Każde z nas żyje samotnie

rozdział VIII
 
Pierwsze dni w Kajgorodskoje przepływały leniwie. Feliks dużo rozmyślał, wspominał. Przed jego oczami pojawiały się obrazy Aldony, jej dzieci, a także poddasza, na którym wraz z Margaritą spędzili tak wiele uniesień duszy, gdy doświadczali bliskości. Czuł wówczas, że żyje, że nie jest martwy, czuł, że krew jego wrze, że całym sobą gotowy jest do walki. 
A teraz był późny wieczór. Jakszin i gospodarz siedzieli w izbie i przeszkadzali Feliksowi w pisaniu listu. Musiał jeszcze odrywać się, by zerknąć na samowar, który obsługiwał w ramach swoich obowiązków. Musiał więc dokończyć pisanie listu. „Napiszę jeszcze wiele o tutejszym życiu, o przeczytanych książkach, o ludziach i o wszystkim. Jest już późno, trzeba położyć się spać, przecież Nowy Rok wczoraj się już zaczął. (…)
 
Niech Pani posłucha i nie gniewa się na mnie. Będzie Pani nieprzyjemnie, ale już to zrobiłem i powinienem się do tego przyznać. Nie wiem, czemu teraz o tym wspominam.
Kiedyś, kiedy ogarnęła nas z Jakszynem tak bardzo tęsknota, powiedziałem mu, że być może Pani przyjedzie i będzie nam wesoło. Powiedziałem mu, po prawdzie dlatego, bo on taki dobry dla mnie jest, a mi tak ciężko było na duszy, że otworzyłem się przed nim. Pani nie lubi i nienawidzi gadulstwa, ale żyć z człowiekiem, który tak się o mnie troszczy, a ja tak często nie dopuszczam go do siebie, nie dzielę się z nim myślami, mam przed nim tajemnice- tak naprawdę i ostatecznie trudno mi to znosić. I tak naprawdę nie wiem, czemu mu o tym powiedziałem. Złości się Pani? Sam się obawiam, że jestem trochę gadułą. A tymczasem do jutra. Teraz Jakiszin pościelił mi łóżko, Jaki on, zaprawdę, pierwszorzędny [1].
 
Gdy wstał następnego dnia, myślał już o liście, jaki tego dnia napisze do Margarity. Minął już tydzień, jak przyjechał z Jakszinem z Nolińska, tydzień, jak nie wiedział się z Margaritą i nie miał od niej wieści. Mimo tęsknoty czuł się tu lepiej niż w Nolińsku, gdzie często opanowywała go straszliwa chandra, męczyła go pustka, której tu nie doświadczał. Jedynie tęsknota przysparzała mu bólu, zwłaszcza wtedy, gdy kładł się w nocy do łóżka i nie spał i myślał.
 
Dom w Kajgorodskoje, w którym mieszkał Feliks
Do ich domu wciąż przychodzili okoliczni chłopi ciekawi nowych sąsiadów z dalekich miast. Było ich tak wielu, że niektórych musieli poprosić, by bez wyraźnego powodu nie przychodzili. Abraszka- wileński robotnik, zesłaniec i pijak, do którego Feliks i Aleksandr mieli słabość, rozpowiedział wszystkim, że Dzierzyński był milionerem. Abraszka pił przez cały czas i robił wszystko, aby mieć na alkohol. Nie było słów, które przekonałyby go do trzeźwości. Zawstydzali go, mówili o żonie i dzieciach, które pozostały w Wiatce. Strach było dać mu pieniądze na jedzenie, bo zaraz przepijał. Dzierżyński i Jakszin dzielili się z nim obiadem, prosili, by przychodził do nich trzeźwy, ale prośby nic nie dawały. Czasem, użalał się nad sobą i swym ciężkim życiem, rozpaczał, że nie ma wieści od swej żony, ale na szlochach poprzestawał znajdując oparcie w butelce. Czasem przychodzili też inni okoliczni pijaczkowie, ale tych Jakuszyn przeganiał.
 
Tego dnia odwiedziła ich pewna proleriuszka chodząca od domu do domu sprzedając ziemnaki. Jej mąż umarł cztery lata wcześniej, na utrzymaniu miała gromadkę dzieci. Najmowała się do prac polowych w ten sposób pracując na życie. Czas w Kaju biegł tak wolno, że było go wystarczająco, by porozozmawiać o drugim człowieku i wysłuchać go.
 
Byli tacy, którzy przychodzili zapytać się o książki. Inni prosili, by im coś poczytać, a książek było mało, a popyt na lekką literaturę ogromny. Feliks zastanawiał się, czy aby nie napisać do znajomego, by przysłał książki. Często mieszkańcy przychodzili po porady życiowe czy też pytali się, jak leczyć konia, więc praktycznie drzwi do ich mieszkania się nie zamykały. Pewnego dnia wieczorem do drzwi dobijali się przebierańcy. Pisał do Margarity:  
 
Pierwszy raz ujrzałem taką to maskaradę. Śmieszne. Bawią się po swojemu. Twarze zasłaniają szalem lub malują sadzą. Dziewczyny w męski, a mężczyźni w damskie ubrania się przebierają. Innym razem zakładają maski, przyklejają sobie brodę i wąsy [2]”.
 
Jedną z atrakcji w Kajgorodskoje był w tym czasie wykład zorganizowany przez lekarza i felczera w ramach klubu trzeźwości, na który wstęp trzeba było wyłożyć pół rubla. Na spotkanie Feliks poszedł sam, bo Aleksander Jakiszin przyczadział biorac kąpiel i nie czuł się dobrze. Tematem wykładu była umiejętność znajdywania zajęcia w walce z nic nierobieniem. Następnie żony doktora i felczerowa zaczęły czytać wiersze, których Feliks miał dość uważając całe to przedstawienie za jakąś żenującą pomyłkę.
 
Był już 10 stycznia 1899 roku. Każdego dnia Feliks wypatruwał listonisza niosącego wieści od Margarity. Tego dnia również ich nie było. Pisał:
 
„Tak bardzo chciałbym wiedzieć co Was słychać, jak się czujecie, czy pomyślnie realizujecie swe zajęcia? Jednym słowem, jak Pani się żyje i czy nie żałujecie tych kilku ostatnich dni, które razem spędziliśmy? Czy myślała Pani o spełnieniu tego planu? (O jakim planie mowa, nie wiemy- Z.F.). Głupi ja, zanim się o to zapytałem, dobrze to czy głupio , ale wydaje mi się, że choć tak krótko byliśmy ze sobą, to porzucić wszystko, zerwać ani pani, ani ja nie jestem w stanie.
 
Kiedyś mówiła Pani, że boi się z mojej strony jedynie namiętności- nie, tego być nie może. W takim wypadku zerwałbym z Panią. Zwycięstwo nad sobą mogłaby tylko w ten sposób się wyrazić. Faktycznie, porwało mnie. Oprócz tego podobało mi się w Pani jej ideowość. Bardzo Panią szanowałem i chociaż uznałem panią za ładniutką, tym bardziej jeszcze bardziej Panią szanuję, a to nigdy do tej pory mi się nie przydarzyło. Zazwyczaj podczas pierwszego poznania z kobietami trace grunt pod nogami, a przy bliższej znajomości stałbym się ordynarny tracąc do siebie wszelki szacunek. Teraz zaś stało się inaczej. Ale nie można tego nazwać pożądaniem.
 
Ale licho z tym. Precz z sentymentalizmem, i tak zbytnio mimowolnie myślę, a to prowadzi do nikąd. Niech będzie tak, jak jest. Nie ma o czym teraz myśleć. I bez słów możemy się zrozumieć i siebie nawzajem [3]”.
 
Tego dnia Feliks był świadkiem osobliwego pogrzebu. Zobaczył wpierw jak na wąskich saniach wożą z cerkwi "Paraskiewy Piatnicy" (jedyna cerkiew w Kajgorodskoje, dziś już opuszczona z dachami zarosłymi drzewami) cztery trumny, a za nimi na drugich saniach jechali żałobnicy- najbliższa rodzina nieboszczyków. Dzierżyński opisywał Margaricie: „Popa nie było. Spotkaliśmy go na ślizgawce ślizgającego się z diakonem. Ludzi było całkiem mało i odnieść można było wrażenie, że wcale nie wiozą na pochówek matki czy bliskic , by wyświadczyć im ostatnią posługę. Poszliśmy za nimi. Groby nie były jeszcze wykopane, ziemia zamarzła na dwie arszyny. Zaczęli przeklinać, że robotnicy nie przygotowali miejsca o czasie.
 
Nie było ani łez, ani użalania się nad swym życiem. Korzystając z chwili, zapytaliśmy się ich, dlaczego nie ma popa? „A z czego mamy- odpowiedzieli- płacić po dziesięć rubli…”. I rzeczywiście, tutejszy pop rujnuje ludność. Za wesele bierze nie mniej niż piętnaście rubli, a do tego jeszcze trzydzieści arszyn płótna, wódkę, tabakę, precle. Za nabożeństwo żałobne dwa do pięciu rubli, za chrzest rubla. Zdziera, jednym słowem, niemożliwe. Narzekali na niego nie raz, ale to nic nie dało. Zaczął jeszcze bardziej zdzierać. Nikt, ale to absolutnie nikt nie szanuje tutejszego popa- za wszystko bierze pieniądze z góry.
 
W końcu spuścili trumnę. Zaczęli zasypywać grób- w tym czasie dalej nikt nie zapłakał, nie jęknął, nie wzdechnął. U nas zwyczajowo współodczuwający ludzie odczuwają pewien rodzaj histerii, kiedy trumna wkładana jest do grobu. Tutaj nie ma tego niesmacznego zachowania, co wydaje się lepsze i odpowiedniejsze, bez którego u nas nawet kroku zrobić nie można(…)
 
Zakopawszy grób wszyscy usiedli na mogile (niektórzy oczywiście, z powodu niedostatecznej ilości miejsca, stali obok niej) i zaczęli wspominać zmarłych. Tutejszy napitek zamiast piwa – braga- ważą z ryżu. Tą bragą chmielową zaczęli się nazwajem częstować zakąszając blinami czy rybą. Powinno się ten pogański obyczaj chronić. Częstowali wszystkich, którzy tam byli, ale my odmówiliśmy. Oprócz Abraszki, który bragę przyzwyczaił się pić. (…)
 
Chodziliśmy z nim na polowania- do tej pory nie tylko niczego żeśmy nie ustrzelili, ale nawet żadnego zwierza nie widzieliśmy. Cała żydowska natura jest na nim widoczna. Płoszy wilki i niedźwiedzie, których, mówiąc szczerze, jest niewiele, niektórzy z tubylców przez całe swoje życie ich nie widzieli, a nam mówili, że jest tu ich mnóstwo. A my z nudów robiliśmy go w konia wymyślając, że wilki idą za nim albo coś i będziemy strzelać, zapewne do niedźwiedzia.
 
