kryjąc się, że jest wrogiem rządu, zdecydowanym socjaldemokratą, mieszka w Warszawie nielegalnie, zajmuje się propagandą wśród robotników zupełnie jakby nie przestawał agitować i starał się nakłonić przesłuchujących go żandarmów do uznania jego poglądów. Nie odpowiadał na żadne pytania przesłuchujących go śledczych, ani od kogo dostawał literaturę, z kim się kontaktował, u kogo mieszkał. Nie sposób było wyciągnąć od niego żadnych informacji, mimo wielu szykan jakim go raczono. Na szczęście zanim go aresztowano zdołał zabezpieczyć u dwóch osób 85 rubli jakie posiadał odłożone na zakup drukarenki.
 
Doprawdy godne podziwu jest to, jak wiele rzeczy i to w tak krótkim czasie udało się Dzierżyńskiemu zrobić w Warszawie, do której przyjechał na wczesną jesienią 1899-ego roku. W niecałe cztery miesiące rozruszał środowisko socjaldemokratów, agitował, pisał, wydawał publikacje i organizował strajki. Dał się poznać jako doskonały mówca i partner w dyskusji umiejący skutecznie operować argumentami przekonując do swych racji. Należy też zauważyć, że wszystko to udało mu się dokonać w wieku zaledwie 23 lat.
        
Po aresztowaniu Feliksa Dzierżyńskiego, socjaldemokracja z powodzeniem funkcjonowała dalej. Do Warszawy przybyli z Wilna Stanisław Trusiewicz Zalewski oraz Edward Sokołowski kontynuując pracę Dzierżyńskiego, który kolejne miesiące spędzał w warszawskiej Cytadeli w osławionym X Pawilonie przeznaczonym dla najbardziej niebezpiecznych przestępców politycznych. W więzieniu spotkał wielu towarzyszy aresztowanych w późniejszym czasie, którzy dodawali mu wiary i otuchy przekazując informacje, że partia wciąż funkcjonuje i jego praca nie poszła na marne.
  
Cytdela, rok ok. 1898
      
Z więzienia w Cytadeli wspominał Aldonie swoje cierpienia duszy, jakim poddawał się Kajgorodskoje, które zmusiły go do ucieczki.
„Spytasz się, co mnie gnało z domu? Nostalgia. Lecz nie za tą ojczyzną, którą wymyślili filistrzy, lecz za tą, która w duszy mej tak utkwiła, iż nic nie będzie w stanie jej stamtąd wymieść, chyba wraz z duszą. Może sądzisz, że mnie to chociaż trochę ukoiło? Bynajmniej. Choroba moja wzrastała wciąż silniej i silniej. Różne obrazy z przeszłości przesuwały się przede mną, a jeszcze barwniejsze – przyszłości.
 
Czułem w sobie wówczas przeraźliwą pustkę, która wciąż rozszerzała się. Myślałem, że oszaleję… Nie mogłem z nikim prawie rozmawiać z zimną krwią… W końcu doszło do tego, że nie mogłem słuchac dwóch słów do mnie przemówionych. Zacząłem myśleć o nirwanie. Z dniem każdym stawała mi się ona coraz bardziej pożądana. Lecz- utracić przyszłość, nie wiedzieć, co dalej będzie, nie czuć w sobie już nigdy tętna życia- o, to okropne! Więc- co za tym idzie- zrobiłem ostatni wysiłek i- uciekłem. Żyłem niedługo, lecz żyłem…[2]”
 
Korytarz Cytadeli
W czasie, gdy Dzierżyński przebywał w więzieniu, SDKPiL prowadziła liczne rozmowy dotyczące programowej współpracy z rosyjską oraz fińską socjaldemokracją. Rozważano kształt przyszłej polityki Rosji. Między innymi brano pod uwagę nadanie autonomii krajów wchodzących w skład federacji. Proponowano koordynowanie litewskiej i polskiej partii SD przez socjaldemokrację rosyjską. Padały propozycje pozostania Polski i Litwy w obrębie państwa rosyjskiego bez autonomii czy niepodległości, jednak do ostatecznego zdefiniowania celów nie doszło z powodu kolejnej fali aresztowań, rozbicia partii i utracie wpływów w środowisku politycznym.
 
17 kwietnia 1900 roku w X Pawilonie cytadeli warszawskiej znalazł się jeszcze jeden, dość ważny więzień- Józef Piłsudski. Gdy Dzierżyński zajmował celę numer 27, Piłsudskiego ulokowano w celi 39. O ile Piłsudski symulował chorobę psychiczną, tak Dzierżyński nie uciekał się do takich zabiegów, walczył na każdym kroku dając przykład swym towarzyszom. Zanim odbyła się rozprawa sądowa, Dzierżyński został przeniesiony jeszcze tego samego miesiąca do więzienia w Siedlcach.
 
W osławionym pawilonie przebywał również Antek Rosół. Cały swój czas wykorzystywał na naukę, czytał książki z więziennej biblioteki i pomimo doskwierającego głodu bił z niego optymizm. Nie robił sobie nic z carskiej opresji, złowrogich żandarmów i perspektywy srogiej kary. Każdy wolny czas starał się zapełnić czymś pożytecznym, uczył się, dużo czytał i mimo swego fatalnego położenia, z twarzy nie schodził mu uśmiech, którym wzbudzał nadzieję towarzyszy niedoli.
 
Pewnego razu podczas widzenia z ojcem, naczelnik usłyszawszy, że rozmawia z ojcem po polsku, rozkazał mu mówić po rosyjsku, lecz ten nie zgodził się, zwymyślał strażnikowi i wyrzucił go z celi. Za swój wybryk został ukarany zakazem widzeń na pół roku, a kiedy w dalszym ciągu dokuczał żandarmom, wysłano go na Pawiak znajdujący się przy ulicy Dzielnej 26 w Warszawie, gdzie warunki były zdecydowanie gorsze. Bez książek, bez rozrywek, bez towarzyszy, jedynie sam w pustej celi, w ciemnościach mijały mu kolejne dni. Nie miał pieniędzy nawet na zakup świec.
 
Tam dowiedział się, że jego ojciec został aresztowany. Nagromadzone nieszczęścia i olbrzymi stres spowodowały, że jego organizm zaczął tracić siły. Nabawił się gruźlicy płuc i choroby, która zaatakowała nogę. Na nic zdały się żądania zapewnienia lepszych warunków, pozostał bez opieki lekarskiej w ciemnej, wilgotnej celi.
 
W marcu 1901 roku Antek w ślad za Feliksem został przeniesiony do więzienia w Siedlcach, gdzie trafił do celi, w której siedział Dzierżyński. Warunki były znacznie lepsze niż na Pawiaku, choć jedzenie równie wstrętne. Niestety stan zdrowia osiemnastoletniego Antka stale się pogarszał. Ani pomoc Feliksa, ani starania lekarza więziennego nie zdołały polepszyć stanu zdrowia chorego Antka. Operacja chirurgiczna, jakiej został poddany w sposób rzeźnicki niczego nie poprawiła, a jedynie ukazała rozległe wyniszczenie organizmu, od którego nie było powrotu. Antek nie przejmował się tym, wciąż marzył, wciąż miał nowe pomysły czerpane z ogromnych pokładów życiowej energii. We wspomnieniach tego okresu zachowały się liczne świadectwa czułości, z jaką opiekował się przyjacielem Feliks.
 
Wynegocjował dla niego u strażników dłuższe spacery, na które dwa razy dziennie sam znosił towarzysza na plecach. Wspomagał go oddając swoją rację żywnościową czy kupując mu w kantynie więziennej owoce i biały chleb. Jak wspominał M. Ostrowski: „Matka młodego Rosoła znajdowała się wówczas na zesłaniu w Kownie z kilkuletnim wnukiem Pytlem, a stary Rosół siedział na Pawiaku. Aby zmusić władze do przeniesienia Antka pod opiekę matki, Dzierżyński zorganizował protest więźniów, wzywając prokuratora. Protest zrobił swoje. Gdy Dzierżyński niósł Antka na plecach do kancelarii, po raz ostatni żegnaliśmy go wszyscy śpiewem „Czerwonego [3]”.
 
