Palnął belfra w papę i wyleciał ze szkoły

rozdział IV
 

Pod koniec XIX wieku system szkolny w imperium carskim był już bardzo przestarzały, niewydolny i równie niesprawiedliwy. Od 1887 roku zamknięto drogę kształcenia się dzieciom chłopskim i robotniczym, także jedynie dzieci ze szlacheckich lub zamożnych rodów mogły kształcić się w płatnych gimnazjach, w których jedynym językiem wykładowym za wyjątkiem religii, był rosyjski. Wraz z przyjęciem do gimnazjum, dzieci, oderwane od swoich rodzin, poddawane były propagandzie carskiego systemu. Przeważnie mieszkały na płatnych stancjach lub u dalekich krewnych i praktycznie od dziesiątego roku życia stały pod pręgierzem dorosłego życia. Dzieci robotników w tym czasie znajdywały pracę w fabrykach dokładając swoje mizerne zarobki do nędznego budżetu domowego, a dzieci arystokracji, którymi od urodzenia zajmowały się nianie pobierały domowe lekcje od suto opłacanych nauczycieli.
 
Kazimierz Dierżyński
Najstarsi bracia Feliksa, Stanisław i Kazimierz wyjechali już wcześniej do Wilna, gdzie uczęszczali do I gimnazjum męskiego, które znajdowało się przy ul. Blagowieszczienskoi 26 (Zwiastowania), obecnie Bolis Sryogos 10, będącego niegdyś wileńskim uniwersytetem zredukowanym, w ramach represji narodu polskiego po powstaniu listopadowym, do funkcji mniej znaczącej szkoły. Mścisław Dobrzyński[1], który uczęszczał do sąsiedniego, II gimnazjum opisywał tę szkołę jako konglomerat licznych budynków niezbyt przemyślanie ułożonych z licznymi przejściami i wewnętrzymi dworkami. Unosząca się ponad budynkami wieża przyozdobiona była freskiem przedstawiającym znaki Zodiaku. Wszystkie budynki otoczone były placem, na którym gęsto rosły drzewa dające uczniom cień w upalne dni. Przy dziedzińcu stroił się pieknymi kolorami kościoł świętego Jana. W okresie świetności uniwestytetu uczęszczali do niego Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, a także przyszły premier i minister spraw wewnętrznych, łysy mężczyzna z zadbaną broda i podkręconym długim wąsem- Piotr Stołypin. Józef Piłsudski zakończył swoją edukację w gimnazjum dwa lata przed wstąpieniem do niego Feliksa Dzierżyńskiego. 
 
W sierpniu 1887 roku wraz z rozpoczęciem roku szkolnego, rodzina Dzierżyńskich przeniosła się do Wilna pozostawiając majątek w Dzierżynowie pod opieką sąsiadów, ciotki późniejszego autora wspomnień z tego okresu, Feliksa Hołowacza. Ich spore połacie ziemi zostały ponownie wydzierżawione. Według umowy z sąsiadami, w zamian za dzierżawę, mieli dbać o dworek i ziemię oraz przywozić rodzinę Dzierżyńskich ze stacji Olechnowicze w okresie wakacji. Feliks Hołowacz wspominał, że kiedy przyjeżdżali, byli tak liczni, że nie mieścili się do wozu, dlatego dzierżawcy przywozili ich na dwa razy[2].
 
Feliks Zawadzki
Helena zamieszkała w Wilnie wraz z dziećmi u  swojej siostry Emilii Zawadzkiej w domu przy ulicy Zarzecznej 21[3]. Mąż siostry Feliks Zawadzki, będący człowiekiem majętnym, podobnie jak Januszewscy, wspierał finansowo gromadkę rozbrykanych Dzierżyńskich. Mieszkali tam do 1889 roku.
 
4 września rozpoczął się rok szkolny będący dla Feliksa nowym rozdziałem życia. Szybko okazało się, że nie było to miejsce, które mógł polubić. W gimnazjum od lat rozwinął się system donosicielstwa, szpiegostwa, poniżania i okrutnego traktowania dzieci przez nauczycieli. Szkoła słynna była też z tego, że panował tam bardzo surowy reżim i przesadna dyscyplina. W korytarzach szkolnych na ścianach i na drzwiach widoczne były napisy: „Rozmawianie po polsku surowo zabronione”.
 
Wjazd przez bramę do domu na Zarzecznej
Feliks szczególnie nienawidził dyrektora szkoły, pana Junickiego, który był człowiekiem bardzo ordynarnym, a o Polakach nie mówił inaczej jak tylko „zgniłe jabłka” czy „swołocz”. Z nieukrywanym zadowoleniem odgrażał się młodzieży, że „Jak będziecie kiedyś wisieli i podrygiwali nogami- dyrektor wileńskiego gimnazjum będzie patrzył na to[4]”. Za odezwanie się po polsku w szkole, jednego z uczniów w 1888 roku wyrzucono ze szkoły.
 
Pierwszy rok w szkole nie był dla Feliksa łaskawy, podobnie jak dla wielu innych dzieci, bowiem w gimnazjum tym przyjęto zasadę, że dzieci, które nie nadążają z programem bezwarunkowo nie dostaja promocji do klasy drugiej. Tak też było z Feliksem, który wyłożył się na języku rosyjskim. Języka rosyjskiego uczyła go od siódmego roku życia Aldona. Najwidoczniej nie było wystarczająco czasu, aby opanować ten język w sposób wymagany do sprawnego komunikowania się. Sama Aldona oblała egzamin w szóstej klasie z jezyka rosyjskiego, gdyż nie umiała poprawnie przetłumaczyć wyrażenia „studiennaja vada” sądząc, że znaczy ono woda ze studni. „Studiennaja” po rosyjsku znaczy galaretowata, natomiast studnia to „kolodiec”. Komisja egzaminacyjna słysznie uznała, że w jej domu mówi się po polsku i z przyjemnością oblała egzamin Aldony, co nie wywołało u niej entuzjazmu.
 
 
Wileńskie gimnazjum
Feliks ze wszystkich szkolnych przedmiotów najbardziej lubił matematykę i fizykę. Miał talent do przedmiotów ścisłych, natomiast przez pierwsze lata nie dawał sobie rady z rosyjskim będącym językiem wykładowym. Feliks w szkole nigdy nie był orłem. Z greki i rosyjskiego miał dwóje, z religii czwórkę, a z pozostałych przedmiotów trójki.
Nie odnajdywał się w świecie permanentnej kontroli i niekończących apeli, obchodów, rocznic. Każdemu rozpoczęciu roku szkolnego towarzszyła msza, 15 maja obchodzono święto Cyryla i Metodego. Uroczyście obchodzono urodziny i imieniny każdego z członków rodziny carskiej, a w 1888 roku szkoła brała udział w niekończących się obchodach tysiąclecia Rosji. 
 
W 1889 roku Feliks i jego bracia przeprowadzili się na stancję do domu nauczyciela klasy przygotowawczej do gimnazjum- F.M. Barsova, a potem do nauczyciela matematyki Pawła Pawłowicza Rodkiewicza. Niejako wypadało wówczas, aby dzieci zamieszkiwały na stancjach u nauczycieli, ponieważ miało to podnosić efektywność nauczania. Tak naprawdę służyło dwóm celom- dorobienia sobie do pensji przez nauczyciela i głębszej kontroli uczniów.
 
Dziedziniec gimnazjum
W roku szkolnym 1889/1890 o mały włos Feliks nie zostałby wyrzucony ze szkoły za bojkotowanie nauki języka niemieckiego, ponieważ do dyrekcji wpłynęło żadanie nauczyciela usunięcia go ze szkoły za liczne psoty na lekcjach i wbieganie do klasy nauki języka niemieckiego z krzykiem na ustach. Poprzestano na obniżeniu oceny na półrocze.
Młody, dwunasto- trzynastoletni Feliks Dzierżyński był szkolnym urwisem. Biegał po korytarzach, ciagle coś robił, ciagle o czymś mówił, wydawał się być dzieckiem z nadaktywnością ruchową. V.N. Sperański, rówieśnik Feliksa, który chodził do starszej klasy wspominał w swoich zapiskach spisanych w drugiej połowie lat dwudziestych: „Dokładnie widzę go teraz oczami duszy, widze dwunastoletniego chłopca, ruchliwego jak rtęć i drżącym niczym epileptyk. Blada, niedokrwiona twarz co chwila zmieniała grymas. Przenikliwy, przeszywający głos, jakby chorobliwie drżał. Szalony Feliks przez cały czas był na korytarzach jak huragan, hałasował, szalał, skandalizował[5]”. 
 
Feliks z mamą, Ignacym i Stanisławem
Jeśli wierzyć jego wspomnieniom, mały Feliś przedrzeźniał nauczyciela gimnastyki, porusznika Smilgina, który na lekcjach musztrował dzieci. Za karę znalazł się w kącie. Wpadł też w oko inspektorowi gimnazjum panu Jegorovowi, który po długim kazaniu pełnego wybuchów krzyku, zamknął go na trzy godziny samego w klasie.
 
