Drużnie bracia naprzód

rozdział V
 
W kwietniu podczas jednego z zebrań, na które miał przybyć Dzierżyński, by omówić sprawy związane z przemówieniem podczas obchodów zbliżającego się robotniczego święta, w mieszkaniu jednopiętrowego domu na Zarzecznej 10, weszła policja. Na stole leżała harmonia, więc policjanci zapytali: -Szto wy tut diełajetie? Tancujetie? – Da, tancujem!- odpowiedzieli chłopcy. Policjanci rozejrzeli się po mieszkaniu i wyszli. Było to wielkie szczęście, bo szuflady aż uginały się od nielegalnych gazet i publikacji. W trakcie dalszego spotkania, kiedy chłopcy ochłonęli po rewizji policji, powstało kilka wersji odezwy pierwszomajowej, z której wytypowano napisaną przez Feliksa. Za zgodą doktora Domaszewicza Feliks został organizatorem tej robotniczej manifestacji. Pochłonięty był już nie tylko działalnością agitacyjną ale również organizacyjną, do której garnął się z wielkim
zapałem.
 
Dom na Zarzecznej współcześnie
Na pierwszomajowym spotkaniu w lesie karolińskim, przeniesionym z piątku na niedzielę 3 mają, przemówienie dziewiętnastoletniego rewolucjonisty było tak płomienne, że robotnicy wzięli Feliksa na ręce wielokrotnie podrzucając do góry. Feliks był trochę onieśmielony tym dowodem uznania. Pierwszy raz spotkał się z taką spontaniczną reakcją. Była to też pierwsza, zachowana w zapiskach przemowa rewolucjonisty świadcząca o jego dojrzałości, wysokiej świadomości i talencie wzbudzania w tłumie oczekiwanych emocji.
 
Dzierżyński skupiał się w niej głównie na zagadnieniach ekonomicznych, znał bowiem doskonale warunki i perspektywy życia robotników żyjąc wśród nich. Akcentował konieczność samouświadomienia masy pracującej zrzeszającej się w kółkach kształceniowych niosących ideę wolności od wyzysku. Z pełną miłości przemową solidaryzował całą brać robotniczą zachęcając, by nie odrzucali wątpiących w idee walki, tylko tłumaczyli im korzyści wspólnego boju, uświadamiali jak olbrzymią siłą jest zjednoczony ruch robotniczy. Sugerował konieczność rozwoju świadomości poprzez czytanie lektur, zasianie ciekawości tego co dzieje się na świecie, co miało ukierunkowywać robotników do dążenia poprawy standardu życia, nabrania samoświadomości i nabrania szacunku dla siebie. Wykazywał zagrożenie dla rzemiosła ze strony fabryk zamożnych kapitalistów, którzy przez zmniejszenie kosztów produkcji doprowadzali liczne, drobne zakłady rzemieślnicze do bankructwa i tym samym ich pracowników do nędzy.
 
Alfons Morawski we wspomnieniach o tym wydarzeniu pisał: „W czasie robotniczego święta, F. Dzierżyński szczególnie wyróżnił się natchnioną mową na zamiejskim tajnym zebraniu kilku dziesiątków wileńskich uczniów rzemieślniczych, Jego mowa i inne podobne gorące przemówienia tak poruszyły słuchaczy, że w drodze powrotnej do miasta ci młodzi demonstranci[1] z F. Dzierżyńskim na czele, z rewolucyjnym śpiewem i okrzykami, rzucili się- nie mając lepszego obiektu- na młode drzewo i wyrwali je z ziemi z korzeniami. Przy tym oni z entuzjazmem wołali: tak my wkrótce postąpimy z rosyjskim samodzierżawiem!”[2].
 
Stanisław Trusiewicz Zalewski
Pod koniec maja odbył się zapowiadany I Zjazd litewskiej socjaldemokracji LSDP. Tendencje nacjonalistyczne były niestety równie silne i w tej partii. W trakcie obrad uchwalono program, który w zasadzie niczym się nie różnił od programu PPS. Omawiano projekty kształtów przyszłych państw po rewolucji, ale wizji było tak wiele, jak uczestników. Dzierżyński długo się do zjazdu przygotowywał, gdyż spodziewał się nacjonalistycznych wystąpień. Podczas zjadu dała się zauważyć kształująca się opozycja wobec liderów LSDP, której program był zblizony światopoglądowo do programu socjaldemokracji Królestwa Polskiego. Doszło do rozłamu i na nielegalnej scenie politycznej pojawił się 9 czerwca 1896 roku Związek Robotniczy Litwy ze Stanisławem Trusiewiczem-Zalewskim, „Okularnikiem”, na czele.
 
 
Każda z ówczesnych nielegalnych partii politycznych tj. PPS, SDKP i żydowski Bund dążących do socjalizmu miały podobne cele, generalizując: poprawę bytu robotników, tyle że rozmijały się w kwestii separatystyczmo narodowościowej. Nie inaczej rzecz wyglądała w LSDP. W sporej mierze przyczyną konfliktów w partii były animozje personalne. Dzierżyński nie brał udziału w walce o przywództwo. Nie było to w jego naturze.
 
Nadeszło gorące lato. Cała rodzina Dzierżyńskich rozjechała się po świecie. Stanisław przebywał w Petersburgu, gdzie studiował na tamtejszym uniwersytecie, razem z nim mieszkali też jego młodsi bracia Ignacy i Władysław- uczniowie gimnazjum. Kazimierz pracował w fabryce w Warszawie. Siostry Dzierżyńskie mieszkały w majątkach- Aldona koło Bobrujska, a Jadwiga w majątku w Poniewieżu. Dawny świat rodzinny odszedł we wspomnienia.
 
Aldona Dzierżyńska z Jadwigą Zawadzką
W sercu młodego Dzierżyńskiego gościło wiele emocji. Niedawna śmierć ukochanej matki, relegacja ze szkoły, mnóstwo partyjnej, odpowiedzialnej pracy, a do tego miłość, jaka zrodziła się w sercu Feliksa do koleżanki z kółka samokształceniowego- Julii Goldman, napędzała tryby jego życia. Czarnooka, piękna Julia była zafascynowana Feliksem, z zachwytem wspominała jego płomienne przemówienia, które rozpalały nadzieje i wiarę w zwycięstwo rewolucji.
 
