Celu dopiąć musimy

Rozdział LV
 
 

Dzierżyński wraz z Julianem Marchlewskim udali się przez Smoleńsk i Mińsk do Białegostoku. Mieli dotrzeć 30 lipca, jednak po drodze wydarzył się groźny wypadek- w pobliżu wsi Mericzi, niedaleko Grodna jeden z dwóch samochodów, którym podróżowali, wypadł z jezdni i dachował o ile można w ogóle mówić o dachowaniu cabrioletu. Podróżujący odnieśli rany. Kierowca Feliksa, który jako jedyny nie został wyrzucony z samochodu podczas wypadku, miał rozerwaną rękę i złamany obojczyk, Dzierżyński ranny był w udo i rekę. Na miejscu udzielono im pierwszej pomocy, a Tihomolov odwieziony został do szpitala w Grodnie. Samochód udało się postawić na koła i pojechać do szpitala. Tam odwiedził kierowcę Dzierżyński dopytując się o samopoczucie, życząc szybkiego powrotu do zdrowia, pozostawiając pieniądze i skierowanie na urlop do 1 października 1920 roku [1]. W wypadku znacznie ucierpiał Józef Unszlicht doznając złamania nogi.

W Białymstoku

Dopiero 2 sierpnia dotarł do Białegostoku Julian Marchlewski, a dzień później Dzierżyński i Kon. W siedzibie TKRP w pałacu Branickich padły pierwsze decyzje. Przede wszystkim należało zahamować rusyfikacyjne zapędy Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego pod przewodnictwem Oszerowicza i wojskowej komendantury Szypowa, którzy na terenach zajmowanych wprowadzili urzędowy język rosyjski i jidysz przyznając stanowiska urzędowe ludziom, którzy tymi językami władali. Należało jak najszybciej odwołać ich ze stanowisk. Szypowa natychmiast odwołano, a na jego miejscu pojawił się Polak, Mieczysław Łoganowski. Unieważniono rusyfikacyjne zarządzenia ustanawiając językiem urzędowym i wykładanym w szkołach język polski.

W tym czasie kierowca Dzierżyńskiego nie bacząc na przydzielony mu urlop, uciekł ze szpitala i udał się do Wilna, skąd pociągiem przyjechał do Białegostoku. Gdy dotarł na miejsce, Dzierżyński był przerażony jego wyglądem. Kazał mu bezwzględnie dokończyć leczenia i udać się do Mińska.

Pracy był ponad ludzkie siły. Dzierżyński stanowczo sprzeciwił się pomysłowi wysiedlenia polskiej ludności ze strefy przyfrontowej uznając takie postępowanie za bezzasadne i możliwe tylko w przypadku udowodnienia szpiegostwa. Kolejnym zadaniem była reforma służby zdrowia, gdyż funkcjonujące na zajętych terenach szpitale nie były w stanie nieść pomoc wielu rannym i chorym. Udało się namówić personel medyczny, aby nie ewakuował się z terenów zajętych przez Armię Czerwoną, jak zrobiła to spora grupa nauczycieli uciekająca w przerażeniu przed wojskami, o których w plotkach i sensacyjnych opowieściach słyszała same okrutne opowieści.

Wiele czasu zajął spór wśród członków TKRP nad podziałem ziemi obszarniczej. W swoim manifeście komitet deklarował zachowanie ziem włościan, jednak pazerność i apetyt polskiego chłopa rozzuchwaliła ludność do żądania przydziału i tej ziemi. Dzierżyński będący zwolennikiem przekazania ziemi obszarniczej małorolnym chłopom został przegłosowany. W tych okolicznościach Lenin uciekł się do rozwiązania, aby przekazywać chłopom jedynie część ziem. Pisał do Dzierżyńskiego: „Jeśli w guberni siedleckiej małorolni chłopi zaczęli zagarniać majatki, to bezwględnie trzeba ogłosić specjalną uchwałę polskiego rewolucyjnego komitetu, aby koniecznie dać część ziem obszarniczych chłopom i za wszelką cenę pogodzić małorolnych chłopów z robotnikami rolnymi [2].”

Polrewkom widząc zatrważającą sytuację w polskim szkolnictwie, postanowił wprowadzić bezpłatne szkoły powszechne, do których wstęp miałoby każde dziecko bez względu na przynależność klasową czy płeć. TKRP w lipcu 1920 roku przygotował dekret „W sprawie ochrony dzieł sztuki i nauki w dobrach ludowych”, lecz niestety nie został wprowadzony w życie, mimo, że bolszewicy apelowali: „...towarzysze robotnicy, bądźcie gospodarzami dobrymi, pilnujcie folwarków, które bierzecie w swój zarząd, bo to własność nie tylko wasza, ale całego narodu polskiego. Niech w waszych rękach wiernych nie marnuje się dobytek narodowy!...[3]”. Przestrzegano przed bezmyślnymi rabunkami i niszczeniem maszyn i inwentarza, grabieżą wierząc „głęboko, że za grzechy jaśniepanów i kapitalistów nie ucierpi nieszczęsny lud roboczy, że ustosunkujecie się do niego jak do brata, którego przemocą zmuszono prowadzić wojnę przeciw wam, i że w ścisłej więzi z nim poniesiecie dalej sztandar rewolucji...[4]”.

TKRP w swoich dekretach przyczynił się do wzrostu demokracji życia, nie mówiąc jedynie o zakładanych radach, ale o także o wprowadzeniu wolności słowa, stowarzyszeń, druku i sumienia. Zachęcano do tworzenia związków zawodowych i organizacji społecznych. Rozpoczął się proces odbudowy polskiego szkolnictwa i opieki medycznej dostępnej dla wszystkich. Absolutną nowością, rewolucyjną myślą kładącą kres hegemonii kościoła była Deklaracja o Wolności Sumienia wydana 13 sierpnia 1920 roku.

W konfrontacji z pałającym nienawiścią do bolszewików, często antysemicki kler, zachęcający do wojny, obrony przed bolszewizmem wypadał na tle nauk głoszonych przez Jezusa, jako kontynuator jego myśli, co najmniej niezręcznie. Julian Marchlewski wiedząc jak wiele konfliktów, wojen, nieszczęść w całej historii świata niesie dominacja jednej religii nad innymi pisał: „Swoboda wiary, wolność myśli, wolność sumienia jest podstawą wszelkiej wolności. Dlatego też obejmując władzę  kraju, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski za naczelną zasadę ogłasza:

Wolność wiary, religii i sumienia. Każdy ma prawo wierzenia według sumienia swego. Wszelkie zmuszanie do zmiany wiary, wbrew sumieniu wierzącego, jest zbrodnią. Człowiek może wierzyć bądź nie wierzyć, wierzyć tak, jak mu sumienie dyktuje, nie zaś jak dogmat lub kler nakazuje. Może wykonywać obrzędy religijne lub nie wykonywać. Może zmieniać religię lub zupełnie stać się niereligijnym.

Duchowieństwu nikt żadnej przeszkody w pełnieniu ich obowiązków czynić nie ma prawa. Korzysta ono z wolności sumienia na równi z innymi obywatelami. Ale z drugiej strony nie może być tolerowany gwałt i przymus w sprawach wiary. Do sumienia ludzkiego wtrącać się nie ma prawa ani kościół, ani cerkiew lub synagoga w osobie duchowieństwa, ani państwo przez swoich urzędnikó, ani żadne instytucje społęczne w jakikolwiek sposób. Gwałcacy to zasadnicze prawo każdego człowieka za wrogów nowego ustroju mają być uznawani [5]”.

Organizowano pierwsze, demokratyczne i wolne od burżuazyjnych wpływów ośrodki władzy, w których czołowe miejsce zajmowali polscy wybitni komuniści tacy jak Stanisław Bobiński odpowiedzialny za leśnictwo, Feliks Kon za oświatę, Bernard Zaks- Norski za przemysł. Starano się przekonać inteligencję- lekarzy, nauczycieli, urzędników, inżynierów do pozostania w miejscach zamieszkania.