Ci, którzy widzieli ogrom troski i czułości Feliksa opiekującego się przyjacielem, mówili, że za to, co dla niego zrobił, należy mu się pomnik. Antek wyglądający już jak szkielet, został zwolniony z więzienia w lipcu 1901 roku. Wyjechał do Kowna, gdzie zamieszkał u przebywającej na zesłaniu administracyjnym matki. Zdążył wysłać kilka listów do Feliksa, z których przebijała nadzieja na wyzdrowienie, kreślił plany i marzenia na przyszłość.
        
Więzienie siedleckie
Więzienie siedleckie należało wówczas do jednych z najcięższych więzień imperium carskiego. W czasie, kiedy przebywał tam Feliks doszło również do buntu więźniów, którzy domagali się polepszenia warunków w celach, podawania posiłków na emaliowanych talerzach, a nie jak do tej pory w drewnianych miskach oraz zapewnienia materiałów piśmiennych. Feliks wychodził na pierwszą linię frontu walki więźniów o humanitarne traktowanie i godność. Nie pomogło karanie karcerem, bunt trwał nieprzerwanie, aż w końcu kierownictwo więzienia zgodziło się spełnić żądania.
 
Dzierżyński osadzony był w celi numer 17 [4] na pierwszym piętrze. Cela mieściła 12 łóżek, były w niej dwa okna i półka po lewej strony od wejścia. W tej samej celi rozpoczną się w nocy z 6 na 7-ego listopada w 1928 roku obchody osadzonych w niej polskich komunistów rocznicy Rewolucji Październikowej brutalnie stłumione przez zdemoralizowanych strażników sanacyjnej Polski.
 
Cela nr 16, identyczna jak sąsiednia, w której
osadzony był Feliks w siedleckim więzieniu
Zatroskana Aldona bardzo niepokoiła się o swojego brata wciąż nie rozumiejąc, dlaczego podąża on tak niebezpieczną i trudną drogą życia. Wyobrażała go sobie, jako załamanego więźnia, nieszczęśliwego i pełnego obaw co do przyszłości, którego zżera niepewność, znajduje się na ostrym zakręcie życiowym, któremu należy pomóc.
 
3 lipca 1901 roku Feliks Dzierżyński znów sięgnął po pióro, aby napisać osobisty list do swej ukochanej siostry nie wolny od mistycznego posłannictwa i nawiązań swego życia do postaci Chrystusa. Zapewne z tego powodu dotychczasowo wydane publikacje przemilczają te fragmenty. Te stare dlatego, że nie przystało krwawemu obrońcy rewolucji, Żelaznemu Feliksowi mieć cienia wiary w Chrystusa, a nowe, prawicowe i antykomunistyczne publikacje pragną ukryć ludzkie oblicze Dzierżyńskiego i jego związek z Chrystusem, do którego uzurpują sobie wyłaczność. Feliks pisał:  
 
„… przeczytałem teraz Twoje dwa listy pisane do mnie i widzę iż wyobrażasz mnie sobie takim biedakiem, jakim ja nigdy nie byłem  i nie jestem. Pod względem materialnym mam się nawet dotychczas zbyt dobrze, a co się tyczy tego iż nie mam wolności, książek, towarzystwa większego i że jestem narażony często na obrazę mej godności ludzkiej, jako więzień- to, kochana Aldono, wspomnij sobie męki Chrystusa do których moim daleko jeszcze. Te cierpienia okupiają się tysiąckrotnie tem poczuciem moralnem, że spełniasz obowiązek, jak go rozumiesz.
 
Trzeba mieć tylko to poczucie, aby zrozumieć, że my, zamknięci w więzieniach jesteśmy szczęśliwsi od większości tych, co są na wolności, albowiem chociaż ciało nasze zakute- duszę mamy wolną, a u tamtych dusza jest niewolniczą. I nie sądź iż to tylko czczy krasomówczy frazes- bynajmniej- widzisz iż po pierwszej niewoli nie uciekłem od swego obowiązku, jak go ja rozumiałem, rozumię. A że tacy jak ja muszą się wyrzec wszystkiego- aby dopiąć co zamierzyli, to czyż Chrystus nie wyrzekł się sławy, bogactw, rodzinnych więzów i miłosnych? My zaś chcemy iść w jego ślady- bo on jest naszym wzorem. Piszę Ci Aldono, to tylko dlatego, abyś nie sądziła i nie pisała mi, że jestem ”biedakiem”. Nie ja jestem nim, ale Wy wszyscy, ale o tem sza, dość już tego [5]”.
 
Więzienie siedleckie
W tym czasie stan zdrowia Feliksa znacznie się pogorszył. Gruźlica, której nabawił się podczas pierwszego zesłania znacznie się nasiliła. Równolegle pogarszał się jego stan psychiczny, na którego wpływ miał brak kontaktu ze światem zewnętrznym, z przyjaciółmi i rodziną. Przeważnie nie narzekał w swoich więziennych listach na los jaki pokierował go w więzienne mury. Czasem pisał tylko, że czuje się nie najlepiej, innym razem cieszył się, że przestał kasłać, opisywał swoje dni w tonie dalekim od załamania i smutku. Wydawał się być pogodzony ze swoim losem i, jak sam przyznawał- był fatalistą.
 
Prosił Aldonę, aby nie odbierała go jako człowieka tak silnego, jak mogłoby się wydawać z jego listów, był bowiem w dalszym ciągu więźniem zdanym na łaskę władz, a pobyt w samotnej celi nikogo nie nastraja dobrze. Z pewnością w jego sercu gościł niepokój, natrętne myśli, powracające pytania, bo i któż miałby na nie mu odpowiedzieć? Dni ciągnące się niczym miesiące, niepewność, bicie strażników i ból, który nie pozwalał zapomnieć, że jest się więźniem. Ciągłe przesłuchania, sytuacje, w których ludzka godność wystawiane były na próbę przebijały w listach do siostry w odległym planie zamazywane prozą życia, zapewnieniami, że wszystko jest w porządku.
 
Aldona w liście poinformowała go o nasileniu choroby Gedymina, co było wielkim zmartwieniem i zarazem ciężarem dla jej niełatwego życia. Ta informacja wywołała u Feliksa wiele emocji i uczuć, z którymi mógł się podzielić jedynie odpowiadając na list. 4 grudnia 1901 roku pisał:
 
„Tylko co otrzymałem list Twój smutny o chorobie Gedymina i teraz poczułem silniej niż kiedy, jak jesteś mi drogą; przez ból ten i smutek, przez swe zmęczenie i męki za przyszłość swoich dzieci małych, którym dałaś ciało i duszę- podwójnie jesteś mi siostrą, bo wspólny smutek obydwóch nas łączy. Bądź mężna- dzieci Twoje się nie zmarnują, oni wyrosną i mając dusze mężną będą szczęśliwi i w biedzie. Daj i wykształć w nich tylko tę duszę- a zawsze będą, gdy dorosną błogosławić Was rodziców swych, co daliście im życie, nawet gdy życie to będzie pełne czerni. Przecie kochasz swych dzieci i miłość Twa macierzyńska ukaja bóle i męki Twoje, zmęczenie i będąć Matką już jesteś szczęśliwą, a oni gdy też kochać będą, gdy wzniecisz w sercach ich miłość, wówczas i oni będą szczęśliwi.
 
Gdzie jest miłość, tam nie ma tego cierpienia, który złamie człowieka. Nieszczęście to samolubstwo. Gdy kocha się tylko siebie, wówczas gdy bieda zawita złorzecy się tylkoi cierpi się straszne katusze. A gdzie jest miłość i troska o innych, o dzieciach swych, braciach, siostrach i bliźnich tam nie ma rozpaczy. Bądź mężną więc siostro najdroższa!
 
A gdy zmęczenie zbyt Cię ogarnie i zwątpisz w swe siły, wówczas przypomnij o tych nieszczęsnych i podłych, od których upodlenie z serc ich najwyższy skarb ludzki odebrało- ich miłość ku dzieciom i braciom swym o tych co trują i zabijają swe własne dzieci, o prostytutkach. Wspomnij i o Herodach. Wspomnij i o tych co się męczą w stokroć gorzej od Ciebie, a tych jest miliony i wspomnij na koniec o mnie co męczy się i tęskni gdzieś tam w tajgach Syberyi i nie przeklina swemu losowi, lecz kocha i Cię tak samo, jak ukochał to, za co siedzi.
 