Feliks szykował się do letniego wyjazdu na wieś do powiatu lidzkiego dawać korepetycje z przedmiotów ścisłych dzieciom ziemianina Swolki[3]. Będąc na prowincji wiele uwagi poświęcał obserwacji życia robotników folwarcznych, starał się często z nimi przebywać, a w dogodnych chwilach nie omieszkał uświadamiać ich siłę tkwiącą w jedności, przekoywał, że tylko razem mogą zmienić swój los.
        
Po powrocie z wakacji 17 września 1896 roku, nie chcąc narażać swojej rodziny na przykre reperkusje związane z jego działalnością, a szczególnie zaniepokojoną Aldonę, która drżała o ich młodszych braci, Feliks postanowił przeprowadzić się do robotniczej dzielnicy Zarzecze do mieszkania Heleny Miller. Zmiana miejsca zamieszkania dawała mu możliwość bliższego kontaktu z robotnikami uważając, że „za wiarą iść muszą czyny i że należy być bliżej masy zbliżyć się do masy samemu z nią razem się uczyć [4]”. Zamieszkał tam ze swoim kolegą, szewcem, Francem Korczmarikiem. Wtedy też zarobione na korepetycjach na wsi pieniądze- 150 rubli przekazał do kasy partyjnej.
 
W Wilnie zastał skutki rozłamu partii, ale również bunt światlejszych robotników fabryk występujących na czele mas, którzy żądali od inteligencji, by ich uczyła jedynie czytać i pisać oraz przekazywać wiedzę i nauki społeczne w określonym przez nich wymiarze. Był to absurdalny pomysł, ale robotnicy tego nie dostrzegali. Zagrozili, że jeżeli inteligenci nie przystaną na ich warunek, oni nie dopuszczą ich do pracy z pozostałym środowiskiem robotniczym. Sytuację załagodziła interwencja Alfonsa Morawskiego, który uświadomił im rolę inteligencji w walce robotniczej. Po paru miesiącach dyskusji, w październiku 1896 roku doszło do porozumienia i zakończenia konfliktu.
 
Dzierżyński wśród robotników w Wilnie. Rys. M. Watorski
Mieszkając na Zarzeczu, Feliks obracał się w towarzystwie agitatorów, towarzyszy, robotników, redagował odezwy, a nocami rozklejał je na murach. Zawsze po takich akcjach wracał do domu będąc cały wysmarowanym klejem. Nie przejmował się ani aresztowaniem, ani więzieniem. Na pytanie Andrzeja Gulbinowcza, czy się nie boi odpowiedział: „Głupstwo! Miałem przy sobie machorkę, tobym stójkowemu sypnął w oczy. Ponadto mam długie nogi- one by mnie w potrzebie ratowały”[5].
 
Innym razem, kiedy Andrzej spytał podczas nocnego rozklejania plakatów, dlaczego tak nadwyręża swoje siły, przecież musi oszczędzać zdrowie, Feliks odparł: „Co tam, zdrowie moje marne, lekarze orzekli, że mam chroniczny bronchit i wadę serca, mam żyć nie więcej jak siedem lat, więc chce te siedem lat jak najlepiej wykorzystać dla sprawy robotniczej. Więc trzeba te siedem lat tak wykorzystać, aby w pełni spożytkować dla sprawy robotniczej[6]”. Po tych słowach Andrzej Gulbinowicz odczuł przerażający chłód. Nie dostrzegał wcześniej, jak bardzo Dzierżyński jest zdeterminowany, pewny, może fanatyczny? A może wiedział dokąd zmierza?
        
Feluk, jak go nazywano w organizacji, był bardzo zaangażowany i żywiołowy. Na zebraniach mówił krótko i konkretnie. Wywiązywał się z podejmowanych zadań, sam zgłaszał się pierwszy na ochotnika, gotów był do wszelkich poświęceń. Nie zrażały go ani spore odległości, ani praca w nocy na hektografie. Najchętniej zajmowałby się wszystkim, ale na to nie pozwalał mu czas.
 
Wielokrotnie organizował spotkania z robotnikami, uczesticzył w wiecach, manifestacjach i zebraniach. Przemawiał. Agitował. Przekonywał. Nie zawsze zyskiwał posłuch i uznanie. Bywały też dość przerażające momenty, a po nich wracał do domu z siniakami czy ze spuchniętym nosem. Nie tylko on trafiał na nieprzychylnych mu i wrogo nastawionych robociarzy. Pewnien stary robotnik, który w karczmie zaczął przemawiać o potrzebie powstania, został pobity butelkami. Sami robotnicy podzieleni poglądami organizowali regularne bitwy na kije. Agitatorów, braci Ławrynowiczów pobito i wrzucono do rzeki. Socjaldemokraci byli bardzo oburzeni tym faktem, wydali więc odezwę, w której napisali, że nie wolno bić niewinnych ludzi. To nie było dobrym posunięciem, ponieważ po trzech dniach od ukazania się odezwy, aresztowano braci i zesłano na Syberię. Było to bardzo bolesne doświadczenie naiwnych ideologów. Praca agitatora stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Tak też było w przypadku Feliksa.
 
Robotnicy fabryki Goldsztejna, na terenie której działał Dzierżyński, należeli do najbardziej odpornych na wiedzę i nową wiarę obiecującą im lepsze życie tu, na Ziemi. Nie solidaryzowali się z robotnikami pracującymi w tej samej branży wyłamując się z akcji strajkowych. Zachęceni pieniędzmi na piwo dawanymi przez właściciela fabryki w zamian za pobicie agitatorów, napadli na nich i dotkliwie bili. Sam Dzierżyński idąc uliczką z Gulbinowiczem został napadnięty przez grupę robociarzy, dostał kilka ciosów nożem w skroń i czoło, na szczęście rany były powierzchowne i niegroźne. Rozdartą skórę zszył później doktor Domaszewicz. Mniej obrażeń miał Gulbinowicz, bo po pierwszym ciosie padł na ziemię jak długi.
        