Feliks Kon wdrażał podwaliny pod nowe szkolnictwo powszechne dostępne dla wszystkich niezależnie od pochodzenia. Do tej pory nauka w szkołach dla dzieci chłopskich i robotniczych ograniczała się jedynie do kilku klas szkoły elementarnej, ale i tak nieobowiązkowej. Jak pisał Feliks Kon opisując stan burżuazyjnego szkolnictwa, dalszą naukę dzieci pobierały w kościołach: „Ksiądz im prawił o konieczności pokory, o konieczności złożenia Bogu w ofierze swych krzywd, obiecując na tamtym świecie nagrodę i odszkodowanie za cierpienia doczesne.

(…) obawiano się, by lud nie przejrzał, by nie zrozumiał, iż „mniemane boskie prawo”, stary, odwieczny porządek ucisku milionów przez garstkę, jest li tylko wytworem tej garstki. (…) Nowy typ szkoły- to jednolita szkoła pracy. Jednolita, bo jednakowa dla wszystkich i dla wszystkich dostępna, a zatem bezpłatna i zaopatrująca dzieci w książki i pomoce naukowe, ubranie i jadło.

Do pracy wdrażają się w niej od dzieciństwa, od maleńkości wychowują się w poczuciu uszanowania pracy. W takiej szkole- nie masz podziału na uczniów na wyznania i narodowość. Taka szkoła nie uznaje również, iż kobiety są istotami niższymi, upośledzonymi, iż one mnie uposażone w wiedzę być mogą. Tego nowy ustrój nie uznaje. Szkoła na oścież jest otwarta i dla kobiety na równi z mężczyzną”.

Edukacja, czyli najważniejsza dziedzina życia stawiana była przez bolszewików na pierwszym i najważniejszym miejscu, bowiem od świadomości ludzi, od ich nauki, rozwijania talentów uzależniona była przyszłość kraju.

TKRP nie traktował tej wojny, jako konfliktu między narodami, a jako walkę klas. Rozumiał to Dzierżyński- Józef Unszlicht był odmiennego zdania. W wielu rozmowach z Unszlichtem Dzierżyński przekonywał o bezzasadności wprowadzania terroru w Polsce, co można odnaleźć w tekście Dawida Jakubowskiego: „okiełznał (Dzierżyński) rewolucyjny temperament Unszlichta przejawiający się w organizowaniu terrorystycznych zamachów w Polsce i w planowaniu wymordowania polskiego rządu (…) określając te akcje mianem zbrodniczych [6]

Rząd białostocki apelował do ludności, aby nie dochodziło do aktów bratobójczej zemsty na właścicielach ziemskich: „Jeżeli dziedzic nie uciekł, to należy go zaraz aresztować, odwieźć do najbliższego miasta i oddać w ręce miejscowego komitetu rewolucyjnego. Nie znęcajcie się nad temi wrogami waszymi, bo nie przystoi robotniko wi uczciwemu plamić rąk zemstą bezcelową. (…)

Jeżeli w folwarku został inwentarz, to trzeba koniecznie, żeby komitet fabryczny dopomógł wsi. Po sprzęcie na roli folwarcznej trzeba dopomóc włościanom sprzątnąć i zaorać ich pola. Bo zgoda być musi i pomoc braterska. Nie jak dotąd było, że dziedzic czynił jak ten pies, co lezy na sianie, a bydlęciu głodnemu siana ruszyć nie da. Przeciwnie! Wy, parobcy, bądźcie pomocni wsi. Dopomagajcie w uprawie, umówcie się z gromadą o pastwisko, dajcie wsi, która nie ma łąk, siana dworskiego, słowem- dopomagajcie im, czym tylko można.

Dworów nie burzyć. Przydadzą się. Jeżeli macie mieszkania liche i ciasne, to weźcie na mieszkanie dla siebie część dworu, oficyny i inne zabudowania. A gdy będzie można, to zaraz urządzajcie we dworze szkołę, szpital, miejsce na zebranie wspólne. Co wam niezbędne z dobytku: buty, przyodziewek, kożuchy, pościel wziąć można za ogólną zgodą, żeby nie było poswarek i kłótni. Co zbyteczne, tego nie ruszać. Jest fortepian, na przykład, to go zostawić na miejscu, z czasem wasze dziewczęta nauczą się grać, dla szkoły się przyda. Mebli też nie ruszać, przydadzą się na wspólny pożytek. Ksiązki i obrazy szanować. Tylko barbarzyńcy takie rzeczy niszczą.

Sadu i ogrodu pilnować. Gdy owoc dojrzeje, weźmiecie dla siebie i dacie dzieciakom do miasta. Drzew owocowych nie niszczyć. Jeżeli dotąd były dla panów, to teraz niech będą dla wszystkich. Niech nikt nie powie, że parobek polski wyniszczył drzewa przez długie lata pielęgnowane, bo to byłby wstyd wielki.

Zgody trzeba i karności. Panowie przez wieki starali się o to, żeby naród był ciemny (…) Dopiero, gdy który wałkoń jest niepoprawny, awanturnik lub złodziej zgoła, to go wypędzić na cztery wiatry, niech nie kala ogółu [7]”.

W sprawie jeńców wojennych zalecał czerwonoarmistom w odezwie do nich: „… Wzmacniajcie walkę z przejawami grabieży i gwałtów: czerwoarmista idzie do walki o wolność, a nie dla zdobyczy (…). Jeńców należy traktować łagodnie, otoczyć troskliwością koleżeńską polskich robotników i włościan. (...) Chwytajcie i prześladujcie nie szeregowych członków, lecz świadomych kontrrewolucjonistów, przywódców i naganiaczy czarnosecinnych i żółtych organizacji. Przejawiajcie więcej wnikliwości i ostrożności. Troskliwie oszczędzajcie fabryki, zakłady, folwarki i inwentarz przed rozgrabieniem i niszczeniem. Pamiętajcie, że rujnowanie folwarków (dworów pańskich)pozbawiłoby setki tysięcy parobków i bezrolnych włościan pracy i pogorszyłoby ogólne położenie żywnościowe Polski, nie dając w zamian chłopu żadnej korzyści. Pomagajcie polskim towarzyszom możliwie szybko zorganizować własne zarządy w miejscowościach oswobodzonych od wojsk jaśniepanów[8]”.

Jednakże te wszystkie odezwy okazały się zupełnie jakby były skierowane do ślepców i głuchych. Dzika nienawiść pokonała zdrowy rozsądek zarówno Polaków jak i w szeregach Armii Czerwonej. Notorycznie niszczono i plądrowano domy, pałacyki, sady, panowała bezkarna przemoc. Na nic się zdało nawet ogłoszenie rozkazu wydawania kary śmierci za akty gwałtu. Nie udało się powstrzymać eskalacji przemocy, o której Dzierżyńskiemu nie śniły się w najczarniejszych snach.

W tej sytuacji WCzK wydało oświadczenie: „Wszelkiego rodzaju szczucie jednego narodu przeciw innemu, i każde wezwanie do pogromów (żydowskich, łotyskich, tatarskich, gruzińskich i in.) będzie karane z całą surowością rewolucyjnych praw, konfiskatą całego mienia, zamknięciem w więzieniu i rozstrzelaniem pogromszczyków [9]”. Do represji doliczyć można rozformowanie własnych dywizji i rozstrzelanie 110 żołnierzy biorących udział w pogromach.

Pomimo tak trudnej sytuacji, Dzierżyński nie spoczął w swej pracy. Ogłosił nabór do polskiej Armii Czerwonej, prowadził liczne zebrania i wiece, wizytował obozy jenieckie, gdzie zajmował się pracą uświadamiającą, tłumaczył idee państwa robotniczo chłopskiego mając nadzieję, że kiedy wojska radzieckie wejdą do Warszawy, a potem pojawią się pod zachodnią granicą Polski, rozpocznie się długowyczekiwana rewolucja zalewając Europę.

