Figlarz Feliś

rozdział III
 
Koniec sierpnia 1877 roku był niezwykle upalny. Helena Dzierżyńska, mimo zaawansowanej ciąży nie dawała sobie taryfy ulgowej. Pod wieczór, jak zwykle pochłaniały ją domowe obrządki- przygotowywała kolację mężowi, karmiła gromadkę malutkich dzieci. Nie wiadomo kto pozostawił otwartą klapę w podłodze prowadzącą do piwnicy pod domem. Być może była to pomagająca Dzierżyńskim w obejściu stara chłopka Marfa, może ktoś inny? Helena zapewne niosąc coś przed sobą nie zauważyła otwartego włazu i wpadła z impetem do piwnicy. Z pomocą wołającej o ratunek Helenie przybiegli Edmund i Marfa. Razem zanieśli potłuczoną Helenę do łóżka. Wypadek ten wywołał u najbliższych nieopisaną trwogę. Obawiali się, że upadek zagrozi ciąży.
 
To zdarzenie jedynie przyspieszyło poród, a mimo obaw lekarza i najbliższych, we wtorek, 30 sierpnia (11 września)) 1877 roku na świat przyszedł przedwcześnie Feliks, którego imię znaczy szczęśliwy. Swoje pojawienie się na świecie objawił gromkim płaczem. Marfa, która odbierała poród, położyła malca koło matki. Dziecko było wątłe, słabe, a wspomnienie śmierci Witoldka napawało grozą, że historia może się powtórzyć.
 
Dlatego już 4 września, w pięć dni po narodzinach, zapewne w obawie o stan zdrowia chłopca, w małym, drewnianym kościółku w pobliskim Derewnie, odbył się chrzest małego Felisia- jak go nazywano w domu, podczas którego na drugie imię dostał- Szczęsny[1].
Tak do końca nie wiadomo, czy imię nadano mu z uwagi na szczęśliwe narodzenie, czy po prostu, tak jak w wielu rodzinach, nadawano imiona dzieciom na cześć członków rodziny. Idąc tym tropem Feliks dostał swoje imię po wujku Zawadzkim, podobnie jak jego brat Ignacy po dziadku.
 
Dzieciństwo małego rewolucjonisty, podobnie jak i jego rodzeństwa upływało w sielskim spokoju małej osady Oziembłowo nad malowniczą, krętą rzeczką Usą będącej dopływem stalowoniebieskiego Niemna. Obok skromnego, tonącego w zieleni dworku leżącego tuż nad rzeczką znajdowało się spore podwórze, wokół którego znajdowały się stajnia, obora, chlewnie, szopa, odryna do przechowywania zboża, ziemianka, piekarnia, a nad studnią górował okazały, skrzypiący leniwie żuraw.
 
Na horyzoncie rozpościerały się bory sosnowe Puszczy Nalibockiej, przetykane licznymi dworkami szlacheckimi z gankami upięknionymi starymi dębami. Było też wiele bielonych chłopskich chat z dachami krytymi słomianymi strzechami. Wokół niebieskiej wstążki Usy, błyszczały złociste piaski, zieleniały łąki, srebrzyły się tataraki i błękitniały lny. Gdzieś w oddali swoją łysiną z białego piasku chwaliła się niewielka górka. Na nieurodzajnej ziemi malowały się łąki, którymi dostojnie przemierzały czerwonodziobe bociany szukające żab kryjących się w licznych rowach i sennych kałużach.
 
Rzeczka Usa
W roku 1880 na podwórzu rozległy się chroboczące dźwięki piły, łomoty siekiery i stukanie młotów. Na niewielkim, słonecznym wzgórzu otoczonym z trzech stron ścianami nalibockiego boru powstawał nowy, piętrowy dworek, do którego w tym samym roku cała rodzina wprowadziła się urządzając pachnące drewnem pokoje. Front domu wychodził na polanę, którą leniwie przecinała kapryśna rzeczka. Stary dworek, nękany wylewającą wiosną Usą został rozebrany. Już od wielu lat jesienią i wiosną było w nim wilgotno, a każdej kolejnej zimy trudniej było go ogrzać. Edmund pragnął postawić dom murowany, ale nie pozwalał mu na to skromny budżet. Gęste lasy dostarczyły budulca, praca okolicznych chłopów, którzy ciosali kolejne bale ścian, nie była droga, tym bardziej, że nie traktowali tej budowy zarobkowo, ale jako pomoc swemu szanowanemu sąsiadowi i przyjacielowi. Prace szły szybko i sprawnie.
 