Niemal przez cały dzień przesiaduje u nas, dla niego, rzecz jasna, to lepiej, bo mniej ma pokus, bo albo go namawiają do karczmy, albo żeby się ochrzcił, że dadzą mu za to pieniądze, na co on stawia warunek, aby go do popa zaprowadzili robiąc sobie dowcip z nich samych. Zabawny jest strasznie. Pytaja się go, na przykład, za co go tu zesłali, więc im odpowiada, że za „bliny bez banderoli”. Wtedy wszyscy zaczynają kombinować, co to znaczy. Porządnie głupi ten naród.
 
Kilku bogatszych świętoszków przyszło do nas i dawaj, prawić nam, że wiara prawosławna jest jedyna wiarą, choć sami prawosławni nie dbają zbytnio o to, co wiara im każe, że „nie postępują w zgodzie z ewangelią. Ach!.. Naród nasz ciemny, a grzechy nasze są ciężkie![4]”.
 
Dzierżyński obserwował i opisywał Margaricie niesłychany wyzysk pracujących tu chłopów, których śmierć w wyniku wypadku nie obchodziła kapitalisty. W pocie czoła pracowali przy wyrębie lasu, często nie będąc nawet wynagradzanym, a kiedy już płacono im, były to kopiejki. Ale zamiast coś zrobić, coś zmienić nie robią nic innego, jak tylko filozofują. „Życie chłopskie- jakie jest? - zastanawiał się w liście Dzierżyński. I zaraz dawał odpowiedź- To życie ciemne, pełne problemów, życie nie jednakowe dla wszystkich, życie w głuszy, życie stopniowo zubażane i w coraz większej części uzależnione od kułaków. Przeludnienie, ciągłe spłacanie długów, płaca nieadekwatna do zadań.
 
Co w tym życiu można zrobić, co można mu dać, aby zobaczyć jego pozytywniejsze strony? Nic albo prawie nic! Danie im wykształcenia sprowadzi do jeszcze większego nasilenia różnic i doprowadzi do podziałów na bogatych i biednych; wzmożona oświata na wsiach może wypaść spod kontroli, może być zabezpieczeniem w walce o egzystencję t.j. stanie się, chcąc nie chcąc, narzędziem w rękach wyzyskiwaczy. Propagowanie budowania arteli na zasadach niedopuszczających niczyjego wyzysku i dyferencjacji, praktycznie nie jest możliwe [5]”- konkludował. Była już pierwsza w nocy. W kolejnych słowach pożegnał się z Margaritą. Podpisał się „WUF” (skrót od pierwszych liter Wasz Ukochany Feliks- Z.F.)
 
11 stycznia 1899 roku Feliks chwycił za pióro, by odpisać radośnie na list, jaki otrzymał od Margarity. Co było w nim napisane i jakie uczucia wylane, nie wiemy, natomiast Feliks odpisał tak:
 
„W końcu doczekałem się listu od Pani. Moja miła, jak bardzo jest Pani droga i dobra dla mnie. Ile radości, rzeźkości i siły przyniósł on dla mnie. A tak krótko żyliśmy ze sobą. Jak bardzo pragnąłem zobaczyć Panią, przytulić. Czytam i znów czytam Pani pierwszy, taki radosny list i wydaje mi się, że już, że tuż Panią widzę. Widzę i czuję ile Pani przeżyła emocji przez ten czas. Widzę Pani i zamyśloną twarz. Ale teraz to już minęło- jest Pani teraz dobrze, nie ma żadnego cierpienia i żadnych być nie może. Teraz będąc w rozłące, każde z nas żyje samotnie, daleko jedno od drugiego. Choć wcale nie, jesteśmy blisko. Wydaje mi się, że część Pani duszy przeszła do mnie, czuję się krzepko, wydaje mi się, ze stałem się lepszy dzięki tej części. Żyjemy teraz i będziemy żyć jedną duszą. A przyszłość nasza- walka. Najbardziej ze wszystkiego ceni sobie Pani we mnie wierność sprawie.
 
Sprawa i wierność jej nie może nie pociągać za sobą nieskazitelnego, czujnego i żywotnego człowieka! Pójdziemy ręka w rękę do walki i w rzeczywistości  wiele naszych uczuć będą się spotykać z odczuciami społeczeństwa, a nawet nie tylko spotykać, ale i zlewać, a co znajduje się wewnątrz tego gromadnego uczucia to olbrzymia sympatia, przywiązanie, miłość, bo przecież ona wiąże nas jeszcze mocniej, potęguje napięcie naszych społecznych uczuć. A gdy ktoś zacznie nam wtrącać się- będziemy z nim walczyć póki starczy nam sił, jestem o tym święcie przekonany [6]".
 
Feliks każdego dnia marzył o spotkaniu z Margaritą. Rozmyślał o niej każdego dnia, widział oczami wyoraźni, jak spotykają się w Kaju czy też w Slobodskoje. To marzenie dodawało mu sił, odczuwał olbrzymią radość i przenosząc ją w teraźniejszość z czasu przyszłego nigdy niedokonanego, tak jakby chciał przyspieszyć wybuch uczuć i czuć je już dziś, by stały się ucieleśnione w osobie Margarity, której osoba odebrała mu umiejętność rozsądnego zachowania. Już marzył o przejażdżce po niekończącym się lesie, chciał jej pokazać najpiękniejsze miejsca w okolicy, których było tak wiele.
 
Z resztą, kiedy otrzymał list od Margarity, był w takim emocjonalnym napięciu, że nie umiał wysiedzieć w domu. Wyszedł i poszedł do lasu, z lasu przez pola do kolejnej części lasu. Pisał romantycznie:
 
„Wieczór był przepiękny, księżycowa łuna jaśniała, mięciutkie, przezroczyste chmurki biegły po nieboskłonie goniąc jedna drugą to zakrywając, to odsłaniając blask księżyca. Byłem w lesie. Było tak cicho, jodła wcale nie szumiała- tylko czasem od strony jakiejś wioseczki dochodziło szczekanie psów. Wpatrywałem się w księżyc myśląc, że i Pani się na niego patrzy, dostrzegłem Waszą spokojną, radosną niezachmurzoną żadnymi smutkami twarz.
 
Moja droga, czy myślała Pani wtedy czy prawdziwe było moje przekonanie? Myślałem wtedy o tym, jak się potem urządzimy w życiu nie będąc rzecz jasna trupami społecznymi. A wiecie dlaczego powiedziałem, że uczucia osobiste i społeczne już się zlewają? Myśląc o czekającej nas pracy, widzę siebie samotnym, ale razem z Panią. Poprzez trud i w trudzie zjednoczymy się ponownie, a jeśli potem, będąc znów wygnanymi z tego życia, w zatrzymanej minucie, przez lata przemęczymy się, a gdy los zechce nas rozdzielić, wówczas będziemy potrafili go pokonać i będziemy mieli do tego pełne prawo [7]”.
 
Zakochany Feliks był pełen obaw, czy oby Margarita nie zakochała się bardziej w wyobrażeniu o nim niż w nim samym i czy nie idealizuje go zbyt mocno. Nie chciał, by w przyszłości jego osoba rozczarowała ją, bowiem byłby to cios zarówno i dla niej jak i dla niego, byłby to gorzki koniec opadnięcia kurtyny iluzji w jakiej żyli do tej pory nie poznawszy się na tyle dobrze w realnym świecie, nie przeżywszy wielu złych i dobrych chwil i nie widząc siebie w sytuacjach krytycznych. I prosił, by Margarta była bardziej skłonna do pochwał niż do przedstawiania Feliksa takim, jakim go widziała czy też chciałaby widzieć.
 
Oprócz listów wybudzających emocje ze snu, które dostawał czy to od siostry, czy od Margarity, życia Feliksa układało się nadzwyczaj niespiesznie. Spał do 6-ej, 7-ej, wstawał o 8-ej. Do dziesiątej robił toaletę, mył, golił się, ubierał się i przygotowywał samowar pod herbatę, którą w międzyczasie wypijał. Schodziło się trochę, bo trzeba było napalić w piecu, nagrzać wodę, czasem ją przynieść. Od 10-ej do 12-ej uczył się niemieckiego. W południe zabierał się za literaturę ekonomiczną. Między 14-stą, a 17-stą przygotowywał obiad, a po nim wychodził na przechadzkę. Po siedemnastej zasiadał znów do książek. Tym razem była to publicystyka i jakieś nie znajmujące umysłu tanie pozycje do czytania. Od 19-ej przez dwie godziny był czas na herbatę, rozmowy, a od 21-ej do północy poświęcał na pisanie listów.
 
Z lektur ekonomicznych wiele czasu poświęcił na czytanie dzieła Johna Stuarda Mills’a- Utylitaryzm. Powrócił do lektury Volgina, przeczytał Fausta, choć, jak sam przyznał Margaricie w liście- nie nie zrozumiał. Czytał też Bułhakova i trzeci tom Kapitału Marksa. Lecz to właśnie Mills zajął go najbardziej, najbardziej pochłonął i zaciekawił. Komentując fragmenty „Utylitaryzmu” zakreślił kilka kolejnych stron swego listu.
 
Najbliższe kilka dni siedział w książkach. Nawet nie wychodził na spacer tylko czytał. I kiedy dostał list od Margarity, nawet go nie otworzył. Nie był w nastroju, było mu smutno. Następnego dnia po wizycie listonosza wciąż list pozostawał zamknięty, ale Feliks zabrał się w sobie, by odpowiedzieć na nieprzeczytany list.
 
Nie było mu łatwo, brakowało „wewnętrznych” sił, jakie Margarita mogła czerpać od ludzi, z rozmów, z wydarzeń w Nolińsku. On zaś własne siły wyczerpał w nudnym jak msza Kajgorodskoje. Margarita pragęła poznać, co myśli, jakie uczucia przeplatają się przez umysł najdroższego. On zaś… sam nie wiedział. „Teraźniejszość dla mnie nie jest zadawalająca, dręczy jedynie i inaczej nie będzie, inaczej być nie może, jeśli nie stanę się tym, kim powinienem się stać. Dlatego powinienem, chcę i tylko tego, by zostać robotnikiem.
 