Wkroczenie Armii Czerownej do Polski po przyjaznym przyjęciu na Litwie, stało się żyznym polem do popisu piłsudczykowskiej propagandy, która zapominając kto rozpoczął zbrojną napaść, ofensywę rosyjską opisywano jako próbę ponownego zaboru Polski wzbudzając nacjonalistyczne reakcje głównie wśród miejskiej młodzieży, studentów, którym wmówić swoje patriotyczne hasła było niezwykle łatwo. Litwini doskonale pamiętali walki zbrojne z Polakami w lecie 1919 roku, kiedy z powiatu sejneńskiego wyjechali Niemcy, a władze Litwy wykryły próbę przeprowadzenia zamachu stanu, za którym stała Polska. Nie uwierzono we wcześniejsze zapewnienia Piłsudskiego, że wojsko polskie przynosi im wolność i swobodę, ani w to, że Polska nie będzie w żaden sposób wtracać się do wewnętrznej polityki Litwy.

Wielki zryw patriotyczny ominął robotników i chłopów wymigujących się od poboru do armii mówiąc: „Niech do wojska idą panowie… my nie mamy czego bronić [10]”. Duże poparcie dla TKRP płynęło od chłopów i robotników folwarcznych, przeważnie analfabetów, którzy całe swoje życie spędzili pod butami panów, teraz zaś czuli, że ich los ma szanse się odmienić. Na zajętych przez Armię Czerwoną terenach nie dochodziło do politycznych wystąpień przeciwko niej. Nowa władza budziła ciekawośc i nadzieje, zwłaszcza, gdy rozeszła się wieść po okolicach, że małorolni chłopi otrzymają na własność część folwarcznej ziemi.

Julian Marchlewski pisał o tym:  „Nikt im (chłopom) brać ziemi nie chce. Przeciwnie, trzeba im dać. Trzeba z ziemi folwarcznej, gdzie tylko można, część oddać małorolnym…Najgorzej dolega włościanom brak łąk i pastwisk. Więc trzeba z folwarków wziąć tyle, ile się da, bez zniszczenia gospodarstwa folwarcznego i oddać chłopom. Na razie zaś trzeba z zapasów siana i innej paszy po folwarkach oddać , żywić bydło i konie chłopów [11]”.  Co więcej, Marchlewski objaśniał, że: „…nowy ład na tym polega, że chłopi- gospodarze zostają zwolnieni od wszystkich długów. Wiemy, jak lichwa żre chłopa, od tego ciężaru wolnym się staje. Ani rat bankowych, ani weksli czy innych długów chłop płacić nie będzie, zostają one wszystkie umorzone raz na zawsze [12]”.

 Takie, wydawałoby się, niewiarygodne obietnice polski Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski  zamierzał z całą stanowczością wprowadzić. Był to kuszący postulat zważywszy, że większość chłopów zadłużona była po uszy. Ostrożni chłopi czekali, wojna wciąż trwała i nie wiadomo było, kto w niej zwycięży. Słusznie obawiali się, że jeżeli szala zwycięstwa przeważy na korzyść burżuazyjnego rządu polskiego, wówczas represje, jakie ich dosięgną będą bardzo dotkliwe.

Zaobserwował to Dzierżyński pisząc do Lenina telegram: „Nastroje wśród kolejarzy, którzy pozostali, przychylne. Syp. Pracują (z) zapałem nad budową dróg. Stop.(W) rejonie Mławy, Włocławka nastroje wśród chłopów neutralne. Stop. Nastroje robotników Białegostoku wzniosłe. Stop [13]”. W tych trudnych dniach wielokrotnie zdażało się, że chłopi oprócz grabieży własności folwarcznej dokonywali na swoich dziedzicach mordów, a w miasteczkach mordowano dotyczasowe władze. Spora część organizacji PPS przeszła na stronę TKRP, tworzyły się komitety folwarczne dbające o zapasy płodów rolnych, maszyny i bydło oraz rady chłopskie będące przedwiośniem demokracji.

W sierpniu w Bobrujsku zaczęto formować pułk strzelców, w którym 136 osób było byłymi polskimi jeńcami wojennymi. Utworzono polski pułk kawalerii i dywizję artylerii, w których skoszarowani było ponad tysiąc żołnierzy przechodzących na stronę Kraju Rad. W jednym z telegramów do swojej żony Dzierżyński pisał: „Zakomunikujcie, czy rozwija się agitacja wśród jeńców, gdyż po mobilizacji jest to wasze najważniejsze zadanie [14]”. Jakby miał za mało zadań, pomagał również Siemionowi Arałowi w zdobyciu papieru do drukowania gazety „Armia Czerwona”, która wydawana była do tej pory na bardzo lichym papierze. Kilka rozmów telefonicznych, jakieś zapiski na kartkach i jego podpis umożliwiły zdobycie nawet dla zecerni nowych polskich czcionek.

Odezwy TKRP pobudziły chęci i energię do działania, spora część społeczeństwa zobaczyła sens we wspólnej pracy, zobaczyła jej cel. Okazało się, że mimo ciężkich warunków, braku sprzętów, narzędzi i koni pociągowych można razem sprostać zadaniom, coś wymyśleć i zrealizować zadanie. W jednej z wsi nie było koni potrzebnych do napędu maszyn, co uniemożliwiało omłócenie zboża i transport do młyna. Postanowiono zatem zaangazować wszystkich mieszkańców, w tym sklepikarzy żydowskich, którzy z pewnymi oporami zgodzili się wziąć udział w społecznej akcji. Tym, którzy nie chcieli się przyłączyć odpowiadano starą leninowską zasadą mówiącą o tym, że kto nie pracuje ten nie je. Siłą ludzkich mięśni napędzili maszynę.

W innym miejscu trzeba było odbudować most kolejowy. Do pracy zaciagnieto 1200 ludzi biernie ustosunkowanych do nowej władzy, głównie drobnych mieszczan, którzy protestując, krzycząc, tworząc niespotkany harmider nie byli w stanie zdyscyplinować się do pracy. Wówczas w pobliskich fabrykach robotnicy porzucili pracę i ruszyli do budowy mostu. Podzieleni na brygady przy wsparciu przez przybyłych specjalistów specjalnym pociągiem do układania torów, pracując na trzy zmiany, pokazali małym burżujom, w jakim tempie można zrealizować zadanie. Most rósł z godziny na godzinę. Na ten widok wielu niechętnych do tej pory obywateli widząc zaangażowanie robotników ruszyło z własnej woli z pomocą.

Nikt nie czekał na to, aż ktoś coś zrobi za niego, nie czekano na decyzje władz, przyznanie budżetu, organizację przetargu i całej tej biorokracji, która pożera siły i zniechęca. Władza sprawiła wyrażoną w czynach świadomość obywatelską, sens istnienia, budowania przyszłości, była otwarta na inicjatywy idące oddolnie. Takie zaangażowanie możliwe było dzięki zniwelowaniu podziału społecznego również wynikającego z wyznawanej wiary. Kwestią czasu było przyłączenie się uświadomionych mieszczan i niechętnej bolszewikom inteligencji do działania. Władza dała ludziom możliwości wierząc w ich kreatywność i talent każdego człowieka z osobna. TKRP zatroszczył się o odpowiednie regulacje odnoszące się do zapłaty dla ludzi pracujących na roli ustalając kwotę 800 marek rocznie płatną kwartalnie.

6 sierpnia Dzierżyński pisał do Lenina przedstawiając mu aktualną sytuację na froncie stale posuwającym się na zachód. Donosił o bezsilnej burżuazji, zamykaniu szkół, wciąganiu uczniów do Ochotniczej Armii, do której przyjmowane były nawet dzieci od 12-ego roku życia. Pomimo tego, że Ochotnicza Armia została przeznaczona na front wewnętrzny, wskutek tragicznego położenia polskich wojsk, jej część została wysyłana na front. Większość zaczerpnietych informacji pochodziła bezpośrednio od dezerterów z polskiej armii, którzy przeszli na strone bolszewików nie godząc się z agresywną wojną, dominacją polskiej burżuazji, odczuwając brak moralności w szeregach polskiej armii. Informacji dostarczali też polscy komuniści, wieści pochodziły też z polskich czasopism i gazet odkrywających plany rządu. Nie było podstaw, by nie czuć optymizmu.