Wokół domu królowała natura. W ogrodzie i przed domem rosły sosny. Nie było wysypanych żółtym piachem alejek czy przystrzyżonych krzaków nadających szlachecki splendor zagrodzie. Wokół domu rosła gęsta, puszysta trawa, po której dzieci chętnie biegały na bosaka. Na piętrze były trzy pokoje, z których środkowy należał do Feliksa. W tym też roku posiadłość przemianowano na Dzierżynowo. We wspomnieniach Feliksa zachowały się jedynie obrazy lata, spędzone na zabawach z rodzeństwem i swoimi rówieśnikami z okolicznych gospodarstw. Próżno szukać wspomnień z mroźnych zim w jego biografii. W jakiś przedziwny sposób nigdzie nie ma o niej zapisków, jakby zmroziła wszelkie wspomnienia okrywając zimnym puchem zabawy na śniegu. Dorosły, trzydziestosiedmioletni Feliks sam to przyznał wiele lat później w jednym z listów do swej ukochanej siostry Aldony.
 
Kiedy Feliś miał cztery lata, mama, z którą był szalenie związany i w nią zapatrzony, do której zawsze odnosił się z wielkim szacunkiem, zaczęła uczyć Felisia czytać. Leżał wówczas na brzuchu oparty o łokcie i dukał swoje pierwsze sylaby. Gdy miał pięć lat, znał już na pamięć obszerne fragmenty Pana Tadeusza, kilka wierszy Słowackiego, kilka opowiadań i bajek. W późniejszym okresie uczył się francuskiego i rosyjskiego, a także gry na pianinie od swojej siostry Aldony. Był bardzo zdolny i z łatwością przyswajał wiedzę. Miał świetną, wręcz nadzwyczajną pamięć i zapowiadał się na bardzo inteligentnego i wrażliwego chłopca. Był też szczególnie wrażliwy na piękno przyrody, nigdy też nie pozwalał znęcać się czy źle traktować zwierzęta.
 
Jego siostra Jadwiga wspominała po latach, że już w dzieciństwie Feliks odznaczał się wielką uczciwością, nigdy też nie kłamał. W relacji Aldony, Feliks był wówczas bardzo grzecznym, zdyscyplinowanym, łagodnym, pilnym, delikatnym i wrażliwym dzieckiem. Miał łagodną, zamyśloną twarz, jakby gdzieś błądził w marzeniach, miał delikatne dłonie, długie, wąskie palce. Chłonął otaczający go świat i opowieści o nim.
 
Feliks uwielbiał kąpać się w rzece, łowić ryby i raki, a także jeździć konno. Jego starsi bracia, wbrew zakazom rodziców, często porywali pasące się na łące konie, dosiadali je i gnali czym dalej od spojrzeń dorosłych. Feliks nie chciał być gorszy od swych braci, również wskakiwał na nieosiodłanego konia, lecz rzadko kiedy udało mu się odbyć konną przejażdżkę- robił to tak nieporadnie, że częściej lądował na ziemi niż udało mu się ruszyć w pogoni za rodzeństwem. Pomimo tego, że z takich eskapad wracał zawsze potłuczony, był bardzo zadowolony ze swoich prób bycia dorosłym.
Na skraju Puszczy Nalibockiej
Uwielbiał stary dąb za odryną nad rzeczką Usą, gdzie spotykał się z rodzeństwem podczas licznych zabaw. Szczególnie upodobał sobie łowienie raków. Wówczas zbierał je do wiaderka i zanosił mamie, która je bardzo lubiła i przyrządzała z nich wspaniałą potrawę dla wszystkich domowników. Latem dzieci biegły nad rzekę i kapały się w niej. Czasami któregoś z nich trzeba było ratować przed utonięciem, ponieważ w rzece było wiele zdradzieckich wirów- wówczas wszystkie dzieci ruszały na pomoc tonącemu.
 