W gimnazjum zaczęło się jego pierwsze życie towarzyskie z prawdziwego zdarzenia. Nowi koledzy, możliwości jakie zapewniało życie w mieście, powodowały, że szybko nadrabiał swe społeczne braki dziecka z odległej prowincji. O ile nie wykazywał się szczególnym talentem w nauce, tak w życiu swojej społeczności zajmował znaczące miejsce. Pomimo starań władz szkół gimnazjum męskiego i żeńskiego, by jak najdalej rozdzielić życie chłopców i dziewcząt nie dopuszczając do miłosnych konfrontacji, wiele dziewcząt skrycie wzdychało za przystojnym i atrakcyjnym Feliksem. „Był niesamowicie podobny do matki, Heleny Januszewskiej, kobiety wyjątkowej urody. Ta delikatoność arystokratycznych rysów twarzy, te przymknięte zielonkawe oczy, pięknie wkomponowane niewielkie usta w kącikach opuszczone w pogardliwym skrzywieniu. Młodzieńcze portrety przyszłego przewodniczącego WCzK nadzywczajanie podobne są do portretów młodego Rafaela: Dzierżyński był kruchy, niewieści, smukły jak słynne kijowskie topole [6]”.
 
Odskocznią od intensywnej nauki, od stresu związanego ze znienawidzonymi nauczycielami była pierwsza, szczeniacką miłość. Dziewczynka nazywała się Ania i uczęszczała do pobliskiego żeńskiego gimnazjum. Feliks i Ania korespondowali ze sobą wkładając liściki w buty, nieświadomego ze swej kurierskiej roli, wykładowcy historii Emiljana Elefevrievicza Pravosudowicza [7], który uczył w obu szkołach. Misternie uknuty, cwany, wydawałoby się idealny pomysł po dość krótkim czasie ożywionej korespondencji niestety legł w gruzach [8]. Nauczyciel odkrył zawartość swoich kaloszy i łączność listowna została zerwana. Przygoda miłosna, która zawiązała się w sposób dla nas nieznany, rozmyła się w niepamięci wspomnień pozostawiając jedynie okruszek zapisków. Całkiem możliwe, że to nie tajemnicza Ania skradła serce Feliksa, a Julia Goldman, z której bratem chodził do klasy.
 
 
 
 
 
Feliś uczęszczał na lekcje języka polskiego i polskiej historii, które były wówczas nadprogramowe i również wykładane po rosyjsku. W szkole był towarzyski, solidarny i wrażliwy na krzywdę słabszych. W szkole działało kilka nielegalnych kółek samokształceniowych, dzięki którym młodzież miała szansę indywidualnego rozwoju i nauki. Były one formą nielegalnej walki z rusyfikacją o tożsamość narodową, a pamięć o wielkich Polakach przemierzających wcześniej szkolne korytarze takich jak Adam Mickiewicz, Joachim Lelewel czy Ignacy Domeyko podsycały ogień ciekawości wiedzy.
 
Feliks przystąpił do jednego z nich, do katolickiego kółka Serca Jezusowego, o charakterze religijnym, zajmującego się także studiowaniem polskiej literatury i historii. Niesiony wirem romantycznych strof Mickiewicza, Słowackiego i Norwida, pewnego dnia wraz z nowymi przyjaciółmi postanowili wdrapać się na szczyt zarośniętej drzewami wileńskiej góry Gedymina, na szczycie której stał warowny zamek, a raczej jego pozostałości. W tym zaczarowanym miejscu, z którego aż po horyzont wspaniale widać było panoramę miasta, chłopcy przysięgali sobie walczyć ze złem świata do ostatniego tchu. Wciąż jeszcze wierzył, że zostanie księdzem. W jego krwi wciąż płynęła wiara płonąca ogniem chrystusowej miłości.
 
Góra Gedymina w Wilnie w początkach XX wieku
Nie łatwo było szkolnej machinie terroru Feliksa złamać i uczynić bezmyślnym, posłusznym i zawsze gotowym do przyjmowania narzucanego mu przez zwierzchników zdania. Z każdym rokiem coraz bardziej odczuwał niechęć i pogardę do swojej szkoły, budził się w nim bunt.
 
Zauważył nie tylko skrajnie nieprzychylne zachowania nauczycieli w stosunku do Polaków, ale także do innych narodowości. Widział też, że system niszczył biedniejsze warstwy społeczne Rosjan traktując je z identycznym okrucieństwem, jak Polaków.Po latach napisał o tym okresie: „…Kiedy wspominam lata gimnazjum, które nie ubogaciły mej duszy, a uczyniły ją jeszcze bardziej ubogą, zaczynam nienawidzić tego tresowania, który ma za zadanie wyprodukowanie tak zwanych inteligentów [9]”.
 
Tymczasem do świadomości Feliksa zaczęły dochodzić inne problemy, będące znacznie bardziej realne i donioślejsze w swej wadze niż humanistyczne rozważania, romantyczne marzenia, młodzieńcze zauroczenie czy szczeniacki bunt. Jego wrażliwość nie pozwalała mu przejść obojętnie nad niedolą i okrutnym wyzyskiem ludzi. Widział rosyjskie dzieci, które nie miały szans na edukację, cierpiały głód i nędzę. Widział wracających z pracy robotników zmęczonych wielogodzinnym wysiłkiem, wynędzniałych, bladych, brudnych i zrezygnowanych.
 
Obserwował wówczas niesłychany wyzysk proletariatu, na którego barki kapitaliści zrzucili rozwój przemysłu czerpiąc z niego niebotyczne zyski kosztem zdrowia i życia robotników. Robotnicze płace rosyjskiego robotnika były wielokrotnie niższe w porównaniu do jego zachodnich towarzyszy przy równocześnie znacznie dłuższym dniu pracy dochodzącym do piętnastu, szesnastu godzin na dobę i w o wiele gorszych i nieprzyjaznych warunkach. Nie istniały żadne organy administracji czy związki zawodowe, które mogły wstawić się za robotnikami. Rząd aprobował nieludzkie traktowanie klasy robotniczej, a jakiekolwiek oznaki buntu surowo karał zawsze stojąc po stronie kapitalistów.
 
Bezwzględnie karano więzieniem uczestników strajków i innych form oporu. Nawet kiedy ustanowiono w 1897 roku dzień pracy ograniczony do jedenastu i pół godzin, właściciele fabryk ignorowali zarządzenie, a władza udawała, że nie widzi problemu. W  zakładach pracy panował bardzo uciążliwy i drastyczny system kar, brak było podstawowych elementów wpływających na bezpieczeństwo pracy będących przyczyną wielu wypadków i w ich następstwie kalectwa lub śmierci  robotników. Nie było mowy także o ubezpieczeniach zdrowotnych czy emerytalnych. Robotnik pozbawiony pracy na skutek wypadku pozostawiany był samemu sobie, bez żadnej pomocy ze strony zakładu pracy. Zarobki robotnicze były tak niskie, że nie zapewniały godnego funkcjonowania rodziny. W fabrykach, co było normą, często w bardzo uciążliwych warunkach pracowały również kobiety, które otrzymywały połowę wynagrodzenia mężczyzn i dzieci otrzymujące jedną trzecią.
 
Warunki mieszkaniowe robotników były tragiczne. Niejednokrotnie w brudnych i gnijących grzybem norach, w jednym pokoju gromadziła się kilkuosobowa rodzina nie mająca żadnego zaplecza sanitarnego. Jeden pokój na jedną rodzinę był już robotniczym luksusem, częściej w takich pokojach mieszkały dwie i więcej rodzin. Normą było mieszkanie w wydzierżawionych koszarach, w których robotnicy spali w wieloosobowych salach. Jedno łóżko nie rzadko należało do kilku osób pracujących w różnym czasie. Wszechobecny bród, smród spoconych ciał, fekaliów wydobywający się z latryn mieszał się z zapachami sunącymi z kuchni, gdzie gotowano nędzne pożywienie. Z podwórza dobywał się wrzask bawiących się w błocie dzieci przeplatane z kłótniami dorosłych. Jedną z odskocznią od tego bagna jaką ludzie mogli sobie stworzyć, były ich własne marzenia rodzące się w fantazjach wielokrotnie zapite później tanim alkoholem.
 
Nie lepiej sytuacja wyglądała na rosyjskiej wsi. Skutkiem uwłaszczenia chłopów w przymierzu z suszą, nastała pamiętna klęska głodu w 1891 roku. Rząd wyasygnował 120 milionów rubli na pomoc dla czterdziestu milionów głodujących. Podstawowym pożywieniem dla nich był chleb wypiekany z plew, liści i suszonego nawozu. Tak „bogata” dieta owocowała natychmiast rozwojem chorób zakaźnych. Ponad połowa chłopów nie była w stanie wyżywić swoich rodzin skazując najbliższych na głód, cierpienie i śmierć. W ucieczce przed głodem ci, którzy już nie mieli nic do stracenia zmierzali do miast szukając zatrudnienia w rodzących się fabrykach. Tak było też w Wilnie, gdzie w ciągu jednego roku z 60 tysięcy mieszkańców, zrobiło się ponad 154 tysiące.
 