Bardzo Panią kocham, tak mocno, jak tylko potafię i jak nigdy wcześniej nikogo nie kochałem. Na Pani skoncentrowały się wszystkie moje uczucia, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Tak jak zajęty byłem czytaniem, tak nie miałem czasu na rozstrząsanie swych uczuć. To uczucia właśnie gnały mnie do czytania, ksiązakmi byłem pochłonięty i o nich myślałem. Myślałem, sądziłem przez kilka minut, że jestem olbrzymem i porównywałem siebie do Chrystusa. I wówczas wydawało mi się, że jestem w stanie objąć wszystkie ludzkie cierpienia, cierpieć za innych i odkupić człowieczeństwo. Ale nie długo trwały te miraże. Spadłem z wyskości do przerażającej rzeczywistości. Jestem jak karzeł mały [8]”.
 
Nie radził sobie w własną samotnością, a zderzenia tego, co chciałby z tym co może, tego kim chiałby być, a tym kim jest przerażały go. Nie był w stanie czuć się dobrze, kiedy, jak sam pisał Margaricie, tak wiele ludzi cierpi, odchodzi od zmysłów, gnije w więzieniach, walą głowami w ściany cel, umiera.
 
Margarita Fiodorowna Nikolejewa stała się latarnią jego myśli, nie tyle co rozświetlającą mu złożoność spraw, ale do której powracał myślami zawsze, gdy odpłynął w meandry głębokiej wyobraźni. Pisał w liście z 19-20 marca 1899 roku:
 
„M.F., moja droga, będziemy przecież pracować, pracować razem, będziemy wiecznie napominać jedno drugie, kiedy tylko będzie taka potrzeba, czemu tu jesteśmy i jaka jest nasza przyszłość, gdzie życie, walka i męka. Wielkim naszym szczęściem powinna być praca dająca wsparcie. Nasza sprawa, praca są najważniejsze , a jeśli w walce któreś z nas zginie wcześniej, to drugie z nas z jeszcze większą siłą, ze zdwojoną energią pracować będzie za dwoje.
 
Teraz nic nie możemy zrobić, ale może i powinna odbyć się walka samego ze sobą. To ciężka walka, ale jak już jesteśmy na tej zsyłce, zajmijmy się czym tylko można, by zagłuszyć wszystko to co plugawe i odeszło, także już niczego nie będziemy się bać w przyszłości, w której będzie tyle pracy, że nawet o sobie nie będziemy mieli czasu myśleć.
 
Tak bardzo się cieszę, że Panią spotkałem- ja, rzcz jasna, pozostałem tym, kim byłem, ale teraz mam wsparcie. I rzeczywiście czuję, że obok mnie jest bliska, droga mi osoba i nie upadnę teraz. I choć tak paskudnie na duszy bywa, to znaczy, że toczy się walka i bardzo dobrze, bo przydatne to będzie dla sprawy, dla której tylko żyć będę- będę mógł powiedzieć, że nie na darmo byłem na zsyłce, nie na darmo tak mocno Panią pokochałem, nie darmo tyle walk stoczyłem sam ze sobą. Ta walka dla mnie pomyślną będzie jako dla robotnika- w tym jestem zupełnie przekonany. I nie będzie mi już tak smutno, bo wszystko układa się tak, że ja wesołym, po prostu, być nie mogę, choć to lepsze byłoby dla mnie.
 
Chcę żyć, chcę Panią widzieć, z Panią być- to też niemożliwe. Sama Pani wie i pisałem też o tym w poprzednim liście, dlaczego: lepiej jest gdy będę sam, bo inaczej tak wiele sił spala się na to. To smutek i tęsknota- filtry. Przez nie powinienem wyjść czystym i takim też wyjdę [9]”.
 
List zakończył pożegnaniem, ale nie był to jego koniec. Miał dopisać jeszcze kilka słów następnego dnia po tym, jak przeczyta to co napisał do tej pory. Tymczasem noc już była ciemna i wypadało iść spać, choć Feliks wiedział, że sen nie przyjdzie szybko. Tyle spraw migotało mu po głowie. Bezustannie marzył, budował scenerię swojej przyszłości, a w niej widział rolę Margarity. Pragnął życia pełnego zmian, walki i zwycięstwa.
 
Margarita przekazała mu wiadomość, że być może uda jej się do niego przyjechać. Feliks bardzo tego pragnął, a wiadomośc bardzo go podekscytowała, bo dzięki niej, dzięki Margaricie jego życie się zmieniło i tak jak dawniej w czasie swej wewnętrznej walki popadał w aparię i bezsilność, tak teraz Margarita utrzymywała go na powierzchni życia będąc jego podporą, bez której jak uważał, nie da sobie rady. Była ona dla niego niezwykle cenna również z tego względu, że była jedyna osobą, która go rozumiała.
 
Zrozumienia nie znajdywał u swego przyjaciela Jakszina, z którym już nie wiele rozmawiał, bo i ten nie wiele go rozumiał. Dwa razy nawet dość ostro się pokłócili. Raz naskoczył na niego niesprawiedliwie zarzucając mu, że mówił za dużo przy jakimś żołnierzu, a drugim razem, kiedy rozmawiali o środkach finansowych, lichwie i pożyczce na wysoki procent. Od słowa do słowa panowie się pożarli. Kilka kilka dni Feliks był zły na Aleksandra, ale ostatecznie, kiedy złość minęła, wszystko wróciło do starego porządku.
 
Kajgorodski pejzaż 
Abraszka zadomowił się u nich w domu na dobre. Wyręczał Jakiszina i Feliksa w domowych czynnościach, ale spać chodził do siebie. Jakszin przestał się narzucać swoją dobrocią i obecnością, a Feliks, który wolał zawsze mieszkać sam, miał trochę więcej swobody. Pasowało mu też to, że Jakszin nie chodził wcześniej spać. Gdy Feliks zajęty był pisaniem listów, leżał na swoim łóżku w ubraniu czekając, aż jego towarzysz położy się do łóżka.
 
Dzierżyński wspominał Margaricie o swej ulubionej chwili w tym czasie, którą był moment, kiedy gasił ogień lampy naftowej. W ciemnościach wydawało mu się, że jest sam, czuł się swobodnie nie mając towarzyszącego mu uczucia za dnia, że każdy patrząc na jego twarz chce odganąć myśli. Lubił też leżeć w ciemności, rozmyślać czekając na sen.
List zakończył wraz z gasnąca lampą. Więcej nafty nie było. Chcąc nie chcąc musiał położyć się w ciemnościach i starać się zasnąc przeżywając najlepsze chwile dnia. Następnego dnia znów zasiadł do pisania zamierzając wysłać dwa listy jednocześnie, bo poczta wychodziła dopiero pojutrze.
 
W liście z 21-22 stycznia 1899 roku dzielił się z Margaritą swoimi refleksjami przeczytaniu dzieł Bulhakowa i po raz drugi Volgina. Oprócz poszerzania wiedzy i rozszerzania horyzontów myślowych, lektura klasyków ekonomii miała też trzecią korzyść. Była to ucieczka przed potworną, monotnonną nudą, jaka panowała w Kaju, była ucieczką przed jałowymi dyskusjami z ludźmi, którzy pozbawieni byli umiejętności konstruktywnego myślenia, z którymi dyskusji nie warto było w ogóle prowadzić. Lektury dodawały mu sensu życia, zabierały ze sobą w świat zupełnie odległy, ciekawy, pozwalający sięgnąć poza horyzont swej wiedzy. Pisał więc o tym, co przeczytał, zachęcał, tłumaczył, aby i Margarita sięgnęła po te same lektury, dzięki czemu, będą mieli kolejny, ciekawy temat do dyskusji porównując swoje odczucia i refleksje. Dzięki temu, że się rozwijał, stał się znacznie bardziej optymistyczny, jakaś energia tkwiąca w nim ożyła i napędzała go.
 
Chciał na powrót być w Warszawie, Łodzi, Częstochowie. Rwał się do walki, której rezultatu nie spodziewał się zobaczyć za swojego życia- upadku kapitalizmu. Wierzył w siłę klasy robotniczej, bo i jaka inna siła byłaby w stanie zniszczyć fundament ówczesnego, niesprawiedliwego swiata bogatych. Wiedział, że siła przyjdzie z miast, z fabryk, nie ze wsi. Na pewno nie z takiej zapadłej dziury jak Kajgorodskoje i tysięcy innych utaplanych w błocie, gdzie jedyna myśl, jaka rozchodzi się szybko, to plotka. To miasto jest w stanie wyrwać ze swego spokoju wieś, ale nie na długo, bo ta ponownie zapadnie w typowe dla siebie zobojętnienie.
 
Związek z Margaritą satysfakcjonował Feliksa. Miał wszystko, czego potrzebował. Nie czuł samotności, miał kogoś bliskiego, kto podzielał jego światopogląd i gotów był walczyć wraz z nim. Co prawda Margarita poruszała dywagacje na temat co by było, gdyby, ale Feliks natychmiast ucinał je sprowadzając temat do tego, co jest. Był zły na Margartę, że nie poszła do lekarza, aby przebadać wzrok. W liście narzekała na bolące oczy, ale do lekarza się nie wybrała. Wiele więcej nie napisał. Tego dnia przyszedł list od Aldony. Feliks odpowiedział siostrze, ale list ten nie dotrwał do dzisiejszych czasów.
 
Tego dnia bolała go głowa, czuł się zdecydowanie nie swój, nie mógł oderwać się od myśli, które uporczywie krążyły wokół spraw rodzinnych. Przez głowe przechodziły mu najbardziej niedorzeczne pomysły i plany, a niektórych sam się wstydził. Pisał scenariusze dalszego życia u boku Margarity, marzył o tym, aby choć jeden z nich spełnił się. Czuł, że żyje, ale jego życie tak naprawdę było wegetacją, bo to prawdziwe gdzieś rozgrywało się daleko, tak daleko, że nie osiągalne.  
 
Zarazem tyle się działo przez ostatni miesiąc, że wydawało mu się, że znacznie więcej czasu upłynęło, jakby to przynajmniej pół roku było. Ostatnio zauważył, że stał się nieco bardziej spokojny, co wynikało głównie z tego, że przestał tak mocno odczuwać to wszystko, co jeszcze miesiąc temu kipiało w nim i składało się, jak to pobieżnie ujął w liście, z jego przeżyć osobistych i społecznych. Innymi słowy była to po prostu walka egoistycznej namiętności i pragnienia zbawienia ludzkości. Jednemu z tych celów musiał się poświęcić, a wybór nie był taki oczywisty. Teraz, gdy minęło kilka tygodni było mu już łatwiej pogodzić obie potrzeby. Zaczęły zlewać się w jedną nawzajem się uzupełniającą.
 