Ja błogosławię życie to swoje i czuję w sobie i Mamę naszą i ludzkość całą, co dali mi duszę i siły, abym cierpiał. Mama nasza w nas jest nieśmiertelną i cieszy się wraz z nami i smuci wraz z nam. Ona dałą mi duszę, wszczepiła w nią miłość, rozszerzyła me serce i w nim zamieszkała.Tak samo i z Tobą ona, boś Ty ją kochałai tak samo i dziećmi będzie Twemi, bo kochasz ich i oni zawsze będą szczęśliwi. Nie martw się więc o przyszłość, bo szczęście stanowi nie życie bez biedy i troski, a stan duszy.
 
Spójrz na te wielkie panie, co dzieci swych nawet nie chcą karmić, co nie lubią nawet płodu swego za krzyki jego, za to, że jest mały i bezrozumny; spójrz, co jest ich nieszczęściem: niech pryszczyk wyskoczy przed balem u nich na ustach lub nosie i nie pójdą na bal i dostają histeryi. Oto ich nieszczęścia. Spójrz teraz na tę biedną matkę, co ukochałą dzieciaka swego, jaka ona szczęśliwa pomimo całej swej biedy, gdy dziecko się do niej przytuli, uśmiechnie i wyszczebiocze: „Ma-ma”, ta chwila jedna starcza za milijon przykrości, bo dla takich chwil człowiek żyje.
 
Kochana Aldono, ja nie umię ci wypowiedzieć swych uczuć; nie sądź, że są to tylko rozumowania, słowa- nie, tak nie sądź, bo byłoby to nieprawdą, bo przeświadczenie o szczęśćiiu w cierpieniach wypływa u mnie bezpośrednio z życia mego, z uczuć mych.To nie są rozumowania- ja się czuję do bólu szczęśliwym i szczęściem tymja chciałem się z Tobą podzielić, tak samo jak ulżyć Ci nieco w Twej drodze i wziąć i na siebie część Twego ciężaru.
 
Ja sądzę, że musi ulżyć Ci nieco, gdy wspomnisz, że wielu masz bliskich osób i ja między nimi, że myślę o Tobie w wraz z Tobą kocham Twych dzieci i męczę się za nich.(…) postaram się jeszcze napisac list pożegnalny, nie rób tylko głupstwa i nie przyjeżdżaj do mnie ani tu ani do Mińska. Albowiem cóż po tym widzeniu kilkuminutowym, później jeszcze tęskniej nam będzie, a pozostawić bez opieki chorego Gedymina- to byłoby niedobrze i mnie będzie przykro [6]”.
 
Zamknięty w czterech ścianach jeszcze bardziej współodczuwał jej ból i ciężar życia. Wiedział, jak bardzo było jej ciężko wychowywać i utrzymywać dzieci, jak bardzo się starała, aby jej pociechy wyrosły na porządnych ludzi, z jak wieloma problemami egzystencjalnymi się zmagała. W liście podziękował Aldonie za jej starania przesłania mu kożuszka i walonek, choć ciepłe palto miał ze sobą. Doceniał, że siostra, którą życie nie oszczędzało, miała jeszcze siły troszczyć się o niego. Do koperty włożył swoją fotografię „zdejmowaną [7]” kilka miesięcy temu w więzieniu. Przesłał pozdrowienia dla Gedymina i ich dzieci.
 
W następnym liście z 20 grudnia 1901 roku nawiązał do jej chęci spotkania się z nim w celi widzeń starając się wypersfadować siostrze ten pomysł: … smutek rozłąki  z drogimi mi ludźmi, z Wami i przyjaciółmi, nie zabija mnie, nie poddaję się i dlatego właśnie sądzę, że nie warto Ci, kochana Aldono, przyjeżdżać na widzenie ze mną. Smutek wówczas ogarnie ogromny jak mnie, jak i Ciebie, i smutek ten trudno nam będzie zwalczyć i będzie przepalał dusze nasze. Wyobraź sobie piętnastominutowe widzenie przy ludziach, co mię strzegą, widzenie po tylu latach, widzenie w otoczeniu murów, kra, zamków, rewolweró i pałaszów. Nie zdążymy kilku słów zamienić, a już nas rozłączą, nie dadzą nam rozmawiać. Nie, nie przyjeżdżaj, siostro najdroższa, ja widzę Cię wraz z Twoją dziatwą i Gedyminem stąd, czuje Wasze troski, niepokoje, przykrości i radości, a Wy przecież też mnie macie przy sobie. W listach przelać chcę swe serce, czy czujecie, jak ono bije [8]?”
        
Okres siedlecki- lata 1901-1902, to czas bardzo bogatej korespondencji z Aldoną. Feliks w liście do Aldony pisał o swoim wielkim zadowoleniu z własnego życia, mimo, że słowa te dla siostry, która darzyła go wielką miłością i troską mogły wydać się okrutne, nie ukrywał dumy: „…sądzę że w życiu swem krótkim tyle wrażeń najrozmaitszych pochłonąłem- że nie jeden starzec mógłby się tem pochwalić. I rzeczywiście, kto tak żyje jak ja, długo żyć nie może; ja nie umię na współ nienawidzić czegoś lub kochać, ja nie umię  pół duszy oddać tylko, ja mogę albo całą oddać, albo nic nie dać.
 
A więc wypiłem z kielicha życia całą gorycz, lecz i całą słodycz i jeżeli ktoś mi gotów powiedzieć: spójrz na swe zmarszczki na czole, na wynędzniały twój organizm, na życie twe teraźniejsze! Spójrz i zrozum, że życie cię złamało- ja mu odpowiem: nie życie mnie, ale ja życie złamałem, nie ono mnie zużyło, lecz ja go użyłem pełną piersią i cała duszą swą. Tak, bo ludzie natworzyli bogactwa sobie- te bogactwa, te przedmioty martwe przez nichże wytworzone, przykluły do siebie swych twórców, tak, że ludzie zyją dla bogactwa, a nie bogactwo dla ludzi.
 
Kochana Aldono, daleko rozbiegły się drogi nasze, lecz pamięć drogich niewinnych jeszcze chwil z dzieciństwa mego, pamięć Matki, wszystko to mimowolnie pchało, pcha mię nie zerwać łączącej nas nitki, chociaż ona jest tak cienką. Więc nie gniewaj się na mnie za wiarę moją, w niej nienawiści ku ludziom nie ma miejsca, bom ja znienawidził bogactwa, żem pokochał ludzi, bom widzę i czuję wszystkimi strunami duszy swej, że nie Chrystus dziś jest Bogiem dla ludzi lecz mammona, złoty cielec, który przekształcił dusze ludzkie, który pozostawił imię i szatę tylko Chrystusa- lecz Chrystusa żywego, Chrystusa miłości wypędził z serc ludzkich. Aldono, nie gniewaj się. Pamiętaj, że i w duszach takich ludzi jak ja - jest iskra, iskra święta, która daje szczęście nawet na stosie [9]” .
 
W dalszej części nawiążał do dzieci, które zawsze były dla niego najważniejsze i najcenniejsze, które szczerze kochał, dla których walczył o lepsze życie. Kreślił następujące słowa: „To jest okropne. Ja lubię szalenie dzieci może dlatego, że nie mam ich- lecz gdy pomyślę, że z jednej strony za wielka nędza, a z drugiej za duże rozkosze- zwyradzają tych małych, których jest Królestwo Niebieskie jak Chrystus mówił to cieszę się niewymownie, że nie jesteście bogaczami, ani nędzarzami, że ci dzieci już z dzieciństwa będą wiedzieć, że trzeba pracować na siebie, a więc wyjdą z nich ludzie. Przecie oni to przyszłość, muszą być silni swem duchem i już za młodu przuczać się do życia. Zdziwisz się zapewno, że wróciłem się do Chrystusa będąc uprzednio poganinem. Tak, to prawda.
 
Dotychczas nosiłem go w swem życiu i swem sercu, w swych postępkach, lecz go nie nazywałem, teraz zaś pilnie przeczytałem Ewangelię i tylko ją- i poznałem Go, lecz nie martwego, a żywego, nie w obrazach i kamieniach a w sercu swem, bo Bóg to miłość, jak apostoł Jan mówi, nie w słowach, nie w składaniu rąk i.t.d. polegać musi ta wiara, a w uczynkach: Jeżeli Mię miłujecie, przykazania Moje chowajcie”. „ Zaprawdę, zaprawdę wam powiadam, kto wierzy w uczynki, które ja czynię i on czynić będzie” „Duch jest Bóg, a ci którzy go chwalą potrzeba, aby go chwalili w duchu i prawdzie”.
 