Pewnego razu Feliks wracał zły z tajnego mityngu robotników, na którym wygłosił płomienne przemówienie, które rozpaliło serce, ale tylko jego. Serc robotników nie udało się rozpalić ani faktami, ani emocjami. Był wściekły. Postanowił zajrzeć na zebranie burżuazyjnej inteligencji, prawdopodobnie Ligi Narodowej reprezentującej idee skrajnego nacjonalizmu, z której rok później powstała tzw. Endecja, i trochę tam narozrabiać. Akurat odbywał się wykład modnego w kręgach burżuazji warszawskiego filozofa Złotnickiego. Gdy ten skończył swoją przemowę, rozpoczęła się dyskusja i o głos poprosił Dzierżyński. Przed publicznością stanął chudy, młody mężczyzna o surowej twarzy i rozpoczął ostrą krytykę usłyszanych argumentów. Z jego słów wyszły kły, którymi rozszarpał argumenty bojowników o dostatek burżuazji. Jak pisał Jerzy Ochmański: „Wzburzony burżujstwem obecnych uczestników tego zebrania i napuszonymi tyradami oponentów referenta, F. Dzierżyński nie mógł powstrzymać swojego proletariackiego  niezadowolenia i wystąpił z gromowym, oskarżycielskim przemówieniem przeciwko zebranym filistrom i „patriotom”. Stanowczy ton tego wypadku, groźny, niedbały wygląd mówcy tak oszołomiły zebranie, że bardziej tchórzliwi z jego uczestników skwapliwie zaczęli wychodzić, a pozostali bardziej dzielni słuchacze nie wiedzieli co odpowiedzieć i zebranie rozleciało się [7].”
        
Dzierżyński każdą okazję przeznaczał na działalność agitacyjną i uświadamiającą. A pracy było w bród. Może i świadomość wileńskich robotników była większa niż rosyjskich, którzy podczas akcji strajkowej przeciwko caratowi śpiewali: „Sławsia, sławsia russkij car”, ale mimo to wymagali znacznie szerszej wiedzy politycznej i ideologicznej. Często spotykał się ze swoimi partyjnymi przyjaciółmi, do których zaliczali się młodzi agitatorzy, między innymi Mikołaj Brińczyk, Aleksander Wincenty czy szewc Wacław Balcewicz. Z tym ostatnim zaprzyjaźnił się szczególnie. Wacław doświadczył przykrego spotkania z żandarmami, którzy schwytawszy go na rozklejaniu ulotek, ciężko go pobili. W partii zajął miejsce w grupie bojowej zajmującej się między innymi likwidowaniem prowokatorów i szpicli.
Dzierżyński często spotykał się z robotnikami w karczmach, piwiarniach, gdzie tłumaczył im sens zmian i jak należy walczyć. W tym czasie Dzierżyński jeszcze nie łączył celów politycznych z ekonomicznymi, zajmował się jedynie pracą na rzecz podniesienia standardów ekonomicznych klasy pracującej. Twierdził, że podstawą walki politycznej klasy robotniczej jest wpierw uświadomienie zagadnień ekonomii.
        
Nocami dalej pracował przy hektografie odbijając odezwy i ulotki w mieszkaniu Jadwigi Kasperowiczów, siostry swojego kolegi ze szkoły- Konrada, działacza Socjaldemokracji Litwy. Jadwiga dzielnie pomagała Felisowi w drukowaniu odezw. Feliks mówił o niej, że: „jest najbliżej nam (naszym poglądom- Z.F.)”.  Jadwiga odpowiedzialna była za bezpieczeństwo materiałów, zajmowała się rozpowszechnianiem literatury, prowadziła socjaldemokratyczne koła robotnic. Był z nimi również Henryk Kasperowicz- najstarszy z rodzeństwa zajmujący się działalnością kulturalno-oświatową wśród robotników. Niedługo potem przeszedł na stronę PPS i stał się jednym z bliskich współpracowników Józefa Piłsudskiego. Przez jakiś czas mieszkał u Jadwigi utalentowany plastycznie student Pierazic, socjaldemokrata, którego rysunki zamieszczane w gazetkach rozbawiały robotników
 
Przez wzgląd na bezpieczeństwo życzliwych mu osób, po nie długim czasie, Dzierżyński opuścił mieszkanie Kasperowiczów. Kręciło się tam zbyt wiele osób i coraz częściej przychodzili również do Henryka członkowie PPS-u. Razu pewnego do Kasperowiczów przyszedł Piłsudski niosąc ciężką walizkę ze sobą. Jednak gdy zobaczył Pierazica w oknie, pomyślał, że to zasadzka i pospiesznie się oddalił.
 
Dzierżyński zmuszony był wynająć mieszkanie na ulicy Śniegowej tuż obok komisariatu policji uważając ryzykownie, że policji na myśl nie przyjdzie, aby szukać drukarni w swoim najbliższym sąsiedztwie. Gdy na grożące mu niebezpieczeństwo zwrócił uwagę Gulbinowicz, odpowiedział: „Zamiast gadać, lepiej mi pomóż, szybciej skończymy[8]”. Z robotniczym poetą, Andrzejem Gulbinowiczem oprócz pracy rewolucyjnej, łączyła Feliksa miłość do poezji. Gulbinowicz pisał wiersze, które często czytał swemu przyjacielowi, Feliks zaś próbował swych sił w przelewaniu swych uczuć na papier, jednak rzadko odczytywał swoje strofy uważając, że są słabe. Bardzo dużo czytał. Wśród jego ulubionych lektur były dzieła Adama Mickiewicza, Marii Konopnickiej, Ludwika Kondratowicza, Aleksandra Puszkina, Bolesława Prusa, Michaiła Lermontowa czy Nikołaja Nekrasova.
 
Minął kolejny rok. Wciąż czuć było niesmak niedawnego rozłamu. Uradzono zwołać kolejny, II Zjazd LSDP w lutym 1897-ego roku. Członkowie litewskiej frakcji nalegali, aby zapisać w programie słowa stanowiące o pełnej swobodzie administracyjnej w każdym z krajów wchodzących w skład przyszłej federacji. Niestety, rozmowy nie doprowadziły nawet do kompromisu, a problem separatystyczny w dalszym ciągu pozostał obecny.
Dzierżyńskiemu nie podobał się taki stan rzeczy. Był blisko związany z robotnikami, skupiał się na pracy u samych dołów uważając, że taka praca przynosi efekty, a nie bicie piany podczas inteligenckich zebrań.
        
Do końca nie wiadomo, co było powodem wysłania Feliksa do Kowna. Czy faktycznie była to potrzeba budowania socjaldemokracji w tym mieście, czy bardziej to, aby nie włączył się głębiej w spór socjaldemokratów? Musiał pożegnać się ze swoimi wileńskimi towarzyszami i wyjechać do Kowna, gdzie znalazł się bez żadnych kontaktów i z niewielką gotówką w kieszeni.
        