Z tym optymizmem Dzierżyński myślał o nadchodzących rozmowach z polskim rzadem, na którym planował poruszyć sprawę uwolnienia polskich komunistów, którzy w przededniach natarcia zostali wywiezieni do odległego Poznania. Wierzył, że uwolnienie ich jest tylko kwestią czasu, a siła, jaka stała za jego plecami w postaci Armii Czerwonej i WCzK będzie wystarczającym argumentem do osiągnięcia celu.

Wiadomo już było, że także rząd skory jest na bezpieczną przeprowadzkę na zachód. Feliks przekazywał Leninowi nie mijając się z prawdą, że polska armia wobec nacierających sił radzieckich, oprócz poznaniaków, jest w stanie rozkładu, a dezercja panuje ogromna. Wysłani w szeregi armii polskich 2, 4 i 16-ej agitatorzy odnosili spory sukces. W wielu miejscach dochodziło do opóźnienia ewakuacji piłsudczyków zmuszając ich do pozostawienia zaopatrzenia i broni.        

Armia Czerwona śmiało posuwała się, wobec bezradnego wojska polskiego, naprzód. W tym czasie Wincenty Witos kpił sobie z wcześniejszych słów Piłsudskiego: „Piłsudski zapowiedziawszy, że może bolszewików bić gdzie chce i ile zechce, dał się natomiast bić bolszewikom na każdym kroku[15]”. Kilka dni później Armia Czerwona zajęła już Wyszków, do którego przyjechali działacze TKRP skąd mogli obserwować walki o Warszawę. Bliska obecność stolicy, w której Dzierżyński nie był od lat, która wiązała się z wieloma ważnymi epizodami jego życia, za którą tęsknił, wzbudzała w nim nostalgię.

12 sierpnia, w dniu, który według dyrektywy Kamieniewa miał być dniem zajęcia Warszawy, rozpoczęła się bitwa warszawska trwająca cztery dni. Trocki tak opisywał swoje obiekcje: „Po olbrzymim wysiłku, dzięki któremu 4 armja w ciągu czterech tygodni przeszła 650 kilometrów, armia ta mogła posuwać się naprzód już tylko siłą inercji. Wszystko zależało teraz od nerwów, a to są zbyt cienkie nici. Wystarczyłby jeden tęgi cios, aby wstrząsnąć naszym frontem i przekształcić jedyne w swoim rodzaju, bezprzykładne - co nawet Foch musiał przyznać - natarcie w katastrofalny odwrót [16]”.

Nacierające wojska dwudziestosiedmioletniego generała Michaiła Tuchaczewskiego doszły pod Radzymin. Kapitaliści, fabrykanci, możni stołecznego miasta Warszawy zostali ewakuowani, głównie do Poznania, pozostawiając resztę społeczeństwa na pastwę „barbarzyńskiej” jak opisywano, Armii Czerwonej. W samej Warszawie, kilka dni wcześniej ewakuowano w panice wszystkich przedstawicieli ambasad. Do obrony stolicy wcielono 150 tysięcy ochotników. W warszawskich kościołach gromadzili się ludzie modląc się o cud.

Generał Bolesław Roja, legionista, ulegając panice zwrócił się do Wincentego Witosa starając się go przekonać, żeby jak najszybciej porozumiał się z władzami Rosji Radzieckiej w celu rozpoczęcia rokowań pokojowych. Twierdził, że należy wypuścić z więzień, w geście dobrej woli, komunistów, gdyż wojna jest najpewniej przegrana. Sam Witos zanotował podczas przeglądu wojska w okolicach Nasielska: „…spotkaliśmy po drodze liczne oddziały wojska zdążające na front. Popatrzyłem się na nie. Mała tylko część żołnierzy miała na sobie kompletne, choć potargane mundury, co najmniej połowa była bez obuwia, idąc bosymi, pokaleczonymi nogami po ostrych, żytnich ścierniskach. Wielka ich część nie posiadała zupełnie płaszczy, na niektórych wisiały tylko resztki spodni, i innego ubrania. Natomiast wszyscy posiadali karabiny i naboje, a w rozmowie okazywali wielką pewność siebie i wiarę w zwycięstwo… [17]”. Obraz tragiczny obraz wojska nie dawał jednak nadziei na zwycięstwo.

Tymczasem Marchlewski, Dzierżyński i Kon dotarli do Wyszkowa, uroczego miasteczka nad brzegiem Bugu. Przez ostatnie kilka lat miasto uległo po wielu wiekach chrobrowskim przemianom- na ulicach pojawiało się coraz więcej murowanych domów. Można było ulec złudzeniu, że Wyszków jest w niekończącej się budowie. Obok starych, drewnianych chat powstawały piętrowe domy z balkonami wypierając drewnianą zabudowę w pejzażu ulic. Nad Bugiem kłaniały się leniwym falom rzeki rozpadające się żydowkie domostwa. Jak wspominał ksiądz Mieczkowski, ówczesny proboszcz parafii pod wezwaniem świętego Idziego, z właściwą katolikom delikatnością, wyczuciem i nie dającym o sobie nie zauważyć antysemickim wydźwiękiem pisał o Wyszkowie: „… niesymetrycznie zabudowany, niezbyt czysty i mocno zażydzony, bo na 12 tysięcy ludności jest około 7000 Żydów[18]”.

Miasto świeciło pustkami, wielu mieszkańców ewakuowało się przed nadchodzącą burzą wydarzeń. Przez miasto przewinęły się już karawany ziemian, kupców i fabrykantów z terenów Podlasia uciekających wraz ze swoimi majątkiem załadowanym na wozy zmierzające w kierunku Warszawy i Płocka. Wraz z nimi pędzono bydło gospodarzy, często całe stada, czasem jedną krowę ubogich rolników. Uciekinierzy na kilka godzin zatrzymywali się, by nabrać sił śpiąc pod gołym niebem. 11 sierpnia nad ranem za kawalkadą uciekinierów zjawiło się na chwilę w Wyszkowie polskie wojsko. Chwila ta była na tyle krótka, by przejść przez miasteczko i spalić drewniany most na Bugu. Już przed południem w mieście pojawili się pierwsi żołnierze Armii Czerwonej.

W samym mieście było spokojnie, nie dochodziło do żadnych ekscesów, głównie za przyczyną rozkazu Dzierżyńskiego wydrukowanego i rozklejonego na ścianach budynków mówiących o łagodnym traktowaniu mieszkańców. Zdarzały się rekwirowania inwentarza bogatych gospodarzy, którego pojedyncze sztuki bydła oddawano najbiedniejszym. Utworzono Rewkom i milicję do pilnowania porządku.

W domu parafialnym przy kościele pod wezwaniem świętego Idziego, w sporym, parterowym domku stojącym na tyłach kościoła, gościł już sztab 6-tej dywizji Armii Czerwonej. Po nocy spędzonej na plebanii, opróżniwszy butelkę zarekwirowanej wódki, nad ranem żołnierze ruszyli do dalszego boju będąc przekonanym, że dojdą aż do Francji. 15 sierpnia kilku żołnierzy, oficerów szukało na plebani kwaterunku, ale kiedy dowiedzieli się od swych przełożonych, kto ma na plebanii zamieszkać, ulatniali się czym prędzej.

Pod wieczór po raz kolejny zrewidowano plebanię, a chwilę potem pod plebanię zajechał samochód, z którego wyszło pięciu mężczyzn. Rozmieszczone wokół budynku wojsko szczelnie pilnowało dostępu. Nielada zaskoczony takim obrotem sprawy proboszcz wyszkowskiej parafii, ksiądz Wiktor Mieczkowski nie miał większego wyboru, musiał czynić honory pana domu nie mogąc wystawić rachunku „co łaska, ale nie mniej niż…”.