Najliczniejszą grupę ówczesnego Wilna stanowili Żydzi, a potem kolejno Polacy, Rosjanie, Białorusini, Litwini oraz Niemcy, Tatarzy i Łotysze. Taka różnorodność kulturowa, z którą stykał się Feliks Dzierżyński na co dzień, ukierunkowała jego przekonania w stronę internacjonalizmu, często mylnie odbieranego jako przeciwieństwo patriotyzmu. Lenin wyraził to w ten sposób: „Patriotyzm i internacjonalizm nie są przeciwstawne, wręcz odwrotnie, stanowią dwie strony tej samej wielkiej sprawy- efektywnego służenia pragnieniom i potrzebom narodów, ich najszerszych mas ludowych[10]”.
 
Internacjonalizm był wspólnym nośnikiem idei robotniczej robotników Francji, Rosji, Polski, Niemiec, gdyż wszędzie tam, gdzie byli robotnicy rozwijał się ucisk i wyzysk tej klasy przez bezlitosne środowiska kapitalistyczne tych krajów. Internacjonalizm ignorował przynależność do pokreślonej grupy narodowościowej, tym samym daleki był od nacjonalizmu. Dzięki idei tej propagowanej m.in. przez Włodzimierza Lenina, dzięki jego obronie prawa do samostanowienia narodów, a nawet do oderwania się i tworzenia niezależnych państw, zacieśniały się więzy pomiędzy robotnikami różnych narodowości, a w ich relacjach nie było miejsca na wrogość czy separatyzm.
 
STanisław Dzierżyński
Tymczasem w życiu Feliksa mijały kolejne lata. Każde wakacje spędzał w Dzierżynowie ciesząc się obecnością swojego rodzeństwa i ukochanej matki. Te chwile były miłą odskocznią od nielubianej szkoły. Niestety latem 1892 roku doszło tam do strasznej i bolesnej tragedii. W pobliskim lesie puszczy nalibockiej zginęła od strzału z broni palnej jedna z sióstr- czternastoletnia Wanda. Była ona częstą towarzyszką zabaw Feliksa. Feliks bardzo lubił bawić się z nią, gdyż chętnie podporządkowywała się mu i wykonywała polecenia już wówczas ambitnego dziecka o niebagatelnych talentach przywódczych.
W domu Dzierżyńskich była niewielka kolekcja broni, którą rodzeństwo, za pozwoleniem matki, zabierało udając się na polowanie na kaczki czy bażanty. Tego dnia Staś, Feliks i Wanda poszli do lasu. Stanisław nieopatrznie pociągnął za spust, biorąc swoją siostrę za leśnego zwierza. Efekt tego strzału był tragiczny.
 
Po latach wątek ten obrósł w wiele fantastycznych i równie niedorzecznych legend. Przypisuje się zabójstwo siostry Feliksowi, ale przeczy temu logiczne rozumowanie. Staś miał w dniu tragedii 20 lat, a Feliks dopiero 15, biorąc więc pod uwagę staranne wychowanie i odpowiedzialność dzieci, broń mógł na polowaniu trzymać jedynie Stanisław jako najstarszy z gromady uczestników polowania.
 
Tragedię tę odczuła bardzo boleśnie cała rodzina. Zniknęły wszelkie ślady Wandy, nie ma jej żadnego zdjęcia ani wspomnień, metryki ani aktu zgonu, jakby nastała zmowa milczenia czy wyparcie tej tragedii z pamięci rodzinnej. Ani Stanisław, ani Feliks, ani nikt z bliskiej rodziny nie powrócił później do tego bolesnego wspomnienia.
 
W tym samym roku, czyli w 1892 siostra Feliksa, Aldona wzięła ślub z Gedyminem Jerzym Bułhakiem, z którego związku na świat przyszło sukcesywnie sześcioro dzieci. W tym czasie również za mąż wyszła druga siostra Feliksa, Jadwiga poślubiając ziemianina, hrabiego Konstantego Kuszelewskiego. Z tego związku w 1895 roku urodził się syn Jerzy.
Aldona Dzierżyńska
 
Feliks z dziecka przemieniał się w młodzieńca, a doświadczenia ostatniego roku musiały bardzo mocno wpłynąć na jego dorastanie. Stał się poważniejszy, doroslejszy, znacząco poprawił oceny w szkole. Będąc już dużym chłopcem ukształtowanym w bezmyślnej wierze zabobonnego katolicyzmu. Od dawna marzył, aby zostać księdzem. W jego sercu palił się płomień patriotyzmu i pragnienia obrony wiary katolickiej, którą tak zawzięcie niszczył carat i rosyjska cerkiew.
 
Jego matka bardzo cieszyła się z wielkiej pobożności Feliksa i stawiała go innym dzieciom za przykład. Często Feliks zachęcał swoich braci i siostry do zmawiania wspólnie pacierza, co czasem bywało dla rodzeństwa irytujące, gdyż jedynie cienka nić dzieliła jego zachowanie od religijnej obsesji. Jego rozpalony patriotyzm, poczucie krzywdy narodowej i namiętna religijność paradoksalnie ukierunkowała jego przyszłość formując z niego rewolucjonistę i nieprzejednanego wroga kleru, religii i ówczesnego systemu.
 
Znaczący wpływ na religijność i pogłebienie nienawiści do caratu miała mająca miejsce w listopadzie 1893 roku masakra w Krożach, w niewielkiej mieścinie na Żmudzi. Był to jeden z najbardziej krwawych zmagań o katolicką wiarę w ówczesnych czasach, gdzie podczas obrony kościoła przed przebudowaniem go na cerkiew, zginęło z rąk carskiej policji 9 osób i 50 zostało rannych, a siedemdziesięciu chłopów publicznie dotkliwie pobito. Połowa z nich została skazana na więzienie, a czterech ludzi zesłano na 10 lat na Syberię.
 
Paradoksalnie, w procesie jaki odbył się po tych wydarzeniach, obok carskich prokuratorów, oskarżycielami byli także polscy księża katoliccy- Jastrzębski, Jawgiel i Możejko[11] kłamliwie oskarżając chłopów i bezpośrednio przyczyniając się do ich zesłania na ciężkie roboty. Makabra zabójstw i egzekucji była powtarzana mrożącymi krew w żyłach opowieściami wśród Polaków.
 
Feliks Dzierżyński około roku 1893
W 1894 roku dzięki przyjaźni m.in., ze szkolnym kolegą Michałem Goldmanem Feliks wszedł do zamkniętego, nielegalnego środowiska marksistów zafascynowanych ideą socjalizmu. Wiele z podobnych kół było głęboko zakonspirowanych w obawie przed konsekwencjami prawnymi. Feliks chłonął nową wiedzę, która go niezmiernie fascynowała, czytał trudną do zdobycia literaturę socjalistyczną. W tym czasie największe wrażenie zrobił na nim „Program Erfurcki” wieszczący zmierzch kapitalizmu i konieczność uspołecznienia środków produkcji. Według jego autorów- Kautskyego i Bebela należało dążyć do poprawy warunków pracy robotników w drodze ewolucji, ustanowienia ośmiogodzinnego czasu pracy i wprowadzenia powszechnego prawa wyborczego. Takie idee były niezwykle bliskie Feliksowi. Być może już wtedy zapoznał się z „Katechizmem rewolucjonisty[12]” Siergieja Nieczajewa, ponieważ jego dalsze życie wydawało się być prowadzone według jego reguł. Zagłębiał się w twórczość Puszkina, Lermontowa, Gogola, Niekrasowa, Sałtykowa-Szczedrin i wielu innych rosyjskich rewolucyjnych demokratów.
 
W tym czasie kościół katolicki prowadził szeroko zakrojoną akcję przeciwko wielu socjalistycznym czasopismom, takich jak wydawanych przez księdza socjalistę Stanisława Stojałowskiego „Pszczółka”, „Wieniec”, „Dzwon” czy leninowskiego „Naprzód” grożąc prenumeratorów ekskomuniką i klątwą. Dzięki wykradzionej liście prenumeratorów, z ambon wyczytywane były ich nazwiska srogo potępiając. „Na „wnętrzności miłosierdzia bożego" zaklinali lud, aby odrzucił precz od siebie te gazety: Zaklinamy was przez wnętrzności Miłosierdzia Bożego, abyście pisemek tych, które noszą tytuł «Nowa Pszczółka», «Nowy Dzwon», «Przyjaciel Ludu» i «Naprzód» nie czytali ani popierali słowem, ani pieniędzmi pod grzechem, i to nie tylko tych, ale i innych — gdyby w przyszłości na ich miejsce ze zmienionym tytułem i w podobnym duchu wychodzić miały. Gdyby zaś nadsyłano uparcie te pisemka, nie przyjmujcie ich albo oddawajcie je waszym Pasterzom. Łaska Pana Naszego, Jezusa Chrystusa, niech będzie zawsze z wami. Amen.[13]" Na młodych socjalistach te śmieszne odezwy i średniowieczne klątwy nie robiły żadnego wrażenia.
        