Feliks lubił też chodzić na grzyby i na jagody do lasu, których było całe mrowie. Dumny był potem z siebie, kiedy wszyscy zajadali, uzbierane przez niego i przygotowane przez mamę, smaczne pierogi z jagodami. Po latach z zażenowaniem wspominał uważając to za wielką niesprawiedliwość, że dorośli zabraniali dzieciom chłopskim wchodzenia do lasu należącego do jego rodziny. Tym bardziej uważał to za okrutne, gdyż wielu jego kolegów i koleżanek pochodziło z domów okolicznych chłopów, widział, jak ciężko im się żyje, jak są wyzyskiwani, jak wiele pracują i jak niewiele mają. Rozeznawał się w podziałach, jakie wśród chłopstwa istniały, sam często starał się pomagać swoim biednym kolegom, aby mogli skończyć pracę wcześniej. Na nic to się zdawało, bo gdy dzieci skończyły jedna pracę, już czekała na nich druga i tak do późnego wieczoru miały cały dzień zapełniony obowiązkami. Bywało, że wypraszano go za bramę, aby nie mieszał dzieciom w głowach. Czasem słyszał dochodzący zza rogu świst bata i jęk cierpienia bitych dzieci. Być może wtedy po raz pierwszy wzbudził się w nim bunt przeciwko społecznej niesprawiedliwości? Być może wtedy poczuł zażenowanie z powodu własnego, tak zwanego, lepszego pochodzenia nie dostrzegając wytłumaczalnej podstawy stwarzania różnic społecznych, widząc w swych chłopskich przyjaciołach takich samych ludzi jak on. 
 
Do najciekawszych rozrywek należała zabawa w chowanego zwaną „pałka- stupałka”, w ślepą babkę, w echo. Feliks szczególnie upodobał sobie chodzenie na szczudłach, co było nie lada wyczynem, gdyż przejść potrafił na nich nad krową. Wielokrotnie był animatorem nowych zabaw z Wandą i Ignacym. Ścigali się kto dłużej przejdzie po płocien czy wyżej wdrapie się na wysokie drabiny do suszenia siana .Już wówczas, kiedy dyrygował maluchami, objawiły się jego talenty przywódcze. Pewnego dnia wszedł na dach, aby szybko spuścić się po rynnie. Rynna była stara i miała wiele zadr. Kiedy zjeżdżał po niej drobne kawałki metalu wbijały mu się w skórę raniąc sobie ręce i nogi, ale przezwyciężył ból i nie uronił łzy.
 
Nowy, drewniany dom pachniał leśną świeżością drewna i żywicy. Na dole był duży jasny salon i oszklony ganek z balustradą, gdzie suszyły się grzyby. W suterenie znajdowała się przestronna kuchnia, w której Helena przygotowywała smaczne potrawy dla jej ukochanych dzieci. Dom przepełniony był zapachem konfitur, grzybów i suszonych owoców przygotowywanych przez matkę.
 
 
We wspomnieniach rozbrzmiewa głos mamy zwołującej dzieci na obiad, które całą gromadą przybiegały rozwrzeszczane do salonu, gdzie przy okrągłym stole, na którym stał samowar, mama podawała posiłki. Feliks nie był niejadkiem, jedynie, kiedy dostawał kisiel owsiany tracił apetyt. Często wieczorami wraz z mamą i rodzeństwem siadywali na ganku patrząc przez okna na opadającą kotarę zmierzchu, a potem, wtulony w matkę, obserwował pojawiające się gwiazdy na bezchmurnym, czarnym niebie. Mama zawsze była obecna, zawsze blisko. Umiała znaleźć czas dla dzieci, czas na zabawę, rozmowę i naukę nawet kiedy gotowała w kuchni obiad, kiedy robiła przetwory czy też siedziała przy maszynie do szycia szyjąc ubrania dla dzieci i dla siebie.
 
