Zanadto dręczyła mnie tęsknota

rozdział IX
 
Tymczasem życiowa sytuacja stawała się coraz bardziej dla Dzierżyńskiego uciążliwa. Perspektywa dwóch lat bezczynności była druzgocząca dla jego psychiki. Nie dochodziły do niego żadne wieści z Wilna, a listy od Aldony docierały sporadycznie i bardzo ocenzurowane. Sam też pisał coraz mniej będąc świadomym, że postronne osoby mają dostęp do jego osobistych zwierzeń. Pogłębiała się w nim frustracja i nostalgia, które doprowadziły go do decyzji o ucieczce. Stał się bardzo nerwowy, zdarzało się, że byle dwa słowa doprowadzały go do furii.
 
Obrazy z przeszłości pojawiały się w jego głowie i tak bardzo pragnął na nowo być w Wilnie czy Kownie, że dalszy pobyt w syberyjskiej wiosce był już nie zniesienia. Zanim uciekł, starannie przygotował ucieczkę. Uzyskał kolejne pozwolenie na polowanie wzdłuż rzeki. Aby nie wzbudzać podejrzeń zabrał od gospodyni prowiant na tylko na jeden dzień. Wcześniej miał już przygotowaną wałówkę z wędzonych ryb i sucharów. Sporządził mapę okolicy, którą dość dobrze znał z wielu samotnych wycieczek. Jak zwykle pożegnał się z domownikami i poszedł na polowanie. Ten czas musiał wykorzystać na jak najszybsze oddalenie się bez wzbudzenia podejrzenia. 28 sierpnia 1899 [1] roku udając się w daleką i ryzykowną podróż bez paszportu uciekł z zesłania, gdyż jak lakonicznie przyznał się w autobiografii, uciekł, „bo zanadto dręczyła mnie tęsknota [2]”.
 
Przemierzył ponad 1500 kilometrów. Zaalarmowana 30 sierpnia jego zniknięciem policja, nie odnalazła go pomimo wystawionego prawie natychmiast listu gończego, w którym zawarty był jego dokładny rysopis oraz bezwzględny nakaz zrewidowania, aresztowania i przekazania do dyspozycji wiackiego generał-gubernatora. Po wielu dniach tułaczki o dziesiątej wieczorem[3] Dzierżyński pojawił się w domu Aldony w Wilnie brudny, zarośnięty, w papasze na głowie i potwornie zmęczony.
 
Minęło kilka dni, zanim doszedł do siebie po ryzykownej ucieczce. Aldona, mimo, że nie podzielała jego rewolucyjnych poglądów, szanowała jego decyzję poświęcenia się dla rewolucji i jego wybór życiowej drogi. Feliks był jej za to bardzo wdzięczny wspominając o tym w późniejszym liście z kolejnego pobytu w więzieniu pisząc: „Złota mi nie przysyłaj, bo z serca swego już mi go udzielasz nie zapominając o mnie i bezinteresownie pisząc mi te listy, chociaż wiele cech moich musi Ci się nie podobać [4]”.
 
Z pewnością towarzyszyła Aldonie obawa o życie najdroższego brata, którego nazwisko stało się znane przez lata jego wywrotowej działalności, a on sam był obiektem gorączkowych poszukiwań policji. Feliks żył w permanentnym zagrożeniu. Obawiał się szpicli, zdrajców i donosicieli łasych na carskie ruble. Za wskazanie jego miejsca pobytu wyznaczono nagrodę. Teraz szczęśliwie odpoczywał w domu ukochanej siostry otoczony przyjaznymi mu ludźmi i gromadką dzieci Aldony, które bezgranicznie kochał.
 
Na jesieni 1899 roku w Wilnie LSDP praktycznie nie istniała. Starzy działacze byli na zesłaniach, pozostali towarzysze przebywali i w więzieniach czekając na wyroki, a organizacją kierowali studenciaki, którzy nie dopuszczali Dzierżyńskiego do robotników. Litewska socjaldemokracja w Wilnie coraz bardziej zbliżała się ideowo w kierunku PPSu, silne były w niej nurty narodowościowe i nacjonalistyczne. Tworzenie nowych struktur partii było bardzo trudne, zwłaszcza w dobie ostrych represji policji.
 
Nadszdł czas rozstania z najbliższymi. Feliks nie mógł dłużej pozostać w Wilnie. Było to zbyt ryzykowne, a trafiać znów na dwa lata do więzienia i znów uciekać przez syberyjskie lasy nie chciał. Korzystając z usług przemytników, został przeszmuglowany szosą wilkomierską bałagulą[5] na teren Królestwa, a od poznanego podczas podróży człowieka zakupił za 10 rubli fałszywy paszport, z którym bezpiecznie dojechał przez nikogo nie niepokojony do Warszawy.
 
