Pragnęliśmy uniknąć tej wojny za wszelką cenę

Rozdział LIII 
 
 

Pomimo zakończonej I wojny światowej, pomiędzy Polską a Rosją Radziecką nie zostały podpisane żadne ustelnia dotyczące granic czy współpracy gospodarczej. W tym czasie Rosja Radziecka zdążyłą podpisać już traktaty pokojowe ze swoimi zachodnimi sąsiadami- z Finlandią, Litwą, Łotwą i Estonią. Kwesta zawarcia traktatu z Polską pozostawała nierozstrzygnięta. Nie mogła być, ponieważ polscy politycy sami nie mogli się porozumieć w tej sprawie. Roman Dmowski uważał, że całe kresy wschodnie łącznie z wileńszczyną, część Białorusi z Mińskiem, aż po Podole należą się Polsce. Ewentualnymi problemami wynikającymi z wielonarodowości tych terenów nie zaprzątał sobie głowy. Nie pytał się też ich przedstawicieli o zdanie.

Józef Piłsudski w tej kwestii wykazywał znacznie więcej taktu zauważając, że zarówno Białorusini, Litwini i Ukraińcy dążą do samostanowienia swoich narodów, dlatego pragnął stworzyć układ federacyjny z tymi państwami uzależniając je od Polski. Państwa federacyjne miały być buforem przed Rosją, której chorobliwie nienawidził. Jego plan wywodził się z historycznej koncepcji rzeczpospolitej obojga narodów, czasów jagiellońskich, a także mickiewiczowskich sentymentów, biorąc zbyt dosłownie słowa „Litwo, ojczyzno moja”.

W Polsce, w kraju po 123 latach zaborów rozpoczał się proces odbudowy państwowości. Uchwalono obowiązek służby ochotniczej, do której zaciągano kolejne roczniki, głównie młodzieży akademickiej przepojonej mitami walk niepodległościowych, zaczytanej w sienkiewiczowskich patriotycznych dziełach w wyniku czego ucieleśnieniem marzeń miał być powzięty rewanż za lata niewoli. Jednym słowem wypadało być patriotą i zaciągnąć się do wojska, natomiast ci, którzy nie widzieli Polski jako mocarstwo dyktujące warunki Rosji, nie podzielali entuzjazmu związanego ze śmiercią za ojczyznę, dyscyplinowano wyrzuceniem ze studiów.

Najwyższe władze odradzającego się wojska polskiego składały się z oficerów armii rosyjskiej i austryjackiej. Oficerów kształconych w Niemczech zabrakło, gdyż Polacy nie byli dopuszczani do oficerskich tytułów. Różnorodność wojskowego wychowania i służby byłych oficerów rosyjskich i austriackich była przyczyną wielu konfliktów, które były rozpalane również piłsudczyków ignorujących dowództwo z wyłączeniem Piłsudskiego.

Eskalacja nieporozumień nabrała tempa, gdy do najbliższych podwładnych Piłsudskiego dołączył generał Józef Dowbor-Muśnicki, który jako jedyny Polak w armii carskiej zdobył rangę szefa sztabu armii i dowódcy korpusu. Dowbor-Muśnicki był pewny, gdy na zaproszenie Piłsudskiego przyjechał do Warszawy w listopadzie 1918 roku, że zostanie głównodowodzącym wojska polskiego. Tak się nie stało, gdyż Piłsudski stanowisko to zachował dla siebie. Rozczarowanie Dowbora-Muśnickiego było tym większe, gdyż cios zadany był ze strony brygadiera, którym na zawsze Piłsudski dla niego pozostał. Na osłodę poturbowanych ambicji, został mianowany dowódcą sił wielkopolskich podczas powstania w Poznaniu pod koniec 1918 roku.

Na przełomie 1919 i 1920 roku liczebność polskiego wojska zasilana poborowymi ochotnikami wynosiła prawie 600 tysięcy żołnierzy. Nie cały rok później osiągnęła rozmiary przekraczające 900 tysięcy. W tym przypadku nie można podanych liczb traktować dosłownie, gdyż jedynie zaledwie 15 procent wojska miało wartość bojową. Reszta żołnierzy odbywała służbę w garnizonach, szpitalach, w transporcie i wszelkich innych działach pomocniczych.

