Kazimierz Dzierżyński

 
Historia życia Kazimierza Dzierżyńskiego to przepiękna i zarazem tragiczna opowieść o człowieku, który nigdy bohaterem być nie chciał. Dzieciństwo spędzał w rodzinnej posiadłości, jako, że w roku jego urodzin (1875), ojciec- Edmund Rufin Dzierżyński przeszedł na emeryturę i całą rodziną przenieśli się do Oziembłowa.
 
Kiedy udało mu się zdać maturę, wyjechał na studia w Akademii Weterynaryjnej do Dorpaty, miejscowości obecnie leżącej w Estonii. Nie były to łatwe czasy dla Polaków pod panowaniem carskiej władzy. Wszechobecne szykany polskości powodowały coraz większy bunt wśród uczniów i studentów. Również i tu w Akademii, Kazimierz oraz jego koledzy byli poniżani za swoje pochodzenie. Szczególnie dokuczał im wykładowca chemii- Konowałow. Nienawiść do nauczyciela spowodowała, że postanowiono dać temu wyraz policzkując wrednego profesora. Nie wiadomo jak, czy poprzez losowanie czy w inny sposób, akt ten przypadł do wykonania Kazimierzowi, który wcześniej przekonywał kolegów, aby zaniechać tego pomysłu.
 
Zaraz po tym, jak Kazimierz Dzierżyński dał w pysk nauczycielowi, został wyrzucony z uczelni i dostawszy wilczy bilet na naukę uniwersytecką na terenie całej Rosji, wrócił do Dzierżynowa. W jego aktach zapisano: „Kazimierz Dzierżyński wykluczony z grona studentów Jurewskiego Instytutu Weterynaryjnego wskutek niepoprawnego zachowania… nie powinien być dopuszczony do aktywności pedagogicznej i do ponownego przyjęcia w poczet studentów wyższych uczelni na całym terytorium imperium rosyjskiego [1]”.
 
Po krótkim pobycie na wsi wyjechał do Warszawy, aby tam kontynuować naukę w Szkole Technicznej będącej na prawach wyższej uczelni. Nie wspomniał nikomu o wilczym bilecie, nikt tego nie sprawdził, a nawet zaliczono mu rok studiów z Dorpaty. Perspektywy wydawały się pomyślne.
 
W Warszawie zamieszkał na stancji u pani Janikowskiej ze swoim sąsiadem z majątku Podgórze, który sąsiadował z Dzierżynowem, Witoldem Rutkowskim, z którym znał się od dziecka. Obie rodziny były bardzo zaprzyjaźnione. Wiódł bardzo skromne życie. Majątek Dzierżyńskich oddany był w tym czasie w dzierżawę, nie było pieniędzy z dochodów na tyle, aby zapewnić każdemu z członków rodziny wystarczające uposażenie.
 
Na wakacje przyjechał do Dzierżynowa lecz nie wrócił już do Warszawy na uczelnię. Został z niej wyrzucony, ponieważ wieść o jego wyczynie w Dorpacie dotarła do Warszawy. Wkrótce został też aresztowany, najprawdopodobniej, za składanie fałszywych zeznań i wprowadzenie w błąd instytucji. Siedział w więzieniu kilka miesięcy. Po wyjściu na wolność wyjechał do Niemiec.
 
Najpierw do Frankfurtu nad Menem, a potem do Karlsruhe, gdzie rozpoczął studia na Politechnice, w której, po ukończeniu, został jej pracownikiem. Przebywał też w Szwajcarii, w Genewie, dokąd jego siostra Aldona wysłała mu listy na adres: Kazmir Dzierzynski, Worderstrasse 71 IV. Pragnienia nauki Kazimierza nie dało się powstrzymać. Pomimo tak wielu trudności i przeciwności losu, dopiął swego.
 
W czasie studiów wynajmował mieszkanie u państwa Schiotti, którzy mieli córkę o imieniu Luccia, była ona o trzynaście lat młodszą od niego, wielce urodziwą, niewiastą. Wielka miłość jaka pojawiła się w ich sercach, zaowocowała ślubem. Według przekazów świadków, było to bardzo udane, wręcz idealne małżeństwo. Kazimierz pracował w Niemczech jako inżynier komunikacji w ministerstwie, wszystkie zaś wakacyjne urlopy spędzał wraz ze swoją żoną w Dzierżynowie.
 
Po siedemnastu latach pracy w Niemczech, Kazimierz zdecydował się przejść na emeryturę.  Wyjechał wraz z Luccią do Dzierżynowa, do rodzinnego domu, opuszczonego przez tragicznie zmarłego brata Stanisława, gdzie osiedli się na stałe. Tu cieszyli się wielkim szacunkiem sąsiadów, namiętnie czytali książki, słuchali radia, w tym ulubionych audycji rozgłośni wileńskiej. Dwa lata później rozpoczęła się Rewolucja Październikowa. Dzięki Feliksowi Dzierżyńskiemu trudne czasy rewolucji ominęły Dzierżynowo.
 