         Warszawa schyłku XIX wieku stała się ważnym centrum administracji i przemysłu. Była ważnym węzłem komunikacyjnym łączącym Niemcy z Rosją. Błyskawicznie rozwijał się wielki przemysł oraz małe i średnie przedsiębiorstwa, a także liczne zakłady rzemieślnicze. Szczególnie silnie rozwinął się przemysł metalowy za sprawą tak wielkich koncernów jak Lilpop, Rau i Loevenstein (kolej), Towarzystwo Akcyjne Zakładów Mechanicznych Borman, Szwede i Ska (ciężki przemysł metalowy), Towarzystwo Zakładów Metalowych Hantkego, Gerlach i Pulst i wielu innych. Do Warszawy ściągały zagraniczne przedsiębiorstwa wdrażające najnowocześniejsze technologie w energetyce, elektrotechnice i w gazownictwie korzystając z wielu podatkowych upustów i taniej siły roboczej.
        
Polscy kapitaliści, fabrykanci byli członkami rosyjskich stowarzyszeń producentów branżowych, tzw. Syndykatów. Polskie banki, tj. Bank Handlowy czy Bank Dyskontowy współdziałały z bankami w Petrsburgu czy Moskwie przybierając tą samą politykę finansową. Ponad 75% produkcji w Królestwie Polskim eksportowane było do Rosji, na Syberię, Daleki Wschód czy Ukrainę.
        
Podwaliny pod gwałtowny rozwój miasta zawdzięczać można, jak do tej pory najbardziej skutecznemu i i najbardziej zasłużonemu prezydentowi dzisiejszej stolicy, Sokratesowi Starynkiewiczowi, który z nadania cara przyczynił się do wielu nowoczesnych przedsięwzięć. Paradoksalnie był on Rosjaninem i jak żaden wcześniejszy czy późniejszy prezydent nie przyczynił się bardziej do rozwoju miasta stołecznego. Uruchomił pierwsze linie tramwajów konnych, rozpoczął prace kanalizacyjne i wodociągowe, doprowadził do oświetlenia ulic, założył sieć telefoniczną, uregulował Wisłę, był pomysłodawcą i realizatorem powstania Parku Ujazdowskiego, licznych skwerów i terenów zielonych i cmentarza bródnowskiego. Powołał do życia Towarzystwo Asenizacyjne zajmujące się wywozem nieczystości i odśnieżaniem ulic, był pierwszym prezydentem zajmującym się regulacją ulic i wytyczaniem nowych szlaków komunikacyjnych. I co ciekawe, był kilkanaście lat wcześniej dyrektorem gimnazjum w Taganrogu, tego samego, w którym ojciec Feliksa, Edmund uczył matematyki i fizyki.
 
Spory napływ ludzi pracujących w fabrykach uczynił Warszawę miastem robotniczym. Obecność takiej masy ludzi pracujących była podatnym gruntem dla różnej maści socjalistów widzących w tym tłumie doskonały materiał, by nakłonić go do swoich racji. Proletariat warszawski w porównaniu z innymi ośrodkami przemysłu, był dużo lepiej wykwalifikowany i świadomy, dzięki czemu nurt robotniczy w Warszawie stał się swoistym centrum rozwoju idei socjalizmu.
 
Oprócz ciężkiej pracy robotników Warszawy i robotników w innych okręgach przemysłowych łączyła jedna rzecz: nędza. Robotnik zarabiał około 15-18 rubli miesięcznie co nie pozwalało na utrzymanie rodziny nawet na minimalnym poziomie. Bezrobocie szalało w najlepsze, wiele ludzi umierało z głodu. Był to olbrzymi problem społeczny, a jego próby rozwiązania nie wyszły od państwa, tylko od samych robotników. Zainicjowano tzw. Tanie Kuchnie Robotnicze, które przemieszczały się po mieście oznajmiając trąbką swoje przybycie. Wówczas z całej okolicy z menażkami, z garnkami z zakamarków suteryn i poddasza wybiegali ludzie i starzy i młodzi, by po niskiej cenie kupić litr zupy, która często była dla nich jednym posiłkiem.
 
W czasie, kiedy Feliks Dzierżyński przybył do Warszawy, SDKP w wyniku licznych aresztowań, praktycznie przestała istnieć, była niezauważalna, niepopularna, a jej idee internacjonalizmu, solidarności klasy robotniczej wszystkich krajów zapomniane, przykryte nacjonalistycznymi hasłami PPS. Socjaldemokraci skupieni w małych, nieformalnych kołach skrytych przed czujnym wzrokiem policji zajmowali się jedynie, jak pisał Dzierżyński, zajadłą krytyką posunięć PPS-u i Bundu. Działacze nie zauważali zmian, jakie zachodziły w PPS, rozbieżności ideologicznych pomiędzy kierownictwem, a ośrodkami terenowymi. Wielu jej aktywnych członków popularyzowało ideę wspólnej walki z proletaritem rosyjskim. Spora też część działaczy socjaldemokratycznych działała w PPS, gdyż nie miała możliwości zaistnieć w walce pod sztandarem własnej partii.
 