Sam Piłsudski o swym wojsku pisał, że „bił się u nas ten tylko kto chciał lub wreszcie ten co jest głupi [1]”. Nie było z resztą za bardzo czym się bić. Jedynym uzbrojeniem produkowanym w Polsce były granaty. Uzbrojenie pochodziło głównie z Francji i Anglii, część z Niemiec i z Włoch, przy czym nie było zupełnie absoulutnie zunifikowane. Amunicja jednego żołnierza często nie pasowała do karabinu drugiego. Odradzające się wojsko polskie mogło pochwalić się będącymi na stanie czołgami, samolotami, działami i samochodami pancernymi, które miały tą wspólna właściwość, że często się psuły.

Dosłownie całe uzbrojenie pochodziło z rezerw pozostałych po I Wojnie Światowej, było więc przestarzałe, ale miało dwie zalety. Nie nadwyrężało budżetu darczyńców, a pozbycie się sprzętu usprawieliwiało wydatki zbrojeniowe państw Ententy. Podobnie jak z różnorodnym uzbrojeniem, rzecz miała się umundurowaniem. Armia generała Hallera nosiła francuskie błękitne mundury, pozostali nosili niemieckie, a dość częstym widokiem był żołnierz idący do boju bez munduru, boso i w łachamanch.

O ile nad brakiem zunifikowanego umundurowania można przejść do porządku dziennego, tak trudno przejść do niego wspominając o ćwiczeniach wojskowych rekrutów. Nie umieli oni ani ładowac broni, ani z niej strzelać, a jak nauczyli się ładować i strzelać, to nie trafiali w cel. Sytuację ratowali zaciągnięci do wojska myśliwi, jak np. Andrzej Potworowski czy bracia Wyganowscy. W rezultacie szeregowy polski żołnierz potrafił jedynie maszerować. Oczywiście inaczej rzecz miała się z zawodowymi żołnierzami, ułanami, którzy biegli byli w jeździe konnej, posługiwaniu się lancą czy rąbaniu, jednak ich siła rażenia w dobie motoryzacji i mechanizacji armii nie gwarantowała sukcesu.

Piłsudski przez całe życie walczył ze znienawidzoną Rosją. W wielu kręgach uważany był za terrorystę. Teraz, gdy po wyczerpującej I Wojnie Światowej nastał pokój, zabrakło dla niego wroga. Traktat Wersalski zapewniał raczej trwały pokój z Niemcami, które oddały na rzecz Polski Pomorze, Śląsk, Warmię i Poznańskie, natomiast Rosja wydawała się być państwem politycznie nieustabilizowanym zwłaszcza w czasie wciąż trwającej wojny domowej.

Walczący na wschodzie i południu Rosji generał Denikin mający nieposkrominioną chęć zostania dyktatorem Rosji, uważał, że Polska może być co najwyżej państwem autonomicznym, ale pod panowaniem Rosji. O powrocie ziem wschodnich do Polski nie było mowy. Piłsudskiemu nie na rękę było zwycięstwo białej armii. Był naciskany przez rządy Francji i Wielkiej Brytanii do rozpoczęcia inwazji na Rosję, czym wpomógłby Denikina, ale się specjalnie nie spieszył. Należało więc czekać na rozwój sytuacji, o który w tak szybko zmieniającym się świecie nie było trudno.

Wysłanie przez rząd rosyjski do Polski Juliana Marchlewskiego doskonale odnajdującego się w polskich realiach budziło nadzieje na szybkie porozumienie dyplomatyczne, tym bardziej, że pierwsze rozmowy odbywały się przed ustanowieniem niepodległości Polski, a strona radziecka wiozła ze sobą stanowisko anulowania traktatów rozbiorowych i uznanie, jako pierwszy kraj, który tego dokonał, niepodległości Polski. Julian Marchlewski spotkał się z lekceważeniem.

Na przełomie 1918 i 1919 roku do Polski przybyli po wcześniejszym uzgodnieniu miedzy stronami, przedstawiciele Rosyjskiego Towarzystwa Czerwonego Krzyża. Przyjecie delegacji odbiegło od dyplomatycznych standardów. Została internowana, a następnie, 2 stycznia 1919 roku, zamordowana i ograbiona przez polskich żołnierzy. Nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności. Ówczesna prasa naświetliła zbrodniarzy jako bohaterów dających przykład samoobrony społeczeństwa. Protest warszawskich robotników zakończył się trzema ofiarami śmiertelnymi.