W 1939 roku tereny Dzierżynowa zajęte zostały przez wojska radzieckie. Do domu zawitali funkcjonariusze NKWD, Kazimierz poczęstował ich herbatą. Jeden z nich powiedział, że polska herbata jest nie dobra. „-Jeszcze zobaczymy, jaka u was będzie [2]”- odparł Kazimierz. Mieszkańcy pogodzili się z nowym ładem, przyjęli spokojnie nową władzę, która w wielkim chaosie starała się stworzyć nowe warunki społeczne.
 
Kłótniom o dzielone pola rozdawane chłopom trwały w nieskończoność. Aby przekonać Kazimierza do nowej władzy, zaproszono go do Mińska, aby pokazać stolicę Białorusi. Sądził, że nie wróci już z tej wycieczki, jednak mylił się. Niepotrzebnie żegnał się ze swoją żoną i sąsiadami. W tym samym roku rozpoczął pracę nad stworzeniem muzeum poświęconego jego bratu- Feliksowi Dzierżyńskiemu, którą przerwał atak Niemiec na Związek Radziecki. Czas do wypowiedzenia przez Hitlera wojny Związkowi Radzieckiemu był dość spokojny. Piekło zaczęło się wraz z przybyciem nacierających wojsk niemieckich.
 
W Dzierżynowie widziano często goszczących oficerów niemieckich zimą 1942-ego roku, jako, że Luccia była Niemką, choć z włoskiej rodziny. Zima była bardzo mroźna, dochodziło do temperatury minus trzydzieści stopni. Na wiosnę 1942-ego roku Dzierżyńscy przeprowadzili się do Iwieńca, małego miasteczka zamieszkałego przez ok. pięciu tysięcy mieszkańców, które Niemcy uczynili miastem powiatowym. Tam znaleźli mieszkanie w murowanym domu na ulicy Wojska Polskiego w pobliżu niemieckich koszar. Luccia została zatrudniona przez Gestapo jako tłumaczka, Kazimierz był tłumaczem w starostwie Iwieniec. Obydwoje aktywnie działali konspiracyjnie w AK.
 
W tym czasie okoliczna partyzantka dowodzona była przez porucznika „Świra”- Aleksandra Warakomskiego. O ile w czasach radzieckich była uśpiona i skupiona jedynie na gromadzeniu broni, tak w czasie hitlerowskiego terroru urosła w siłę. „Świr” nawiązał kontakt z Luccią. Zachowało się wspomnienie z początków współpracy w relacji ks. mjr Suwała, kapelana oddziałów leśnych AK: „Późnym popołudniem zapukałem do drzwi państwa Dzierżyńskich. W domu zastałem samą panią Łucję. Inżynier był nieobecny. Pani Łucja zaniepokoiła się moją wizytą, a kiedy wyjaśniłam jej cel moich odwiedzin i propozycję spotkania się ze „Świrem”, odpowiedziała, że jest to sprawa poważna i bardzo niebezpieczna i dlatego nie podejmie żadnych kroków bez porozumienia się z mężem. Wkrótce pojawił się inż. Dzierżyński. Pani Łucja przedstawiła mnie mężowi i natychmiast wtajemniczyła go w całą sprawę. Inżynier wyglądał na człowieka nerwowego, ale całą tajemnicę przyjął bardzo spokojnie, zapytując, czy jestem pewny, że ta sprawa nie jest prowokacją. Powiedziałem mu, że dr Grunberg uważa ją za „czystą". Nazwisko zrobiło swoje. Dzierżyński uniósł lekko rękę i zwracając się do żony wypowiedział mniej więcej te słowa: „No cóż, zgadzasz się? Bo ja tak [3].”
 
Dzięki swojej pracy Luccia miała dostęp do wielu ważnych dokumentów i planów jakie Niemcy snuli wobec miejscowej ludności. Dzięki temu poprzez męża ostrzegała ludzi przed aresztowaniem. Niemcy w tym czasie organizowali getto żydowskie, łapanki młodych ludzi przeznaczonych do wywozu do pracy w niemieckich fabrykach lub do pracy w podporządkowanej hitlerowcom białoruskiej policji. Luccia i Kazimierz organizowali wykup aresztowanych osób płacąc w różnej formie, a to samogonem lub żywnością pochodzącą z niedalekiego uprzemysłowionego majątku Chotów. Niestety nie zachowały się dane, ilu osobom Luccia i Kazimierz uratowali życie.
Dzięki informacji od Lucci, która dowiedziała się o planowanej akcji przeciwko partyzantom, na których trop siatki konspiracyjnej wpadło Gestapo z Mińska, udało się wszystkich ostrzec i cały oddział partyzancki ukrył się w lesie Puszczy Nalibockiej, gdzie stacjonowały już inne partyzanckie oddziały radzieckie.
 