Najsilniejszą grupą sprzeciwu wobec carskimu reżimowii była PPS z jej głównym celem walki o niepodległość Polski. Organizacja była bardzo rozległa i świetnie powiązana. Prężnie funkcjonował kolportaż literatury, który miał ogromne wzięcie wśród klasy robotniczej i cieszył się niesłychanym zainteresowaniem, choć mówić o powszechnym poparciu byłoby nadużyciem. Ze szczególną zajadłością PPS bojkotowała wszelkie idee sojuszo robotników polskich i rosyjskich, propagowała nacjonlializm i lekceważąco odnosiła się do rosyjskiego ruchu robotniczego uważając, że nie jest on zdolny do przeprowadzenia rewolucji. Operowała wypowiedziami w wywyższającym się tonie umniejszając i dyskredytując działalność rosyjskich rewolucjonistów. Ta buta pozostała do dziś w potomkach prawicowych ułomków politycznych. PPS w swej polityce dążyła wręcz do walki niepodległościowej przeciwko Rosji nie bacząc na zbieżność interesów klasy robotniczej.
 
Feliks określał PPS-owców jako „klamkiewicze”- za ich politykę ugody z burżuazją, jakoby byli uczepieni klamek ich pałacowych drzwi. Określenia PPS-u takie jak: burżua, oszuści nie należały do rzadkości. Sam Dzierżyński uważał, że nie przystoi w ten sposób odnosić się do ideowych konkurentów, jak to określał w „niesympatycznej[6]” krytyce. Polemika, według Feliksa, powinna być rzeczowa i uzasadniona, pozbawiona zbędnych inwektyw, choć nie raz zdarzało mu się w zdenerwowaniu przekroczyć wyznaczoną przez siebie granicę „sympatyczności”.
 
Drugim po PPS co do wielkości ośrodkiem walki robotniczej był skupiający robotników pochodzenia żydowskiego- Bund, czyli Powszechny Żydowski Związek Robotniczy w Polsce, na Litwie i w Rosji stawiający sobie za cel walkę o demokratyzację i uspołecznienie środków produkcji, a także o kulturalną autonomię dla Żydów wierząc, że dzięki temu nie ulegną asymilacji zachowując odrębność narodową ocalając kulturę żydowską wraz z obyczajami pielęgnującymi historię. 
        
Edward Abramowski
Oprócz działalności agitacyjnej, partie uzewnętrzniały swoje istnienie głownie w dwóch przypadkach- święta pierwszomajowego i podczas pogrzebów działaczy, które przemieniały się wielotysięczne wiece. Dzierżyński w tak trudnych realiach nawiązywał wiele kontaktów ze środowiskami socjalistycznymi. Słynne było jego spotkanie z Edwardem Abramowskim u Ludwika Krzywickiego, założycielem Związku Robotników Polskich, z którym odbył przy wielu świadkach bardzo długą i burzliwą dyskusję miażdżąc oponenta swoją postawą, gorliwością i głęboką wiarą w to, że rewolucja jest blisko. Jego wystąpieniu przyświecał olbrzymi determinizm i fatalizm. Porównywał siebie do atomu niesionego przez rzekę wydarzeń, na które sam nie miał wpływu, gdyż rzeka to nurt społecznego oburzenia i pragnienia wolności, za którym on podążał. Jednocześnie zarzucał żywiołowemu, skaczącemu po krzesłach Abramowskiemu, że tkwi w błędzie uważając, że on sam, jako atom, jest w stanie pokierować rzeką.
 
Dyskusja była bardzo obfita w odwoływanie się do hymnów o zwycięskich mężach, wielokrotnie poetyzowano ruch wolnościowy. Często ubarwiano kpinami poglądy oponenta, jak choćby wyrażona przez Dzierżyńskiego obawa, że Abramowski pochwycić serca może kilku niewiast, oddziaływać na młodzież i część inteligencji, ale kiedy przyjdzie do rewolucji, to on, Dzierżyński, poprowadzi miliony na barykady. Abramowski, znany i „modny” wówczas myśliciel polityczny, psycholog i socjolog, twórca wielu bezsprzecznie ciekawych, acz utopijnych, często karkołomnych i szerzej nie znanych myśli, poległ w starciu z Feliksem.
        
Vincas Mickevičius-Kapsukas
Dzierżyński przybył do Warszawy mając jedynie kontakt do pewnego bundowca. Dzięki niemu z czasem poznawał nowych ludzi, został wprowadzany w coraz to nowsze kręgi polityczne, brał  udział w licznych zebraniach i dyskusjach, również w gronie PPS.  Bedąc zauważanym podczas licznych spotkań i dyskusji poznawał nowych ludzi, a dzięki sympatii jaką wzbudzał, proponowano mu pracę agitatorską. Udało mu się dotrzeć nawet do centrali agitatorów PPS. Mickiewicz-Kapsukas i Edward Sokołowski w swoich zapiskach wspominali, że w stosunkowo szybkim czasie w wielu zażartych dyskusjach ideologicznych, Feliks Dzierżyński zdołał przekonać do swoich poglądów większość PPS-owskich agitatorów doprowadzając nawet do przejściowego zerwania kontaktu kierownictwa PPS ze światem robotników warszawskich.
        
W swojej zdeterminowanej walce Dzierżyński napisał obszerną krytykę działań PPS-u miażdżąc ich program oparty na walce o zdobycie niepodległości Polski. Przede wszystkim krytykował PPS za próby oderwania proletariatu polskiego od rosyjskiego, za ich separatystyczne tendencje osłabiające ruch robotniczy, którego siła powinna być globalnie osadzona na połączeniu dążeń robotników wszelkiej narodowości. Dowodził, że koncentrowanie się jedynie na polskim ruchu robotniczym, było wielką szkodą dla dążeń innych narodowości. Krytykował również pomijanie bardzo ważnych problemów takich jak zapewnienie klasie robotniczej pełni praw demokratycznych i politycznych w niepodległej, według marzeń pepeesowców, ale wciąż burżuazyjnej odrodzonej Polsce.
        