To właśnie Margarita i jej wpływ na niego popchnęła go do pracy nad sobą. Ta energia zmobilizowała go pogłębiania wiedzy, odkrywania nowych myśli, do dyskusji. W międzyczasie czytając Milles’a robił notatki z pierwszych czterech rozdziałów. Chciał wysłać je Margaricie, ale dopiero jeśli się zgodzi je przeczytać i podjąć dyskusję oraz jeśli uda mu się je przepisać na czysto, bo zapiski, które poczynił były dość chaotyczne i nabazgrane.
Kolejny list z 30 stycznia 1899 roku podpisał o północy: WF (Wasz Feliks-Z.F.)
 
Do odjazdu poczty pozostało jeszcze dwa dni, więc następnego dnia rozpoczął kolejną epistołę:
 
„Znów zachciało mi się z Panią porozmawiać. Jak się okazało w istocie jednakże nie mogę zamienić ludzi na książki, bo te które posiadam nie pochłaniają mnie i wciąż wydaje mi się, że gdzieś tuż tuż blisko Pani jest i słyszy mnie i rozumie, że żyjemy jednym życiem. Wszak z Pania było tak samo jak ze mna tylko troszeczkę przyczyny były inne. I Pani było smutno i tęskno, to radość ogarniała Panią, to znów jakaś niepewność przyszłości, to wzrastanie sił, energii i znów pewnego rodzaju upadek- widzę to między wersami Pani listów- Pani jedynie głębiej i mocniej żyła swym wewnętrznym życiem, mocniej Pani odczuwała.
 
Pisze Pani, że boi się, że nie będą mi się podobać Pani listy. Pisze Pani, że na darmo pisać o czymś, czego nie ma, a mogłoby być tylko wtedy, jeśli się zmienię ja, a dokładniej, moje uczucia. W przeciwnym razie nie zrozumiem treści od najbliższej mi osoby. Jedno co mi się nie podoba w Pani myśli, to to, że nie przyznaje Pani, że można żadać od drugiej osoby tego samego czego wymaga się od siebie. Gdy pytam się Panią o stan zdrowia to nie przyjdzie Pani do głowy by o tym napisać, aby przypadkiem nie potwierdzić, że zaraziła się Pani ode mnie trachomą, którą łatwo wyleczyć, ale ignorować nie można. Nie, nie podoba mi się to i poważnie się na Panią złoszczę.
 
Mam jednak nadzieję, że w poniedziałek dostane od Pani list, w którym odpowie mi Pani na moje pytanie. W każdym razie z tą chorobą nie ma żartów. Przecież mnie także bolą oczy i nie choć lubie się leczyć, to muszę, bo oczy są mi potrzebne do pracy, a każda stracona minuta byłaby zbrodnią i to byłoby bardzo źle. Nie można brawurowo zajmować się własnym zdrowiem, jest to lekkomyślne. Tutejszy lekarz, który ni czorta nie nadaje się do swej pracy, bo ani my ani chłopi nie wierzymy mu, bo odmawia przyżegania siarczanem miedzi, a leczenie się kroplami jest powolne i rezultat wątpliwy. Jutro nam da zaświadczenia, że mamy chore oczy i jak byśmy mieli się skarżyć do ministra przekażemy jego diagnozę, choć nie wiemy, co on w niej napisał, bo przecież nas zapewniał, że nie mamy trachomy, ale coś innego, a my, jak mu się wydaje, tylko ją sugerowaliśmy mu [10]”.
  
W dalszej części zupełnie zwyczajnego listu pisał o swym towarzyszu Aleksandrze Jakszinie, którego być może przeniosą nawet do Wiatki, bo znaleźli się jacyś jego wpływowi krewni. Dzielił się z Margaritą swoimi spostrzeżeniami na temat wspólnych znajomych, analizował ich postępowanie i wyciągał sobie słuszne wnioski. Nie oszczędzał też samego siebie pisząc zupełnie szczerze o swojej przeszłości, doświadczeniach i nie zawsze chlubnych kartach własnej historii:
 
„I kłamac i łgać  i mówić nieprawdę można, jak mi się wydaje, mówić ile dusza zapragnie, bo i do niczego głupiego to nie doprowadzi i człowiek nie zdaje sobie sprawy w każdym przypadku, że nie powinien kłamać, że to niegodziwe. Dla mnie nie istnieją formuły abstrakcyjne tak dalekie od teraźniejszego życia: nie kłam, bądź sprawiedliwy, każde łgarstwo jest niegodne. Kłamałem i kłamałem na potęgę, ponieważ nie mogłem z uwagi na cele agitacyjne mówić prawdy i kłamałem świadomie, bo nie znałem prawdy i musiałem praktycznie cokolwiek mówić, aby nie upaść twarzą w błoto, kłamać, by zapomnieć, by postawić samego siebie przed szeregiem ludzi, których nie szanuję, a tym bardziej kłamałem często dlatego, bo nie umiałem milczeć.
 
Prawdę też mówiłem bardzo często, zwłaszcza kiedy czułem, że kłamstwo byłoby już zupełną podłością. Nie wymuszałem na sobie nigdy, w jakich przypadkach mam być prawdomównym, a kiedy mam kłamać. Zarówno jedno jak i drugie zależy od tego, jakim jesteś człowiekiem, w czym znajdujesz przyjemność, jaki masz stosunek do życia, do innych ludzi- jednym słowem zależy od całej twojej moralnej istoty, a nie od tego, że będziesz się przyznawać do tej czy innej formuły określonej czysto rozumną drogą myślenia w odnoszeniu się do ludzi. Mam świadomość, że kłamstwo jest szkodliwe w danym wypadku, nie kłamię, ponieważ świadomość jego szkodliwości mi na to nie pozwala. Wszak co szkodliwe jest, a co nie jest określają moje wartości moralne, a nie jakieś oderwane wzory postępowania. Powtarzam wciąż tą myśl, no, ale dosyć już tego.
 
W ogóle moralnośc mnie interesuje, nie tylko z jednej strony, a dokładnie utrzymywanie się moralnych pojęć i przyczyn przywiązania do nich, a nie to, dlaczego u człowieka występuje moralność jako taka, tj. patrząc od strony fizjologii i psychologii. Interesuje mnie moralność jako zjawisko społeczne. Z tego punktu widzenia moralnośc jest produktem rozwoju społecznego, rozwoju społecznych stosunków międzyludzkich wypływających ze warunków ekonomicznych, które w dalszej kolejności zależą od sił wytwarzania, technicznej formy tych sił [11]”.
 
Zaraz potem nawiązał do dzieła Milles’a, który niestety nie wiele napisał w temacie moralności społecznej, dlatego kontynuował swoją myśl dając przykład: „Moralność rozumiana przez złodziei, chłopów czy robotników na poszczególnym stadium ich rozwoju, w kontekście ich wyzysku i cierpień jest zupełnie uzasadniona jako wola Boga, który postanowił, że inaczej być nie może. W przeciwnym razie byliby bogaci, byliby panami, posiadaczami. Jeśliby wszycy dostąpili prawdziwego bogactwa, a nie tylko surową dla większości rzeczywistość niosąca ze sobą jedynie nędzę i cierpienia (kierując się zasadą korzyści, choć co prawda można się od niej wykręcić, bo sa przecież arcymistrzowie dostrzegający korzyści w cierpieniach mas) to kierując się moralnymi pojęciami, społeczeństwo od dawna przestałoby być klasowe [12]”.
 
Dzierżyński był przekonany, że gdyby ucieśniona większość wiedziałaby, że korzyści tego świata są jej dostępne tak samo jak garstce bogaczy, sięgnęłaby po te korzyści. Problem w tym, że ta masa utrzymywana w ciemnocie i ślepocie nie była w stanie dostrzec tej szansy, ani też skorzystać z możliwości osiągnięcia korzyści. Jak pisał w tym liście cytując Karola Marksa, problem w tym, „że to nie świadomość ludzi określa formę jej bytu, ale jest odwrotnie, gdyż byt określa formę świadomości”, czyli nie pozwala wyjść poza sztywne ramy narzuconej rzeczywistości. Swoje wywody zakończył pisać o trzeciej nad ranem.
 
Następnego dnia miał dokończyć list przed odjazdem poczty, ale dzień minął tak szybko, że dopiero wieczorem znalazł czas, by dopisać kilka słów. Od rana zaczytywał się książkami aż do obiadu, a po nim wyszedł na dwór, gdzie zjeżdżał na nartach z górki, a potem odwiedziła go miescowa nauczycielka, która panicznie bała się szpiegów, czym tłumaczyła, dlaczego wiele ludzi nie chce z nim rozmawiać, a nie chce, ponieważ lekarz naopowiadał mieszkańcom, jak bardzo niebezpiecznymi ludźmi są zesłańcy.
 
1 lutego 1899 roku Feliks i Aleksander doczekali się zaświadczenia od lekarza w sprawie ich choroby. W pismie nie było mowy o trachomie, ale o folikularnym zapaleniu łącznika osłonki powiek- cokolwiek to mogło znaczyć, natomiast kosztowało rubla i 60 kopiejek. Pomimo tego, że cały dzień spędził na wszystkim, tylko nie na pisaniu listu do Margarity, późnym wieczorem nadrobił swoje zobowiązanie z naddatkiem:
 
„Ja Pani, jak pamiętam, obiecałem w poprzednim liście opowiedzieć o rozumieniu altruizmu i egoizmu i o swoim rozumieniu wraz z postępkami i motywami. Między tym ostatnim jest olbrzymia różnica. Altruizmem Pani nazywa miłość, sympatię i współczucie ludziom, czyli uczucia. Ale zapomina Pani tutaj o tym, że w pojęciu altruizmu zawiera się także konieczność postępowania podążającego dokładnie za uczuciami, tj. altruizm jest żywym uczuciem współczucia. Rdzeniem wszystkiego jest uczucie tj. motyw.
 
Każde żywe uczucie przejawia się w wiadomych uczynkach, ale nie zawsze uczynki są treścią i rezultatem uczuć. Weźmy na przykład taki uczynek, jak ratunek dla tonącego: jeden rzuca się do wody, bo nie może znieść spokojnie cierpienia tonącego- jest altruistą. Drugi zaś rzuca się do wody na ratunek, aby dostać medal za brawurę, powodowany pychą kiedy ludzie się na niego patrzą- ten nie jest altruistą. Jeden uczynek może być wywołany wielorakimi motywami w zależności od tego, jakie są oczekiwania następstw tego czynu. Jeden uczynek może też mieć wiele następstw podobnie jak motywy zaczynając od głęboko altruistycznych po mocno egoistyczne. Nie można zupełnie rozgraniczyć między sobą altruizm i egoizm ostrą linią demarkacyjną. Ich skrajne części bardzo się między sobą różnią- mianowicie, jaki motyw, takie uczucia pobudzane są w człowieku [13]”.
 