Jest to mądrość świata, ta stara, stara książka, lecz jakże mało ją ludzie znają. Nie gniewaj się za ten list na mnie, że zamiast listu napisałem coś w rodzaju kazania, lecz przecież wówczas tylko mają sens list, gdy pisac od serca, to co człowiek myśli [10]”.
 
Dzierżyńskiemu nie szkoda było życia, brnął w nie i czerpał jak najwięcej. Feliks Dzierżyński był całkowicie zdeterminowany i zaangażowany całym sercem w budowanie lepszego świata wolnego od wyzysku, gruntownej zmiany relacji społecznych, ustanowieniu sprawiedliwości i równych szans dla wszystkich. W tej walce wcześniej zatracił sam siebie, był fanatycznie oddany sprawie, wierzył w nią całym sobą, a ona, była była sensem jego życia. Nie było wystarczającej ilości wody, by ugasić ogień jego pragnień.
 
Pisał dalej o sobie: „Co się tyczy mnie to spodziewam się, że za dwa miesiące najdalej, prawdopodobnie zostanę wysłany do Jakutskiego okręgu Wschodniej Syberii. Zdrowie me jako tako- płuca rzeczywiście zaczynają mi trochę dolegać. Usposobienie niejednostajne, samotność położyła swe piętno. Siły ducha mam jeszcze na 1000 lat, a to i więcej t.j. do śmierci i po śmierci wciąż, bo z ciała mego urosną kwiaty, a z kwiatów owoce, a z owoców ziarna, a z ziaren znowu kwiaty i t.d. do końca świata. Na świat Boży wyglądam i teraz, przecie i w więzieniu jest Bóg i światło nieugasające- a w nim jest me serce, i serce męczących się tu ludzi i mych towarzyszy [11]”. Idei Feliksa nie rozumiała Aldona. Zmienić świat? Zmienić ludzi?- to nie mieściło jej się w głowie. Nie rozumiała też brata widząc go jako zabłąkanego ideowca w wielkim świecie polityki.
 
Dzierżyński poświęcał w swoich listach bardzo wiele miejsca jej dzieciom. Prosił o przesłanie fotografii, ale tylko wtedy, kiedy Aldonia miała zbyt wiele odbitek. Kiedy wraz z listami dostawał je, z radością dziecka komentował często wspominając dawne czasy, kiedy bawił się beztrosko z nimi: „Dziękuję Ci serdecznie za fotografie i list. Paradnie wyborne Twoje dzieciaki. Maniusia wyszła tak filuternie i najlepiej. Tonio chciał widocznie śmiać się, ale widocznie mu zabronili- ma usteczka zaciśnięte, a Rudolf poważny jak mąż stanu (szkoda, iż na jego twarzyczce jego papier fotograficzny nie dobry). Czy jeszcze mnie pamięta i pyta: czy to za papierosy, że pali- siedzi? Miłe dzieciaki- ja je tak lubię [12]”.
        
Mimo tego, że siedział w więzieniu, nie opuszczało go poczucie humoru. Trzeba mieć na względzie osobliwy dowcip, jaki towarzyszył Feliksowi przez całe życie, dlatego czytając niektóre jego wypowiedzi, nie należy interpretować ich dosłownie. Feliks miał bardzo duży dystans do siebie i często ironizował w sposób bardzo lekki, wysublimowany, a zarazem przezabawny. Dociekliwej Aldonie, która ciekawa była jak wygląda odpisał: „Chcesz wiedzieć jak wyglądam, postaram Ci dać dokładny obraz: Zmężniałem przez te kilka lat o tyle iż niektórzy sądzili, iż mam 26 lat- chociaż zarostu nie mam; wyraz twarzy niezwykle teraz dość ponury i tylko się rozjaśnia, gdy rozprawiam, lecz gdy uniosę się i za goraco zacznę rozprawiać, to robi się strasznym, osobliwie wyraz oczu, tak że niektórzy na mnie wówczas patrzeć nie mogą, rysy twarzy mej zgrubieli, tak że obecnie wyglądam prędzej na robociarza niż na dawnego sztubaka w ogóle zbrzydłem, na czole mam już trzy bruzdy od zmarszczek, chodzę jak i dawniej pochylony, usta często mam zaciśnięte i do tego jestem ogromnie zdenerwowany. W ogóle sądzę, że obraz starej panny i mój dość pasowaliby ku sobie. Jak zdróweczko Jadwisi? Myślę, że wyprzystojniała w tym samym kierunku co ja, czy trafnie sadzę? Lecz żarty na bok, sądzę, iż wybaczy mi to ona tak samo, jak wybaczała nam malcom [13]”.
 
Nawiązał tu do dawnej historii z dzieciństwa, kiedy rodzeństwo przedrzeźniało śpiewającą Jadwisię. Świetny i odrobinę zawoalowany humor dostrzec można w przedostatnim zdaniu, gdzie lekko drwił z Jadwigi i jej urody. Bardzo kochał swoją siostrę, jednak w ich relacji dość wiele było wzajemnych uszczypliwości, które Feliks obracał w żart, często powodując, że Jadwiga zamykała się w sobie złoszcząc się na brata.
 
W liście do Aldony nawiązywał do takiej sytuacji: „Ze słów Jadwisi wydało mi się, że była obrażona na moje niezbyt mądre koncepty- lecz nie chciała do tego się przyznać, czy tak [14]?”  Pozdrowił wszystkich najbliższych, zapytał o zdrowie Gedymina, gdyż ten niedawno był chory przebywając w Zawołoczycach. List ten, ze słowami pełnymi ciepła i rodzinnej miłości zakończył podpisując się „Wasz niepoprawny”.
        
Feliks w listach do Aldony często domagał się wieści od braci. Ciekaw był zwłaszcza losów Władysława i Ignacego- jego młodszych braci, jak przebiegają ich studia, co robią w życiu? Kiedy przez długi czas nie dostawał od nich wieści, bardzo się niepokoił: „Kochani Bracia! Absolutnie nie wiem co słychać z naszą rodziną. Napiszcie mi o sobie. Ja obecnie w Siedlcach oczekuję na wyrok. Sprawa moja za parę miesięcy będzie ukończona, dostanę prawdopodobnie do 6-8 lat Wsch. Syberii. Jak otrzymam, to postaram się Was zawiadomić. Dotychczas miałem tylko od Kazia na samym początku list i bieliznę i we wrześniu 100 rub., ale bez żadnego listu, tylko  powiedzieli, że od Kazia. Ściskam Was, Wasz Feliks [15]”.
 
Był bardzo spragniony ich bliskości, przez Aldonę prosił o ich odwiedziny: „byś napisała do Władysia, że jeżeli chęci mu nie brak i będzie miał możność, to niech mię odwiedzi. Przynajmniej zwiedzi Warszawę i po długim czasie i przed jeszcze dłuższym rozstaniem zobaczymy się w parę minut [16].”
 
Listy są również zapiskiem jego przemyśleń o wychowaniu dzieci, z których jaskrawo wynikało, jak bardzo je kochał. Prosił, by traktować dzieci poważnie, z szacunkiem, nigdy nie karać rózgą twierdząc, że przemoc silniejszego nad słabszym nie da żadnych pożądanych efektów pedagogicznych. Kontynując list z października 1901 roku, Feliks pisał do Aldony i Gedymina: „Teraz chcę napisać o dzieciach Waszych , które są tak miłe, jak wszystkie dzieci; oni niewinni robiąc dobro i zło, oni robią jak chcą, jak lubią, jak czują, nie ma w nich jeszcze fałszu. Rózga, srogość i rygor- to przeklęci dla nich nauczyciele. Rózga i srogość uczy już ich obłudy, fałszu, uczy czuć chociaż jedno, a mówić i robić drugie ze strachu. Różga może im tylko ból sprawić i jeżeli duszę mają miękką, jeżeli ból ten będzie zmuszał ich inaczej niż chcą postępować- to ta rózga przekształci ich zarazem w niewolników ducha, położy się na ich duszy ciężkim kamieniem, który ich wiecznie będzie przygniatał i zrobi z nich ludzi bezdusznych, handlarzy swem sumieniem co żadnego bólu przecierpieć nie będą w stanie i życie ich przyszłe pełne daleko większych bólów niż z rózgi będzie z konieczności ciągła walką sumienia z bólem życiowym i sumienie będzie musiało uledz.
 