Jego internacjonalistyczne zapatrywania nie zawsze zdobywały podatny grunt wśród Polaków marzących o wolnym, niepodległym kraju. Z jednej strony trudno się dziwić pragnieniom niepodległościowym zniewolonego narodu pozbawionego swoich praw i administracji, ale w ówczesnej sytuacji politycznej, dużo zasadniej było połączyć walkę robotniczą na obszarze wielonarodowym. Jak pokaże późniejsza historia II Rzeczpospolitej, szczególnie uwzględniając potworną nędzę klasy robotniczej, analfabetyzm, bezrobocie, wszechpotężny wyzysk, brak perspektyw rozwoju, krwawo tłumione manifestacje robotnicze lat międzywojennych, idee PPS-u służyły tylko i wyłącznie do zaspokojenia aspiracji jego przywódców.
        
Rozwój Socjaldemokracji Królestwa Polskiego Feliks Dzierżyński skupił szczególnie w oparciu o środowisko robotnicze, robotników drobnych warsztatów i wysoko wykwalifikowanych rękodzielników o dużym poczuciu więzi zawodowej. Niechętnie odnosił się do inteligencji SDKP, których w wielu wypowiedziach nazywał „tzw. inteligencją”. Dlaczego? Sam na to po latach odpowiadał mówiąc, że we współczesnym inteligencie istnieją dwa oddzielne, niestykające się ze sobą światy- świat myśli i świat działania,delikatny idealizm i brutalny materializm. Jeśli inteligenci nie są w stanie zapewnić sobie odpowiedniego standardu życia, są skłonni umniejszyć czy też zdradzić swoje socjalistyczne idee i nie będą zdolni walczyć wyrzekając się swoich dóbr. Nie są w stanie zaszczepić w sobie nawet odrobiny ascetyzmu i pohamować pragnienia bogactwa materialnego. W świecie robotników nie było nic do stracenia, ani nic, czego możnaby było się wyrzec, bo nic nie miało głębszej wartości poza samym życiem.
        
Prawdopodobnie na jednym ze spotkań ruchu socjalistycznego, Feliks Dzierżyński poznał Jana Rosoła- bardzo cenionego i zasłużonego działacza socjaldemokratycznego. Był on mężczyzną średniego wzrostu, nikt nie pamiętał, kiedy widziano go bez długiej brody. Dość często zmieniał pracę, jako, że nie miał konkretnego zawodu chwytał się różnych zajęć. Nosił kilka pseudonimów- agitując w fabryce Lilpopa nosił przydomek „Sęp”, często nazywano go „Ojcem Nieświętym” z racji swojej głębokiej niechęci do religii. Nie uznawał żadnych praktyk religijnych, a kler uważał za zwykłych urzędników niemających nic wspólnego z naukami Chrystusa, przyznawał nawet, że to właśnie socjaliści są jego prawdziwymi apostołami niosącymi nową ewangelię wyzwolenia z ucisku, którą nazywał ewangelią buntu.
 
W pamięci ludzi pozostał jako „Stary”. Był człowiekiem dość pogodnym, lubił sobie podśpiewywać. Miał ciekawy zwyczaj rozmawiać z ludźmi mówiąc do nich na ucho. Nigdy nie szukał oparcia w archaicznych obyczajach i ramach myślowych. W swoim wynajmowanym mieszkaniu na Powiślu przy ulicy Przemysłowej 21na pierwszym piętrze, należącym do właściciela firmy dorożkarskiej- Jemiołkowskiego, podłego szubrawcy i wyzyskiwacza najemnych dorożkarzy, o którym nota bene nie omieszkał wspomnieć za   parę lat Czerwony Sztandar w jednym z numerów, organizował spotkania esdeków, gdzie rozmawiano na tematy polityczne, o życiu robotnika, o zarządzeniach fabrykantów czy o pracy kobiet w fabrykach. Często śpiewano pieśni rewolucyjne zamknąwszy szczelnie wszystkie okna, aby melodia nie doszła do niepowołanych uszu.
 
Rosołowie: (od lewej) Antonii, Zofia i Jan
Jan Rosół był zdecydowanym wrogiem Polski szlacheckiej, burżuazyjnej. Jego patriotyzm nie miał nic wspólnego z szowinizmem rodzącym nienawiść do innych narodów. Nie cieszył się uznaniem w kręgach inteligencji socjalistyczno-narodowej za swą niechęć do ludzi wykształconych oraz za internacjonalistyczne poglądy. Był trzykrotnie aresztowany, odbywał swoje wyroki za przynależność do partii socjaldemokratycznej w Cytadeli i na Pawiaku, był też zesłany do Archangielska. W więzieniu nie zwykł kłaniać się naczelnikowi więzienia, za co często lądował w karcerze, raz nawet trafił tam za karę, bo nazwał dozorcę durniem.
        