Feliks rozróżniając altruizm i egoizm wykazal Margaricie, że podstawową różnicą w takim samym zachowaniu jest świadomość następstwa lub jej brak. Człowieka, który przystępuje do działania, do niesienia pomocy w tym przypadku, który nie obmyśla przyszłych korzyści, jakie ze swojego czynu odniesie- można nazwać altruistą. W tej całej gonitwie myśli, rozważań, burzy informacji jaka spadała na niego z książek, które tak łapczywie pochłaniał, wydawało mu się, że dalej jest głupcem wśród mędrców, że tak wiele mu brakuje do ideału, ale mimo to uważał, że jednak trochę wydoroślał. Ciekawy był, czy Margarita podziela jego mniemanie o sobie. List zakończył dużymi literami „LVF” (L-jubjavshij V-as F-eliks, czyli: K-ochający W-as F-eliks-Z.F.)
 
Kolejny list od Margarity przyszedł z porwaną kopertą. Nawet się nie wysilano, by ukryć kontrolę korespondencji. Wywołało to w Feliksie potworne oburzenie, nie godził się na to, by ktokolwiek zaglądał do listów i czytał jego myśli. Zapowiedział Margaricie, że wobec tego pisać będzie znacznie rzadziej.
 
20 lutego miał zostać przewieziony do Slobodskoje na kontrolę jego przydatności do wojska po zakończeniu zsyłki. Natychmiast wysłał też skargę z powodu bezprawnego przeglądania korespondencji prosząc o wskazanie podstaw prawnych. Był tak zły, że więcej nie napisał. Naniósł jeszcze podpis swoimi inicjałami i wysłał do Nolińska. Do wyjazdu na wojskową kontrolę miał ponad tydzień.
 
11 lutego 1899 roku odpowiedział na kolejny list Margarity, w którym bardzo chwaliła twórczość Ivana Turgienieva, którego powieści i przedstawienia teatralne cieszyły się nieustannym powodzeniem za jego życia, a także po śmierci w 1883 roku. Turgieniew będący mistrzem kreślenia psychologicznych portretów zajmował się również okultyzmem, medytacjami i wszelkimi ówcześnie modnymi kwestiami paranormalnymi. Dzierżyński nie pochwalał tych lektur uważając, że nie maja one nic wspólnego z prawdziwym życiem, że są oderwane od rzeczywistości, a sam Turgieniew niech idzie precz!
 
Tymczasem Margarita przeżywała związek z Feliksem zupełnie na innej płaszczyźnie. O ile Feliksa uczucie mobilizowało do pracy, do czytania, do zgłębiania wiedzy, tak Margaritę zupełnie ubezwłasnowolniło. Nie była w stanie niczego rozumnego robić. Martwił się tym Feliks, ale wierzył, że kiedyś jej przejdzie. Tłumaczył, że każde uczucie będące osobistym ma swoją podstawę, która go wspiera i jest pochodzenia społecznego. Podstawa ta powinna się ujawnić, wówczas nastąpi- jak tłumaczył- równowaga, która wzbudzi człowieka do działania, wesprze siłę woli, a przyszłość nie będzie już dłużej mglistą postacią, ale konkretną i osiągalną. Nadejdzie też spokój, który uwolni myśli.
 
Związek miłosny Feliksa i Margarity z powodu odległości zaczął się niezauważalnie rozpadać i nie były w stanie go na nowo posklejać dziesiątki kartek zapisanych myślami, marzeniami, dyskusjami. O tym jeszcze ani Feliks, ani Margarita nie wiedzieli, mimo, że wiele słów kreślili o swoich uczuciach rozbierajac je na atomy, kwanty i kwarki czasem gubiąc się w nich i błądząc niezrozumiale. Szczególnie przodował w tym Feliks drążąc uporczywie temat budowania takich uczuć, emocji, które wzbogacą jego duszę i pozwolą na rozwój własny, pobudzą do działania. Miał dużo wolnego czasu, mógł więc teoretyzować i rozmyślać, nadawać nazwy ulotnym emocjom, wizualizować przyszłość i opisywać ją.
 
Margarita fatalnie znosiła rozłąkę. Na nic zdały się długie listy Feliksa zachęcające do dyskusji, na nic zdały się jego przemyślenia. Potworna, dławiąca tęsknota, smutek, brak bliskości, niepewnośc jutra paraliżowały jej życie. Obszerny i niepokojący zapis jej stanu emocjonalnego zawarty został w kolejnym liście do ukochanego. Feliks nie pozostał obojętny:
 
„Ileż smutku i dławiącej tęsknoty wypływa z Pani listu jak z niezaspokojonej Pani duszy. Wiem i czuję, że i jak nie byłbym w stanie zmierzyć się z taką walką . Jak strasznie musi się Pani czuć, że nie może do mnie pisać. Nie ma Pani już sił, by samej zastanowić się nad przyczyną tego stanu. Znów zwątpienie się wkradło i brak wiary w przyszłość. Uniesienie zamieniło się w spokojny, cichy, znienawidzony przeze mnie stan i teraz od nowa zaczyna się walka, znów cierpienie, niezadowolenie, że aż się wydaje, że zaraz wszystko gotowe jest runąć. Nie, nie i sto razy nie. Tylko wtedy zrezygnuję z mojego sprzeciwu, jeśli któreś z nas naprawdę nie wytrzyma tej walki, nie będzie męczyć się, zacznie wątpić w swoją przydatność, przestanie się zajmować tym co do tej pory robił tj. rzeczywiście przestanie poświęcać się walce.
 
Niech Pani popatrzy tylko, w jakiej jesteśmy sytuacji, jak ona wygląda wokół nas i daleko od nas, skąd żeśmy wyrośli, ile żeśmy już zrobili i ile pracy jeszcze jest przed nami. Niech Pani się zastanowi, jak wiele nam brakuje do tego, by się stać takimi, jakimi byśmy sobie życzyli być. Niech Pani się zastanowi nad uczuciami, które są jedynie żywe, prawdziwie silne, kiedy mają się czym żywić, kiedy one przemieniają się w czyn. Nasze uczucia nie mogą być obecnie w ogóle spełnione, gdyż nie połączyliśmy ich jeszcze w życiu, ani nie przekuliśmy ich w naszą sprawę, a tylko doświadczamy idei jedynie ją czując. Odtąd może pojawić się zaspokojenie, od kiedy osiągnie się spokój.
 
Cieszę się, tak bardzo się ciesze, że Pani czas spokoju trwał tak krótko, że iluzja, abstrakcja nie pokonała w Pani życiowej siły, to dążenie do wiecznego niezadowolenia z martwoty, śpiączki. Jednego tylko strasznie się boję, ale Pani to przezwycięży- że niezadowolenie z życia obecnego, jest w Pani tak mocno naprężone, że nie daje to Pani nowych sił i zabiera te, które w Pani są. Jeśli tak by było, to gotów jestem przekląć siebie za to, że odkryłem swe serce przed Panią, że w czasie, kiedy mogłem i jeszcze nie było za późno, nie zerwałem wszystkiego, wszak po części przyczyną tej męczarni duszy było moje ich wzbudzenie. Ale nie, tak nie będzie, znam Panią i wiem, że siły Pani starczy, że tylko teraz tak ciężko Pani jest, że w Pani duszę wkradły się zwątpienia przyszłości tak bezszelestnie, że trudno jest je opanować.
 
Dokładnie Pani zobaczyła, jak wyglądać będzie nasza praca w przyszłości i dokładnie Pani przekonała się, że jak na razie nasze uczucia lepsze nie będą ani też nie przybędzie nam kropelka zadowolenia dopóki nie połączymy się w sprawie i nie pochłonie nas to wszystko tak, że na nic innego już miejsaca mieć nie będziemy. Oczywiście wszystko musi się poukładać, żeby któreś z uczuć się rozbudziło i wówczas zacznie oddziaływać odbijając się w naszej sprawie. Jestem tak samo spokojny o Pania jak i o siebie. Cieszę się, że podobnie przeżywamy i dzięki temu możemy zrozumieć się nawzajem, wesprzeć. Cieszę się, że burza, choć męcząca, nadleciała nad Panią, bo ona i tylko ona może utworzyć z człowieka i przysposobić go do sprawy, dać mu pożywienie dla jego duszy i odkryć przed nim cały sens życia.
 
Mianowicie żyć tak, aby uczucia miały się czym żywić, pracować, walczyć za sprawę. Jakikolwiek spokój, cisza, duchowa harmonia, jeśli nachodzą człowieka zbyt długotrwałe, psują go, pozwalają upajać się samym życiem, nie myśli się o ważnych rzeczach, a myśli same stają się powierzchowne i wystarczające dla człowieka i przez to nie jest się w stanie zaznać pełni życia t.j. życie, praca i myśli stają się bezowocne, powodują, że człowiek zaczyna się zachwycać sam sobą. Każde silne uczucie nie może przejąć roli dającej rozkosz, ponieważ bez walki w naszych warunkach nie może dać zaspokojenia.
 
Kochać- to znaczy czegoś strasznie pragnąć. Czego? To już zależy od moralnych wartości każdego człowieka. Kochać to znaczy dla nas wspólnie pracować, zawsze razem cierpieć i walczyć za lepsze czasy, walczyć z całym złem, które przygniata, tłamsi duszę i sprawę naszą, nie pozwala nam nawet na minutę być wesołym i spokojnym.
 
Przebudziliśmy się, uczucia nas uniosły, wstrząsnęły nami. I jeśli siły nasze są naprawdę mocne, jeśli dobrze zinterpretowaliśmy nasze uczucia i jeśli one są prawdziwie to powinny objawić się przede wszystkim w walce samego ze sobą, w bardziej energetycznym sensie, to znaczy, im bardziej do jakiegoś poziomu żeśmy przywykli, to powodowało zupełnie odwrotne działanie. Im bradziej robiliśmy coś z nudów i z braku jakichkolwiek zajęć dla zabicia czasu- mianowicie czytanie- postawiliśmy je w samym centrum naszego pobytu na zsyłce i staramy się wszelkimi siłami przezwyciężyć swoje lenistwo i odbierające wszystkie siły niezadowolenie skierowując to ostatnie tak, byśmy mogli coś tutaj zrobić. I ze mną jeszcze nie jest tak jak powinno, bo wiem, że moje uczucia są rzeczywiście bardzo silne w kierunku, w którym powinny takie być,a z drugiej strony pokochałem Panią cała swoja duszą, będę więc zwyciężcą, tyle że dużo jeszcze, bardzo dużo musze przezwyciężyć, wiele walk stoczyć z takimi paskudnymi i mocno zakorzenionymi we mnie czortami, o których Pani wie z czysto teoretycznej strony. Pani łatwiej jest walczyć, bo i odczuwać mocniej Pani potrafi i jest Pani bardziej zrównoważona, nie ma Pani wrodzonego lenistwa.
 