Kilka miesięcy później do dowódcy partyzantów doszła wiadomość od Lucci, że żandarmeria i białoruska policja przygotowuje wielką akcje pacyfikacji ludności polskiej i żydowskiej i w tym celu zbiera siły skoncentrowane w garnizonie iwienieckim liczącym około pięciuset żołnierzy, z których część, głównie policja i cała straż pożarna, była zakonspirowanymi żołnierzami AK siłą wcielonymi do militarnych formacji.
 
Dokładnie 18 czerwca 1943 roku rozpoczął się atak na garnizon, w którym brali udział jedynie oddziały polskie. W mieszkaniu państwa Dzierżyńskich zlokalizowano sztab dowództwa. Niestety magazyny broni, które był również celem tej akcji zostały przez Niemców wysadzone w powietrze. Zacięta walka trwała osiemnaście godzin. Uwolniono z lochów wielu aresztantów i kilkunastu Żydów, zdobyto dwa działka przeciwpancerne, trzy ciężarówki i dwa samochody osobowe oraz 12 tysięcy sztuk amunicji kbk, konie, konserwy, beczki spirytusu. Po udanej akcji partyzanci wycofali się do lasu proponując Dzierżyńskim, by udali się wraz z nimi. Odmówili.
 
Niestety spokój nie trwał długo, jedynie dwa tygodnie, bowiem Gestapo przygotowywało akcję „Hermann” oznaczającą nic innego jak eksterminację ludności i partyzantki. Wiadomość o planowanej akcji przyszła oczywiście od żony Kazimierza. Na początku lipca Gestapo wpadło na trop działalności Lucci i aresztowało ją. Powodem wsypy był postrzelony pijany białoruski policjant należący do AK, Józef Sosnowski, przy którym znaleziono obciążające materiały. Pogrążyły one Luccię, która jeszcze kilka dni wcześniej ręczyła przed Gestapo, że partyzanci nie pochodzą z miasteczka. Siedząc w więzieniu starała się o uwolnienie przez wstawiennictwo krewnego, wysoko postawionego urzędnika niemieckiego. Odpowiedź od niego nigdy nie nadeszła. Luccia Dzierżyńska miała też wybór podpisania Reichsdeutsch listy, jednak odmówiła stanowczo twierdząc, że jest Polką. Została skazana na śmierć, a jej mąż Kazimierz, zaocznie, na obóz koncentracyjny.
 
Zakonspirowany pod fałszywym nazwiskiem Kazimierz ujawnił się Gestapo nie chcąc opuścić swojej ukochanej żony. W sierpniu 1943, jak podają naoczni świadkowie, Luccia i Kazimierz Dzierżyński zostali rozstrzelani trzymając się za ręce. Był  25 lipiec 1943 roku. Zaraz po rozstrzelaniu spalono dwór Dzierżyńskich, a bogata kolekcja starej broni i wielki księgozbiór został przez Niemców rozszabrowany. W domu znaleziono pamiątkową deseczkę z portretem słynnego brata, listy Feliksa do brata i bogatą korespondencję z partyjnymi organizacjami miejscowymi i krajowymi. Wszystko inne zostało zniszczone. Jedyne co zostało po nich to kilka ubrań, dwie srebrne łyżki i kartka napisana przez Luccię do służącej Jadwigi: „Kochana Jadziu! Giniemy oboje, ale żal mi Kazia, bo on ginie niewinnie...” Morderstwa na Dzierżyńskich dokonał Carl Savinol, kat Iwieńca. Razem z nimi zginęła łączniczka AK Stanisława Kurczewska. Kazimierz miał w dniu śmierci 68 lat.
 
Luccia i Kazimierz Dzierżyńscy zostali pochowani na cmentarzu w Iwieńcu. Do dziś na pomniku widnieje niezrozumiały napis pod nazwiskiem Kazimierza, że był rosyjskim partyzantem. Na grobie zawsze leżą świeże kwiaty[4].

[1]           S.W. Dzierzynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s. 93
[2]           A. Poczobut, Tam, gdzie urodził się Dzierżyński, http://wyborcza.pl/1,75477,15559318,Tam__gdzie_urodzil_sie_Dzierzynski.html, (odczyt z dn. 17.03.2014r.)
[3]           M. Suwał, „Boże coś Polskę” w Puszczy Nalibockiej, http://www.iwieniec.eu/AK/relacja_ks_Oro.htm, (odczyt z dn. 20.09.2013r.)
[4]           Opracowane na podstawie I. Kasta, „Łucja i Kazimierz Dzierżyńscy z Iwieńca”, http://kresy24.pl/31706/iwonna-kasta-lucja-i-kazimierz-dzierzynscy-z-iwienca/, (odczyt z dn. 19.09.2013r.) oraz M. Suwał, „Boże coś Polskę” w Puszczy Nalibockiej, http://www.iwieniec.eu/AK/relacja_ks_Oro.htm, (odczyt z dn. 19.09.2013r.)
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.