Tradycje rewolucyjnej walki socjalistycznej znane były już od kilku lat i coraz silniej umacniały się w umysłach robotników. W 1878 roku, powstała pierwsza organizacja socjalistyczna- Socjalno-Rewolucyjna Partia, której założycielami byli Ludwik Waryński i Ludwik Dulęba. Cztery lata później organizacja ta połączyła się z kilkoma mniejszymi zakładając rewolucyjną partię polskiego proletariatu- Proletariat. Wzywano do walki z wyzyskiem, powiększenia swobód i polepszenia bytu ekonomicznego robotników. Wydawano gazety, kolportowano prace Engelsa i Marksa, organizowano wieczory muzyczno-taneczne, z których dochód przeznaczony był dla towarzyszy i ich rodzin osadzonych w więzieniach, tworzono kuchnie, w których dla najbiedniejszych studentów wydawano posiłki za darmo.
 
W Petersburgu w 1886 roku doszło do demonstracji podczas kolejnej rocznicy pogrzebu pisarza Mikołaja Dobrulewa, która przerodziła się w protest przeciwko władzy.  Aresztowanie 150 demonstrantów, głownie studentów, wzbudziło pragnienie rewanżu zbrojnego. Główną rolę grała organizacja Narodnaja Wola mająca swoje korzenie w roku 1861, kiedy założono tajną organizację tzw. „narodników” mającą za cel wprowadzenie socjalizmu poprzez obalenie caratu w wyniku buntu chłopów. Pomiędzy jej założycielami doszło nawet do porozumienia o współdziałaniu z polskim Komitetem Centralnym Narodowym, jednak Polacy poprzestali na deklaracjach i sami ruszyli do zbrojnej walki w skompromitowanym Powstaniu Styczniowym. W 1878 roku organizacja przybrała nazwę Ziemlja i Wola. Po roku rozpadła się, gdyż każdy z jej liderów inaczej widział drogę do wolności.
 
Rodzina Uljanowów, pierwszy z lewej- Lenin
Narodnaja Wola, jako odłam zwolenników terroru rozbitej Ziemli i Woli przygotowywała zamach na życie cara Aleksandra III. Uczestnikami planowanego zamachu bombowego byli między innymi Aleksander Uljanow, starszy brat Włodzimierza Iljicza oraz Bronisław Piłsudski, brat Józefa. W wyniku nieprzewidzianych zdarzeń doszło do aresztowania spiskowców zanim zdążyli rozerwać wybuchem bomby cara na kawałki. W wyniku procesu sądowego ostatecznie stracono Aleksandra Uljanowa i czterech jego towarzyszy. Bronisław został zesłany na piętnastoletnią katorgę, a jego brata Józefa, którego rola ograniczała się jedynie do nieświadomego przywiezienia dynamitu do Wilna, administracyjnie skazano na 5 lat pobytu na Syberii. Aresztowanie i wyrok zakończyły jego karierę studenta medycyny na charkowskim uniwersytecie.
 
Ludwik Waryński
Również i na terenie Rosyjskiej Polski, jak nazywano polski obszar należący do Rosji, czyli Królestwa Polskiego, w wyniku carskich represji, aresztowano wielu działaczy Proletariatu. W 1889 roku zmarł w więzieniu Szlisselburskim Ludwik Waryński.
 
Niestety już w 1892 w skutek aresztowań organizacja przestała istnieć. Ci, którzy pozostali na wolności w tym samym roku założyli Polską Partię Socjalistyczną PPS. Jednomyślność założycieli nie trwała długo, gdyż spora część członków odrzucała narodowe inklinacje PPS. Niezgoda przyczyniła się do rozłamu w PPS, podczas którego m.in. Jan Rosół, Bronisław Wesołowski, Róża Luksemburg i Julian Marchlewski, odrzucając treści nacjonalistyczne, utworzyli w 1893 roku Socjaldemokrację Królestwa Polskiego- SDKP, której człon wywodził się z działającego od 1889 roku Związku Robotników Polskich i II Proletaratu.
 
Bronisław Wesołowski
Różnice programowe i wzajemna nienawiść partyjna pomiędzy PPS, a SDKP zaczęła rosnąc lawinowo. W następnym roku w sierpniu na Międzynarodowym Kongresie Socjalistycznym delegacja PPS, której przewodził Ignacy Daszyński, nie chciała usiąść przy delegacji socjaldemokratów reprezentowanych przez Różę Luksemburg. To infantylne, kabaretowe zachowanie PPS miało również miejsce na następnym Kongresie w 1896 roku, kiedy Róża Luksemburg wdała się w ostry konflikt z Józefem Piłsudskim w temacie niepodległości Polski. I właśnie w kierunku SDKP coraz odważniej zmierzały poglądy Feliksa biorącego udział w swoim katolickim kółku samokształceniowym zmierzając z głębokiej religijności wprost do idei socjaldemokracji.
 
Tymczasem życie Feliksa nabierało tempa. Już od czternastego roku życia udzielał korepetycji, a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczał na swoją organizację socjaldemokratyczną. Biedniejszych uczniów uczył za darmo. Jadwiga wspominała, że kiedyś poszedł do szkoły w nowych butach czy koszuli, a wrócił w innej, znoszonej i starej czy w dziurawych butach. Okazało się, że zamienił lepsze ubranie na gorsze z kolegą, którego rodzice nie mieli pieniędzy, by kupić dziecku nowe obuwie czy koszulę. Do rzadkości nie należały przypadki, kiedy oddawał swoje kanapki głodnym kolegom samemu nie zostawiając sobie nic do jedzenia.
 
Zainteresowania szkołą ustępowały miejsca jego zainteresowaniom politycznym, stawał się cenioną indywidualnością wyróżniającą się największym zaangażowaniem. Zapoznał się z deklaracją programową niemieckich komunistów zwarta w dziele Karola Marksa i Fryderyka Engelsa „Manifeście Komunistycznym”, którego spoiwem było ponadczasowe, internacjonalistyczne hasło „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Dzięki poznawaniu młodych i zbuntowanych marzycieli, ścieraniu się poglądów, jego przyjaźń z Michałem Goldmanem zaczęła się oziębiać, a ich ideologiczne drogi zupełnie rozeszły się w kolejnych latach.
 
Julia Goldman
Drugim pozytywnym aspektem tej znajomości było poznanie jego siostry Julii Isakownej i właśnie z Julią rozpoczął trwającą wiele lat miłosną relację. Dokładnie nie wiadomo, w jakich okolicznościach piękna czarnooka Julia związała się z Feliksem- nie ma na ten temat żadnych zapisków. Relacji tej przypatrywali się także jej bracia Borys i Leon działający w kołku socjalistycznym młodzi marksiści oraz ich druga siostra Zofia.
 
Feliks i Julia byli bardzo młodzi, a w duszy im grały wzniosłe ideały. Oboje mieli serca po lewej stronie, a oprócz sercowych uniesień łączyła ich przynajeżność do socjaldemokratycznego kółka. Feliks w wartkim potoku wydarzeń nie miał zbyt wiele czasu na koncelebrowanie miłosnych uniesień. Zewsząd otaczały go liczne panny w skrytości serca zafascynowane zbuntowanym Feliksem o płomiennych oczach.
 
Alfons Morawski
Wpływ na dalsze życie Feliksa Dzierżyńskiego mieli dwaj panowie, działacze socjaldemokratycznej partii Litwy, założyciel kółka socjaldemokraycznego Alfons Morawski (Alfonsas Moravskis) i mający za sobą bogatą historię zsyłek doktor Andrzej Domaszewicz (Andrius Domacziaviczius)- jeden z organizatorów Litewskiej Socjaldemokracji w Wilnie. Dzięki nim, w październiku 1895 roku został czynnym członkiem Litewskiej Socjaldemokratycznej Partii- LSDP, w której uczył się marksizmu i rozpoczął prowadzenie pierwszych kółek samokształceniowych wśród terminatorów w warsztatach i fabrykach.
 
Według Jerzego Ochmańskiego, autora biografii „Feliks Dzierżyński, nieustraszony rycerz rewolucji 1877 -1926”, bliski związek Dzierżyńskiego z LSDP kształtował się już od 1894 roku, co nasuwa się więc podejrzenie, że Dzierżyński nie tyle co wstąpił do partii, ale był jednym z jej założycieli. Feliks był bardzo zaangażowany w sprawy partii. Całymi nocami pisał odezwy i ulotki, które później drukował na hektografie w podziemiach kościoła bernardyńskiego, co było czasochłonne i wiele razy z tego powodu zarywał noce. Maria Wojtkiewicz Krzyżanowska, która brała udział w nocnym drukowaniu w podziemiach kościoła wspominała, że „Konspiracja drukarni zmuszała nas do niebywałej czujności nawet na każdy ruch, przysłuchiwaliśmy się każdemu szmerowi. Nerwy były naprężone. Wyraz twarzy Feliksa, kompletnie skoncentrowana, była wręcz uduchowiona [14]”.
 