Jestem przekonany, że teraz, kiedy piszę do Pani ten list, choć smutno, niewesoło i ciężko jest Pani, to jednak świadomość przyszłości dało Pani siły, by wziąć się w garść. Miła moja, czyżbym aż tak namiętnie i pradziwie pokochał Panią, że wydaje mi się, że nie chciałoby się mi widzieć tak innej tak ważnej dla mnie osoby jak Pani, gdyż moje uczucia unoszą mnie, czynią mnie silniejszym i zmuszają do wiecznej walki razem z Panią- czyżby uczucie to wzbudziło we mnie świadomość ujrzenia wszelkich głupot tkwiących we mnie, które chociażby troszeczkę mogłyby osłabić Panią, dać nic więcej poza uciechą lub wzbudzić obawę, że to wszystko może runąć.
 
Nie zrozumiała Pani mojego listu, bo inaczej nie napisałaby Pani: „Nasza relacje są nietrwałe”. Jak ciężko i boleśnie było to przeczytać i nad tym się zastanowić, co być może będzie w przyszłości. Wszystko jest możlwie. Może któreś znas podczas zsyłki zachoruje i odwali kitę. Nie można przecież wprowadzać do swojego życia elementów nieistniejących obecnie w życiu i z tego powodu smucić się i przeżywać męczarnie. I dlaczego użyła Pani określenia „nietrwałe”? Nie, nawet nie chcę o tym myśleć. Niech Pani przypomni sobie, że ja tutaj w ogóle kłamię i co by nie było, napiszę wówczas, że raz to może być jakieś zachwianie naszego wzajemnego zaufania, naszej duchowej bliskości, naszej relacji. Więc jeśli będzie Pani zawsze szczera, to po co teraz niepokoić się, dopuszczać się takich przeczuć, które niczego prócz zła przynieść nie mogą.
 
Spokojnej nocy, moja droga. Śpijcie dobrze. Tak chciałoby się choć na chwilkę zajrzeć do Pani światka. Bądźcie dobrzy [14].”
 
Powyższy list z 13 lutego 1899 roku jest bodaj najważniejszym listem ze wszytkich zachowanych przez Margaritę. Wyjaśnia, przede wszystkim, niezrozumiałą dla wielu osób istotę pojmowania relacji partnerskich, miłosnych przez Feliksa Dzierżyńskiego. List ten powinien być odniesieniem do całego jego, znanego nam, życia osobistego Dzierżyńskiego w późniejszych latach, gdyż w tej kwestii nic się nie zmieni.
 
Następnego dnia miał pojechać do Slobodskoje, ale zabrakło w kasie biletów na pociąg. Chciał wyjechać wcześniej, aby pobyć tam kilka dni, porozmawiać z ludźmi, posłuchać wieści, zaopatrzyć się w książki i odetchnąć od zgnilizny i trupiej ciszy Kajgorodskoje. Szczególnie zależało mu na książkach, nad którymi zwykł przesiadywać całymi dniami i czytać dotąd, aż zrozumie w pełni przesłania autora. A nie czytał łatwej literatury. Autorami byli Marks, Bułhakov, Zombart czy Maslov.
 
W Slobodskoje chciał też odwiedzić swego przyjaciela i wybitnego marksistę Piotra Stuczkę oraz innych socjaldemokratów. Od Stuczki dowiadywał się o wydaniu nowych pozycji literatury marksistowskiej, o najnowszych doniesieniach ze świata rewolucjonistów. To właśnie Stuczka rozpalił w Dzierżyńskim zainteresowania ekonomiczne. Ich przyjaźń przetrwa całe ich życie.
 
Feliks starał się bardzo, aby dojrzeć, zmienić się i stać się takim, jakim chciałby być, jakim chciałaby go widzieć Margarita. Zdawał sobie sprawę, że nie pozbędzie się własnej przeszłości, z których wiadomych mu fragmentów wstydził się uważając, że zachowywał się głupio i „niesympatycznie”, natomiast wiele pracował nad sobą i, jak to Feliks, ciągle nie był zadowolony. 14 lutego pisał dalej do Margarity na nowej kartce:
 
„Wylałem, wydaje mi się, całą swoja duszę przed Panią, niczego więcej nie umiem dodać, choć jeden drugiego poznać  może tylko w życiu widząc, jak człowiek reaguje na pojawiające się życiowe problemy, a nie przez słowo, myśli czy wyobrażenie. No, ale co ma być to będzie. A ja tymczasem uświadamiam sobie, że i Panią i naszą sprawę kocham po równo poprzez sprawę w sprawie, w walce pochłonięci, a przyszłość to nasze marzenia, w których przyjaciół widzimy jako najbliższych nam na ile mocne są nasze uczucia, widzimy ich jako towarzyszy w walce, w życiu, we wzajemnym wsparciu, a teraz dochodzą jeszcze odczuwanie duszą, gdzie cel, gdzie droga, przyszłość, myśli, nasze uczucia- takie i inne, których żadne z nas zmienić w sobie nie  może . I jeszcze tylko sił trochę brakuje, czasu i tego co może nam teraz pomóc, by osiągnąć to, co musimy urzeczywistnić.
 
Jestem święcie przekonany, że rzeczywiście przyjdzie nam razem być, pracować i walczyć samemu ze sobą. Z pełnym niezadowoleniem, który w rezultacie może odjąć wszystkie siły człowieka i sprawić, że stanie się on żywym trupem. Niech Pani, moja droga, tylko się nie poddaje tym silnym, smętnym myślom. Niech Pani wspomni tylko to, że sama Pani do mnie pisała w jednym z listów, jak to mówią, że tylko żarliwe zajęcie się danymi rzeczami mogą posłużyć do zwalczenia tęsknoty. A przecież ona Panią napadła, owładnęła Panią. Już niedługo, a wszystko, co tylko możemy sobie życzyć teraz i tutaj, na zsyłce, osiągniemy. Nie potrzeba nam zwątpienia, ani podobnych myśli. One niczego po sobie nie są w stanie pozostawić, jak tylko gorycz i apatię. Ale przecież one już dawno minęły na zawsze, nieprawdaż? A ja tak się rozpisałem, jakby Pani inaczej myślała niż ja. Niech Pani pisze. Niech pani napisze w kilku słowach, co się z Pania działo. (Bo czytają nasze listy).
 
Oczy mnie już zaczynają boleć, dalej pisać nie mogę. Może dlatego, że poszedłem do łaźni i głowa mne teraz boli. Niech Pani posłucha, bo do tej pory nie dostałem żadnej informacji na temat pani oczu. Obiecała mi Pani napisać 1/II, a nic nie dostałem. Wstydzi się Pani, że nie spełniła obietnicy [15]”.
 
Następnego dnia wyjechał do Slobodskoje na komisję wojskową. Lekarz orzekł, że Dzierżyński nie nadaje się do służby wojskowej z uwagi na gruźlicę i, że nie pozostało mu wiele życia. Słowa lekarza zawarzyły na zmianie postrzegania swojego życia. Na wysłanej do Margarity pocztówce 18 lutego pisał:
 
„Moje życie będzie krótkie i dlatego nie powinienem i nie mogę dopuścić, aby drugie życie było z moim związane. Nie, to strasznie bolesne, nie, będziemy żyć jedną duszą mimo, że nigdy już się nie zobaczymy. Postaram się wypełnić swoje krótkie życie tak, aby przeżyć je możlwie najbardziej intensywnie. Wydaje mi się, że teraz się nie potknę i, naprawdę, nie odradzajcie mi, nie zabierajcie mi nadziei jakkolwiek krótkiego życia. Nie umiem teraz spokojnie pisać, ponieważ jestem pod wrażeniem diagnozy, choć już dawno powinem się uspokoić. Ciężko jest samego siebie oszukać i nie dawać wiary lekarzowi.
 
Niech się Pani nie wzrusza tylko i niech ta wiadomość nie zabiera Pani sił, bo będą one potrzebne, aby pracować za siebie i za pamięć o mnie. Lżej mi będzie, tysiąc razy lżej, jeśli będę wiedzieć, że przez to, że się pokochaliśmy, jesteśmy pobudzeni do pracy, wzmacnia nasze pożądanie jej, i że cokolwiek z nami się nie stanie, czy ktoś do mogiły trafi przedwcześnie, to drugie z nas nie zaprzestanie pracy- tzn. nie przestanie kochać. W imię wszystkiego na świecie, co jest nam drogie i święte, w imię uczuć naszych, niech się Pani nie przejmuje, moja droga. Tak bardzo chciałoby się choć raz przekazać Pani, co żyje w mojej duszy”.
 
Pod tymi słowami naniósł swój podpis W.F. (Wasz Feliks) i dopisał post scriptum: „Proszę nie myśleć, że jestem mocno chory, nie. Nie. Z płucami w Kaju, co prawda, licho, z oczami też, ale w Kaju można jeszcze, a przynajmniej powinienem jeszcze dłużej pożyć. Gubernator według wszelkiego prawdopodobieństwa nie każe mnie przewieźć nigdzie, a jeśli już to jeszcze bardziej w głąb kraju [16]”.
 
Ton listów Feliksa bardzo się zmienił po wizycie u lekarza wojskowego. Taka wiadomość nie jednego zwaliłaby z nóg. Feliks nie widział, że lekarz, który go badał, był wyjątkowo fatalnym lekarzem, a jego wiedza nie przekraczała pojęć znanym felczerom uczącym się od babek, co to na dwoje wróżyły. Udzielił mu się nastrój pożegnań przed drogą do krainy, w której zwierzęta wiecznie łowią.
 
19 lutego otrzymał list od ukochanej i natychmiast odpowiedział. Ich relacja zacieśniła się. Przestał już pisać do Margarity per Pani [17], a zaczął zwracać się na ty:
 
„Dziś dostałem twój list, moja droga, szybko więc odpisuję. Chciałem porwać to, co wczoraj napisałem, mimo, że naprawdę to wszystko przeżywałem. Moja własna rzeczywista przyszłość już nigdy nie może być jasna, bo przeliczyłem się z nią. Będę mieszkać w Kaju i stąd mogę zrobić więcej  niż spełnianie swoich życzeń. Osobiście zadowolony z tego nie będę, bo nie spełnię tego co powinienem i co mogę.
 