W 1880 roku ożenił się wdową po swoim przyjacielu, Józefie Pytlu, z którym uczestniczył w walkach na Bałkanach. Gdy Józef umierał na jego rękach, poprosił Jana, aby zaopiekował się jego żoną i małym dzieckiem- Walentym. Jan dochował przyrzeczenia. Zofia Rosół była kobietą twardą, suchą i postawną. Nosiła wyłącznie czarne suknie z wpiętą broszką. Z tego związku 24 maja 1882 roku urodził się ich syn, Antonii, który od najmłodszych lat przysłuchiwał się rozmowom starszych i marzył o tym, aby samemu przystąpić do ruchu rewolucyjnego.
          
Rosołowie wielokrotnie się przeprowadzali. W domu na Ząbkowskiej obok Monopolu Spirytusowego w kolejnym mieszkaniu Rosołów, spotykało się niewielkie grono działaczy SDKP. Relacja Dzierżyńskiego, noszącego wówczas pseudonim „Franek”, z Rosołami była bardzo zażyła. Często ich odwiedzał, był bardzo zaprzyjaźniony z całą rodziną, choć Jan Rosół zwykł mówić do niego: „Ja was bardzo lubię, ale wam nie wierzę[7]”. Nie wierzył też, że Dzierżyński ma szczerze takie samo podejście do inteligentów co on sam.
 
W rozmowach „Starego” z robotnikami mówił, „że inteligencja w ruchu robotniczym jest elementem przeważnie przejściowym, przelotnym, należy więc liczyć najwięcej na samych siebie, na uświadomienie klasowe szerokich rzesz robotniczych[8]”. Wacław Koral wspominał słowa Rosoła: „Nie myślcie, że inteligentom zbytnio chodzi o dobrobyt robotnika. Im więcej chodzi o swoje ambicje partyjne. Jeżeli przychodzą do robotników, to tylko po to, że potrzebna im jest nasza siła, którą spożytkują dla własnych celów. Karki robotnicze to szczebel drabiny, po której piąć się będą dla zdobycia kariery politycznej [9]”
 
Jak widać, zarówno Feliks Dzierżyński i Jan Rosół byli zdystansowani do inteligencji w ten sam sposób. Nie wiadomo czym musiał uwieźć Jana Rosoła Feliks, że stał mu się przychylny i popierając go umożliwił mu włączenie się w nurt walki socjaldemokatycznej. Najpewniej swoją autentycznością, prawdą, wiarą i przekonaniem.
 
Rodzina Rosołów posiadając wiele kontaktów z socjaldemokratycznie nastrojonymi robotnikami, wprowadziła Feliksa w ich świat. Zdobywszy kilka książek i stare wydawnictwa „Sprawy Robotniczej” energicznie rozpoczęli pracę agitacyjną. Zofia nosząca pseudonim „Stara” pracowała w Czerwonym Krzyżu. Kupowała papier na odezwy i na gazety drukowane w mieszkaniu, co odbywało się w wielkiej konspiracji, a następnie rozpowszechniali na spotkaniach z robotnikami.
 
Z drukarni Gazety Polskiej udało się podkraść kilka kilogramów czcionek, dzięki którym można było stworzyć małą drukarnię. Czcionek i tak było mało, bo przy druku każdej kolejnej strony trzeba było rozbierać z czcionek poprzednią matrycę. Drukarnię chowano w piwnicy, czcionki zaś bardzo zmyślnie w wielu skrytkach mieszkania, tak że podczas licznych rewizji policji czy Ochrany, niczego konkretnego nie można było znaleźć.
 
Raz przed wpadką uratowała rodzinę Zofia, kiedy niespodziewanie do mieszkania wszedł rewirowy Szatanek. Zofia nie rozstawała się w domu z balią i tarą, właśnie robiła pranie zarabiając w ten sposób na życie, kiedy zaskoczył ją rewirowy. Nie wiele myśląc, trochę też będąc wystraszoną, zdzieliła policjanta z całej siły mokrą ścierką, narobiła rabanu i wyrzuciła niespodziewanego gościa z domu. Szatanek stracił chęć do odwiedzin, natomiast na jakiś czas trzeba było ukryć maszynę drukarską w obawie przed zemstą rewirowego.
 
Na jesieni Feliks zaprzyjaźnił się z młodym, ambitnym i rwącym się do działania synem Jana- Antkiem Ignacym Rosołem, praktykantem szykującym się do zdobycia zawodu kamieniarza- artysty, który z wielkim zaangażowaniem poświęcił się pracy dla sprawy robotniczej. Widział jak ciężkie było życie codzienne i praca w organizacji. Z racji „szczeniackiego” wieku nie było mu łatwo zdobyć uznanie w partii, musiał więc zdecydowanie wyżej podnieść sobie poprzeczkę i podwójnie się angażować. Na szczęście byli i tacy, u których jego młodzieńcza pasja wzbudzała bezgraniczny podziw.
 