Kowno stało się drugim po Wilnie miastem przemysłowym. W trzech największych fabrykach pracowało ponad 2000 robotników różnej narodowości, co z jednej strony stwarzało trudność w scaleniu ich oporu przeciwko wyzyskiwaczom, a z drugiej strony działała korzystnie na rozbudzenie postaw internacjonalistycznych. Warunki w jakich pracowali robotnicy były tragiczne. Dzień pracy trwał 13 godzin, hale fabryczne były brudne, niedoświetlone, wilgotne, zakurzone i zapylone. Przeciętna płaca robotników wynosiła do 12 rubli miesięcznie, co przy 50 rublach za miesiąc, które zarobił Feliks dając korepetycje było kwotą śmieszną i zarazem obrazuje wielką przepaść pomiędzy zarobkami robotników, a choćby zwykłym korepetytorem po gimnazjum.
 
Dzierżyński pojawił się w Kownie 18 marca 1897-ego roku. Na początku mieszkał w skromnej kwaterze pani Krystyny Kiełczewskiej przy ulicy Wilkomirskiej 8. Postanowił zatrudnić się w zakładzie introligatorskim jako robotnik niewykwalifikowany.  Rzecz jasna nie zgłosił, jak to było wymagane, faktu podjęcia pracy na policji. Jego zarobki były mizerne, jednak pozwalały na utrzymanie się na krawędzi głodu. Dzięki temu zdobywał nowe umiejętności, które przydadzą mu się niejednokrotnie w życiu. Oprócz robienia obwolut książek, gromadził wiedzę na temat papieru, technik drukarskich, które zamierzał użyć do fałszowania dokumentów. Przy okazji korzystał z możliwości drukowania ulotek i gazetek.
 
Był blisko robotników, doświadczał tak jak wszyscy upokorzeń ze strony właściciela zakładu, dzielił z nimi smutki i radości, poznawał arkana ich życia, sposób patrzenia na świat, starał się być jednym z nich w mrocznym świecie, któremu towarzyszyła nędza. Często cierpiał głód. W swojej autobiografii zanotował później: „Warunki mojego bytowania były nader ciężkie. Przystąpiłem do pracy w zakładzie introligatorskim i wielce biedowałem. Nieraz ślinka ciekła, kiedy przychodziłem do mieszkań robotniczych i w nos uderzał zapach blinów czy czegoś innego. Niekiedy zapraszali mnie robotnicy razem pojeść, ale ja odmawiałem zapewniając, że już jadłem, choć w żołądku było pusto [9]”. Przekonał się również, jak bardzo brutalne było to życie i jak wielką nieufność robotnicy żywią do takich inteligentów jak on podejrzewając go o kolaborację z kapitalistami.
 
Kiedy Feliks wtopił się w środowisko kowieńskich robotników, zawarł pierwsze znajomości i przyjaźnie, zaczął kształtować się w jego umyśle obraz życia robotników. Z wielu historii, smutnych i przerażających pozostawał jedynie bezsilny gniew, który trzeba było przekuć w czyn. Robotnicy opowiedzieli mu jak w fabryce Szmidta, gdzie pracowało 800 robotników, w tym ponad 50 kobiet i 20 dzieci w wieku 12-13 lat, młot zmiażdżył palec lewej ręki robotnikowi o nazwisku Gata, Szulce oderwało obie ręce, a robotnik Biedarf stracił zęby w wyniku wypadku.
 
Wszyscy ci ludzie pozostali sami ze swoim kalectwem, nie należne było im żadne odszkodowanie, ani pomoc medyczna, a jeśli udało się uzyskać odszkodowanie, było ono poniżająco małe. Robotnicy tracili wzrok w słabo oświetlonych halach, w których ustawicznie migotało światło, pomieszczenia były zapylone, latem nie dawało się oddychać, więc szukano ratunku w wybijaniu szyb w oknach, przez które znów zimą hulał przeraźliwy chłód. Gdy doszło do wypadku, utraty zdrowia, przyszłość ofiar była jednoznaczna- zwolnienie z fabryki, żebractwo i powolna śmierć.
 
Często zdarzało się, że pod byle pozorem, właściciele fabryk odbierali część wynagrodzenia pracownikom jako kara za cokolwiek, często bez żadnego uzasadnienia. W fabryce Rokosza pewien robotnik, który wypracował 15 rubli, a dostał połowę. Pomimo tego, że z każdego zarobionego rubla, robotnicy oddawali kopiejkę na kasę chorych, w której zgromadzono już spore środki, z których można w razie potrzeby opłacić lekarza czy pobyt w szpitalu, zarządca fabryki nie kwapił się z wypłatą pieniędzy. W rzeczywistości, gdy robotnik zachorował, fabrykant potrącał mu pół pensji twierdząc, że przekazuje je na koszty leczenia.
 
Jakby mało było tego, zarządca fabryki co i rusz zmuszał robotników do zrzutki na jakąś biedną rodzinę, czy to na cerkiew, nie patrząc na to, że sami robotnicy potrzebują pomocy. Oczywiście pieniędzy tych nikt nigdzie nie zobaczył poza właścicielem fabryki.
Wszelkie próby przeciwstawiania się i walki o poprawę bezpieczeństwa pracy, godziwe warunki pracy, spotykały się z bardzo ostrymi represjami, które doprowadziły do tego, że nie było w mieście praktycznie żadnych komórek strajkowych, nie mówiąc już o rewolucyjnych. Ostatni bastion PPS w Kownie, podobnie jak w Wilnie, został rozgromiony aresztowaniami przez policję. Zaniepokojeni fabrykanci szerzeniem politycznej dywersji wśród robotników, zaczęli śledzić własnych pracowników przez przekupionych robotników, co zaowocowało aresztowaniem około siedemdziesięciu działaczy PPS.
 
Feliks był w pełni świadomy otaczającego go świata, jego okrucieństwa, beznadziei i ciemnymi pigmentami szarości jaką pomalowana była robotnicza rzeczywistość. Widział potencjał w masie robotników stanowiących jedyną siłę, która jest w stanie znieść carat. Widział ich nędzę, brak perspektyw i niepewność będącą pierwszym szczeblem do walki o wolność. Wiedział, że należy poruszyć tłum ze swoich zastygłych posad, oderwać go od łaski i niełaski panów, że należy ich obudzić, aby piękny sen wolności stał się rzeczywistością.
 