Moje życie będzie niezgorsze. Będę świadomy tego, że jak by nie było to i tak wszystko do czegoś się przyda. Będę czuć, że dużo, dużo bólu przyniesie ze sobą ten list, ale też pobudzi trochę do walki, by wyrzec się samego siebie, wszystkiego osobistego-tych chwiejnych fundamentów z wykluczeniem wszystkiego co tylko nas dotyczy, ze zniszczeniem „osobistego szczęścia” i wówczas pozostanie jedno uczucie walki za dwoje, oddanie się wyłącznie pracy dotąd, aż przyjdzie czas wieczny odpoczynek.
 
Nie chce kłamać. Nie przyjdzie nam żyć razem, by razem pracować póki jestem w Kaju. Mam gruźlicę i coraz silniejszą, pełniejszą anemię (spuchnięta od tego trzustka), rozedmę płuc, chroniczny katar dróg oddechowych. W Kaju za bardzo się nie poleczysz. A prosić się uniżenie nie będę, a inaczej mnie nie skierują w lepsze miejsce. Niech powiedz mi, co może dać w takiej sytuacji myśl, że będziemy razem? Osobiste rozczarowanie okryje nas, wszystkie nasze siły osłabną. Nie, nie można tak, nie można. Jeśli za rok czy za ileś tam czasu przewiozą mnie do miasta, wtedy choć trochę będziemy mogli żyć wśród ludzi nie tak jak tu w Kaju, sam ze sobą. Uczynię to wszystko możliwym, aby tylko przez to wszystko przejść bez upokorzenia.
 
Po co piszę to, o czym wiem, co czuję, ile śmiertelnej męki tobie tym dostarczam, ale ja nie potrafię, naprawdę, nie wypowiedzieć tego co mnie boli. Nie, ukochana, moja przyjaciółko, moja najdroższa przyjaciółko, ty przeżyjesz to co bolesne, co straszne, co będzie boleć, ale zwyciężysz. I jeśli rzeczywiście okaże się, że uczucia nasze są silne, że rzeczywiście jesteśmy zakochani nie w swoich ciałach, a duszach, że gorące nasze myśli są wspólne, że jesteśmy jednością to będzie wielką ulgą od tego strasznego ciężaru, który mnie teraz przygniata, spada na mnie, wówczas pojednam się ze wszystkim, będę żyć w tobie. Co byłoby ze mną, szczególnie teraz, kiedy przyszłość zamknięta jest przede mną. Nie, lepiej o tym wszystkim dowiedzieć się od razu, dlatego to wszystko napisałem i nie porwałem listu.
 
Muszę już kończyć. Jedna jeszcze, ostatnia pewnie, będzie to walka moja ze sobą, oczywiście tylko, miła moja, jeśli odniosę zwycięstwo teraz, to jeszcze bardziej się zbliżymy i wątpić już nie będzie trzeba, bo rzeczywiście okaże się, że nasze życie to cierpienie i walka, że wszystko to co spowodowało, że tak mocno się zbliżyliśmy, nie było oszukiwaniem samych siebie. Wtedy, jeśli uda mi się pożyć jeszcze uczestnicząc w tej walce, to ona już naprawdę, będzie nasza wspólna i wówczas będziemy szczęśliwi. Ale jeśli tak nie będzie, jeśli coś nas złamie, to niech wszystko zostanie rozerwane to, co miedzy nami się pojawiło- lżej mi będzie sobie uświadomić, że zmarnowałem całe swoje życie, uczyniłem wszystkich nieszczęśliwymi niż żyć w świadomości, że wszystko czym usprawiedliwialiśmy nasze uczucia, czym je tłumaczyliśmy było nieświadomym wymysłem, ideałem, które żeśmy podtrzymywali przy życiu. Ale tak nie będzie. Nie, tak nie będzie.
 
Twoje uczucia są silne i głębokie. W nich jest więcej czystości niż w moich. Nasza droga droga będzie wspólna, tyle, że moja krótsza. Będziemy na zawsze przyjaciółmi, najbliższymi, na zawsze będziemy wspierać się nawzajem, wiecznie będziemy razem żyć; co znaczy śmierć, czyżby mogła mnie zniszczyć. Będę żyć, póki twoja dusza nie zapomni mnie. Nasze uczucia, walka i wszystko to, przez co się stałaś mi tak droga [18].
 
Kiedy kończył pisać, była już czwarta nad ranem. W głowie myśli zataczały kręgi powracając regularnie i regularnie odlatując, kołując i męcząc podczas kolejnej, bezsennej nocy. Pożegnał się, kazał jej być silną i nie poddawać się. Ranem czekał go wyjazd ze Słobodskoje i długa droga.
 
1 marca 1899 znów napisał list do Aldony. Najpewniej dorastający Rudolf często dopytywał się mamy o wujka, o to dlaczego jest w więzieniu i co przeskrobał. Aldona otwarcie tłumaczyła dzieciom co robił jej brat i dlaczego, a także w co wierzył. Feliks, zakochany w dzieciach Aldony pisał:
 
„Pocałuj je (dzieci-Z.F.) ode mnie i powiedz Rudolfikowi, że dzięki nam czeka go lepszy los, będzie mógł swobodniej oddychać, jeśli zechce dołożyć swoje siły do tego, aby jedni nie uciskali drugich i nie żyli na ich rachunek, aby obalić złotego cielca, aby zniszczyć sprzedajność i tę ciemnotę, która pogrążyła człowieczeństwo; wówczas on nie będzie już musiał chować się ze swoja pracą jak rozbójnik, bowiem nikt nie będzie go prześladować. Jeśli to wszystko nie znajdzie odpowiedzi w jego duszy, jeśli będzie żyć jedynie dla siebie i troszczyć się będzie tylko o swój dobrobyt, to tym gorzej dla niego… Nie gniewaj się, że ja mu tego życzę, co uważam za wyższe szczęście i co dla mnie święte… [19]”. Podziękował też za przesłane przez gubernatora 50 rubli, dodał, że było to zupełnie niepotrzebne. Przeprosił siostrę, że dawno nie pisał, ale był pod obserwacją i jego listy wnikliwie kontrolowano.
 
Tymczasem Margarita nie mogła przyjąć listu od ukochanego inaczej niż wylewając wiadro łez. Najbliższy czas pokazał, że szczerość Feliksa mogła zrujnować psychikę Margarity. Upłynął niecały miesiąc, a wciąż żywy Feliks otrzymał kolejny list od swej ukochanej i musiał się zmierzyć z tym co nawarzył. Ostatnie tygodnie przyniosły też nadzieję na pewną istotną zmianę w życiu Feliksa. Margarita uzyskała zgodę na odwiedziny Feliksa w Kajgorodskoje.
 
„W końcu doczekałem się twojego listu. Ależ ze mnie głupiec, że taki list wysłałem. Ciężko mi wtedy było. Pod wrażeniem chwili, każdą głupotę mogę zrobić, taka moja czarcia przypadłość. Tutejszy lekarz przekonał mnie, że żadnej rozedmy ani kataru nie mam, że to jakiś wymysł jest, aby nie wzięto mnie do armii jako buntownika. Jestem taki szczęśliwy, że znów jestem rzeźki, więc jeśli jeszcze martwisz się choć troszkę o moje zdrowie, to uwierz mi teraz, że jestem fizycznie zdrowy i nic mi nie zagraża w najbliższej przyszłości.
 
Nie łudzę się, że mnie stąd przeniosą. Jak trudno będzie żyć tutaj tobie, tym bardziej, że z twoimi płucami też nie jest wszystko w porządku. Tu nie ma życia towarzyskiego- jest tylko namiastka życia, a ja… ja boję się o ciebie. Nie wiem co się ze mna dzieje, stałem się gorszy, rozdrażniony aż do przesady z byle błahostki. Boję się tego, że nie dam ci tego, czego oczekujesz i co ja powinienem ci dać, a zamiast tego mogę zatruć ci życie. Nie, tak nie będzie. Kocham Cię, nie może tak się stać, żeby to uczucie nie uniosło mnie i nie uspokoiło zbolałej i osłabionej duszy. Wątpie tylko, że gubernator podejmie przychylną decyzję, ale w takim wypadku można to założyć.
 
Wyraźnie patrze teraz w przyszłość. W zajęciach, wydaje mi się, że się trochę
wciągnąłem, choć do systematyczneg myślenia jest mi jeszcze daleko- na wieki pozostanę dyletantem- jestem o tym przekonany. Pisac sam teraz nie będę, należałoby zacząć od samego początku, a potem już można rozwijać wiedzę, aby miało choć to trochę odrobinę znaczenia. Pismakom i uczonym nie wierzę, a i z chrześcijanami rozmawiać nie potrafię, ani z robotnikami- jestem tylko agitatorem swojej idei i znam ją doskonale, a w sprawach praktycznych jasno orientuje się i na zawsze takim zostanę.
 
Widzę ciemne strony życia, jestem tego świadomy, wyczuwam je, one mnie naciskają i pobudzają zawsze, gdy tylko można propagować swoją wiarę. Należy przede wszystkim być doskonale obeznanaym z tym, przeciwko komu się występuje, nasz ustrój we wszystkich jego drobiazgach, we wszystkich jego detalach jest dla mnie niejasny i tak też myślę, by wziąć się za naukę wszystkiego, co jest z nim związane- prawo, instytucje, banki, syndykaty, samorząd itd. I to powinno być najważniejsze. Czytać gazety i czasopisma- to główne źródła.
 
Czemu piszesz, że idealizuję Ciebie? Wiem, że najbardziej kuszące, wskrzeszające uczucie miłości już pobudziło i pobudza w tobie te cechy, które nie mogły się objawić w życiu z powodu niedostatku pożywienia, jakimi się karmią- poznania życia i silnego uczucia. Wszak za cóz innego mnie pokochałaś, jak nie za żądzę życia, którą dostrzegłaś we mnie. Czyż kochać to znaczy pożądać bycia razem, widzieć się nawzajem, odczuwać bliskość? Nie, nigdy. My nie tylko to mamy, ale mamy znacznie więcej. Kochać w naszym rozumieniu znaczy złączyć się duszami, brać od drugiej osoby to co najlepsze, przebudzić się do życia. We mnie życie przebudziło się z jego burzami ciszą i jeśli to odzwierciedlenie tak Ci się podobato dlaczego życie samo ciebie nie rozpala? Jak bardzo chce mi się z Tobą żyć, pokazywać Tobie jak w pełni przeżywać, zadowolić Ciebie choć w części.
 