Najbardziej znaną relacją tego wydarzenia jest opowiadanie napisane przez Stefana Żeromskiego „Na probostwie w Wyszkowie”, którego Dzierżyński nazywał nie bez racji „nudnym, powieściowym publicystą [19]”. Ani zwolennicy Dzierżyńskiego, ani jego przeciwnicy nie odnajdą w niej niczego konkretnego poza upamiętnieniem cukru pozostawionego przez Juliana Marchlewskiego i patriotycznym bełkotem. Zdecydowanie szerzej i znacznie krócej opisała to spotkanie Bożena Krzywobłocka: „Podczas krótkiego pobytu na wyszkowskiej plebanii Dzierżyński zdołał oczarować swego gospodarza, proboszcza. Ksiądz zrazu nie wiedział, kim jest ten dziwny przybysz. Gdy poznał jego nazwisko, nie mógł wyjść z podziwu, znał bowiem Dzierżyńskiego ze szkalujących go relacji burżuazyjnej prasy. Był gotów pogodzić się z komunizmem, ponieważ jego reprezentantami byli tacy niezwykli ludzie [20]”. Mieczkowski ksiądz i antysemita zdecydowanie nie chciał pogodzić się z komunizmem, a jego gra opierała się jedynie na doskonale wyuczonej w seminarium hipokryzji.

Autor tej koślawej noweli piszący ją na wyraźne zamówienie ówczesnych władz polskich tak wyrażał się o Dzierżyńskim: „Feliksa Dzierżyńskiego - mam szczęście nie znać osobiście. Nigdy nie byłem w promieniu jego jurysdykcji i cieszę się świadomością, iż nigdy nie widziałem ani jego twarzy, ani nie dotykałem ręki krwią obmazanej po łokieć, ani słyszałem wyrazów, z jego ust wychodzących. Wyznaję, iż to imię i nazwisko, wymówione w mej obecności, sprawia na mnie obmierzłe wrażenie duszności i jakby torsji [21]”. Trudno po takim zwierzeniu oczekiwać obiektywizmu.

Żeromski nie chciał, choć mógł, poznać Dzierżyńskiego, dotknąć jego ręki "po łokcie umazanej we krwi". Nie zrobił tego, wolał informacje z drugiej ręki, na której krwi nie chciał widzieć, ubierając kłamstwa w szaty prawdy. Opowiadanie nie zwiększyło jego popularności, dodało tylko kolejną literacką pozycję i zaszczytne, dla wąskiego kręgu odbiorców, miejsce na panteonie patriotycznych pisarzy.

Drugą pozycją literacką opisująca pobyt komunistów na plebanii jest wspomnienie księdza Wiktora Mieczkowskiego wydane po raz pierwszy w 1921 roku przez księgarnię Wądołowskiego w dość skromnej oprawie. W 2007 roku pozycja doczekała się reedycji. Z typową dla kleru wyższością i uwielbieniem dla inteligencji i burżuazji Mieczkowski opowiada swoją historię w sposób niezaprzeczalnie autorytatywny z wybitnie wąsko zakrojonym horyzontem postrzegania rzeczywistości. Nie mniej jednak zdradza wiele ciekawych szczegółów wydarzeń owych dni nadając im kolorytu. Można wiele powiedzieć o książeczce, natomiast jednego nie można przyznać, a mianowicie obiektywizmu autora.

Przyjazd tajemniczych panów na plebanię, wbrew politycznej propagandzie, nie był ani przerażający, ani złowieszczy. Ciesząc się ciepłym, sierpniowym słońcem, siedząc przy stole i pijąc herbatę z cukrem, który miał przy sobie Marchlewski, panowie zabijali czas rozmawiając zarówno na tematy wiary jak i komunizmu. Dzierżyński był w wyśmienitym nastroju najpewniej szczęśliwy widząc, tak bardzo mu bliskie jego sercu, polskie krajobrazy. Gdy rozmowa zeszła na Chrystusa, Dzierżyński zwracił się do księdza Mieczkowskiego: „Chrystus pierwszy rewolucjonista i za rewolucję życie oddał (…), a Kościół katolicki spaczył jego idee, ucząc o wolnej woli, której nie ma i być nie powinno. Komuna wychowa człowieka tak, że tylko dobrze robić będzie”. W dalszej relacji ksiądz Mieczkowski przekazał: „Na stawiane obiekcje opowiadali, że komunizm znajdzie lekarstwo na wszystkie bolączki, gdyż nie będzie już ani wojen, ani pieniędzy, ani głupiego patriotyzmu, bo nie będzie narodowości- wszyscy będą braćmi.

W teorii, zauważyłem, wygląda to ponętnie, ale gdybyśmy byli chrześcijanami nie tylko z imienia, ale w uczynkach, nie trzeba byłoby ani socjalizmu, ani komunizmu, ani tak gwałtownych przewrotów. Jesteśmy niestety tylko ochrzczeni, a uczynki nasze pogańskie i dzikość zwierzęca, trzeba zabić najprzód w człowieku wilka, to wszystko się naprawi”. Dzierżyński dodał: „Właśnie komuna go tropi i bije, a wilkiem tym jest kapitalizm. Celu dopiąć musimy, może nieprędko to nastapi, może wieki upłyną…” 

Jeden z gości rzekł kontynuując temat udziału kościoła w życiu państwa, które po prawie stu latach wciąż są ważne, aktualne i jednkowoż niezrealizowane: „Kościół od państwa musi być oddzielony, chcemy go wrócić do zakresu pierwszych trzech wieków, do katakumb, kiedy to opiekował się biednymi, a nie burżuazją. Zresztą religia, to rzecz osobista: my jej nie prześladujemy, ale wtrącać się księżom do polityki nie pozwolimy. Mogą sobie utrzymywać popów, rabinów i księży, ale rząd nie będzie łozył na ich utrzymanie [22]”.

Ksiądz Mieczkowski wyrażał obawę ateizacji państwa w systemie socjalistycznym mówiąc: „Czem na przykład zastąpicie religię w sercu człowieka, która go uszlachetnia i podnosi?”- zapewne w trosce o swoją pracę, dochody i wyborne życie. „Była dotąd rekacja burżuazji , a obecnie widzę w sowietach reakcje proletariatu, a więc zmiana tylko aktorów. Historia nas uczy, że bojarów wyrżnęli oprycznicy Groźnego, a następnie sami zostali podporą tronu Czyż nadmierna liczba urzędników w sowietach nie stanie się nowego typu burżuazją?

-Jestem zdania, że historia się nie powtarza- odpowiedział (Dzierżyński- Z.F.)- a co do nadmiaru urzędników, to jest w ten trochę prawdy, a z czasem i to się ureguluje. Były i są błędy u nas i dlatego też Europa może je omijać u siebie, mając przykłady namacalne, co robić, a czego unikać. Zresztą bezwględnej równości być nie może i komuna do tego nie dąży”.

Następnego dnia kontunuowano pogawędkę, jednak z tematów oscylujących wokół metafizyki i pojmowanie przyszłości, rozmowa zeszła na Polskę, która nie skorzystała z propozycji pokojowych Rosji. Jeden z gości zabrał głos: „A więc Polska (…) sama wyrządziła krzywdę i sobie i Rosji, bo czemuż nie chciała się zgodzić na linię graniczną Dźwiny, a zachciało jej się Kijowa i Smoleńska, za co ma teraz inwazje bolszewicką [23]”.

Rozmawiano również o okrucieństwach Armii Czerwonej i WCzK- temat ten podjął ksiądz Mieczkowski zarzucając, że wielu niewinnych ludzi ginie pod toporem nowej, nadchodzącej władzy. Dzierżyński odpowiedział: „Rewolucja pieścić się może z przeciwnikami, bo nie byłaby rewolucją. Polacy z komunistamin wszak nie lepiej się obchodzą: pod Białymstokiem wymordowali nawet członków Czerwonego Krzyża. Nie wszystkiemu jednak wierzyć można, gdyż gazety przeważnie przesadzają wszelkie wiadomości [24]”.