Nowy dom rodziny Dzierżyńskich
Z dzieciństwa Feliksa zachowało się kilka wspomnień, jak chociażby to, jak jego brat Staś krzyknął nieprzyzwoite słowo, a siostry ze strachu, wstydu czy zgorszenia uciekły. Innym razem, kiedy jego siostra Jadwiga podśpiewywała po francusku „si tu m'aime” (jeśli mnie kochasz- Z.F.), dzieciaki skryte za drzwiami przedrzeźniały ją rycząc jak barany „meeee! meeee!”.
 
Przed Wielkanocą Feliks dokonał dość śmiałego i figlarnego czynu, który opisała po latach Aldona: „…kiedyś babunia rozpoczynając uroczyste krajanie wielkanocnej babki, ujrzała ku największemu swemu zdumieniu w środku tego smakołyku pustkę. Okazało się, że wnętrze wykroił figlarz Feliś przedostawszy się poprzedniego wieczoru po kryjomu do stołu wielkanocnego. Mimo to pierwszy otrzymał arcysmaczną skórkę [2]”. Jak wspominała Aldona, Feliks zawsze był skory do płatania najrozmaitszych figli, ale nigdy nie postąpił ordynarnie czy bezwzględnie.
 
Pewnego dnia, gdy Feliks miał sześc lub siedem lat, coś nabroił i matka mając nienajlepszy dzień, zirytowana przylała mu. Malec zareagował złością i płaczem. Uważał bowiem, że został skarcony niesłusznie lub niestosownie ostro do przewinienia. Wpierw płakał wniebogłosy, a kiedy łez już mu już zabrakło, uciekł pod etażerkę, gdzie siedział aż do zmroku będąc zły na cały świat. Wtedy przyszła do niego mama i przytuliła i ucałowała mocno. Wówczas popłakał się serdecznie wtulając w matczyne ramiona, a jego złość znalazła słodkie ukojenie. Dostał od mamy świeżą bułeczkę, którą niedawno upiekła i kostkę cukru, co wynagrodziło jego cierpienie. O tym zdarzeniu pisał Aldonie po kilku latach z siedleckiego więzienia w październiku 1901 roku.
 
Droga do młyna
Podobnie zachował się, kiedy pewnego dnia Aldona uczyła go francuskiego. Miał za zadanie przetłumaczyć pisemnie tekst z rosyjskiego. Ochoczo zabrał się do pracy. W pewnym momencie zajrzał pod spód kartki, co nie uszło uwadze siostry, która sądziła, że Feliś ściąga. Za karę kazała mu pójść do kąta. Na takie niesprawiedliwe traktowanie Feliks nie mógł sobie pozwolić. Zaczął tłumaczyć, kłócić się z Aldoną, uważał, że nie zrobił nic, co zasługiwało na taką karę. Rodzeństwo coraz głośniej przekrzykiwało się nawzajem, aż przyszła mama i swoją dobrocią i autorytetem namówiła go, by stanął na chwilę w kącie[3].
 
Takie sielskie życie na spokojnej wsi wśród szumu drzew i ptasiego śpiewu wkrótce uległo drastycznej zmianie. Ojciec Feliksa, Edmund, targany przewlekłą chorobą płuc, umarł w 1882 roku mając zaledwie 43 lata- w rok po urodzeniu się ostatniego z dzieci, Władysława. Już kilka miesięcy wcześniej jego pogarszający się stan zdrowia zapowiadał zbliżającą się tragedię. Na grobie Edmunda wyryto napis „Pokój prochom Sprawiedliwego”. Feliś miał dopiero pięć lat. Feliks nigdy później w swych wspomnieniach nie napisał nic o swoim ojcu. Nic w tym dziwnego, po prostu nie znał go i nie pamiętał. Jedyne wspomnienie Feliksa dotyczą odwiedzin grobu ojca na cmentarzu w Derewnie, na który dzieci zaniosły wcześniej przez sobie zrobione wianki wiązane z gałązek dębu. Przez wiele lat Feliks posiadał sygnet herbowy po swoim ojcu.
 