Aby to uczynić, należało udowodnić, przekonać ludzi tkwiących od lat w bezmyślnym zabobonie i wierze narzucanej z pokolenia na pokolenie, że nie trzeba czekać śmierci, aby zaznać ukojenia, że niebo jest dostępne tu i teraz, że trzeba o nie walczyć, bo bez walki niczego się nie osiągnie, nie zmieni, nie polepszy, nikt nikomu nic nie da za darmo. Trzeba uzmysłowić ludziom, że tak jak próżno oczekiwać od tygrysa przyjaźni z antylopą, tak na próżno jest szukać dobrego serca w piersiach kapitalistów.
 
Należało rozgrzać zastygłą robotniczą lawę, aby swoją siłą i żarem zniszczyła panujący system i sama nauczyła się stanowić o sobie w świecie bez panów i sług, bez okrutnego i głuchego boga, bez ociekających złotem popów i księży opowiadających bezrozumne brednie o nagrodzie w niebie, sprawiedliwości i wolności czerpanej z maryjnego obrazka czy z gipsowych figurek stawianych przy drodze. Wyzwanie, jakie stanęło przed nim było tytaniczne. Trzeba było nauczyć robotników wszystkiego od samego początku, wzbudzić ich samoświadomość, własną wartość, godność, nauczyć czytać i pisać, nauczyć myśleć, analizować, działać, popchnąć do czynów, wszczepić poczucie jedności, braterstwa i solidarności robotniczej, uświadomić im nieludzkie warunki życia, dać wiarę w pokonanie strachu, terroru, ciemnoty i zabobonów.
 
Musieli odrzucić kajdany całego świata, jaki ich ukształtował do roli bezwiednego trybu maszyny. Zadanie to było o tyle łatwe, że robotnicy nie mieli już nic do stracenia. Żyjący o głodzie w nędzy, bici, poniewierani i wykorzystywani tracili nadzieję, że gdzieś, kiedyś nastanie czas dla nich korzystny. Ich życie traciło jakąkolwiek wartość, a śmierć wydawała się wybawieniem, wiecznym oczekiwaniem i zakończeniem marnego życia. I kiedy pojawiało się drobne światełko nadziei niesione słowami Feliksa, rozpalała się w nich żądza życia, działania, dążenia do rewolucji, do zagłady panującego systemu, w którego miejsce miał powstać zbudowany ich rękoma sprawiedliwy świat wolny od podziałów, lepszych i gorszych, słabszych i silniejszych, bogatszych i biedniejszych- socjalizm.
 
Myśl ta nie miała być zrealizowana hukiem bomb i zamachów, ale za pomocą słowa przekazywanego z ust do ust, rozpalenia zażartych dyskusji, czytania ulotek, gazet, wciągania coraz większej liczby robotników do organizacji stanowiącej jednomyślną siłę nacisku, zespoloną w walce i świadomą należnych im ludzkich wartości. Ich rosnąca siła z czasem będzie w stanie przeciwstawić się temu zgniłemu, kapitalistycznemu światu i zanegować wszystko co stworzył do tej pory ustanawiając własne reguły gry. Aby to uzyskać, aby mogło dojść realizacji marzeń, musiało najpierw zrodzić się słowo. Wyrażenie dezaprobaty i oczekiwań. Słowo uruchamiające działanie.
 
Dzierżyński, podobnie jak wielu innych agitatorów SDKPiL, wchodząc w nowe środowisko robotnicze, zaczepiał wychodzącego robotnika z fabryki pod pretekstem odpalenia papierosa. Przedstawiał się jako introligator, przy czym nie zdradzał prawdziwego nazwiska, posługiwał się pseudonimem, jaki wówczas nosił- Jacek. Pytał się, czemu robotnicy z jego fabryki tak późno kończą pracę? Jakiś czas później zapraszał zagadniętego robotnika i zapraszał na piwo do jednej z wielu gospód jakie wówczas mieściły się przy Stefanowskim Bazarze pod pozorem, że sam szuka pracy. Wówczas, podczas rozmowy dowiadywał się o warunkach pracy w fabryce. Podczas spotkań przekazywał informacje jak należy zebrać solidarną grupę robotników, jak zrobić strajk, aby domagać się podwyższenia zarobków, namawiał do założenia kasy strajkowej. Rozpościerał wizje, że kiedy dojdzie do powszechnych strajków, chłopi zaczną odmawiać służby wojskowej i rozprawią się z systemem tworząc republikę podobną do tej istniejącej w Stanach Zjednoczonych. Podsuwał książki antyrządowe i antyreligijne, często sam je czytał wśród zgromadzonych robotników analfabetów.
 
Często po wysłuchaniu wystąpienia Dzierżyńskiego trzeba było rozpalonych chęcią natychmiastowych walk robotników powstrzymywać i tłumaczyć im, że jeszcze nie pora, nie czas, jest ich za mało, za mało by zwyciężyć. Robotnikom nie mieściło się w głowach, że można tak bez pobicia kierownika czy majstra, bez zdemolowania miejsca pracy walczyć jedynie słowem wzniecając świadomość robotniczą. Musieli nauczyć się też cierpliwości i systematycznej pracy nad sobą. Feliks bardzo skutecznie zarażał swoją ideą i dawał nadzieję na lepsze życie. W ciągu miesiąca dotarł do robotników prawie wszystkich fabryk Kowna. Był bardzo aktywny, ale i zarazem ostrożny. Atmosfera w Kownie po aresztowaniach członków PPS-u była naszpikowana podejrzliwością i strachem. Robotnicy obawiali się reperkusji ze strony kapitalistów szczególnie czujnych na jakiekolwiek formy agitacji. Sami robotnicy nie odczuwali zaufania pomiędzy nimi samymi. Wciąż wybuchały konflikty pomiędzy robotnikami żydowskimi, polskimi i litewskimi, pomiędzy pepeesowcami i esdekami.
        
1 kwietnia 1897-ego roku Dzierżyński własnym sumptem rozpoczął wydawanie nielegalnej gazety „Kowieński Robotnik”. Pierwszy numer był zarazem ostatnim, jaki udało mu się wydać. Był autorem wszystkich artykułów. Odbijał kolejne egzemplarze na hektografie i sam je rozpowszechniał. Do dziś zagadką jest, jak zdobył tę maszynę? W odezwie „Do wszystkich kowieńskich robotników” pisał: „Bracia robotnicy! Na całym świecie bożym w najgłuchszym kąteczku, gdzie tylko są robotnicy, pracę i życie wyzyskują kapitaliści i bogaci tego świata, wszędzie robotnicy przychodzą do świadomości, że jeśli oni nie będą walczyć o swój byt, o kawał chleba, o życie własne i swych dzieci, żon i rodziców, to bieda i nędza tak ich w swe szpony wezmą, że setkami i tysiącami trzeba będzie zabijać swych dzieci, by samym nawpół z głodem przeżyć i ostatecznie zdechnąć jak bydle [10]”.
        