Również Feliks Kon wziął udział w dyskusji o miejscu i roli Żydów w narodzie polskim. Mieczkowski zauważył, że to właśnie prześladowania Żydów jednoczą ich w religii, którą wyznają. Kon odparł, że to nie religia ich łączy i pozwala przetrwać, ale antysemityzm. Tam, gdzie go nie ma, nie istnieje kwestia żydowska.

W południe gości udali się na obiad do sztabu armii, z którego szybko wrócili komunikując księdzu i nie zdradzając żadnych szczegółów, że jeszcze tego samego dnia będą wyjeżdżać, poprosili też o herbatę na godzinę czwartą. Podczas luźnej rozmowy, ksiądz był zdumiony, jak doskonale orientowali się w sprawach polityki uważając ich za osoby niezwykle inteligentne, z których odmiennym zdaniem się, co prawda, nie zgadza, ale chętnie wysłucha ich toku myślenia. Zapewne rozmowa zeszła na ewakuację Wyszkowa przed natarciem bolszewików. Dalszą cześć spotkania, wspominał Feliks Kon relacjonując słowa księdza: „Wszyscy mnie tu namawiali, aby wyjechał stąd przed przybyciem bolszewików, jednak ja sprzeciwiłem się: „Gdzie owce tam i pasterz…”. I oto zostałem nagrodzony. W końcu zobaczyłem polskich komunistów. …

- No i jak, straszni?- spytał się Dzierżyński…

- Ni! Co wy! Tacy wykształceni i inteligentni…

         Ksiądz nie mógł się pohamować. Chcąc jeszcze bardziej zblizyc się do swych nocnych gości, z ironią opowiedział o polskich gazetach, które nie wiadomo to jakie rzeczy wypisują o polskim komitecie rewolucyjnym.  Mówiąc o tym, co piszą o jakimś doktorze Marchlewskim i Feliksie Konie… ksiądz nagle zawiesił głos.

- I jeszcze o kim?- spytał się Dzierzyńśki.

- O panie Dzierżyńskim…

- A co dokładnie?

- No, nie idzie powtórzyć…

- Nie, dlaczego? – nalegał Dzierżyński. Ksiądz zawstydzony milczał. - Krwiopijca? Kat? Żywcem połyka ludzi?- podpowiadał Feliks Edmundowicz nie mogąc się uspokoić…- Tak, tak! Same brednie! Nie idzie powtórzyć… Feliks Dzierżyński roześmiał się. Ksiądz w tym czasie nie wiedział, z kim ma doczynienia. A bardzo tego chciał.

-Kto by pomyślał- ciągnął ksiądz,- że pod moim skromnym dachem  (Dach, daję słowo, wcale nie był skromny- dodaje od siebie Feliks Kon) przyjdzie mi przyjmować takich ludzi, jak ci, którzy tu już byli: Wielki książe Nikolaj Nikolajewicz, feldmarszałek Hindenburg, imperator Wilhelm i nasz naczelnik Piłsudski, a teraz wy, polscy bolszewicy…

- Na próżno się wysilacie- przerwał mu Marchlewski- My wcale nie skrywamy kim jesteśmy.  Ja, na przykład, jestem doktor Marchlewski, którego tak dobrze odmalowaliście ze słów polskich gazet.

- Pan doktor Marchlewski? Bardzo, bardzo mi miło…

- A to towarzysz Feliks Kon…

- Bardzo, bardzo mi miło- nie przestawał kłaniać się ksiądz.

- A to towarzysz Dzierżyński…

- Bar...- ksiądz dosłownie zatrząsł się i nie mógł wypowiedzieć z siebie ani jednego słowa tylko wykrzywił się ukłonach zginając się w kabłąk.

- I co? –podśmiewywał się Dzierżyński. – Okrutny zwierz?

- Nie, nie… - ksiądz nie mógąc się opanować i nie przestawał się kłaniać[25]”.

 Ksiądz Mieczkowski znacznie wygodniej dla siebie przedstawił sprawę pożegnania i prezentacji przybyszów. Jeden z gości powiedział: „-Przyjadą tu pewnie kardynałowie i biskupi wyświęcać tę plebanię, boć w duchownych pismach nazywają nas antychrystami. Wyjeżdżamy, więc się księdzu przedstawimy: Marchlewski, Kon i Dzierżyński. Na pożegnanie ksiądz proboszcz nie życzył gościom, „by raj bolszewicki zapanował na ziemi, bo to utopia, lecz aby wojna czem prędzej się skończyła [26]”. Oczywiście po wyjeździe gości, Mieczkowski nie przestawał krytykować bolszewików, a swoją historię odpowiednio ukoloryzował na swoja chwałę.      

Jeszcze tej samej nocy do domu księdza wpadł sekretarz miejscowego Rewkomu, Podgórski, który zdecydowanie, nie owijając w bawełnę zwrócił się do Mieczkowskiego: „- Obywatelu, mówię konktretnie, jeżeli rząd nie dał ci żadnej dyrektywy, to ja radzę i rozkazuje mówić w kościele o niebie ile się podoba, ale od polityki wara, bo kula w łeb [27]”.

18 sierpnia Mieczkowski przyjął jeszcze na obiedzie kilkanaście osób z WCzK, obowiązkowo podkreślając we wspomnieniach żydowskie pochodzenie części z nich, a także swój pogardliwy do nich stosunek, z którego wylewała się chrystusowa się miłość do bliźniego. Ksiądz Mieczkowski w czasie, kiedy był bezpieczny, uzurpował sobie miejsce na liście do rozstrzelania przez WCzK. Zapewne zdziwiłby się, gdyby okazało się, że z tej listy wykreśliłby go sam Dzierżyński. No cóż, każdy, nawet ksiądz, chce zostać bohaterem.

Paradoksalnie w tym czasie po drugiej stronie barykady, kiedy Feliks gościł w Wyszkowie, wśród polskich kawalerzystów znalazł się syn jego ukochanej siostry, Antonii służąc wcześniej jako adiutant Józefa Piłsudskiego i będąc blisko z nim związany poprzez późniejszy ślub z siostrzenicą marszałka Wandą Juchniewiczówną. Jak wyglądałoby ich spotkanie, kiedy jeden z nich stałby się jeńcem? Ciężko wyobrazić sobie tę chwilę w przerażającym otoczeniu wojennej nienawiści.

Tymczasem w Mińsku trwały przygotowania do rozmów pokojowych rozpoczętych 14 sierpnia. Z polskiej strony wzięli udział między innymi dr Stanisław Grabski i Adam Mieszkowski, a ze strony radzieckiej przewodniczył rozmowom Aleksander Daniszewski. Z początku konferencję przedłużał Daniszewski oczekując na wejście wojsk Armii Czerwonej do Warszawy, wplatając uwagi, że już w 1918 roku strona radziecka proponowała ustalenie dyplomatycznych stosunków z Polską i wyrażając żal, że rząd polski nie zgodził się na poselską funkcję w Warszawie Juliana Marchlewskiego. Ale wraz niespodziewanym zwrotem akcji i przewagi sił polskich, to przedstawiciele rządu polskiego, którymi byli w przeważającej ilości oficerowie, grali na czas czując dobre karty w rękach. Do porozumienia nie doszło. Ze względu na słaby kontakt z Warszawą, z którą przebiegały konsultacje, rokowania przeniesiono do Rygi.