Antek Rosół
Antek wiele czytał i uczył się, organizował koła samokształceniowe, wciąż biegał po zebraniach w fabrykach i mieszkaniach wierząc, że budując socjaldemokrację zmieni świat. Nie zważał na ponure doświadczenia swojej ukochanej rodziny- brat Antka był w więzieniu, ojciec niedawno wrócił z zesłania w Archangielsku, a dni matki mijały w oczekiwaniu na wyrok za działalność w szeregach nielegalnej organizacji. Umiłowanie prawdy, którą zaszczepili mu rodzice, szczerość, poświęcenie dla idei były wartościami nadrzędnymi w jego życiu.
 
Gdy Feliks z Antkiem spotkali się po raz pierwszy, ich jedność idei scementowała przyjaźń bardzo szybko, mówili jednym głosem i z równym zapałem zabrali się do pracy wiedząc, że krytykując PPS czy opisując świat w niekończących się rozmowach nie zmienią nic, niczego nie dokonają. Dzierżyńśki wspominał czas, w którym się poznali i pierwszy raz rozmawiali o tym, co i jak robić, Antek z zapałem powiedział:
 
Będziemy żyć jeszcze, tylko trzeba się zabrać energicznie do roboty, a nie gnuśniec bez pracy. -Zdziwłem się ogromnie- pisał dalej Feliks- Po wieloletniej przerwie byłem w Warszawie po raz pierwszy. Słyszałem, że jakoby po aresztach w r. 95-96 przestała tu egzystować organizacja socjali-demokratyczna, a tu raptem spotykam socjaldemokratę tak gorącego, pełnego otuchy i wiary. –Wypowiedziałem mu to zdziwienie moje. Okazało się, że tradycje stare, idee zaszczepione robotnikom naszym przez „Proletarjat” przez Waryńskiego przez „Związek” i „Socjaldemokrację” żyły wśród robotników, pomimo braku odpowiedniej literatury; że tradycje te i idee walki międzynarodowej ustnie się przechowały i samorzutnie szerzyły wśród masy pracującej, że ruch robotniczy nawet po 96 r. pozostał międzynarodowym, socjalno-demokratycznym, pomimo, iż P.P.S. starała się narzucić robotnikom swe hasła patrjotyczne; że wielu robotników warszawskiech już dalej nie może i nie chce pracować w organizacjach P.P.S. [10]”.
 
Dzięki kilku egzemplarzom literatury, tj. „Sprawy robotniczej” czy „Protokółu Pierwszego Zjazdu SDKP z 1894 roku” zaczęli pisać swój program i rozpowszechniać go odbijając na hektografie. Efekty wytężonej pracy garstki idealistów były od razu zauważalne. Coraz więcej ludzi przyłączało się do socjaldemokratycznej walki pod przywództwem Feliksa Dzierżyńskiego, który m.in. na Starym Mieście w kamienicy „Pod Murzynkiem [11]” na czwartym piętrze prowadził spotkania partii. To właśnie tam czytano broszurę „Rózgi”- Róży Luksemburg „Niepodległość, a sprawa polska”, przepisywano zeszyty krytyki PPS Dzierżyńskiego.
 
Spotkania odbywały się też w mieszkaniu J. Winklana, na Wroniej 32 w mieszkaniu Jana Leśniewskiego i na Ogrodowej 49 w mieszkaniu towarzysza Plakowskiego. Podczas wielu dyskusji klarował się domniemany plan przemian, który zakładał zdecydowane uderzenie rewolucyjne przede wszystkim w Petersburgu zmierzające do obalenia reżimu cara Mikołaja II za sprawą zjednoczonego i zespolonego, wielonarodowościowego ataku sił rewolucyjnych. Dzierżyński udowadniał, że carat może być obalony jedynie przez rewolucję w Rosji, a rewolucja w Królestwie Polskim będzie konsekwencją głównego uderzenia.
        
Pod koniec 1899 roku na naradzie wraz z Janem Rosołem, Mieczysławem Kozłowskim i Stanisławem Trusiewiczem, który powrócił po zesłaniu na łono partii, Feliks został wybrany w skład przyszłego Zarządu zjednoczonej Socjaldemokracji Królestwa Polskiego. Prężnie działały już kółka SD wśród piekarzy, szewców, metalowców i stolarzy. Szczególną wagę Dzierżyński przywiązywał do odpowiedniego szkolenia agitatorów. W związku z tym założył specjalne kółka dyskusyjne, które prowadził w poszczególnych cechach rzemieślniczych. Z bezlitosną szczerością Feliks Dzierżyński odkrywał przed tymi środowiskami obraz wyzyskiwania ich przez kapitalistów.  Podpierał się przedstawionymi dokładnymi wyliczeniami zysków, jakie czerpią kapitaliści ukazując na ich tle marne dochody rzemieślników.
 
Szczególnie mocno zareagowało na wystąpienia Feliksa Dzierżyńskiego środowisko szewców, które wielokrotnie domagało się spotkań z „Litwinkiem”- jak nazywali Feliksa. Był to wielki sukces, ponieważ środowisko to było do tej pory bardzo rozproszone i bardzo wyzyskiwane. Dzierżyński z wielkim zaangażowaniem podjął się scalenia rozproszonych szewców, zsolidaryzowania ich, by poczuli siłę w swej jedności. Wiele czasu poświęcał na tłumaczenie w sposób prosty i zrozumiały warunki w jakich żyją i dlaczego się w nich znaleźli. Objaśniał mechanizmy, jakimi kieruje się wyzysk kapitalistyczny, podpowiadał, jakie są możliwe sposoby walki, ukierunkował ich myślenie, aby byli gotowi przejąć swoje życie we własne ręce.
 