Joda
Rodzina Januszewskich po śmierci Edmunda bardzo wspierała córkę Helenę, która w dość młodym wieku została wdową. Dwoje z rodzeństwa, Ignacy i Kazimierz na stałe zamieszkali w ich posiadłości w Jodze. Mały Feliks już wtedy, podczas letnich odwiedzin rodzinnych zastanawiał się, dlaczego babcia tak źle traktuje chłopów, gdyż stary ogrodnik pracował od świtu w sadzie, koło domu i cały czas jej usługiwał, kiedy ona nie robiła nic.
 
Tam też, wyjeżdżały pozostałe dzieci w okresach świąt i wakacji. Do domu babci Kazimiery wybudowanego w 1849 roku prowadziła aleja obsadzona po obu stronach lipami, klonami i wiązami tworząc z czasem zadaszony tunel szpalerem rozłożystych drzew. Po lewej stronie pachniał sad pełen najprzeróżniejszych drzewek owocowych, po prawej podziwiać można było bajkowy widok łagodnych pagórków, u stóp których rozlewało się leniwie jezioro. Okazały, postawiony na solidnej murowanej podmurówce drewniany dom spoglądał na okolicę sześcioma dużymi oknami na dole i trzema półkolistymi oknami z tyłu wkomponowanymi w gont dachu i dwoma oknami od frontu. Za nim teren łagodnie opadał prowadząc do rzeczki wypływającej spod łopat drewnianego młyna. Po obu stronach domu zasadzono lipy, klony i wiązy towarzyszące domownikom podczas spacerów do młyna i nad jezioro.

 

Dom rodziny Januszewskich w Jodzie- widok współczesny
Do drewnianego, nie pomalowanego domu prowadziły szerokie acz nie wysokie trzy schody prowadząc do zadaszenia podtrzymywanego czterema solidnymi, drewnianymi filarami. Pokoje były obszerne, wysokie, zadbana podłoga lśniła się, w każdym z pokojów stał duży piec kaflowy siegający sufitu dający przyjemne ciepło w zimne dni. Obok domu stała lipa, która nazwana była lipą Feliksa. Sięgała ona okna umieszczonego z boku domu na strychu, dzięki której dzieci mogły swobodnie wychodzić z domu niezauważone przez dorosłych. Najbliżsi sąsiedzi byli znacznie oddaleni od posiadłości Januszewskich tak, że można było odczuć wrażenie, że jest to jedyny dom na świecie pogrążony w ciszy i sielskim spokoju wsi, choć do Wilna było niespełna 30 kilometrów.
Droga dojazdowa widok współczesny
Jeziorko w Jodzie - widok współczesny
 
Mały Feliks często gościł również w Mickunach, gdzie mieszkała jego ciotka, Zofia Pillar von Pilchau ze swoim mężem Stanisławem. Rodzina Pillarów mieszkała w niewielkim, nierzucającym się w oczy dworku położonym na skraju wsi. Obok murowanego domu było wiele solidnych budynków gospodarczych oraz niewielki park. Wokół domu wiły się kanały, w których woda pochodziła z lewego dopływu Wilenki- Skajsterki i które wpadały do stawów i z nich wypływały niesione rozpędem łopat solidnego, piętrowego, drewnianego młyna, który stał u wjazdu do wsi tuż przy stawie będącego własnością jednego z niewielu Żydów w okolicy. Dźwięk terkoczącego młyna towarzyszył mieszkańcom przez cały czas, zjeżdżali do niego chłopi zwożąc ziarna do mielenia. Młyn ten miał na wyposażeniu wszelkie potrzebne kamienie do mielenia zbóż, był bardzo nowoczesny i posiadał wiele imponujących i przemyślanych rozwiązań [4].
 