Spójrzcie na nas samych, na otaczajacych Was ludzi, na ich życie; ono polega na ciągłej walce sumienia zmuszajacemi postąpić wbrew sumieniu i sumienie najczęściej przegrywa. Dlaczegóż tak? A, bo rodzice i wychowawcy wpajają, kształcą w swych dzieciach sumienie jak żyć powinni, co jest dobrem, a co złem i nie kształcą zarazem i nie rozwijają sił ich dusz ku wypełnienia dobra, biją ich rózgami, lub klapsami, krzyczą na nich, karzą w najrozmaitszy sposób i tym osłabiają siły tych przyszły ich ludzi i sami przeciwdziałają swemu kształcenia sumienia swych dziatek.
 
Róza, srogość i kara nigdy do serca i sumienia trafić nie mogą w sposób pożądany, bo zawsze one pozostaną dla umysłów dziecinnych gwałtem silniejszego i zaszczepią albo zaciętość, upór nawet wówczas, gdy dzieciak sam zezna, że źle postąpił  albo tchórzostwo i fałsz- zabójcze. Wszelka kara pochodząca z zewnątrz nigdy, nikogo poprawić nie może, a tylko skoszlawi. Przykładem mogą być więzienia dla dorosłych, które nie poprawiają, a tylko męczą, psują i oddzielają ludzi od społeczeństwa. Poprawić może tylko ten sposób, który zmusi zeznać winowajcę, że źle postapił, że trzeba inaczej żyć i postępować. Wówczas on będzie starał się drugi raz nie zgrzeszyć, a różga dobra na raz; wraz z nią, gdy dzieci już dorosną i jej się nie boją, znika i sumienie i robią się zepsutymi dziećmi… (nieczytelne-Z.F.), których (nieczytelne-Z.F.)  namówi do zepsucia, rozpusty, bo nie będą się bali rózgi, kary fizycznej, sumienie zaś ich będzie milczeć.
 
Rózga i kara dla dzieciaków to przekleństwo dla ludzkości i duszy naszej. Strachem wychowywać można tylko upodlenie, zepsucie, obłudę, tchórzostwo nikczemne, karierowiczostwo. Strach nie uczy odróżniać dobra od złego, bo dziś zło jest silniejsze niż dobro, bo zło ma tylko siłę postraszyć, a wiec kto boi się bólu, ten zawsze przed złem ulegnie.
 
Aldono, pamiętasz mój upór szalony, gdy byłem dzieckiem? Zawdzięczając niemu tylko i temu, że mię nie boli dziś mam siły walczyć ze złem pomimo wszystkiego. Nie każcie i nie bijcie za nic swych dziatek, niech broni Was od tego Wasza miłość ku nim i pomimo, że chociaż z rózgą mniej kłopotów wychowawczych, gdy są malutkie, bezbronne, ale gdy podrosną to nie doczekacie się od nich pociechy, miłości, bo swemi karami i srogością skoszlawiliście ich duszy. Nie można ich ani razu uderzyć, bo umysły i serca dzieci tak są wrażliwe i czułe, że każda nawet drobnostka pozostawia na nich ślad.
 
A jeżeli kiedy zdaży się to przez Twoją niecierpliwość, którą nie potrafisz przytłumić, skłopotanie z tylu dziećmi lub rozdrażnienie, że ukażesz, krzykniesz na nich, dasz klapsa, to koniecznie ich potem przeproś, napieść ich, pokaż im zaraz, daj poczuć ich serduszkom swą miłośc ku nim macierzyńską, ogrzej ich, sama ich pociesz w ich bólu i wstydu, aby starć wszelkie ślady Twego rozdrażnienia zabójczego dla nich i w ten sposób pojednać się i z Chrystusem, który tak kochał dzieci.  Przecież matka sama kształci duszy swych dzieci, a nie na odwrót, a więc pamiętaj, że oni nie mogą Ciebie zrozumieć, bo sa to dzieci, a więc rozdrażniać się przy nich nigdy nie można.
 
Ja sam pamiętam, jak mama mię raz wyklapsała, będąc strasznie skłopotana i mając nas tylu na swej tylko opiece i będąc zajętą w gospodarstwie, ani Ciebie, ani Stasia i Jadwisi nie było (byliście, zdaje się wówczas już w Wilnie, chociaż tego dobrze nie pamiętam). Ja coś nabroiłem i dostałem za to w chwili rozdrażnienia, ja dawajże wrzeszczeć w niebogłosy i płakać ze złości, a gdy łez mi zabrakło, zalazłem pod etażerkę z kwiatami w kąt i nie wychodziłem aż ciemno się zrobiło i pamiętam wybornie jak Mama mię tam znalazła, przycisnęła mię mocno do siebie i ucałowała tak goraco serdecznie, że znowu zapłakałem, lecz to były już wtedy łzy ciche, przyjemne, już nie złości jak uprzednio, a szczęścia, radości, uspokojenia i mię tak dobrze było wówczas, dostałem potem świeżą bułeczkę, z których Mama sucharki robiła i kawał cukru i byłem ogromnie szczęśliwy. Nie pamiętam już ile miałem lat wówczas, może 6-7, było to u nas w Dzierżynowie.
 
Widzisz więc kochana, jak miłość i kara działają na duszę dziecinną. Miłośc do duszy przenika, robi ją silną, dobrą, czułą, a strach i ból i wstyd ją plami tylko. Miłość to twórca wszystkiego dobrego, wzniosłego, silnego, ciepłego i światłego. Dziatwa nie rozumie co jest dobrem, a co złem, trzeba je kształcić. Ona nie ma jeszcze woli silnej, a więc trzeba jej przebaczać i nie gniewać się. Mało powiedzieć tylko: rób tak, a tego nie rób i karać, gdy nie posłucha. Wówczas ból i strach jest jedynym sumieniem dziecka i nie potrafi ono w życiu odróżnić dobra od zła. Dzieciak umie kochać tego, kto jego kocha, a widząc, czując tę miłość rodziców ku sobie będzie się starał ich słuchać, aby ich nie zasmucić; a jeżeli przewini przez swą prędkość, przez swą dziecinną żywość, to będzie sam żałował tego swego postępku, a gdy siłą woli z jego wiekiem się wzmocni, gdy nauczy się wiećej panować nad sobą, to wówczas sumienie jego własne będzie panem mu, a nie złe towarzystwo, przyczyny zewnętrzne i.t.p. co zwykle zaprowadza do upadku moralnego.
 
Dzieciak odczuwa smutek tych, których kocha, a na jego młodą duszę wywiera wpływ, najmniejszy, zdawałoby się drobiazg, a więc trzeba się wystrzegać przy dzieciach niemoralności, rozdrażnienia, kłótni, wymyślania, obmawiania kogoś i, co gorsza, postąpić nie według słów swych, dzieciak to wszystko zauważy i jeżeli nawet nie zapamięta, to pozostanie jednak ślad w jego duszy, a z tych śladów, z tych wrażeń młodocianych formuje się fundament jego duszy, sumienia i siły moralnej.
 
Siłę woli też trzeba kształcić. Wycackane, wychuchane dzieci zachciankom wszelkich których rodzice czynia zadość- wyrastaja na zwyrodniałych, niedołężnych egoistów, samolubów, bo miłość rodzicielska nie powinna być ślepą, nie można tak mocno całować swe dziecko, aby oderwać odeń kawał mięsa, a zadawalaniem wszystkich ich chęciom, dawanie ciągle cukierków i przysmaczków, jest niczem innem jak wyrwaniem kawałków duszy a nie ciała już dziecka. Lecz tu znowu potrzebna jak nauczyciel dziecka, ta sama miłość rozumna, wstokroć silniejsza od miłości ślepej. Wezmę przykład: chory dzieciak prosi chleba czarnego, lub zdrowy zbyt wiele cukierków, on płacze, krzyczy, nie chce słuchać tego co mówi matka jeżeli w ręku nie ma tego co on prosi. Powiedzieć czyjaż miłość większą będzie: czy tej matki co da i zadowolni dzieciaka czy też tej która nie da? Uciszyć znów zaś trzeba łaską, a jeżeli to nie pomoże, to pozostawić tak wcale nie każąc, niech sobie płacze on będzie musiał zmęczyć się, uspokoić się nieco a wówczas można mu będzie wytłómaczyć na jego języku. Dlaczego on nie może dostać i to że jego płakanie boli Mamę i Tatę, czy on chce, czy żeby i Mama tak zapłakała.
 