Ich cech dzielił się na kilka warstw szewców. Ci, nieliczni, którzy produkowali buty przy sklepach i na eksport stanowili najlepiej uposażoną grupą rzemiosła. Zdecydowanie najbardziej wykorzystywani byli drobni szewcy, których w samej Warszawie było 45 tysięcy. Nie mieli pieniędzy ani na sklep, warsztat czy materiały. Często korzystali z pomocy własnych rodzin, aby spostać narzuconym normom wykonania obuwia przez co byli zmuszeni do pracy codziennie po 14-18 godzin nie wiele za ten wysiłek dostając.
Ich tydzień pracy kończył się zazwyczaj w niedzielę po południu, kiedy zdawali swoje towary kupcowi. Kupcem przeważnie był Żyd, który w soboty nie pracował. Stąd prawie siedmiodniowy czas pracy i powiedzenie „szewski poniedziałek”- czyli trudny dzień po alkoholowym odreagowaniu minionego tygodnia.
 
W Warszawie organizowano już strajki i pikiety polegające na solidarnym nie pobieraniu od tzw. „piesków”, będących ogniwem wyzysku między robotnikami, a kupcami, materiałów do pracy lub nie oddawaniu wyprodukowanych butów. Łamistrajków karano biciem po pysku, a przyłapanych po raz drugi na wyłamywaniu się ze strajku, karano zniszczeniem materiałów, które później musieli w pocie czoła odpracować. Z czasem do szewskiej biedoty dołączyli lepiej zarabiający szewcy, znający języki, praktykujący wiele lat wcześniej u zachodnich mistrzów szewstwa, którzy tam obserwowali legalne formy pracy ruchu robotniczego i teraz dzielili się swoją wiedzą.
        
Czas jaki Dzierżyński spędził w Warszawie był niezwykle intensywny. Jak sam wspominał „Musiałem sam i pisać i agitować, i z inteligencją stosunki nawiązywać, hektografować. Musiałem prędko się wyspać, a wstrzymać się już nie można było, bo zapotrzebowania robotników trzeba było zadowolić [12]”.  
 
Aby jak najlepiej orientować się w sytuacji i nastrojach partii, Dzierżyński przygotował ankietę z kilkunastoma pytaniami do członków partii skupionych w sekcjach. Należało w niej odpowiedzieć m.in. jak się sekcja rozwija ilościowo, ile zebrań zostało przeprowadzonych, ile rozkolportowano nielegalnej literatury, ile pieniędzy zebrano i wysłano do Zarządu Głównego. Było też zapytanie o literaturę, o opinię o niej, jakiej treści artykułów oczekują, a także jakie są stosunki między partiami w danym ośrodku, jak sekcje odnoszą się do Żydów i ich organizacji? Dzierżyński był ciekaw także pomysłów towarzyszy o tym, co można zrobić, by pozyskać więcej członków partii wzbudzając w ten sposób poczucie współdecydowania o partii. Prosił też o dane na temat kasy pomocy partyjnej.
 
Walerii Marene- Morżkowska
Koledzy Feliksa wprowadzili go do salonu pisarki i działaczki ruchu wyzwolenia kobiet, która prowadziła także rozległą działalność społeczną, wykładała literaturę na pensjach żeńskich- pani Walerii Marene- Morżkowskiej. Była to starsza, niezwykle miła pani o dobrodusznym obliczu, niezwykle inteligentna i bystra mimo swego podeszłego wieku. Była owocem miłości Polki i napoleońskiego generała. Mieszkała wraz z córką, starą panną, w skromnym, ale ładnie urządzonym mieszkaniu w kamienicy na rogu ulic Wierzbowej i Kotzebuego (dziś ul. Fredry), gdzie z niezwykła gościnnością podejmowała odwiedzających. A wśród gości spotkać można było Elizę Orzeszkową, Bolesława Prusa, historyka Tadeusz Korzona, wielu znawców literatury, publicystów i malarzy.
 
Towarzystwo jak na Feliksa, nazywanego Apollo socjademokracji, było zbyt dystyngowane i odległe od problemów walki robotniczej, mimo to chętnie tam bywał błyszcząc świetnym dowcipem, ciętymi ripostami, a także wspaniałą grą na fortepianie chopinowskich mazurków. Z tego okresu zachowało się wspomnienie, jak to w salonie pani Walerii, Feliks krytykował twórczość ówczesnego bożyszcze pisarskiego Stanisława Brzozowskiego. W 1898 roku Brzozowski był Prezesem Zarządu Domu Bratniej Pomocy, w skład którego wchodzili m.in. Jan Iwański i Władysław Majewski. W rozmowie z nimi Dzierżyński tak opisał ich prezesa: „Winszuję wam, ale nie zazdroszę tej kompaniji, ten zwariowany Brzozowski to zwyczajny żulik [13]”.
 