Droga prowadząca do posiadłości Pilarów (współcześnie)
Idąc od młyna skręcało się w prawo w ubitą drogę pod lekkim nachyleniem prowadzącą w dół koło rzeczki Skajsterki, po której w dni wolne i ciepłe pływały łódki, na których zakochani młodzieńcy zapewniali niezapomniane atrakcje swym wybrankom. Bywało, że rzeczka wylewała na pobliskie pole, wówczas mieszkańcy korzystając z okazji łowili ryby w cudownie czystej wodzie. W rzeczce było mnóstwo szczupaków, okoni, płotek, miętusów, pstrągów i innych gatunków ryb. Rzeczka biegła prostą linią, obok niej droga, przechodziło się nad kanałkiem i gdy mijało się nie wielki dom służby, już widać było boczną ścianę dworku.
 
Majatek Pillarów nie należał do wielkich, wszystkiego było nieco ponad 200 hektarów, był bardzo dobrze zorganizowany i przynosił spore dochody. Oprócz młyna w majątku był też tartak, kiermasz i dwie karczmy przynoszące dochód niezwykle pracowitym Pillarom- wpierw Aleksandrowi, a potem jego synowi, Stanisławowi. 
 
Dom Pilarów
W niedzielne, ciepłe poranki Helena Pillar, żona Aleksandra chadzała tą dróżką do kościoła ufundowanego przez jej męża. Witała się wówczas z mieszkańcami, podchodziła do dzieci i głaskała je po głowie uśmiechając się. Pilarowie byli bardzo lubiani i poważani we wsi. Aleksander nigdy nie zapominał o chłopach, wiele razy pomagał im, doskonale ich rozumiał, często szedł im na rękę, a gdy kupowali od niego ziemię, nie targował się, sprzedawał ją tanio. Zawsze przed zimą zbierał chłopów i wydawał im deputat na drewno, aby mieli czym się grzać w zimie.
 
Chłopi z Mickun i okolicznych wsi mieszkali w małych, jednoizbowych domach krytych słomą. Drugą część domu stanowił chlew. Ściany nie były bielone. Pozostawały brudne, wewnątrz okopcone. Rodziny skupiały się wokół pieca, który stał w centralnym miejscu domu. W różnych schowkach chowano młode kury, świnie i owce, co sprawiało, że powietrze w domach należało do tych bogatych w aromaty.
 
Kościół pod wezwaniem św. Jerzego[5] w Mickunach powstał z inicjatywy Aleksandra
Mickuński ryneczek i kościół ufundowany przez Aleksandra Pilara
Pillara w roku 1826. Wraz z budynkiem Aleksander podarował parafii trzy dziesięciny ziemi[6]. Budowla była bardzo solidna i skromna, jak skromny był sam Aleksander samemu będący ewangelikiem. Do niewielkiego kościółka ozdobionego dębowym ołtarzem prowadziły schody do zadaszenia podtrzymywanego przez cztery kolumny. Na potrzeby plebanii Aleksander oddał swój domek letniskowy, który położony był w głębi mickuńskiego lasu. Kazał go rozebrać i przenieść umiejscawiając na tyłach kościoła.
 
Podobnie jak w Jodzie i tu Feliks miał swoją lipę. Ale nie tylko on miał swoje drzewko. Miał je również Juliusz Słowacki, który w Mickunach spędzał letnie wakacje. Pod dębem[7] Słowacki pisał swe wiersze, często później wracał pamięcią do mickuńskich przeżyć zachwycając się urodą wsi i zapachami sianokosów, które w późniejszym życiu zawsze przypominały mu chwile spędzone w Mickunach. Posiadłość mickuńską zanim kupił ją Aleksander Pillar około roku 1815-ego należała do Augusta Becu- drugiego męża Salomei Słowackiej- matki poety. Stosunki między Salomeą, a Pillarami musiały być bardzo ciepłe, gdyż w roku 1826-tym pisała do Odyńca, że wysyła dzieci do Mickun na poświęcenie kościoła i
Jeziorko w Mickunach
ubolewała, że sama jechać nie może. Zatem Juliusz Słowacki musiał być na święceniu kościoła przez biskupa Antoniego Kulwiecia 12 października 1826 roku.
Okoliczni ludzie bardzo lubili Feliksa i złego słowa nie powiedzieli o nim nawet po latach. Doceniali to, że choć był ze szlacheckiego rodu, zawsze chętnie rozmawiał z chłopami, okazywał im szacunek i doceniał ich pracę. Często bawił się z chłopskimi dziećmi i parobkami, a gdy podrósł, rozmawiał z nimi o ważnych sprawach zupełnie poważnie.
 