Równolegle w „Robotniku Litewskim" Dzierżyński pisał dając świadectwo ówczesnych realiów robotników na przykładzie jednej z fabryk: „W naszej fabryce panuje nędza i wyzysk. Pracuje nas robotników, około 800 ludzi. To wielka siła. Ale niestety, nie potrafimy tej siły wykorzystać, albo sami tej siły nie znamy, albo nie mam solidarności wśród naszych towarzyszy, dlatego pozwalamy na wyzyskiwanie nas i zamiast razem bronić się przed tym, pokornie nosimy nasze ciężkie jarzmo. Niech „Robotnik litewski” opisze nasze położenie, a kiedy nasi towarzysze przeczytają i zrozumieją, że pozostali towarzysze wzywają ich do świętej walki za naszą sprawę, być może zawstydzą się i wówczas pojmą w końcu konieczność, by przystąpić do własnej obrony.
 
Jak już wspominałem, jest na tu około 800 robotników, a w tym 50 kobiet ( w wieku od 16 do 40 lat) i około 20 małoletnich w wielu zaledwie 12-13 lat. Nasza praca jest bardzo ciężka, produkując wszelkie produkty z żelaza i brązu. No, taki to już, jak to się mówi, los robotnika: im cięższa praca, tym pracować trzeba dłużej. Latem mężczyźni pracują od 6-ej rano do 7-ej wieczorem lub przez 13 godzin dziennie, kobiety wypuszczają z pracy pięć minut wcześniej, a małoletni pracują od 6-ej rano do 7-ej wieczorem z godzinną przerwą od 9-ej rano.
Robotnicy pracujący codziennie zarabiają od 20 do 80 kopiejek dziennie, kobiety od 20 do 50 kopiejek, a pracujący na akord 80 kopiejek, a najwięcej 1 rubla i 15 kopiejek dziennie…
Praca- ciężka, życie –podłe, ale to jeszcze nie wszystko! Do tego trzeba dodać jeszcze zachorowania, które zawsze ciągną się za nędzną i ciężką pracą. Robotnicy chorują tu bardzo często na zapalenie płuc. Na wydziale wytrawiania, gdzie wytrawia się druty, zaprawa zabija pracę, krew się psuje, zaprawa żre żelazo, więc jak ma nie zrobić tego z ciałem robotnika! Tam nawet oddychać nie idzie. I zdarza się często, że krew wychodzi gardłem…
 
Ale choroby i wszelkie kary to nie jest jeszcze największe zmartwienie… Bo jeśli pracując dla fabrykanta nabawisz się kalectwa, pożegnaj się, robotniku, z nadzieją i pogódź się z piekłem, bo wtedy nastąpi piekło na ziemi. Pracowałeś jak niewolnik, a owoce twojej pracy poszły do kieszeni kapitalisty; teraz jesteś kaleką, pracować dalej nie możesz… Wyrzucą cię z niczym lub z niewielką jałmużną, a potem- kij żebraczy. Już lepiej zginąć na miejscu, niż zostać kaleką…
 
Tak jak zginął robotnik Kitcelman… Nieszczęśnik ten musiał przenieść pas transmisyjny na drugie koło, a przy tym fabrykant pożałował pieniędzy na ułatwienie tej czynności, tak Kitcelman nie miał innych narzędzi jak tylko czterokilogramowy pręt; wziął pręt do rąk, i wtedy, nieszczęśliwie, kiedy przyłożył go do pasu, pręt ześlizgnął się i Kitcelman zachwiał się tak, że jego głowa wpadła pod pas i w jednej chwili została roztrzaskana… fabrykant nie został zesłany na katorgę choć to jego skąpstwo zabiło Kitcelmana.
 
… Lepsze zarobki i krótszy dzień pracy- to nasze główne hasła w walce z kapitalistami. Wolność polityczna- to nasze główne hasło w walce z rządem.
A kiedy obalimy carat i zdobędziemy możliwość zrzeszania się i jawnego dyskutowania, możliwość jawnego oświecania towarzyszy- wzrośnie solidarność oraz siła klasy robotniczej i kładąc kres władzy caratu obalimy w następstwie i kapitalistów. Fabryki, kopalnie, koleje, cała ziemia i narzędzia pracy staną się ogólną własnością, każdy będzie pracował tyle, ile będzie konieczne, wtedy nastanie socjalizm. Cały robotniczy świat zmierza w kierunku socjalizmu- niech więc i my domagajmy się naszego wyzwolenia[11]”
 
Swoje artykuły zamieszczał także w „Echu Życia Robotniczego” i „Robotniku Litewskim” wydawanym za granicą, gdzie propagował myśl Marksa, mówiącą o tym, że „wyzwolenie klasy robotniczej powinno być dziełem samej klasy robotniczej [12]”.
 
W wezwaniach do walki nie było mowy o mordzie, agresji jaką się przypisuje Feliksowi Dzierżyńskiemu. Nie było mowy o eliminacji ludzi, gwałtach, bezprawiu. Owszem, brał pod uwagę rozwiązania siłowe, ale w bardzo okrojonej formie, dotyczące bardziej łamistrajków niż kapitalistów. Feliks przekonywał, że droga ku socjalizmowi nie jest znaczona krwią, stawiał stanowczy nacisk na wzrost świadomości ludzi, przekonywał nie pierwszy raz, że nieświadomych należy oświecać, tak, aby zrozumieli sens przemian, a im więcej będzie świadomych robotników, tym większe szybciej osiągną postęp.
 
Pomimo nieprofesjonalnej formy gazety wynikającej z braku czasu i warunków w jakich powstawała, spotkała się ona z szerokim zainteresowaniem, była bowiem napisana w sposób zrozumiały, prosty, dosadny, a w treściach artykułów były praktyczne wskazówki prowadzenia walki z wyzyskującymi kapitalistami. W artykule pt. „Jak mamy walczyć”, pisał: „Najlepszy środek to jest rzucenie roboty- strajk. Jeśli jedynie jeden czy dwóch robotników porzuci pracę to oni w niczym nie polepszą swego położenia, wręcz na odwrót- stracą pracę i będzie im jeszcze ciężej. Co jest potrzebne, by wygrać? Potrzeba by wszyscy co do jednego robotnika rzucili robotę- to jest potrzeba jedności, jest to pierwszy najważniejszy warunek, bez którego skuteczna walka jest niemożliwością. Musimy więc starać się rozwijać tą jedność- tę solidarność [13]”.
 