Już w tym czasie budził podziw swoich rówieśników. Był dużo bardziej dojrzały, odpowiedzialny, wyróżniał się na tle wileńskiej młodzieży. Maria Wojtkiewicz Krzyżanowska wspominałą chwile, kiedy Feliks czytał dziewczynom z kółka samokształceniowego działa Timiriaziewa i Helperna, poezję Niekrasowa, Nadsona i Konopnickiej ukierunkowując zainteresowania młodych dziewcząt, zaszczepiając miłośc do poezji. Już w wieku szesnastu lat przeczytał dzieła Emanuela Kanta, Georga Hegla, Charlesa Darvina, miał więc rozległą i bogatą wiedzę, dzięki której znacznie łatwiej systematyzował swój świat.
 
Nosił wówczas partyjny pseudonim „Jakub”. Wyróżniał się wśród swoich kolegów talentem agitacyjnym, umiał doskonale nawiązywać kontakty z robotnikami i przejrzyście wyjaśniać zagadnienia w języku dla nich zrozumiałym. Na zebraniach nigdy nie przeciągał wypowiedzi, mówił krótko i zwięźle. Cechy te sprawiły, że bardzo szybko zaprzyjaźnił się z nowymi towarzyszami. Środowisko kolejarzy było pierwszym, w którym Dzierżyński odniósł niebywały sukces agitatorski. Był w ich kręgu bardzo poważany i lubiany. Andrzej Gulbinowicz, ówczesny robotnik zakładów kolejowych w Wilnie, tak wspominał ten okres: „Do pojawienia się u nas „Jacka” byliśmy bardzo słabi. On zaczął czytać nam broszury i je objaśniał. Spośród przeczytanych wówczas broszur pamiętam „Kto czym żyje” (S. Dicksteina- Z.F.) „Praca umysłowa wobec maszyny” (Paula Lafargue-Z.F.), „Program Erfurcki” i inne[15]”.
 
Miał mnóstwo energii i lubił, gdy słowa zamieniają się w czyn. Po jakimś czasie, w wyniku donosu szpicla do władz o nowym agitatorze wśród kolejarzy- „Jakubie”, którego żandarmi zaczęli gorączkowo szukać, postanowiono na zebraniu młodych robotników kolei, zmienić jego pseudonim na „Jacek”. Niestety to właśnie z tej społeczności pochodził jego pierwszy denuncjator.
 
Wileńskie gimnazjum
Ten rok był przełomowym dla niego. Uświadomił sobie, że jedynie klasa robotnicza ma wystarczającą siłę do walki z caratem i kapitalizmem. Ostatecznie w wyniku utrwalających się w jego sercu idei, porzucił swoje marzenia, by zostać księdzem. Po części dopomógł mu w tym zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz Jasiński, który stwierdził, że Feliks ma nieodpowiedni charakter do pełnienia tej funkcji, poza tym zbyt wiele zwraca uwagi na dziewczyny, a te wzdychając szaleją za nim. Feliks w stosunku do księdza podejrzewał, że dawno stracił swą wiarę  i ukrywał ten fakt. Już w wieku czternastu lat słyszał rozmowy dorosłych, którzy krytykowali nieobyczajne zachowania księży. W końcu porzucił religię katolicką dostrzegając w niej takie samo zagrożenie i zło dla społeczeństwa jak carat i kapitalizm. W kolejnych miesiącach koncentrował się na wielu dyskusjach z kolegami udowadniając, że boga nie ma, choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej deklarował, że jeśli boga nie ma to palnie sobie w łeb.
 
Przemiana Feliksa bardzo niepokoiła matkę, która była osobą bardzo religijną, a także siostrę Aldonę, która obawiała się, że rozwój Feliksa zmierza w złym kierunku. Drastyczne przemiany światopoglądowe nie były wówczas rzadkością. Feliks, w swym odkryciu, nie był odosobniony. Nadieżda Krupska wspominała robotnika Rudakowa, który pewnego dnia przyszedł do niej po wykładach podzielić się z nią swoją wielką ulgą. Otóż zmagał się z tym samym problemem co Feliks, a zrozumienie tego, że boga nie ma sprawiło u niego wielką ulgę: „…bo nie ma nic gorszego, jak być bożym niewolnikiem,- nie sposób się wykręcić, już lepiej być niewolnikiem człowieka, bo z człowiekiem można walczyć[16]”- powiedział robotnik Nadjeżdzie.
        
Równolegle w Wilnie działała bardzo prężnie PPS, w której znaczącą rolę miał Józef Piłsudski. Podczas dyskusji politycznych na temat przyszłej obecności na mapie Litwy, PPS opowiedziała się stanowczo: „Litwa jest i nadal pozostanie prowincją Polski”[17]. Z taką deklaracją nie mógł zgodzić się Dzierżyński uważając, że pojęcia takie jak ojczyzna, państwo są anachroniczne i zużyte, a podporządkowywanie narodów przez inne narody w perspektywie zbliżającej się rewolucji nie mogą mieć miejsca.
 
Feliks Dzierżyński doskonale sobie zdawał sprawę z zagrożeń, jakie niesie nacjonalizm w wydaniu PPS-u czy konserwatywnych endeków, dlatego zawsze w dyskusjach o nowym kształcie Polski stanowczo, zdecydowanie odrzucał i gromił argumenty narodowców i niepodległościowców udowadniajac, że ich wartości w nowoczesnym świecie nie mają racji bytu. Istotnym był ruch robotniczy, jego idea jednocząca ludzi wszelkich narodowości i socjalistycznych orientacji politycznych w celu stworzenia systemu przyjaznego człowiekowi, wolnego od wyzysku, nienawiści, wojen i bogactwa jednostek kosztem cierpienia i nędzy milionów.  
        
Jeszcze we wrześniu 1895 roku Feliks otarł się o Włodzimierza Uljanowa, który gościł w Wilnie, by nawiązać znajomości z tutejszymi socjalistami i zorganizować przerzuty i kolportaż nielegalnej literatury, w tym czasopisma „Robotnik”. Było to ważne wydarzenie w życiu wileńskich socjaldemokratów. Lawinowo wzrosła ilość kółek socjaldemokratycznych, zanotowano ogromne zainteresowanie marksizmem. Dzierżyński nie spotkał się z Leninem. Nawet nie podejrzewał, że za kilka lat stanie z nim ramię w ramię w rewolucyjnej walce na śmierć i życie.
 
W rodzinnym domu nic nie mówił o swojej działalności. Nie chciał denerwować matki ani żadnej ze swych ciotek. Pewnego razu usłyszał rozmowę ciotki Zofii z jej przyjaciółką, która krytykowała jego ojca Edmunda za to, że stworzył tak liczną rodzinę nie potrafiąc zapewnić im materialnej stabilizacji wymuszając na rodzinie pomoc Dzierżyńskim.
Feliks mając swoje własne sprawy do załatwienia już od miesięcy wymykał się niepostrzeżenie na strych oficyny ciotki Zofii, by tam drukować ulotki i odezwy do robotników. Często pracował tam do samego świtu. Wówczas zabierał wydrukowane materiały, cicho schodził do pokoju, przebierał się do szkoły i pod płaszcz lub sweter wkładał ulotki, by po drodze do szkoły roznieść je po fabrykach.
 
Andrzej Domaszewicz
Do domu czasami przychodził tajemniczy jegomość, kolega Feliksa, co do którego siostra podejrzewała, ze para się nielegalną działalnością. Był to wspomniany wcześniej doktor Andrzej Domaszewicz, który przynosił Feliksowi literaturę marksistowską. Od niego dostał małą książeczkę nieznanego mu autora nazwiskiem Uljanow pt. „Co to są „przyjaciele ludu” i jak oni wojują”. 
 
Domaszewicz, który był, jak to się wówczas mówiło, nielegalny, starannie ukrywał się przed policją, często zmieniał mieszkania, uważnie obserwował, czy nie jest śledzony. Imponował tym Feliksowi. Młodzi panowie chowali się gdzieś w kącie pokoju i szeptem prowadzili długie rozmowy. O tym, co robił na strychu Feliks nie wiedział nikt przez długie lata. Dopiero w 1914 roku, kiedy nad Wilnem pojawiły się niemieckie bombowce, sprzątano strych, odkryto zakurzone resztki hektografu.
         
Nie były to dla Feliksa łatwe czasy. Jego matka była już poważnie chora. Podejrzewano guza mózgu, który objawiał się obłędem na tle religijnym, a przecież nie było jeszcze toruńskiej rozgłośni. Wraz ze Stasiem, na początku września, przewiózł matkę z Wilna do Warszawy, a stamtąd do szpitala psychiatrycznego w Tworkach do kliniki doktora Rafała Radziwiłłowicza.
 
Profesor Rafał Radziwiłłowicz
Pod koniec września znów przyjechał do Warszawy. 3 października 1895 roku zdał relację siostrze bazgrząc potwornie na czterech stronach listu: „Droga Aldono i Gedyminie! Dawno do was nie pisałem. Darujcie mi to, bo albo nie miałem czasu albo nie byłem w usposobieniu, teraz już postanowiłem z Wami pogawędzić. Więc zostawiłem biedną Matuś w Warszawie; wkrótce po mnie, coś dwa czy trzy tygodnie, nie pamiętam dobrze, i Staś opuścił Warszawę. Powiada on, że nasza Kochana Mateczka wygląda lepiej lecz mania (nieczytelne słowo-Z.F.) prześladuje Ją ciągle. Gdy Staś żegnał się i powiedział, że wyjeżdża, Mama zapłakała, więc rozumie.Gdy ja wychodziłem, prosiłem by pobłogosławiła, spełniła mą prośbę.
 