Przetrwała historia z tego czasu, kiedy Feliś jadąc na mopedzie spotkał starego listonosza, Stanisława Czebatula. Widząc zmęczenie na twarzy staruszka, zaoferował się, że sam rozwiezie po wsi listy prosząc, aby starszy człowiek sobie odpoczął. Listonosz, pomimo tego, że był niezwykle sumiennym pracownikiem poczty, jakby został zahipnotyzowany, uległ namowie Feliksa i przekazał mu listy. Później, przez jakiś czas zamartwiał się obawiając się, że jakiś list mógł nie zostać doręczony. Okazało się, że niepotrzebnie się martwił[8].
                                        
 Feliks Dzierżyński około roku 1885-ego
Ze znacznie późniejszego okresu pochodzi też historia jak to Feliks Dzierżyńśki wracał z Mickun kierując się do Ławryszek, gdzie mieszkała jego siostra cioteczna Stasia Bogucka. Po drodze spotkał gromadkę dzieci idącą wzdłuż drogi. Zatrzymał się i zagaił dzieci pytając, gdzie zmierzają. Dzieci odpowiedziały, że wracają ze szkoły. Wówczas Feliks wyjął garść kopiejek z kieszeni i rzucił na ziemię. Dzieci poderwały się do zbierania monet, przekrzykiwały się i podbierały sobie pieniądze nawzajem. Jedne zebrały więcej, inne mniej. I kiedy wszystko zebrały, Feliks poprosił, by je oddały i przeliczył czy się kwota zgadza po czym dzieląc kopiejki po równo dla każdego z nich powiedział, że jak zbudujemy komunizm, wszyscy będą mieć po równo. Inną filozofię i stosunek do ludzi prezentował Juliusz Słowacki, który wspominał, że „raz w Mickunach stojąc na łące przy koszących ludziach wyjąłem jakiś srebrny pieniążek i dałem chłopowi, który wszystkich wyprzedził[9]”.
 
Dzieciństwo Feliksa bardzo silnie wiązało się z jego matką i najstarszą z sióstr, Aldoną. Matka często wieczorami w blasku lampy naftowej opowiadała dzieciom historie związane z dawną świetnością Polski, jej heroicznymi epizodami i klęskami powstań. Szczególnie utkwiła w pamięci młodego Felisia, opowieść o Konstantym Kalinowskim bohaterze Powstania Styczniowego, straconym przez Michaiła Murawiewa, który przed śmiercią krzyknął do zgromadzonego tłumu- „Nie ma szlachty! Wszyscy równi!”.
 
Malowidło dzierżynowskiej sielanki
Matka opowiadała o prześladowaniach caratu również na tle religijnym, który siłą zmuszał innowierców, w tym katolików czy unitów do udziału w mszach prawosławnych. W obronie wiary katolickiej zginęło w tym czasie represji wiele ludzi. Feliks i jego rodzeństwo było wychowywane w bardzo patriotycznej i zarazem martyrologicznej atmosferze, w której ważną rolę odgrywała religia katolicka. W tym czasie zaczęła kiełkować w małym Feliksie nienawiść i bunt przeciwko zaborcy. Ociekające krwią historie, obrazy nieszczęść ludzkich zapadły głęboko w sercu małego Feliksa, dziecka niezwykle wrażliwego. Marzył o tym, aby uczestniczyć w walce ze znienawidzonymi Moskalami.
         