W czasie pobytu Feliksa Dzierżyńskiego w Wyszkowie, 40 tysięcy żołnierzy po stronie polskich skupionych wokół granic Warszawy gotowych było na atak 32 tysięcznej Armii Czerwonej. Nad Wkrą proporcje sił były odmienne- 25tysięcy Polaków oczekiwało na przyjęcie 48 tysięcy Rosjan. Na wschodzie Warszawy 124-tysięczna armia wypatrywała 112 tysięcy żołnierzy wroga. Pozostała część armii znajdowała się ponad 100 kilometrów od stolicy. Od strony Włocławka i Płocka nacierała najgroźniejsza 4 Armia dowodzona przez Tuchaczewskiego wraz z siejącym popłoch korpusem Gai okrytym złą sławą mordów.

Tymczasem w samym centrum politycznym wydarzeń stolicy panował niesłychany chaos. Generał Dowbor-Muśnicki wyznaczony na dowódcę frontu południowego odmówił przyjęcia funkcji uważając, że powinien otrzymać dowódctwo dywizji wielkopolskiej. Będąc skonfliktowanym z Piłsudskim, jak powiedział do generała Weygranda, który z Francji przyjechał udzielać rad polskiemu dowództwu: „Nie chcę słuchać Piłsudskiego i jego głupich rozkazów! (…) Co za pomysł z tą bitwą [28]!”.

Generał Stanisław Szeptycki oraz wielu jego bezpośrednich podwładnych zachorowało na dezynterię, pułkownik Stanisław Haller był zwolennikiem zawarcia pokoju, więc zrezygnował ze swojego stanowiska. Przybyły z Francji generał Weygrand był ignorowany przez większość dowódców, oscentcyjnie rozmawiano w jego obecności po polsku i lekceważono jego wskazówki. Jedynie generał Tadeusz Rozwadowski usiłował ratować niezręczną sytuację wobec francuskiego gościa- grzecznie słuchał jego rad, choć kompletnie się nich nie stosował.

Generał Rozwadowski był jedyną osobą w dowództwie, która była pełna optymizmu i zwycięstwa. Miał zwyczaj mówić długo, zawile i kompletnie niezrozumiale, irytował niedokładnością, był niepunktualny co doprowadzało wielu do pełnej irytacji. Nie można było zrozumieć, jakie dokładnie cele mają jego rozkazy, ale ratował swoje roztargnienie szerokim uśmiechem i czarem osobistym. Do 11 Dywizji Piechoty wycofanej po ciężkich bojach i olbrzymich stratach przydzielono złapanych dezerterów i włóczęgów, co przyćmiło blask tej kiedyś słynnej dywizji.

Wielka Brytania bedąca przeciwna wojnie i dyscyplinująca Piłsudskiego od kilku ostatnich miesięcy, 10 sierpnia zaproponowała, że owszem dostarczy uzbrojenia dla wojska, ale pod warunkiem odwołania Piłsudskiego z wszelkich godności państwowych i skorzystania z rad angielskich oficerów. Nie skorzystano z oferty, zatem polski sprzymierzeniec starał się skłonić polski rząd do uznania granicy na Bugu, ograniczenia wojska do 50 tysięcy, a resztę sugerował zdemobilizować. Radził zlikwidować przemysł wojenny i niezwłocznie oddać Rosji Radzieckiej resztę uzbrojenia. Te absurdalne warunki nie wynikały ze szczególnej dbałości o bezpieczeństwo Polski, ale o przypodobanie się Rosji w krojących się na wielka skalę kontraktach gospodarczych.

Tymczasem Warszawę od strony Radzymina chroniły dwie fortyfikacje. Pierwsza pochodząca jeszcze z czasów zaborów, druga, wykonana na prędce, płytka i niebezpieczna, niezapewniająca walczącym należytej ochrony. Te właśnie dwa umocnienia musiały przyjąć główny atak Armii Czerwonej na Warszawę, o którym dowiedziano się z przechwyconego szyfrogamu 13 sierpnia. Czasu było niewiele, tym bardziej, że 16-sta dywizja Armii Czerwonej zaprawiona w bojach z Kołczakiem bezlitośnie zmiatała kolejny polski pułk, jaki stanął na jej drodze. Już pod wieczór zdobyty został Radzymin oraz uzbrojenie pozostawione przez uciekających Polaków. W niektórych miejscach odległość jaka dzieliła Rosjan od Warszawy to zaledwie trzynaście kilometrów.

Nad ranem próbowano odbić Radzymin, ale ogień artyleryjski pokrzyżował plany generała Rządkowskiego. Tego dnia najcięższe walki toczyły się w okolicach Nieporętu, Zegrza i Ossowa. Druzgocząca klęska i śmierć zaglądała w oczy żołnierzom sprawiając, że większość z nich myślała sparaliżowana strachem jedynie o ucieczce. Strach miał tak wielkie oczy, że powodem wycofania się w panice oddziału polskiego wojska było bydło wychodzące z zagrody wzięte za rosyjską kawalerię.

Forty w Modlinie padły. Podczas kilku strać Polacy zadawali poważne straty Rosjanom, ale nie dość silne, by móc odeprzeć atak. Pod Płońskiem udało się zaskoczyć oddziały rosyjskie i wziąć je do niewoli. Nikt nie zauważył wówczas roli jaką odegrał atak ułanów na tyły 4. Armii Czerwonej i zniszczenie radiostacji. Jej brak zaważył na dalszym losie bitwy, a raczej brak wiadomości i rozeznania się w układzie bitwy, rozmieszczenia dywizji i oddziałów, który sparaliżował działania Tuchaczewskiego.

4. Armia zamiast na Radzymin starała się przekroczyć Wisłę i od strony Włocławka zaatakować Warszawę. Od strony Góry Kalwarii natarcia radzieckie kończyły się wycofaniem wojsk i w rezultacie główne uderzenie 16. Dywizji straciło na impecie. 15 sierpnia Radzymin znów był Polski, dzień później rozpoczęły się walki o Nasielsk, trwały walki o Płońsk, które zakończyły się zwycięstwem  generała Władysława Sikorskiego. 17 sierpnia odbity został Pułtusk. Dwa dni wcześniej, generał Tuchaczewski widząc olbrzymie straty, jakie poniósł w tej bitwie, zdecydował się na odwrót całego frontu.

15 sierpnia Dzierżyński pisał w telegramie pisanym z wyszkowskiej plebanii do Lenina: „Według doniesień Trzeciej Armii, w Warszawie trwają rozruchy. Żądają porzucenia walk przez białych. Nastawienie wśród kolejarzy, którzy pozostali jest sprzyjające. Pracują z zaangażowaniem nad naprawą torów. W rejonie Mławy i Włocławka nastawienie chłopów jest neutralne. Nastawienie białostockich robotników- wzniosłe. We wtorek obchodzono święto z okazji otwarcia fabryk, w którym udział wziął wielotysięczna masa robotników. Do partii dołączyła się białostocka organizacja pepeesowskich robotników. Odbywają się przygotowania do wyborów Rad. Przystąpiono do organizacji polsko radzieckiego pułku w Białymstoku na zasadzie dobrowolnego naboru. Praca organizacyjna dotycząca dziedzin ekonomiki, produkcji i admistracji powoli dźwiga się pomimo niedostatecznej ilości doświadczonych instruktorów i szybkości posuwania się armii. Główne trudności- to produkcja i finanse. Do przyjścia Armii Czerwonej robotnicy Białegostoku zarabiali około trzystu marek dziennie, obecnie drożyzna nasiliła się. Urgeulowanie płac jest zadaniem dnia. Wydajemy „Czerwonego gońca”- nasz codziennik, oprócz tego ulotki i zarządzenia. Rozpowszechniane są na naszym terenie zrzutami z samolotów. (…) Sprawa polityki ziemskiej będzie przedstawiona w pełni w Warszawie, do której dziś jedziemy…[29]”.