Pisałaś, że myśli o przyszłości trwożą Ciebie, że boisz się. A będziesz taką, jaką chcesz być, twoje osobiste dążenia zawsze będą silniejsze od towarzyskich. To ostatnie, wydaje mi się prawdziwe, bo przecież uczuć zawartych w życiu mieszać nie można. Miłość wzmocni w Tobie energię życiową i aktywność, ponieważ odsłoni wdzięk walki”.
 
Na koniec zapytał się jeszcze, czemu Margarita nie wysłała pocztówki tak, jak została ona wydana, bo przeszła przez policyjne ręce. Pozdrowił jedną osobę nazwaną inicjałem, zapytał o inną osobę ukrytą za innymi inicjałami. Doniósł, że Jakszin chory jest na grypę i leżał w szpitalu przez 3 dni. Spytał, kim jej się wydawał na pocztówce, przeklął odległość, jaka ich dzieliła. Zawołał: żegnaj, moja droga! i mocno ją listownie wyściskał. Podpisał się „TF” (T-wój F-eliks- Z.F.) i dopisał: „Do szybkiego zobaczenia, przyjeżdżaj, gołąbeczko! [20]”
 
Margarita paliła się do wjazdu. Im bliżej było do dnia, w którym miała ujrzeć ukochango, tym bardziej rozpalały jej się zmysły. Niestety nierównobieżnie działo się tak w sercu Feliksa. Im bliżej spotkania, tym narastała w nim coraz większa rezerwa. Jeszcze tak niedawno zakochany, marzący o wspólnym życiu z Margaritą, o wspólnej pracy i wzajemnym wsparciu Feliks wycofywał się z wcześniejszych deklaracji. Może rosła coraz większa bariera pomiędzy swoim wyobrażeniem Margarity, a treściami wydobywającymi się z jej listów. Może dłużej nie umiał podtrzymywać swego zakochania opartego na kilkudniowej bliskości. Może zabrakło tego, czego nie da się wyrazić w listach. Ale daleko jeszcze był przed stawierdzeniem „nie przyjeżdżaj”, ale dość blisko do „przyjedź jak musisz”.
 
Zmniejszyła się też częstotliwość wysyłania listów, a może po prostu nie dotrwały do dziś. Kolejny list napisał dopiero po pięciu tygodniach. Przez ten czas Feliks przeszedł poważną przemianę. Najpewniej poczuł się zagrożony naciskiem Margarity na podjęcie decyzji, której wcale nie chciał podejmować. O ile wcześniej nie dostrzegał zamiarów Margarity, tak teraz stanęły one wyraźnie przed nim i został zmuszony wycofać się z drogi, w którą zabrnął.
 
Tymczasem zdobywszy zaufanie i sympatię chłopów we wsi, ci ofiarowali mu małego niedźwiadka. Był on dużą pociechą Feliksa. Uczył go wielu sztuczek, chodził z nim na spacery, razem pływali łódką, z której miś łowił ryby. Kiedy niedźwiedź podrósł, stał się agresywny. Nie pomagało nawet trzymanie go na łańcuchu. Pewnego razu zaatakował krowę, a także Feliksa, nie mówiąc już o kilku zabitych kurach. Chłopi, u których mieszkał w końcu postawili ultimatum: albo miś znika wraz z nim, albo trzeba misia odstrzelić. Feliks nie miał gdzie się podziać, więc z wielkim bólem serca Feliks pożegnał przyjaciela kulą w łeb. Wielokrotnie później wspominał z żalem o swym towarzyszu, podobnie jak o łabędziu, który widząc zestrzeloną partnerkę łabędzicę, zapikował w kierunku ziemi zabijając się. To zdarzenie bardzo nim wstrząsnęło.
 
Czasami wypożyczał łódkę by popływać po jeziorze Ogolievo. Miejscowy chłop L.I Czesnokow spotkał go kiedyś daleko od Kaju łowiącego ryby i spytał: „Czemu żeście tak daleko na ryby wypłynęli? A Feliks z uśmiechem na ustach odpowiedział: Bo dalej lepiej ryba łapie [21]”. Kiedy Feliks zabijał nudę na końcu świata, gdzieś indziej, w drogim mu Wilnie i w Warszawie, trwała walka, zderzały się idee, wzbudzały się emocje, spotykali ludzie, protestowali. Była tam jego rodzina, znajomi, towarzysze i Julia. Syberyjskie przestrzenie nie były ulubionym miejscem Feliksa. Rwał się do cywilizacji i do walki, ale ruszyć z zapadłej dziury, jaką było Kajgorodskoje, nie miał sposobu. Pod koniec kwietnia zasiadł do napisania kolejnego listu do Margarity:
 
„26. kwi. 99r.
Nie pisałem tak długo, bo nie miałem ani pieniędzy, ani pojęcia nie miałem, co się ze mną dzieje. Nowe wątpliwości znów okrążyły mnie. Znów pojawia się pytanie: Czy ja tak osobiście mogę być szczęśliwy, czy umiem dac komuś coś oprócz zmartwień, czy mogę  trwać w bezczynności, kiedy sam nie jestem zadowolony z siebie czy też żyć z kimś zgodnie? Chociaż z Al. I.I (Aleksandrem Ivanowiczem Jakszinem) teraz prawie nie rozmawiam. Zagadałem o wyjedzonym jajku- i tylko patrzęć, jak zwymyślamy się, a prym w tym wiodę ja. Bezczynność mnie męczy i czyni mnie złośliwym, nie umiejącym wytrzymać samego siebie. Ani codzienny zgiełk, ani czytanie nie mogą pomóc mi w uzyskaniu równowagi. Stałem się żywym trupem, od którego już jedzie rozkładem.
 
Obecnie zafascynowało mnie myślistwo i w nim powinienem skupić cała swoją wolną energię. A co w tym najgorsze- ponadawałem w swoich własnych oczach- sam widzę , zdaję sobie sprawę ze swojego zepsucia, ale nie wiem, jak to się wszystko zakończy. Ty widzisz we mnie fanatyka sprawy i tobie najbardziej się to podoba, a po prawdzie jestem żałosnym chłopczykiem.
 
Nie potrzebnie też, abyś na stałe przyjeżdżała do mnie. Mogę zupełnie rozbić twoje życie i tym samym rozbiję do końca i swoje własne. Względem ślubu także, według mnie, należy odbiec od niego ze wszystkich sił. Przecież my nigdy nie możemy być mężem i żoną, po co więc wiązać siebie, ograniczać swoją wolność i samemu świadomie wzmacniać namiętność i tym samym osłabiać swoje już naderwane siły. Ja przecież sam pierwszy zaproponowałem ślub. Ale teraz, kiedy czuję siebie tak słabym i bezsilnym, myśl ta mnie przeraża. Przecież nie przez cały czas duch nasz będzie wspierać i zgrzeszyć będzie można, a odpokutować już nie.
 
Nie, nie trzeba byś na wszystkie czasy do mnie przyjeżdżała. Nie ma po co teraz, kiedy nie ma naszej roboty, brać ślubu. Moja droga, przecież Kaj to taki barłóg, że chwilami nie można wytrzymać stojąc oko w oko z tęsknotą, a także z rozpaczą. Trwa to chwilę, to prawda, ale w tych chwilach można narobić tyle głupot, które zrujnują całe życie.
Możemy umówić się tylko na odwiedziny, pomieszkać razem z miesiąc, poznać się dobrze, przekonać się, że nam nie wystarcza tylko praca. Jak skończy się dla nas ten czas, o czym się przekonamy, czy wspólna praca jest dla nas ważniejsza niż wszystko inne, że jesteśmy do niej stworzeni, że nasze uczucia są mocne, że nie są one płodem bezczynności, wtedy tylko będziemy mieć prawo budować także i swoje lepsze życie.
 
Początek listu zamókł i trochę stał się nieczytelny. Nie zrozumiałęm co się stało z Rosenblumem i z kimś z Mińska w ogóle nie mam pojęcia, o czym pisałaś o moim kraju!
Twój F (eliks-Z.F.)
Pisze więcej o sobie: o swoim nastroju, myślach, zdrowiu[22]”.
 
Zaniepokojona stanem zdrowia i fatalnym nastrojem Feliksa, Margarita otrzymała w końcu pozwolenie na wyjazd do Kaju. Opiewało ono jedynie na czerwiec, musiała zatem bardzo się spieszyć. Spakowała głównie książki, wiedząc, jak dla Feliksa są one ważne i ruszyła w drogę. Miała nadzieję, że będzie mogła porozmawiać o ich związku, wydobyć Feliksa z otchłani jego mrocznych listów, postawić na nogi, dać mu siły. Zapewne miała nadzieję, że zostanie u Feliksa i z nim na zawsze.
 
Wspólny czas, jaki przeżyli daleko odbiegał od tego, jak wyobrażała sobie go Margarita. W skromnym domku praktycznie odżywiali się tylko tym, co upolował Feliks. Biały chleb był rzadkością, podobnie jak jajka czy mąka. Szybko skończyły się tematy i nie było o czym rozmawiać. Feliks był zamknięty w sobie, a płonące miłością oczy Margarity nie robiły na nim wrażenia. Jej pobyt nie trwał długo. Margarita wróciła do Nolińska. Nigdy więcej się nie zobaczyli. To był koniec marzeń o wspólnej walce, pracy i pokonywaniu trudności.


[1] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo  polie, Moskwa  2007, s. 69-70
[2] S.W. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s. 116
[3] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 87-88
[4] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 92-93
[5] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 94
[6] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 100-101
[7] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 102-103
[8] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 121
[9] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 122-124
[10] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 162-164
[11] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 166-168
[12] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 169
[13] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 175
[14] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 186-192
[15] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 194-196
[16] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 197-198
[17] W języku rosyjskim (w którym wydane zostały listy), polską formę pan/ pani wyraża druga osoba liczby mnogiej.
[18] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 199-202
[19] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Pisma, http://protivpytok.org/sssr/antigeroi-karatelnyx-organov-sssr/dzerzhinskij-f-e/dzerzhinskij-f-e-dnevnik-zaklyuchennogo-pisma, (odczyt z dn. 30.09.2013r.)
[20] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 204-207
[21] Dzieciństwo i młodość. Początki rewolucyjnej działalności 1877-1899, http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubgl1.htm, (odczyt z dn. 20.11.2013r.)
[22] A.A. Plehanov, A.M. Plehanov, Kocham Panią. Listy Feliksa Dzierżyńskiego do Margarity Nikolejevy, Kuczkovo polie, Moskwa 2007, s. 208-210
 
Kajgorodski pejzaż pobrałem ze strony https://liveposts.ru/articles/travel/uralskaya-zemlya-chast-2
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.