 
Mam gorącą nadzieję, że Mama za jaki miesiąc, a w każdym razie do B.N.wyzdrowieje i na B.N zbierzemy się wszyscy, by przełamać z Nią opłatek. Ach, jaka to będzie radosna chwila, zapomnimy wtenczas o wszystkich niepokojach przeżytych i będziemy ją mieli przy sobie, jeszcze więcej ukochaną, jeszcze więcej cenioną. Tak żeby nie Mama, żeby nie miłość do Niej to człowiek formalnie nie widział by nawet przyjemności, ba, nawet potrzeby w życiu.Jak ja chciałem, żeby mnie nikt nie kochał żeby strata mnie (…) nikogo nie byłaby bolesną; wtenczas zupełnie mógłbym sobą rozporządzać, ale ja tam (niezrozumiały tekst- Z.F.)
Dzisiaj przyjeżdża babunia z Jody. Zamieszkała na stałe na Popławskiej. Staś zapewne będzie mieszkał z nią…[18]”.
 
Feliks okłamywał sam siebie, wiedział, że stan zdrowia mamy jest ciężki, ona zaś utwierdzała go w przeświadczeniu, że czuje się lepiej. Wszystko po to, aby nadzieja umarła ostatnia. Ponad osiemdziesięcioletnia Kazimiera Januszewska mocno przeżywała chorobę ukochanej córki. Postanowiła przeprowadzić się z Jody do Wilna i zabrać do swojego domu w Wilnie na ulicy Popławskiej 26 wszystkich wnuków, aby nie musieli mieszkać na pensji. Nie było to dla niej proste. Do czasu wyjazdu Stasia do Petersburga na uniwersytet jeden z braci musiał spać w korytarzu. Babcia Kazimiera spała w stołowym pokoju, gdzie znajdował
się stary kominek pamiętający czasy dzie
Dom babci Kazimiery na ulicy Popławskiej (Paupio) 26.
Fotografia sprzed kilkunastu lat
znaleziona w internecie. Obecnie dom nie istnieje.. 
ciństwa małych Dzierżyńskich. Wraz z nimi mieszkała też ciotka, Zofia Pillar. Mimo ciasnoty wszyscy byli szczęśliwi.
 
Dom na Zarzeczu, na ulicy Popławskiej jako jeden z nielicznych zbudowany był z drewna. Na ulicy dominowała murowana zabudowa, niskie, przeważnie piętrowe domy, czasem dwukondygnacyjne, niektóre połączone w szereg. Dom Kazimiery stał bokiem do ulicy, od której dzielił go wąski chodnik. Pozostala część podwórka odgrodzona była drewnianym płotkiem. Tuż na rogu domu przy ulicy rósł wówczas mizerny jeszcze klon, a obok niego stał drewniany słup elektryczny. Na ulicę wychodziły trzy okna uzbrojone w okiennice. Do środka wchodziło się najpierw przez furtkę w ogrodzeniu, a potem po schodkach z boku przez ganek. Z tej strony domu na świat patrzyły cztery okna również uzbrojone w okiennice. Za gankiem widoczny był spadek gruntu ukazujacy kamienną suterenkę. Dach pokryty był najprawdopodobnie gontem, nad którym górowały trzy kominy.
 
Dom Kazimiery z czasów Feliksa
Idąc od strony domu babci brukowana uliczka z wąskim chodnikiem lekko nachylała się pozwalając młodym nogom Feliksa nabrać rozpędu. Skręcał zaraz w prawo w kierunku mostku nad płytką i kamienistą Wilią której nurt czesał zaczepione do kamieni grzywy rzecznej roślinności. Biegł dalej Popławską, tym razem wąska uliczka lekko się wznosiła łukiem prowadząc prosto do skrzyżowania z ulicą Zarzeczną.
 
Niebawem znów napisał do Aldony i Gedymina list. Równie nieczytelny jak poprzedni. Napisał  w nim, że Staś dał mu do przesłania Aldonie 200 rubli. Wyraził nadzieję, że mama, jak bóg da, wyzdrowieje. Krótki liścik podpisał: Szczęsny.
 
26 listopada 1895 roku znów chwycił za pióro, by napisać do siostry już nacznie bardziej starannie, jakby ta zwróciła mu uwagę na nieczytelne pismo: „Droga Aldoniu! Wczoraj odwiedziłem naszą chorą w Tworkach. Od wielu tygodni stan jej ani trochę się nie poprawił, a zatem samo przez się można powiedzieć, że się nieco pogorszył, gdyz wskutek ciągłego zrzucania przymowanych pokarmów jest obecnie więcej osłabioną, chociaż na pozór zdaje się, że się nic nie zmieniło, bo wygląda tak samo prawie jak przed dwoma tygodniami. Dr Radziwiłłowicz funduje się na tych symptomatach robi przypuszczenie czy nie zaatakowany żołądek jakąś poważniejszą, niż katar żołądkowy, chorobą.
 
Z tego powodu jutra ma zrobić konsylium o rezultcie którego Mania zaraz zawiadomi Mamę. Ja dzisiaj niewracając już do domu prosti jadę do (niezrozumiałe), skąd w przyszłym tygodniu wracając wpadnę i na jeden dzień do Wilna. Prawdopodobnie będzie to we środę lub we czwartek. Przychodzi mi teraz myśl, czy nie dobrze byłoby, gdyby Staś w tych dniach pojechał do Tworek i choćby do mego powrotu zatrzymał się w Olesinku. Niezależnie od tego Mania w tych dniach odwiedzi chorą. Bardzo jest ważne znalezienie nieprawidłowego w żoładku, od którego teraz cały przebieg choroby zależy. Dr ciagle woła „tylko trawienia”, a reszta bagatela. Wczoraj w tym celu zawiozłem dobrego, starego wina, którego polecił Dr dostarczyć, chociaż niezależnie od tego wszystkich środków nie zaniedbują. W tej chwili kiedy to pisze jest 4 godzina w nocy, gdyż bardzo późno wróciłem z teatru, a o godz. 9-ej już muszę być na dworcu kolei. Może mi co w drodze przyjdzie na myśl to jeszcze dopiszę zanim oddam list na pocztę. A tym czasem serdecznie całuję rączki[19]”.
 
Ponownie przyjechał do Warszawy pociągiem w dusznym wagonie trzeciej klasy w grudniu 1895 roku i prosto z dworca pojechał do matki.  Zaraz po odwiedzinach Feliks napisał do
Feliks na przełomie 1895 1896
 Aldony: „Jak z Mamą, widzisz sama z listu. Staś wczoraj zaraz po odebraniu listu pojechał do Warszawy, zapewne w tych dniach otrzymasz od niego  wiadomości. Ja wczoraj telegrafowałem do Tworek, żeby odtelegrafowali jak z Mamą, bo sam też chciałem jechać, lecz odpowiedzi dotychczas nie ma, chociaż za odpowiedź zapłaciłem. Jesteśmy w niepewności, co konsylium zdecydowało; Staś zapewne do Saskiego hotelu zajechał[20]”  
W połowie miesiąca odwiedził Helenę w klinice mąż jej siostry Marii- Julian Grazewicz. Po wizycie, poruszony pogarszającym się stanem zdrowia Heleny, napisał wstrząsający list do Aldony: „Wczoraj byłem w Tworkach, z których wywiozłem mocno przygnębiające wrażenie. Nasza chora coraz jest słabszą, do tego stopnia, że przed dwoma dniami siostra Julia całą noc przy niej czuwała. Od dwóch dni, oprócz pomarańcz, nie przyjmuje; z tego powodu bardzo jest osłabioną. Trzeba być gotowym do przyjęcia starsznego ciosu, jeśli Bóg, który wszystko może, nie zechce go od nas oddalić [21]”.
 
Rodzeństwo w miarę możliwości starało się, aby zawsze ktoś z nich był przy mamie, aby nie czuła się samotna i opuszczona. Każdy też chciał z nia być, aby w obliczu śmierci najdroższej osoby wyrwać kilka chwil do kolekcji swych wspomnień. Każde z rodzeństwa wyczekiwało pozytywnych wieści od lekarzy, nawet najmniejsza poprawa zdrowia cieszyła. Byleby tylko była jakaś nadzieja.
 