Ogromne zadanie macie w swym życiu wychować, wykształcić duszy swych dzieci. Bądźcież czujnemi, bo wina lub zasługa dzieci wiele, wiele spada na głowy i sumienie ich rodziców. Chciałbym jeszcze wiele napisać o dzieciach, lecz nie wiem doprawdy jak przyjmujecie to moje wtrącanie się, czy nie znajdziecie to za niestosowne, jednakże bądźcie pewni, że powoduję się tylko miłością ku dzieciom Waszym, która jedynie podyktowała mi słowa powyższe. Ucałujcie je najserdeczniej i pobłogosławcie, niech rosną zdrowe i wesołe, pełne miłości ku swym rodzicom i wszystkim ludziom, by wyszli z nich silni i mężni swym duchem i ciałem, aby stali się godnymi wyznawcami Chrystusa prawdziwego, aby nigdy nie zaprzedali swej duszy szatanowi, aby byli szczęśliwsi od nas i doczekali się już wieku swobodnego braterstwa i miłości [17].”
 
Dzierżyński w swych refleksjach o wychowaniu dzieci znacznie wybiegał od swej epoki, w której taki liberalizm, sposób traktowania dziecka i poważne podejście do jego problemów było czymś niespotykanym. Charakteryzując metody wychowacze proponowane siostrze przez Feliksa można określić je jako świadome rodzicielstwo.
 
Feliks przekazał Aldonie wiele swych mysli o kształtowanium wychowywaniu dzieci, ale nie tylko. Nie zapomniał o bardzo ważnej relacji pomiędzy dzieckiem, a rodzicem, matką- osobą najważniejszą w życiu każdego człowieka. Pisał o konfliktach, jakie rodzą się między rodzicami, a dorastającymi dziećmi wkraczającymi w świat dorosłych: „Zwykle rozdźwięk między rodzicami, a dziećmi powstaje na tle różnicy zdań, przekonań, wierzeń. Lecz usunąć zło z tego wynikające najłatwiej. Można nie zgadzac się z odmiennym zdaniem, wierzeniem, lecz uszanować je nie narzucajac w imię rodzicielskich praw swojego zdania. Bo dzieci nie mogą przyjąć takiego narzucania inaczej jak gwałcenie swej myśli, będą czuć zawsze, że to im narzucono, że to jest dla nich czemś obcem. A jeśli to, co im narzucono na podstawie władzy rodzicielskiej oni bezkrytycznie przyjmą sami nie zastanawiając się- to jak ci ludzie będą mogli dać sobie radę w życiu, gdy zabraknie rodziców lub gdy staną wobec zagadnień, na które rodzice nie będą mogli dać odpowiedzi. Ci ludzie nigdy nie będą samodzielnymi i będą w życiu poniewierani- jeśli szczęśliwy zbieg okoliczności nie uratuje ich. I nie tylko poniewierani są tacy w życiu, lecz tacy nie mają tej siły odpornej, które teraz w życiu potrzebne jest konieczne, by odeprzeć od swej duży bród. Brud, który przychodzi pod postacią wykwintną, w masce, by tym łatwiej ofiarę omotać. I rodzice nie wiedzą, ile zła popełniają, gdy chcą narzucac swym dzieciom przekonania, sposób życia itd…, gdy korzystają z władzy swej. I jeżeli to przyczyną rozdźwięku tak łatwo ją usunąć. A jeśli przyczyną zły charakter i nawet złe życie dziecka to i wtedy jedynym środkiem, lekarstwem to miłość Matki, która tłumaczy im zło i wykazuje skutki jak przyjaciel przyjazcielowi, starając się trafić do duszy dziecka, poznawszy ją. I jeśli dziecko nie usłucha takiej miłości matczynej, życie go nauczy i życie go ukaże samo i wtedy przypomni Matkę, jej miłość i jej naukę i zawróci ze złej drogi i upadnie do nóg Matki i zrozumie, że gdyby nie jej miłość i jego ku Niej zginąłby na zawsze. Nie ma winy, jest nieszczęście. I gdyby tą prawdą dusze przesiąkły, nie byłoby tyle łez i nie byłoby tyle żyć zwichniętych [18]”
 
Feliks pytał się Aldonę o jej dzieci chcąc wiedzieć o nich wszystko, pisał:
O dzieciach pisz mi koniecznie, jak będziesz zdrową, jak chodują się, czy są zdolne, co ich interesuje, jakie ci dają zapytanie, jak ich wychowujesz, czy dajesz im dużo swobody, czy też w cugkach trzymasz, czy sa ładne, czy z kim bawić się, czy dużo hałasują i biją się- jednym słowem jak będziesz miała chęć tylko, pisz mi o nich. Ja tak chciłałbym poznać rozwój ich dusz jeszcze niewinnych, nie znających ani zła, ani też dobra [19]”.
 
Rodzeństwo w listach poruszało też kwestie wiary. Aldona, która była osobą religijną, gorliwą katoliczką zachęcała brata do odnalezienia pociechy w religii jaką niesie Jezus. W dalszym ciągu nie potrafiła zrozumieć przyczyn odejścia Feliksa od wiary. Ten zaś odpowiadał w listach, poetycko przypisując sobie cechy Chrystusa, że podobnie jak on wyrzekł się swego bogactwa, sławy, więzów rodzinnych i miłosnych pozostając wśród biednych, aby ich prowadzić i zapewnić lepszy byt.
 
Pisał, że Chrystus był biedakiem, nie miał nic, a to co miał, oddał potrzebującym. Tymczasem kościół, który miał kontynuować jego naukę, swym postępowaniem przeczy ubóstwu, jest jedynie zaborczym zdziercą opętanym chciwością i hipokryzją. Jak widać, nic się od tamtych czasów zmieniło [20].
 
Konfrontując bogactwo i bezmiar władzy kościoła ze skromnym życiem i ubóstwem Jezusa, Dzierżyński swój stosunek do wiary obdarł z fałszu docierając do rdzenia religii, samej nie tyle co prawdy, ale źródła jakim w niej jest Chrystus. Chrystus, który pocieszał biednych, dawał im nadzieję i siłę duchową, Chrystus sprawiedliwy i miłosierny, obrońca uciśnionych. Posługując się wieloma metaforami Dzierżyński miał na względzie również to, że Aldona nie miała umiejętności tak szerokiego spojrzenia na świat, a w kwestii wiary była krótkowzroczna i bezgranicznie oddana katolickiej religii.
 
Czasami wręcz ironizował, że Aldonę interesują jedynie sposoby wyrobów litewskich wędlin, a nie dyskusje przekonaniach politycznych czy teorie o postrzeganiu świata:
„Chce ci słów kilka napisać, lecz nie wiem doprawdy, co pisać, tak monotonne jest tutaj moje życie, taki brak wszelkich wrażeń nowych, świeżych, że wprost nie ma o czym myśleć, a przeżuwać jedno i to samo wciąż w kółko- okropnie nudna rzecz. Pisać to, co chciałbym- nie wolno i będzie Cię nudzić, tak samo jak mnie nudziłoby, gdybyś zaczęła opisywać, jak wędlinę przyrządzać [21].”
 
Wspomniał jeszcze o słowach Aldony, która określiła Jadwigę, jako o kobitę o złotym sercu. Feliks zareagował zaskakująco: „Nie pisz nigdy tak do mnie, mieć złote serce to znaczy nie mieć serca z mięsa, a przecie tylko z mięsa może czuć i żywiej uderzać, a złoto może być symbolem tylko tego, co cuchnie. Nie gdziewaj się za ten żarcik, całuję Cię wraz z dzieciakami miłemi…[22]”.
 
Feliks był ciekaw wydarzeń jakie miały miejsce w Wilnie, jak przebiega życie towarzyskie, co słychać u znajomych, u przyjaciółki Aldony. Wręcz z  niecierpliwością domagał się wieści. Prosił o adres Stanisława w Wiedniu. Starał się, pomimo tak wielu mil dzielących go od rodziny i przyjaciół, mieć z nimi kontakt. Prosił by ukłonić się od niego znajomym, o kilku z nich dopytywał.
 