Od tej pory dla wielu pobożnych Polaków nie istotne stały się przyczyny wybuchu wojennego konfliktu, ani jego zasadność, przebieg czy militarne aspekty walk, a jedynie fakt napaści Armii Czerwonej na Polskę, przed którą obroniła kraj sama matka boska, która ukazała się na niebie: „Zajaśniała w momencie natarcia Rosjan tuż nad polskimi oddziałami ochotniczymi (złożonymi głównie gimnazjalistów i studentów) zagradzającymi bolszewikom drogę do Warszawy. Działo się to wczesnym rankiem w czasie walk w Ossowie, w chwili heroicznej szarży obrońców Ojczyzny zagrzewanych do boju przez idącego na przedzie ks. Ignacego Skorupkę. Matka Boża była otoczona mieniącą się złocistą poświatą. Wyglądała, jakby trzymała w dłoniach promienie. Widoczna na tle oparów mgły, unosiła się ponad oddziałami ochotników z Legii Akademickiej. Na Jej widok atakujący bolszewicy z 79 Brygady Grigorija Chachaniana oniemieli, a potem - śmiertelnie przerażeni - zaczęli szybko uciekać. Wzięci do niewoli opowiadali później, że „widzieli księdza w komży z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Bożą [30]".

W książce księdza Józefa Marii Bartnika i Ewy Storożyńskiej w publikacji pt „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą” snują swoje omamy: „Postać Maryi była ponoć bardzo dobrze widoczna. Bolszewiccy jeńcy wzięci do niewoli opowiadali, że podczas nocnego ataku Polaków na Wólkę nagle zjawiła się przed nimi, unosząc się wysoko nad ziemią Matier Bożja!

Wokół Jej głowy jaśniała świetlista aureoli jednej dłoni coś trzymała, jakby tarczę, od której odbijały się wystrzeliwane w kierunku Polaków pociski, po czym powracały, by eksplodować na pozycjach atakującej armii! Wyraźnie widzieli, jak poły Jej szerokiego, granatowego płaszcza unosiły się i falowały na wietrze, zasłaniając Warszawę. Grozę zjawiska potęgowała asysta Niebiańskiej osoby. Towarzyszyły jej oddziały przerażających skrzydlatych, konnych rycerzy zakutych w pobłyskujące mimo ciemności, stalowe zbroje, pokryte lamparcimi skórami. Hufce widmowych postaci najwyraźniej gotowały się do walki! Trudno się dziwić, że na ten widok bolszewicy nie zdzierżyli i... rzucili się do szaleńczej ucieczki.

Nieziemska Osoba wyglądała groźnie, a oddziały straszliwych, skrzydlatych rycerzy stanowiły tak realne zagrożenie, że śmiertelnie przerażeni w nieopisanej panice uciekali z pola walki, tak szybko, że nie sposób było ich dogonić!

Szczegóły ukazania się Najświętszej Dziewicy znamy także z relacji świadków pośrednich - mieszkańców wsi, do których dotarli oszaleli z grozy bolszewicy. Szukający jakiegokolwiek schronienia uciekinierzy byli w stanie szoku nerwowego! Mieli przerażone, wytrzeszczone oczy, szczękali zębami, zachowywali się bezrozumnie, usiłując schować się gdziekolwiek, choćby w psiej budzie! Na klęczkach błagali Polaków o ukrycie, otwarcie przyznając że ratują się ucieczką przed Carycą - Matier Bożju! [31]

Nie wiemy jak naprawdę wyglądała matka boska lewitująca nad księdzem w komży, musiała jednak wyglądać przerażająco, jeśli doświadczonych w bojach żołnierzy radzieckich oblała trwoga i przerażenie. Wiemy natomiast, że nie oszczędziła patriotycznego księdza i żywy z wyprawy nie wrócił oraz to, że niedotlenienie mózgu powoduje pojawienie się omamów, a nadmierna religijność oznacza dysfunkcję tego organu.

Nie był to jedyny cud tego dnia. Drugim cudem była kula armatnia wystrzelona z polskiego działa w kierunku kaplicy kościoła świętego Idziego, która cel niepatrznie osiągnęła, ale nie eksplodowała. Utkwiła w murze, dzięki czemu obrazy Najświętszej Matki Bożej Apokaliptycznej i Matki Bożej Nieustającej Pomocy wiszące w kaplicy wyszkowskiego kościoła, zachowały się w całości. Zawodność pocisku została wytłumaczona działaniem magicznych sił przenajświętszej panienki. Nie potraktowano jako cudu faktu, że zabrane w 1915 roku z wieży kościoła przez wojska carskie trzy dzwony z XVIII wieku, na mocy dekretu o zwrocie dóbr narodowych Polsce, wróciły na swe miejsce w kwietniu 1924 roku, co było okazją do wystawnego kościelnego święta, jak to określano, powrotu dzwonów z bolszewickiej niewoli.

Wylewność niebiańskich cudów na tym zdarzeniu się zakończyła, jeśli nie liczyć cudu Piłsudskiego, który nie brał udziału w bitwie, gdyż w tym czasie przebywał w Puławach i odwiedzał swoją rodzinę. Do Warszawy wrócił dopiero 18 sierpnia i nie stracił swej funkcji, a nawet przypisał sobie zasługę w ocaleniu Warszawy, która do dziś traktowana jest poważnie. Nieprzychylni mu generałowie biorący bezpośredni udział, jak chociażby generał Rozwadowski został aresztowany w 1926 roku i przetrzymywany w więzieniu w Wilnie przez rok, a po wizycie w Belwederze zachorował mając objawy zatrucia i zmarł rok później. Generał Zagórski zginął w przedziwnych okolicznościach, do których przyczynili się stronnicy marszałka

 

[1] S.G..Tihomolow, Osiem lat z Dzierżyńskim, http://www.e-reading.biz/chapter.php/78824/46/O_Felikse_Dzerzhinskom.html, (odczyt z dn. 20.11.2013r.)

[2] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s.90

[3] D. Jakubowski, Niektóre aspekty działalności Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, http://1917.net.pl/node/6000 , (odczyt z dn. 28.06.2013r.)

[4] D. Jakubowski, Niektóre aspekty działalności Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, http://1917.net.pl/node/6000, (odczyt z dn. 28.06.2013r.)

[5] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 99

[6] A. Witkowicz, Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923, Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 175

[7] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 112-113

[8] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 69-70

[9] A. Witkowicz, Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923, Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 246

[10] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 14

[11] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 16

[12] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 16

[13] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 127

[14] A. Chackiewicz, Feliks Dzierżyński, Studium biograficzne, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,  s. 369

[15] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 9

[16] P. Tronina, Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920http://www.wladzarobotnicza.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=955:wojna-polsko-bolszewicka-1919-1920&catid=40:polska&Itemid=57#_ftnref21 (odczyt z dn. 8.07.2013r.)

[17] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.41

[18] W. Mieczkowski, Bolszewicy w polskiej plebanii, Płock 2007, s. 20

[19] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-1, dok. 101

[20] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 256

[21] S. Żeromski, Na probostwie w Wyszkowie, http://biblio.ojczyzna.pl/HTML/Zeromski__Na_probostwie_w_Wyszkowie.htm, (odczyt z dn. 04.09.2013r.)

[22] W. Mieczkowski, Bolszewicy w polskiej plebanii, Płock 2007, s. 40

[23] W. Mieczkowski, Bolszewicy w polskiej plebanii, Płock 2007, s. 41

[24] W. Mieczkowski, Bolszewicy w polskiej plebanii, Płock 2007, s. 53

[25] N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, s. 169-170, http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 21.04.2014r.)

[26] W. Mieczkowski, Bolszewicy w polskiej plebanii, Płock 2007, s. 48

[27] W. Mieczkowski, Bolszewicy w polskiej plebanii, Płock 2007, s. 49

[28] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.186

[29] F. Dzierżyński, Dzieła zabrane, Instytut Marksizmu-Leninizmu przy KC KPSS, Moskwa 1967, s. 293

[30] http://de.gloria.tv/?album=6225 (odczy z dn. 14.03.2014r.)

[31] Gloria.tv, Madonna i królowa jest tylko jedna, https://gloria.tv/album/VUoVBaAYgySr638JdY4rpwnW9/language/8QDSMu97uCBR21em6jvgVCAqB

Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.