W Wilnie i Babci Januszewskiej z Ignacym i Władysławem
Ale i z nadzieją było coraz gorzej. W jednym z listów do siostry Feliks, odnosząc się do listu wujka Juliana, napisał: „Po odebraniu tego listu Staś natychmiast pojechał wieczorem do Warszawy. Co to z tego będzie? To lepiej, to znów gorzej; teraz zupełnie tracić nadziei nie można, przecie i przedtem też było bardzo źle, ale jednakże poprawiła się. Prawda, że wujaszek napisał w takiej formie, że można przypuszczać nieszczęśliwą katastrofę. Nic pewnego nie może być teraz, miejmy jednakże nadzieję, że organizm Mamy silny przezwycięży chorobę. Ty Aldono, pamiętaj, że masz inne obowiązki, że musisz starać się dlatego, o ile sił starczy, nie poddawać się smutkowi. Nie do wytrzymania myśl, że może być nieszczęście takie, ja przez ten czas dowiedziałem się, czy jak Ją szczerze kocham, czy nie? Marzyłem przedtem o tym, aby już na Wigilię będziemy razem z nia już zupełnie zdrową, lecz niestety to tylko marzenia były, gorzka rzeczywistość świeci teraz w oczy… Co może słuzyć mi za pociechę? co? Powiedzcie mi Dla mnie jedynie tylko nadzieja, że jednakże Mama wyzdrowieje. W czwartek też pojadę do Warszawy[22]”.
 
Tym razem Feliks miał jeszcze inną rzecz do załatwienia. Został delegatem na konferencję nielegalnych kółek samokształceniowych, które odbywały się co roku w Warszawie. Nikomu z rodziny o tym nie powiedział.
 
Mieszkanie, w którym odbyła się konferencja należało do bogatego adwokata. Pomimo tego, że wszyscy delegaci uważali za konieczność walki z caratem, tak droga do realizacji tego zadania nie okazała się jednomyślna. Na konferencji zarysowały się spore rozbieżności, do głosu dochodziły nacjonalistyczne przekonania. Jego polityczny przeciwnik, Józef Dąbrowski, PPS-owiec będący na tej konferencji wspominał Feliksa jako krańcowo zajadłego w dyskusji, nerwowego młodego człowieka z poobgryzanymi paznokciami, ubranego byle jak. Mimowolnie rozśmieszał zebranych używając nieznanych w Warszawie słów czy słów o innym znaczeniu w Wilnie i w Warszawie. Ujmował za to serdecznością i uczciwością, choć potrafił też być nieznośny[23].
Uczeń VII klasy
W ostrej polemice Feliks zwracał uwagę na nierealność walki samych Polaków z zaborcą wskazując przykład ostatniego zrywu narodowego w 1863 roku, który okazał się wielką porażką. Przekonywał, mówiąc z wyczuwalnym napięciem i determinacją, że dzieło obalenia cara i kapitalizmu musi się dokonać rękami wszystkich robotników, niezależnie od narodowości czy wyznania. Dzierżyński nie przebierał w słowach, nie dbał o to, czy komuś nadepnie na odcisk, ripostował tak, jak kazało mu serce i jego przekonania.
Nie wszystkim się podobało tak stanowcze wystąpienie, gdyż doszło do awantury i syn właściciela mieszkania musiał interweniować przywołując wszystkich do porządku. W pokoju było gwarno, wszyscy na raz komentowali, część wyrażała swoje oburzenie. Kiedy już nie wiedział czy ma wyjść, czy zostać, głos zabrał uczeń ósmej klasy, Bronisław Koszutski, będący przedstawicielem kieleckiego gimnazjum popierając internacjonalistyczną myśl Dzierżyńskiego. Niestety mimo tego poparcia, a także poparcia jeszcze dwóch uczestników, reszta zebranych nie zgadzała się z takim pojmowaniem walki, jakim widział ją Dzierżyński. Skupieni wokół idei Dzierżyńskiego koledzy poczuli osobliwą więź, a- jak pisał po latach Koszutski- „Głęboka wiara w słuszność wyznawanej idei i wola do urzeczywistnienia głoszonych zasad, bezinteresowność i bezkompromisowość[24]” połączyła ich także na gruncie osobistym nawiązując wieloletnią przyjaźń.
 
Feliks spędził wiele czasu na rozmowach z Bronisławem poza konferencją. Opowiadał mu o swej matce, o której sądził, że nie wie nic o jego działalności. Mylił się. Matka od początku doskonale wiedziała o jego nielegalnych zajęciach, ale cały czas milczała. Prosiła go tylko, aby był rozważny.
 
Bronisław Koszutski wspominał, jak to pewnego razu Feliks zwierzył się mu, że przeżywa zawód miłosny. Powodem tego było, że jego sympatia zaszła w ciążę, jednak nie z nim. Gdy z Bronkiem spili się, Feliks śmiał się i żartował, że szkoda, że to nie on jest ojcem jej dziecka. Czy była to tajemnicza Ania, z którą kilka lat wcześniej przesyłał liściki w butach księdza- nie wiadomo. Długo po stracie ukochanej nie rozpaczał. Był bardzo żywiołowym młodzieńcem, szybko rzucił się w nurt rewolucyjnej pracy.
 
Odszedł stary, niezwykle ważny w jego życiu rok, pojawił się nowy, niosący ze sobą niewiadomą wydarzeń. Na początku roku 1896-ego,  14 stycznia odeszła Helena Dzierżyńska. Rodzeństwo było zdruzgotane śmiercią mamy. W ich sercach zagościła niewyobrażalna pustka i tęsknota. Helena umarła w wieku 46 lat, została pochowana w Wilnie na cmentarzu Bernardyńskim. Jej grób umiejscowiony niedaleko bramy wejściowej został otoczony stalową, wykutą barierką. Do środka wewnątrz prowadziła furteczka zamykana na kłódkę. W cementowej obwódce grobu nasypano ziemi, w której rosły kwiaty. Tuż przy niej stał ciemno szary pomnik zwieńczony krzyżem, a pod nim napis: „Ś.P. Helena z Januszewskich Dzierżyńska. Ur. 1849r. zm. 1896r. Pokój duszy Najlepszej z Matek”. Feliks nie był obecny na jej pogrzebie.
Grób Heleny Dzierżyńskiej współcześnie

 

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Feliks łudził się, że mama wyzdrowieje i znów, jak co roku zasiądą razem do wigilijnego stołu. Tak się nie stało. Ostatnie rodzinne święta z bliskimi, z choinką i prezentami minęły w grudniu 1894 roku w majątku babki w Jodze. Więcej już ich nie było. Od tego czasu Feliks nie miał nikogo na świecie tak bardzo bliskiego, stał się dorosły i postanowił wziąć życie w swoje ręce nie licząc się z opinią rodziny, ani najbliższej mu siostry Aldony. Postanowił przekuć swoją rozrywająca serce żałobę w jeszcze większe zaangażowanie w życie partii.
        
Był to bardzo trudny i zarazem pracowity okres w jego życiu. Na początku 1896 roku, kiedy jeszcze nie otrząsnął się po śmierci ukochanej mamy, SDKP wybrała Dzierżyńskiego do organizacji zjazdu młodzieży socjalistycznej Litwy, podczas którego postanowiono omówić sprawy związane ze zwiększeniem zakresu uświadamiania socjalistycznego, co w późniejszym czasie miało zaowocować napływem nowych członków i zainteresowaniem wielu kółek samokształceniowych. Dzierżyński doskonale orientował się już w świecie polskich socjalistów.
 
PPS w tym roku został zdziesiątkowany przez areszty policji. Poznał Ludwika Krzywickiego- socjologa, ekonomistę i utalentowanego pedagoga. Jemu zawdzięczali młodzi socjaldemokraci tłumaczenie pierwszego tomu „Kapitału” Marksa. W rozmowach z Krzywickim, Dzierżyński przewidywał powstanie rewolucji jeszcze za jego życia. Poznał jedną z sióstr Juliana Marchlewskiego oraz wielu innych działaczy, z którymi przyjdzie mu po latach współpracować.
        
Ludwik Krzywicki
W ostatnich latach gimnazjum Feliks coraz częściej popadał w konflikty z nauczycielami. Kilka miesięcy wcześniej, gdy jeszcze mieszkał na pensji, wychodząc z niej, spotykał jednego z nauczycieli- Mazikova, który zarzucał mu, że często wychodzi na miasto. Wówczas Feliks butnie odpowiadał, że wychodzi odwiedzić chorą matkę i swoich najbliższych. Zdarzało się, że Mazikov, którego przezywano Rakiem, wysyłał ucznia, którego sobie upodobał, a który będąc jego oczami i uszami, śledził Feliksa. Ten zaś, gdy zorientował się, że jest śledzony, biegł ile sił w nogach do swojej kuzynki Stasi Boruckiej zamieszkałej przy obecnej ulicy Lwowskiej, by zza firan obserwować pojawienie się szpiega. Po chwili żegnał się z bliskimi i przez kuchenne okno wychodzące na inna ulicę wyskakiwał, by po dachach i rynnach zejść na dół. Zakładał wtedy na głowę furażerkę, machał Stasi na pożegnanie i biegł dalej na spotkanie swojego kółka samokształceniowego.
 