Na końcu listu z 8 (21) października 1901 roku dopisał w nawiasie: „Jeżeli chcesz mi sprawić wielką radość to bądź łaskawa przysłać mi na polskim języku- Ewangelię, bo mam na ruskim tylko” i tu zamknął nawias dodając jeszcze post scriptum: „P.S. Ukłony najserdeczniejsze pani Zofii (prawdopodobnie Zofia Krzywatowiczowa- wspominał to nazwisko w jednym z listów. Kim była- nie wiadomo już- Z.F.). Jak się jej powodzi. Co słychać w ogóle z naszemi znajomemi w Wilnie? Jak żyje panna Anna? [23] Ukłony jej ode mnie. Co w Jodzie słychać? Stasi Boguckiej ukłoń się ode mnie i przeproś ją za to, że zdaje się kiedyś strachu jej narobiłem. No jeszcze raz bądźcie zdrowi i wytrwali w życiu. Wasz Feliś [24]”.
 
Piękna, czarnooka Julia zafascynowana przystojnym rewolucjonistą zapewniała w każdym liście o swoim gorącym uczuciu. W liście do Aldony Feliks odnotował jej odwiedziny, które z jednej strony bardzo go uradowały, ale z drugiej, przez świadomość swojego zamknięcia i bardzo niegrzeczne, zaczepliwe traktowanie odwiedzających przez strażników, odwiedziny te były dla niego bardzo bolesne.
 
Podczas tych spotkań przez kraty w asyście podsłuchujących strażników dowiedział się o jej planowanym wyjeździe do Szwajcarii, gdzie miała się leczyć na gruźlicę w sanatorium. Jej wyjazd w tak dalekie strony bardzo cieszył rodzinę Goldmanów, bowiem nieprzychylnie patrzyli na związek Julii z socjaldemokratycznym rewolucjonistą, buntownikiem i recydywistą, zwłaszcza, że brat Julii należał do kierownictwa Bundu i ostro przeciwstawiał się i zwalczał poglądy Dzierżyńskiego. Sądzili więc, że spora odległość uśpi tę miłość. Jak się niedługo okaże, przeliczyli się. Z całej rodziny jedynie siostra Julii- Ola sympatyzowała z romantycznymi kochankami.
 
Prawdopodbnie w listopadzie bądź grudniu1901 roku Feliks napisał kolejny list do siostry i jej męża starając się jak najbardziej zrozumiale przedstawić swoje życie i motywy nim kierujące. Aby też raz na zawsze uciąć nieporozumienia, jakie pojawiły się między nimi. Było to zarazem pełne żaru wyznanie wiary skrzętnie pomijane lub zapomniane w jego biografiach.
 
 „Kochany Gedyminie i Aldono!
Listy Wasze, Ewangelię i fotografię dzieciaków otrzymałemi serdecznością Waszą mocno jestem wzruszony. Lecz jesteśmy poniekąd w nieporozumieniu; przykro mi było, przyznam szczerze, gdy zrozumiałem, ze liczycie mie za „nawróconą, zbłąkaną owieczkę” że teraz życie me i me myśli i czyny skierują się na właściwe tory, że zło teraz minie, bo Bóg będzie czuwał nade mną, jednym słowem sądzicie, że stałem się znowu katolikiem. Nie! Nim ja nie jestem! Ja jestem tylko chrześcijaninem, ja wierzę tylko w naukę Chrystusa, w Jego ewangelię, w miłość Jego niezmierzoną ku ludziom nieszczęśliwym. Ja wierzę, że On pozostawił dla zbawienia nas wszystkich swą naukę zapieczętowaną tak haniebną śmiercią, że On mieszka tylko w sercach naszych, w sercach tych, co przykazania jego wypełniają, a nie w gmachach, obrazach, żelazie, drzewach, że On jest żywym dla dobrych, a martwym dla złych, że Jego chwalić można tylko w czynach, prawdzie i duchu, że Jego wyznawcą można być dziś tylko będąc prześladowanym za miłość ku swym bliźnim i oddając za nich i za siebie zarazem swą duszę i ciało; ja wierzę, że Bóg Chrystus- to miłość. Innego Boga oprócz Niego nie mam.
 
Gdzie miłość, prawda, gdzie nie ma nienawiści, walki, gdzie tylko braterstwo, tam żyje Chrystus. A przykazaniami Jego miłościsą: nie zabijaj, nie kradnij, nakarmij głodnego, napój spragnionego, nie przysięgaj, nie sądź, rozdaj swe bogactwa i idź w ślady Jego, nie miej innych nauczycieli oprócz Niego, nie oszukuj, nie cudzołóż ciałem swym ani duszą twą. Nie ten jest chrześcijaninem kto ma imię Nauczyciela swego na ustach lecz ten, kto spełnia wolę i przykazania Jego! A więc ja jakim przedtem byłem, takim i teraz jestem, co przedtem mię bolało to i teraz boli, co przedtem kochałem to i teraz kocham, co przedtem mię cieszyło to i teraz cieszy, co przedtem czyniłem to i teraz czynię, co przedtem myślałem, to i teraz myślę, jak przedtem łaska, że cierpię mnie nie minęła i teraz nie mija i nigdy mię mijać nie będzie; jakiemi przedtem byli me tory, takimi i teraz będą i jak przedtem przemieszkiwał we mnie Chrystus, chociaż nie wiedziałem o tem, tak i teraz mieszka i wiem o tem; jak przedtem nienawidziłem zła, tak i teraz go nienawidzę, jako szatana, jak przedstem dążyłem ku temu, aby nie było niesprawidliwości, przestępstw, pijaństwa, rozpusty, zbytków, rozkoszy, uciech djabelskich, domów publicznych, w których ludzie sprzedają albo swe ciało, albo swą duszę, albo to i drugie razem, ucisku, walki, wojen bratobójczych, nienawiści plemiennych, tak i teraz dążę ku temu całą siłą swej duszy i teraz noszę tę samą nazwę co uprzednio, dziś tylko dołączyłem do starej nazwy imienia chrześcijanina i zrozumiałem i pamiętam słowa „Ojcze nasz”- tej jedynej modlitwy, którą kazał Chrystus mówić ustom naszym w samotności zamknąwszy się od ludzi. ”Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi” zrozumiałem dziś i te słowa Jego: „I stanie się jedna owczarnia i jeden pasterz- Chrystus, Miłość (Jan 13.10). Tak! Ja jestem chrześcijaninem, ja chcę nim być strasznie i maluczko tylko potrafiłem nim być. Ja chciałbym objąć całą ludzkość swą miłością, ogrzać ją i zmyć ją z brudów, chciałbym tak kochać ją, jak Chrystus ukochał i nieść ten krzyż ciężki, który On niósł i pić z kielicha tego, z którego On pił i czuć w sercu swejem, że nic w niem nie ma oprócz Miłości tej boskiej i nienawiści ku królestwu szatańskiemu.
 
Cóż więc mówicie mi o zmianie drogi, cóż piszecie mi o ułaskawieniu z powodu choroby mego ciała? Nie piszcie tego nigdy, przestańcie mię kochać tak, bo to miłość nie Chrystusowa, te myśli to podszept szatana! Cóż Wam jest droższe, czy to co we mnie jest nieśmiertelnego, czy ciało me paskudne, które się rozkłada, psuje po śmierci, które robaki pożrą niegdyś! Co Wam jest droższe? Nie piszcie więc mi tego! Nie zmuszajcie mię, aby miłość moja ku Wam była przestępstwem! Ja chcę Was kochać, bo kocham, a Wy ducha mego nie chcecie zrozumieć i kusicie mię sami, abym ustąpił ze swej drogi! Cóż więc Wam teraz podobało się więcej we mnie niż przedtem? Dlaczego serdecznie się do mnie odnosiliście? Czyż tylko dlatego, że wspomniałem o Chrystusie, że usłyszeliście ode mnie to słowo? O nie! Ja nie chcę, żeby tak było! Ja nie chcę myśleć, aby słowo Chry-stus, słowo składające się z liter C,h,r,y,s,t,u,s było droższem dla Was niż sam żywy i umęczony Chrystus, nauka Jego, przykazania miłości. Uprzednio dawniej ja Wam mówiłem niezrozumiałym dla Was językiem, a ja sam nie rozumiałem Waszego, a więc chociaż kochaliście mię, lecz patrzyliście na mnie jako na „zbłąkaną owieczkę”, syna marnotrawnego; dziś ja Was zrozumiałem, przyjąłem Wasz język pozostawiwszy swą duszę, a Wyście nie chcecie mię zrozumieć! Czegóż się cieszycie? Napiszcie mi o tem koniecznie dla spokoju duszy mej. Cieszycie się, żem uznał Chrystusa i ubolewacie, że idę drogą Jego! Cóż to jest? Czyż można go uznawać tylko wargami? Do kogóż w takim razie stosowały się słowa: „Obłudnicy! Dobrze was prorokował Izajasz mówiąc: ten lud czci mię wargami, ale serce ich daleko jest ode Mnie (Mat.15). A co znaczą te słowa: Żeście mię prześladowali i was prześladować będą (Jan 15). „Zaprawdę, zaprawdę wam powiadam, kto wierzy w Mię uczynki, które ja czynię i on czynić będzie (J.14)” Cóż więc kusicie mię? Po cóż chcecie mię zwrócić z mej drogi? Czy znacie chociaż jeden krok na tej drodze, który był sprzeczny z nauką Chrystusa?
 