Szczególnie akcentował solidarność robotniczą tłumacząc, że tylko w jedności jest siła. Objaśniał, że należy także organizować strajk wtedy, gdy fabrykant ma wiele zamówień, a nie palić się do strajku, gdy tych zamówień nie ma, gdyż takie działanie jest mu na rękę. Naciskał, aby środowisko robotników było zwarte, gotowe do solidarnego poświęcenia, by pracujący nie stracili swego stanowiska pracy, by nawet niepracujący wiedzieli, że walka pracujących jest również dla nich, dla ich dobra, gdy w przyszłości znajdą pracę, ale nie za głodowe stawki zdesperowanych ludzi wchodzących na miejsce zwolnionego za strajk robotnika.
 
Przekonywał, że każde ustępstwo jednego fabrykanta powoduje ustępstwa pozostałych, dlatego trzeba walczyć i aktywnie przeciwstawiać się kapitalistycznej sile przeciwko eksploatacji robotniczej pracy. Gdy te formy oporu nie pomogą, trzeba będzie się uciec do siły i strachu- tłumaczył w swym artykule i dodawał: „Mało tego, by zwyciężyć, trzeba być niewzruszonymi i twardymi, przyjdzie nam zacisnąć pasa, aby nasze życie stało się znośne. Koniecznie także przez cały czas strajku trzeba się trzymać razem, by wspierać się nawzajem, ośmielać słabszych, byśmy wiedzieli o sobie, gdyż jeden czy drugi pozostawiony samemu sobie może ogarnąć zwątpienie  i on może wrócić do pracy. Dopuścić do tego nie można, byłoby to zaprzedaniem swojego własnej sprawy. Dlatego trzeba zwracać uwagę, by w fabryce nikt nie powrócił do pracy [14]”.
 
W dalszej części tłumaczył, że fabrykant musi nauczyć się liczyć ze swoimi pracownikami, wiedzieć, że obojętnie jaka krzywda wyrządzona jednemu pracownikowi, skupi się wrogością całej załogi na nim. W obliczu trzynastogodzinnego dnia pracy przez sześć dni w tygodniu, ludzie pozbawieni możliwości odpoczynku, leczenia się, dobrego odżywiania, mogą- jak pisał Dzierżyński na łamach Robotnika Litewskiego w artykule o fabryce Szmidta- zapomnieć o tym, że są ludźmi. Zwracał uwagę robotnikom, otwierając im oczy, że przecież nie mają czasu, ani możliwości po skończonej pracy usiąść i przeczytać gazetę czy książkę. Pytał: „Powiedzcie sami, w jaki sposób możecie kupić gazety lub książki, jeżeli wypłata nie starcza  jedzenie i ubranie? Robotnicy pracujący codziennie  zarabiają 20 do 80 kopiejek dziennie, kobiety od 20 do 50 kopiejek, a pracujący na akord od 80 kopiejek do maksymalnie 1 rubla i 15 kopiejek dziennie. Taka wypłata dla fabrykanta nawet nie starcza na jedne tylko ubranie, choć on wcale nie pracuje żywiąc się naszą pracą [15]”.
 
Dzierżyński pisał to, o czym wszyscy robotnicy wiedzieli, ale do tej pory nie zdołali wyartykułować, on zaś głosił słowa, z którymi wszyscy się utożsamiali, nazywał rzeczy po imieniu, opisywał ich świat językiem zrozumiałym, by budzić świadomość i kumulować gniew. Opisywał zwykłe rzeczy, zwykły, ponury świat robotnika jednocześnie buntując ich do wspólnej walki, gdyż jego słowa do wszystkich trafiały. Budził w nich godność, szacunek do samych siebie, szacunek do pracy, która powinna wyglądać zupełnie inaczej, która ma być środkiem do lepszego życia, a nie przyczyną chorób i wypadków.
 
W sprawach propagandowych nie konsultował się z nikim z zarządu partii, działał całkowicie na własną rękę, gdyż został pozostawiony sam sobie w Kownie. Odniósł spory, zupełnie nieprzewidziany sukces. Dzięki jego pracy i zaangażowaniu, w fabryce w jednej z dzielnic Kowna, na Aleksocie, w fabryce Rosenbuma w wyniku strajku, skrócono czas pracy o trzy godziny. Sukces ten miał ogromne znaczenie dla całego robotniczego świata Litwy. Już wówczas, kiedy był niespełna dwudziestoletnim młodzieńcem, wierzył w ludzką mądrość, uczciwość, szczerość i wiara ta towarzyszyć mu będzie do końca życia… no, może nie do końca. Uważał, że jedynie w dyskusji można osiągnąć swój cel, kiedy zdoła się przekonać swoich adwersarzy, by przejrzeli i poszli z nim walczyć o lepszy, sprawiedliwy świat.
 
W tym czasie dwukrotnie pojawiał się w Wilnie, co potwierdziła później przesłuchiwana przez policję jego ciotka Zofia Pillar von Pilchau. Feliks nie widział się wówczas z rodziną. Przyjechał tylko w sprawach partyjnych i być może w odwiedziny do Julii Goldman. Jego „Kowieński robotnik” przekazywany z rąk do rąk dotarł także do Wilna, gdzie wzbudził ogromne zainteresowanie i sam Dzierżyński wzbudził szczery podziw towarzyszy, bo w ciągu dwóch tygodni od pojawienia się w Kownie, nie mając nic, udało mu się rozpowszechnić robotniczą gazetę. Na spotkaniu wileńskiego komitetu partii Dzierżyński znów spotkał się z Gulbinowiczem, który tak wspominał, gdy rozmowa zeszła na jego kowieńska gazetę: „Zwróciliśmy uwagę, że pierwsze strony (Kowieńskiego robotnika) były pisane wyraźnie i czytelnie, a ostatnie były mniej staranne i mniej wyraźnym pismem. Usprawiedliwiał się tym, że miał bardzo mało czasu, sam pisał, sam odbijał, rozpowszechniał i biegał po fabrykach agitować [16]”.
 