Matka Feliksa była najważniejszą kobietą w jego życiu. Po odejściu ojca miał tylko ją, od której uczył się otaczającego go świata. Matka była zarazem jego największym autorytetem. Wielokrotnie w swoich późniejszych listach i wspomnieniach opisywał matkę jako osobę, która dała mu życie, osobę o wielkiej mądrości i dobroci, od której nauczył się wrażliwości, która ukształtowała jego spojrzenie i rozumienie świata. Pisał o tym w liście do siostry z grudnia 1901 roku wylewając słowami swoją miłość do matki: „Błogosławię swoje życie i czuję w nim obecność i naszej matki i całej ludzkości Oni dali mi siły wytrwania pozwalające pokonać cierpienia. Nasza mama jest nieśmiertelna w nas. Ona dała mi duszę, włożyła w nią miłość, rozszerzyła moje serce zamieszkała w nim na zawsze…[10]”.
 
Nowy dom Dzierżyńskich. Aldona na bryczce,
otwarte okno do pokoju Feliksa
Do końca życia był też mocno związany ze swoją siostrą Aldoną. Była powiernikiem zmagań jego duszy, najdroższą przyjaciółką i najbliższą osobą pełną wyrozumiałości i troski. Kiedy Feliks nauczył się czytać, Aldona przygotowywała go do egzaminów wstępnych do gimnazjum i kiedy nadszedł ich czas, pojechała wraz z nim do Wilna dodając otuchy, wspierając i trzymając kciuki za jego powodzenie.
 
Dzieciństwo Feliksa Dzierżyńskiego nie odbiegało w swym charakterze od dzieciństwa innych dzieci pochodzących ze szlacheckich rodów. Podobnie jak w Dzierżynowie Feliks, tak Józef Piłsudski dorastał w pobliskim Zułowie w identycznej atmosferze przepełnionej goryczą klęsk powstańczych, w otoczeniu wierszy polskich poetów, bogatej historii państwa polskiego i pragnień niepodległościowych. W kolejnych latach te dwie, niezwykle silne osobowości stanęły niejako po dwóch stronach barykady. Historia w powszechnym rozumieniu odczuć kolejnych pokoleń zakłamie te postacie sprawiedliwie. Dokonania Józefa Piłsudskiego zostaną wyolbrzymione, a jego okrucieństwa zapomniane, natomiast w przypadku Feliksa Dzierżyńskiego dobro, które tkwiło w jego sercu ulegnie zatarciu, a obraz jego życia zostanie kompletnie sfałszowany. Nadszedł więc czas, aby spojrzeć na niego w zupełnie innym świetle.
 
Powoli kończył się świat błogiego dzieciństwa pod czułą opieką matki i siostry, czas bezpieczeństwa i bezwarunkowej akceptacji.


[1] K. Tarasov, Dzierżyński kontra Piłsudski, http://tarasau.com/ru%20statii%20dzerrzynski.html, (odczyt z dn. 18.11.2013r.)
[2] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 18
[3] O tym wspomnieniu Feliks pisał w liście do Aldony z 14 (27) grudnia 1902 roku
[4] Po wojnie młyn stał się częścią kołchozu, jaki powstał na terenie Mickun. Niestety nie zdecydowano się na jego odbudowę i rozebrano. Kolejny przewodniczący kołchozu uznał tą decyzję za fatalną. Niestety mimo prób przywrócenia młyna, nie udało się, wyposażenie zostało wywiezione, sprzedane lub splądrowane.
[5] Został przemianowany na kościół p.w. Wniebowzięcia
[6] Trochę więcej niż trzy hektary
[7] Niestety ani po drzewie Feliksa, ani Juliusza nie ma już śladu.
[8] A.A. Bajor, Krasnyi pomieszczik, http://www.magwil.lt/archiwum/2006/mww7/lpc-10.htm , (odczyt z dn. 10.05.2013r)
[9] M. Gajewski, Z dziejów Mickun i okolic, http://naszczas2002.tripod.com/033/gajews.html (odczyt z dn. 15.05.2014r.)
[10] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Pisma. http://protivpytok.org/sssr/antigeroi-karatelnyx-organov-sssr/dzerzhinskij-f-e/dzerzhinskij-f-e-dnevnik-zaklyuchennogo-pisma, (odczyt z dn. 24.10.2013r.), list z 4 grudnia 1901 roku.
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.