O, ja maluczki, ja nie ma jeszcze tak silnej miłości, jaką On nakazał, ja kocham jeszcze zbyt silnie siebie samego, ja niespełniam w zupełności wszystkich przykazań Jego! Ale ja chcę być silniejszym i będę nim, lecz nie kuście mię! Czyż chcąc być chrześcijaninem i Was będę musiał się wyparć? Nie, tego nie będzie! Wy teraz zrozumiecie mię. Wy zobaczycie swoją ogromną omyłkę i pozwolicie mię jeszcze bardziej kochać Was i jeszcze więcej kochać Chrystusa.
        
W liście ma się rozumieć przy obecnych moich warunkach, ja nie mogę opisać w całości swą wiarę, lecz mogę napisać to tylko, że dziś uznaję tylko ewangelię Chrystusa, bo On ją głosił dla prostaczków, a nie dla „mądrych”, których on szczególnie ganił i biczował, a więc ona nie potrzebuje żadnych pośredników, bo Chrystus za każdego z nas z osobna i za wszystkich razem został umęczon i uczył „Albowiem gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w imię moje tam ja jestem w pośrodku ich (Mat.18).
 
Zatem uznaję, że jedynem przykazaniem Jego jest miłość, miłość i jeszcze raz miłość w czynach wyjawiana i uczył, że miłość ku Niemu może być tylko przez miłość ku swym bliskim wypełniona. „To jest przykazanie moje, abyście się wspólnie miłowali, jakom was miłował. Większą nad tę miłość żaden nie ma: aby kto duszę swą położył za przyjacioły swoje (J.15) „Zaprawdę powiadam wam, coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili… Coście nie uczynili jednemu z tych najmniejszych, aniście Mnie uczynili (Mat.25). Zatem uznaję, że „wiara bez czynów jest martwa”, obłudną, że czynami też nie może być jałmużna groszowa lecz zmiana serca i życia swego i poświęcenie się dla bliźnich swych, bo „dobry pasterz duszę swą daje za owce swoje (J.10), że czyny te polegają nie na znakach czy słowach zewnętrznych, o nich w Ewangelii nie ma oprócz ostrej nagany, a w uczynkach miłościi spełnieniu przykazania Jego. Że każdy, kto spełnia przykazania Chrystusa, nawet Żyd, którym Chrystus przed śmiercią przebaczył (Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią Łuk.23) jest chrześcijaninem” albowiem ktobykolwiek czynił wolę Ojca Mego, który jest w niebie ten bratem moim i siostrą i matką jest( Mat.12).
 
Zatem uznaję, że bliźnim moim jest każdy człowiek: polak, litwin, rosjanin, żyd, niemiec, francus, turek, tatar, murzyn, indianin, chińczyk, papuas itd. (pisownia orginalna- Z.F) Zatem… dosyć już! Sądzę, że już nieco lepiej poznacie mą wiarę, zrozumiecie się ze mną i nie będziecie ją męczyć. Ja przedtem nie znałem Chrystusa prawdziwego, nikt mi go nie wskazał, to co mię uczyli- nie był to Chrystus żywy, a suknia tylko Jego lub nawet cielcy złote i przedmioty bałwochwalcze, dopiero teraz tylko poznałem Go z nauki Jego własnej, bo pierwszy raz w życiu przeczytałem Ewangelię, słowa, które są tak proste, jak prostym był sam Nauczyciel nasz jedyny i ukochałem Go całą siłą duszy, bo jeszcze nie znając go wypełniłem Jego przykazania miłości, ale napiszę o tem inną razą, bo dziś chcę odpisać Wam na Wasze listy. Sądzę, że ostry ton mego listu nie zrazi Was, bo gdzie wiara, tam i siła i ostrość, a nie kasza; sądzę, że wszelki fałsz jest najgorszą plagą- i lepiej pisać to co się myśli i czuje szczerze chociażby i było to nieprzyjemnem niż przyjemny fałsz [25]”
 
I gdy skończył swoje wyznanie kontynuował: „-Piszesz mi, kochana Aldono, abym natychmiast podziękował wujaszkowi za Ewang. Owszem, dziękuję Mu, choć wiem, że On chyba nieoczekując podziękowania dał mi tę Ew. Ja go nie znam wcale, więc cóż mam mu pisać? Wszystkie wspomnienia o nim z moich lat dziecinnych ograniczają się u mnie na tem, że ma łysinę, dobrze gra na fortepianie, że dawał w Jodzie na Wielkanoc parobkom „rubli” za ich winszowanie i mam wrażenie, że powinien on być dobrego serca, bo zachowałem w pamięci jego dość czysty, łagodny i sympatyczny uśmiech i to, że nie pozwalał się nam całować mu w rękę, lecz to wszystko jest zbyt małem, abym mógł szczerze napisać Mu. Nawet żeby mi on przysłał nie tylko Ew. lecz i beczkę złota, to i wówczas nie byłbym zobowiązany dziękować Mu inaczej, jak odsyłając mu napowrót beczkę, bo nie prosiłem.
 
Mnie trochę przykro było, że to nie Wyście przysłali mi Ewangelię, lecz to bagatelka. Bądźcie więc łaskawi podziękować wujaszka ode mnie i powiedzieć Mu to, com napisał: że nie znam go dobrze, a więc nie mam o czem pisać, a podarowanie Ewangelii nie może mi nastręczyć żadnych szczerych myśli do napisania, a pisać przez grzeczność tylko nie umię.
         -
Co się tyczy mych płuc, to nie tak już z nimi źle jest, jak sądzicie. Ignaś Was niepotrzebnie nastraszył. Nie kaszlam nawet, a że czuję ciężar, no to przecież trudno siedząc blizko 2 lata być zupełnie zdrowym. Wyrok dostanę może za 1-3 mieś. Jeszcze jak i mrozy Jakutskie nie są tak straszne, jak chłód dusz egoistycznych, a więc wolę Syberię niż niewolę ducha. I mam nadzieję, że bądź co bądź będę jeszcze oglądał i uściskał Was i dziatek Waszych, a jeżeli to się nie uda, to od tej myśli głowa mię nie boli, a więc i Was boleć nie powinna. Życie jest długie, a śmierć krótka, nie ma więc czego się jej bać [26]”


[1] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 28
[2] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 49-50
[3] M. Ostrowski, W obronie czerwonego sztandaru. Kronika Ruchu Rewolucyjnego w Polsce nr 4, Warszawa 1937, s. 39
[4] Numer celi faktycznie jest trudny do ustalenia. Z jednej z broszur wynika, że Antka Rosoła znoszono z IV piętra, wówczas cela mogła mieć numer 117- AAN 61/V-3, dok.27
[5] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 61
[6] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 43-46
[7] Tak się wówczas mówiło o robieniu zdjęcia
[8] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 68
[9] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 64-65
[10] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 65-66
[11] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 66
[12] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 56
[13] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 54
[14] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 56
[15] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 51
[16] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 52
[17] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 70-80
[18] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-3, dok. 55-57
[19] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-3, dok. 26
[20] Wielu nieprzychylnych Dzierżyńskiemu komentatorów wnioskuje, że Dzierżyński przeniósł swój obłęd religijny odziedziczony po matce na fanatyzm rewolucyjny. Zarzuty te są tak absurdalen, że szkoda nawet się do nich odnosić, a jedynie zacytować Włodzimierza Cimoszewicza: „Nie z każdym durniem trzeba polemizować”
[21] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 54
[22] F. Dzierżyński, Opracowania i artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 67
[23] Być może była to jego szkolna miłość, do której słał liściki za pośrednictwem nauczycielskich butów.
[24] F. Dzierżyński, Opracowania i artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 67
[25] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/IV-1, dok. 70-77
[26] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/IV-1 dok. 70-77
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.