W połowie maja 1897-ego roku do Kowna przyjechał Józef Olechnowicz, który wspierł w pracy Dzierżyńskiego. Był on zagrożony aresztowaniem będąc podejrzanym o współudział, razem ze wspomnianym już Wacławem Balcewiczem, w zamordowaniu szpicla „Rafałki”- Rafała Mojsiejewa. Olechnowicz uciekł do Kowna, gdzie policja jeszcze nie wpadła na jego trop. Nosząc pseudonim „Antonii” razem z Feliksem przygotowali odezwę z okazji zbliżającego się święta pierwszego maja. Oprócz uświadamiania jedności i wspólnej walki z robotnikami całej Europy, padały w niej mocne słowa: "Niech zginą więc tyrany, niech zginą zdziercy i niech zginą zdrajcy, a niech żyje nasza święta sprawa robotnicza! Śmiało tylko do walki, a zwycięstwo nas nie minie. Drużnie bracia naprzód [17]". Wystąpili też na wiecu pierwszomajowym, który odbył się poza miastem.
 
Tymczasem latem 1897-ego roku w Petersburgu zakończył się strajk uwieńczony osiągnięciem postulatów ekonomicznych, co napawało optymizmem i wiarą w obraną drogę. Jak tylko doszły do niego te radosne wieści, Feliks natychmiast wydrukował odezwy i puścił je w miasto. Jego praca agitatorska z czasem zaczęła ewoluować. Początkowe czytanie przemówień z kartek zastępował krótszymi lecz treściwszymi wystąpieniami z pamięci, by następnie przejść do słowa drukowanego, które znacznie szerzej docierało do klasy robotniczej przekazywane z rąk do rąk. Wzrost aktywności agitacyjnej owocował coraz większą ilością strajków. Do walki o swoje prawa przystąpili kolejarze, robotnicy warsztatów szewskich, brukarze, murarze i pracownicy garbarni. W odpowiedzi na falę strajków, policja zapowiedziała wzmożenie terroru.
 
Pomimo wzmożonych represji, efekt działań policji był inny od zamierzonego. Nie mając dokładnego rozeznania w środowiskach agitatorów, częstokroć aresztowano ludzi na spotkaniach zupełnie niepolitycznych, przeprowadzano nieudolne rewizje osób nie związanych z żadnymi działaniami ukierunkowanymi do obalenia systemu, kwestionowała, co wydaje się już komiczne, legalnie przeprowadzane zgromadzenia.
Kilkakrotnie policja interweniując podczas spotkań robotników, została przez nich przepędzona. Często sama policja otrzymywała surowe reprymendy ze strony własnego kierownictwa za swoją bezsensowną działalność przynoszącą jedynie ośmieszenie instytucji i szkodę jej samej. Taka sytuacja spowodowała, że coraz odważniej można było manifestować niezadowolenie robotników.
       
Feliks chcąc dostrzec do robotników litewskich nauczył się ich języka. Na spotkaniach z niegramotnymi robotnikami, czytał im książki i rozmawiał po litewsku. Oprócz publikacji ekonomicznych i politycznych, starając się rozszerzać wiedzę i ciekawość robotników, przekazywał im również zwykłą beletrystykę, ozdawał  tanie wydania naukowe, jak chociażby „O sławnym żeglarzu Magellanie”,  „O wnętrzu ziemi” czy „Ojciec Szymon”.  Dzierżyński całkiem swobodnie porozumiewał się też w jidysz.
        
Na początku lipca 1897 roku Feliks przeprowadził się na ulicę Karoską do pokoju w mieszkaniu pana Wołowicza. W informacji dla policji podano, że jest szlachcicem z guberni wileńskiej, który daje korepetycje i sam się kształci. Nie zagościł tam na długo. Wzmożona praca socjalistycznego wywrotowca skupiła uwagę żandarmów, którzy gorączkowo zaczęli go szukać. Dzierżyński wodził policję za nos, jego przyjaciele robotnicy dokładali wielkich starań, aby ani policja, ani szpicle nie wpadli na jego trop. W końcu wyznaczono nagrodę dla osoby, która wskaże agitatora. Na policję zaczęły przychodzić donosy, jak ten z fabryki braci Tilmansów: „Jakiś to nieznany osobnik niejednokrotnie przychodził do wymienionej fabryki, prosił robotników zarekomendować go robotnikom, a potem mówił, że dobrze byłoby, jeśliby grupa robotników licząca około 200 ludzi zgodziła się urządzić bunt, żeby kapitaliści dla nas, robotników zrobili to, co żądamy [18]”.


[1] J. Ochmański podaje „demonstranci”, J. Teleszyński „demokraci”.
[2] J. Ochmański, Feliks Dzierżyński Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926, Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 30
[3] Według S.W. Dzierżynskiej wyjazd ten miał miejsce rok wcześniej, w 1895 roku. Inne źródła podają 1896-ty.
[4] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 43
[5] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 35
[6] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 62/ S.W. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s. 51
[7] J. Ochmański, Feliks Dzierżyński Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926, Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 44
[8] A. Gulbinowicz, O Feliksie Dzierżyńskim, Rycerz rewolucji, Moskwa 1965, s. 42-45
[9] A.A. Bajor, Krasnyj pomieszczik, http://www.magwil.lt/archiwum/2007/mag-1/stycz-8.htm, (odczyt z dn. 2.07.2013r.) A. Gulbinowicz, O Feliksie Dzierżyńskim, Rycerz rewolucji, Moskwa 1965, s. 42-45
[10] A.A. Bajor, Krasnyj pomieszczik, http://www.magwil.lt/archiwum/2007/mag-1/stycz-8.htm, (odczyt z dn. 12.03.2013r.)
[11] S.W. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskawa 1977, s. 82/ A. Chackiewicz, Feliks Dzierżyński, Studium biograficzne, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,  s. 33
[12] A. Chackiewicz, Feliks Dzierżyński, Studium biograficzne, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,  s. 32
[13] J. Ochmański, Feliks Dzierżyński Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926, Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 53, uzupełnione o F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s.8
[14] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 10
[15] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 18
[16] Z Pola Walki, Nr 5-6/1929r. Moskwa, s.8
[17] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 16
[18] A.A. Bajor, Krasnyj pomieszczik, http://www.magwil.lt/archiwum/2007/mag-1/stycz-8.htm, (odczyt z dn. 3.06.2013r.)
 
Zdjęcie domu na Zarzecznej 10- dom z czasów Feliksa został zburzony. Na jego miejscu powstał ten na zdjęciu. Mieści się w nim restauracja i mieszkania na piętrze. 
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.