Gdy zdemaskowano defraudację pieniędzy z uniwersyteckiej kasy koleżeńskiej, które Brzozowski przeznaczył na leczenie swego ojca, Dzierżyński, co zaskakujące, był jednym z pierwszych, którzy pokryli w znacznej mierze z własnych oszczędności deficyt kasy, choć nikt go o to nie prosił.
 
Kilka tygodni później, w grudniu, odbył się w Mińsku zjazd Związku Robotniczego Litwy, w którym wziął udział Dzierżyński przysłuchując się politycznym rozprawom. W zjeździe uczestniczyli między innymi Mieczysław Kozłowski, Edward Sokołowski i Piotr Sunkielewicz. Rozpoczęły się długie i żmudne pertraktacje zjednoczenia ruchu socjaldemokratycznego w skład, którego wchodziły SDKP, LSDP i Związek Robotniczy. Po wielu burzliwych dyskusjach udało się znaleźć wspólny cel zaproponowany przez Dzierżyńskiego. Polegał on na walce o ustanowienie nowej, ogólnorosyjskiej konstytucji, zarazem zdecydowanie odrzucono wszelkie dążenia niepodległościowe Polski i Litwy, opracowano też podstawy programu partii. Po wspomnianym zjeździe, w styczniu 1900, doszło do połączenia partii socjaldemokratycznych Polski i Litwy oraz Związku Robotników na Litwie pod egidą nowoutworzonej SDKPiL. W Komitecie Centralnym partii znalazł się Feliks Dzierżyński. Na zjeździe zjednoczenioym Dzierżyńskiemu nie dane było uczestniczyć.
 
Z warszawskiego okresu działalności Feliksa Dzierzyńskiego zachowało się wspomnienie Edwarda Sokołowskiego, który znał Dzierzyńskiego od czasów wileńskich. Zanotował: „Zadziwiała mnie umiejętność Dzierżyńskiego wynajdywania takich ludzi, za którymi szły postępowe zastępy warszawskiego proletariatu… Znałem się z inteligencką grupą, m.in. z Chwalewikiem, Stanisławem Koszutskim, Jagołkowską, z siostrami Marchlwskimi i innymi…
Tylko przerwotna energia i umiejętność oddania się w pełni służbie idei w połaczeniu prostym zachowaniem i bliskością z powszednimi potrzebami robotników, nie książkowymi ale obecnymi, wziętych z życia, ze wszystkimi ich dobrymi i głupimi cechami- tylko to pozwliło Dzierżyńskiemu całkowicie zdobyć zaufanie najbardziej wyróżniających się proletariuszy Warszawy, którzy w za sobą pociągali zastępy klasy robotniczej…
 
Przed szereg miesięcy i lat warszawska SDKPiL żyła „legendą Dzierżyńskiego”. Na zamkniętych zebraniach organizacyjnych i na powszechnych masówkach robotniczych, a także na małych zebraniach domowych warszawskiego proletariatu komentowano o tym, jak Dzierżyński pokonywał w sporach swych przeciwników… Ponad to przenosiła się na robotników jego wiara w zwycięstwo proletariatu, jego rewolucyjny żar, odwaga i gotowość do poświęcenia i ofiary.
 
Pociągała ku sobie jego prostota, zrozumienie duszy robotnika, jego dążeń i potrzeb. Pamiętam z jakim zapałem mówili o Dzierżyńskim ci robotnicy, co stykali się z nim osobiście. Najbardziej podobało się w Dzierzyńskim to, że można było z nim mówić o wszystkim- i o wielkiej polityce, i o codziennych troskach rodziny robotniczej, wreszcie o zabawach i rozrywkach proletariackich. Dzierżyński nie stronił od domowych zebrań robotników i wieczorków z tańcami. Szczególnie go zapraszali na „rocznicowe” święta.
Nic też dziwnego, że Dzierzyński zebrał wokół siebie ludzi gotowych pójść za nim w ogień i w wodę. Przy pomocy oddanych mu ludzi udawało się w ciągu tygodni i miesięcy zrobić to, co inni potrafili zrobić w ciągu lat [14]”.


[1] Wg. Chackiewicza było to 28 sierpnia, według Plehanova 27 sierpnia 1899 roku. W istocie różnice dni wydarzeń podawane przez poszczególnych autorów wcześniejszych opracowań biograficznych nie są istotne.
[2] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 44
[3] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 22
[4] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 59
[5] Żydowski środek lokomocji, długi wóz do przewożenia ludzi i towarów. Cechą charakterystyczną były dwa konie pociagowe z przodu i dwa pchające z tyłu. Był to transport  bardzo powolny, ale tani. W tym czasie bałaguła była synonimem powolności. 
[6] Feliks Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-2, dok. 31
[7] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 54
[8] J. Durko, W pracy i w walce, PIW, Warszawa 1970, s. 55
[9] J. Durko, W pracy i w walce, PIW, Warszawa 1970, s. 111
[10] F. Dzierżyński, Opracowania i artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 91, 92
[11] Obecnie mieści się tam Muzeum Warszawy
[12] A. Chackiewicz, Feliks Dzierżyński, Studium biograficzne, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,  s. 49
[13] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-1, dok. 101
[14] J. Sobczak, Współpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Ksiązka i Wiedza, Warszawa 1980, s.256/ S.W. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s. 62
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.