Na dwa miesiące przed maturą, w kwietniu, doszło w gimnazjum do znaczącego
incydentu. Jak podawał Ignacy Dzierżyński, Feliks został oskarżony przez znienawidzonego nauczyciela rosyjskiego Mazikowa przezywanego „Rakiem” o kradzież książkiz biblioteki.. Młody i zbuntowany uczeń wszedł do pokoju nauczycielskiego i w obecności innych nauczycieli bardzo wzburzonym tonem wykrzyczał Mazikowowi w twarz, że niesprawiedliwe traktowanie uczniów zwiększa szeregi wrogów systemu i dodał: „Nie tylko ty, Miazikov, draniu, ale wy wszyscy, nauczyciele, okazaliście się łotrami[25]”.
 
Feliks Dzierżyński ok. 1896 rok
Powiedział też co myśli o szpiegowskiej atmosferze w szkole. Być może była to prowokacja ze strony nauczyciela dająca powód, aby pozbyć się buńczucznego ucznia, który przejawiał do tej pory zachowania opozycyjne wobec systemu, ale nie w takiej jednoznacznej formie, że było można na tej podstawie wyrzucić go ze szkoły. Nie mniej jednak, ostre wystąpienie Dzierżyńskiego było szokiem dla nauczyciela. W domu, kiedy opowiadał o zaistniałej w szkole sytuacji, nie mógł powstrzymać się ze śmiechu i był niesamowicie dumny ze swojego wystąpienia. Nie do śmiechu było jego ciotce, która była przerażona tym, że Feliksowi groził „wilczy bilet”.
 
Odmienną wersję zdarzenia podają autorzy innych wspomnień o Feliksie Dzierżyńskim. W jednym z nich Edward Sokołowski pisał: „Grupa uczniów rozmawiała w gmachu gimnazjum po polsku. Na to otrzymała reprymendę o „sobaczym języku”. Dzierżyński palnął belfra w papę i wyleciał ze szkoły z ‘wilczym biletem[26]”. Wersję tą przedstawił również Feliks Hołowacz co nie znaczy, że jest autentyczna.
        
Sytuację uratowała ciotka Feliksa, Zofia Pilar, która na prośbę Aldony interweniowała u dyrekcji szkoły, dzięki czemu Feliks dostał jedynie świadectwo ukończenia ósmej klasy. Feliks miał szansę kontynuować naukę, mógł zdawać maturę w innej szkole i dzięki niej mieć otwartą drogę do wyższej uczelni, ale sam zrezygnował z kontunuowania nauki w carskim systemie oświaty mimo niezadowolenia i protestów ciotki. Feliks nie zamierzał zostać studentem, wybrał drogę rewolucjonisty. Sam to potem uzasadniał: „Rozwijać się można i pracując wśród robotników, a uniwersytet tylko oddala od pracy ideowej i stwarza karierowiczów (zgubiłem źródło cytatu, przepraszam- Z.F.).
 
Ten incydent sprawił również, że dyrekcja gimnazjum złożyła doniesienie na policję o zachowaniu Feliksa podejrzewając go o wywrotową działalność. Zasugerowała również, że dwaj młodsi bracia Feliksa, są również politycznie podejrzani. Było to bezpodstawne oskarżenie, gdyż w żaden sposób politycznie zaangażowani nie byli.
        
Feliks Dzierżyński 1896 lub 1897
Zaraz po opuszczeniu szkoły, 2 kwietnia, Feliks wystąpił do zarządu policji w Wilnie o wydanie paszportu. Paszport z numerem 261 został mu wydany 13-ego kwietnia 1896 roku[27]. Dom na ulicy Popławskiej 26[28] stał się centrum łączności młodych rewolucjonistów. Baronowa ciotka Zofia, wbrew ówczesnej etykiecie nie chciała wiedzieć, kto i w jakim celu przychodzi do jej domu. Zdawała sobie sprawę z poczynań siostrzeńca, który był głęboko pochłonięty ideą zmieniania świata. Nie miała pojęcia o tym, że pod jej dachem Feliks przechowywał spore ilości nielegalnej literatury. Gdy tylko Feliks zebrał siły na nową drogę życia przeprowadził się do siostry Aldony mieszkającej pod adresem M. Margites 1.
W zapiskach protokołu policyjnego z przesłuchania Zofii Pillar von Pilchau z tego okresu : „Po śmierci matki Dzierżyński przeniósł się na mieszkanie do mnie i mojej staruszki matki, mającej 90 lat od urodzenia. Żył on u mnie od września 1895 do czerwca miesiąca 1896[29]”.


[1] I.S. Ratkowskij, Gimnazjalistki kochały się w nim po uszy. Wileńskie gimnazjum w życiu Żelaznego Feliksa 1887-1896, Najnowsza historia Rosji, nr 2/2004, s. 197
[2] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 45
[3] Obecnie ulica Użupio
[4] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 26
[5] I.S. Ratkowskij, Gimnazjalistki kochały się w nim po uszy. Wileńskie gimnazjum w życiu Żelaznego Feliksa 1887-1896, Najnowsza historia Rosji, nr 2/2004, s. 200 http://cyberleninka.ru/article/n/gimnazistki-vlyublyalis-v-nego-po-ushi-vilenskaya-gimnaziya-v-zhizni-zheleznogo-feliksa-1887-1896-gg To była lżejsza forma wspomnień Sperańskiego. W innym wydaniu zdemonizował dwunastoletniego chłopca zauważając w jego oczach diabelskie iskry i przypisując mu już w tym wieku sadyzm, co nie pozwala traktować go wiarygodnie. 
[6] I.S. Ratkowskij, Gimnazjalistki kochały się w nim po uszy. Wileńskie gimnazjum w życiu Żelaznego Feliksa 1887-1896, Najnowsza historia Rosji, nr 2/2004, s. 207 http://cyberleninka.ru/article/n/gimnazistki-vlyublyalis-v-nego-po-ushi-vilenskaya-gimnaziya-v-zhizni-zheleznogo-feliksa-1887-1896-gg
[7] Zofia Dzierżyńska twierdzi, że nie był to wykładowca literatury, a ksiądz.
[8] A.M. Plechanov, Ja vas ljublju, http://www.fsb.ru/fsb/history/author/single.htm!id=10362517@fsbPublication.html, (odczyt z dn. 12.05.2013r.)
[9] C.W. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s. 41
[10] J.Sobczak, Wspólpraca SDKPiL  z SDPRR 1893-1907, Ksiązka i Wiedza, Warszawa 1980, s.31
[11] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 27
[12] http://www.wrs.rdl.pl/?q=node/9 (odczyt z dn. 07.08.2013r.)
[13]J. Putek, Mroki średniowiecza, PIW, Warszawa 1985, s.46
[14] S.A. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s.54
[15] S.A. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s.48
[16] N. Krupska, Wspomnienia o Leninie, Książka i Wiedza, Warszawa 1971, s. 17
[17] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 30
[18] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 1-4
[19] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 4-6
[20] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok.10
[21] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 41
[22] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 12
[23] J. Teleszyński, Gorejący płomień, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1977, s. 29
[24] B. Krauze, Feliks Dzierżyński we wspomnieniach i wypowiedziach, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 91
[25] O.L. Gierasimov, Czekista siódmej kategorii. Feliks Edmundowicz Dzierżyński, http://www.e-reading.biz/chapter.php/91794/35/Lyahova,_Ostanina,_Gerasimov_-_Fantasmagoriya_smerti.html, (odczyt z dn. 20.11.2013r.) Ilja Siergiejevicz Ratkowskij podaje zaś, że w óczesnym czasie nauczycielem języka rosyjskiego był Ivan Grigorjiewcz Rak, a nie Miazikov, któremu Z.Z. Dzierżyńska przypisywała przezwisko „Rak”
[26] H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 50
[27]  J. Ochmański, Feliks Dzierżyński Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926, Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 27
[28] Obecnie ul. Paupio 26. W domu Zofii Pillar mieściło się muzeum poświęcone Feliksowi Dzierżyńskiemu w czerwcu 2011 roku dom będacy już w ruinie został podpalony, a resztki w 2015 roku zburzone. Obecnie nie ma po nim śladu.
[29] J. Ochmański, Feliks Dzierżyński Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926, Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 21
 
Zdjecia Alfonsa Morawskiego i Andrzeja Domaszewicza pochodzą ze stronyhttp://www.veidas.lt/seniausia-lietuvos-politine-jega
 
Zdjęcie Feliksa Zawadzkiego pochodzi ze strony https://www.geni.com/people/Feliks-Zawadzki-h-Rogala/6000000009111521380
 
Zdjęcie Ludwika Waryńskiego pochodzi ze strony http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Ludwik_Wary%C5%84ski
 
Zdjęcie Rafała Radziwiłłowicza pochodzi ze strony https://pl.wikipedia.org/wiki/Rafa%C5%82_Radziwi%C5%82%C5%82owicz
 
Zdjęcie Ludwika Krzywickiego pochodzi ze strony https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludwik_Krzywicki
 
 
 
 
Reszta zdjęć pochodzi z mojego telefonu, którym fotografowałem zdjęcia  z książek, które służyły mi do ogarnięcia tematu, a inne po prostu podpierdoliłem z internetów, bo i tak wartość mają zerową, bo nikt za nie złotówki nie dałby. . 
 
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.