Julian Marchlewski, pełniący fukcję przedstawiciela dyplomatycznego Rosji Radzieckiej, nie bacząc na tragiczny finał przyjazdu delegacji Czerwonego Krzyża nawiązał kontakt z z ówczesnym wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem.  Nieoficjalnie, w najgłębszej tajemnicy spotykał się z nim na terenie Polski narażając się w najlepszym wypadku na aresztowanie.

Trudno w tym przypadku mówić o rokowaniach, bo po kolejnym przybyciu 10 lipca 1919 roku, Marchlewski został przez żołnierzy polskich przeszukany, związano mu ręce i oczy, a następnie przewieziono do leśniczówki w Puszczy Białowieskiej, gdzie go przetrzymywano aż do pojawienia się polskiego posła Aleksandra Więckowskiego, któremu Marchlewski przekazał propozycje rządu radzieckiego. Po krótkim spotkaniu Więckowski wyjechał do Warszawy zreferować rozmowy, a Marchlewskiego odesłano żywego do Rosji nie dając żadnej konkretnej odpowiedzi.

Przez pół roku przedstawiciele rządu Polski taili przed opinią publiczną negocjacje pokojowe z Rosją.  Sprawa ujrzała światło dzienne 28 grudnia 1919 roku, kiedy przez radio podano oświadczenie Komisarza Cziczerina o odrzuceniu przez Polskę wszelkich rozmów dementując zarazem kłamliwe informacje, że „Rosja nigdy nie proponowała pokoju Polsce”. Skutek tego oświadczenie nie był wielki. Rząd Polski pozostał głuchy, a jedyną reperkusją nagłośnienia rokowań był zarzut endeków o zdradę Piłsudskiego. Miesiąc później Komisariat Spraw Zagranicznych wystosował pokojową notę, w której zapewniano nietykalność polskich ziem, utworzenie linii demarkacyjnej, rozejm i plebiscyt na spornych terytoriach.

Zdaniem zachodnich polityków, takich jak premiera Anglii Bonara Law i polskiego ministra spraw wojskowych Sikorskiego, ugodowe podejście Rosjan było jedynie przykrywką dla ich skrytego ataku. Rozpowszechniano tę kłamliwą opinię wbrew zdrowemu rozsądkowi. Po latach ustosunkował się do tej mistyfikacji propagandowej Trocki: „Pragnęliśmy uniknąć tej wojny za wszelką cenę. Nie zaniedbaliśmy żadnego środka, któryby mógł się do tego przyczynić. (…) Właśnie ja pragnąłem może bardziej, niż ktokolwiek inny, aby do tej wojny nie doszło, gdyż zbyt dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, jak trudno będzie nam ja prowadzić po trzech latach nieprzerwanej wojny domowej [2]”.

Skoncentowani na walkach na południu i wschodzie z armiami Denikina, Rosjanie nie dostrzegali poważnego zagrożenia ze strony polskiej. Naczelny dowódca sił zbrojnych Armii Czerwonej Siergiej Siergiejewicz Kamieniew w rozmowie z dowódcą frontu południowo- zachodniego Aleksandrem Jegorowem powiedział: „Osobiście jestem przekonany, że najłatwiejszym frontem, jeżeli w ogóle sądzone mu będzie przerodzić się w front aktywny- będzie front polski, gdzie jeszcze przed rozpoczęciem działań zaczepnych nieprzyjaciel daje dosyć powodów swej wewnętrznej słabości i rozprężenia [3]”.

Bolszewicy gotowi byli na podpisanie rokowań pokojowych za wszelką cenę, nawet przy uszczupleniu terytorium Rosji. W marcu 1919 roku strona Polska odpowiedziała na wezwanie do rokowań pokojowych z Rosją przedstawiając projekt traktatu pokojowego będącym szokującym zaskoczeniem. Domagano się w nim miedzy innymi wycofania wojsk radzieckich na linię stanowiącą granicę w 1772 roku, którą nadzorowaliby polscy oficerowie, demobilizację armii rosyjskiej oraz dziesięcioletnie świadczenia finansowe i gospodarcze na rzecz Rzeczpospolitej. Pomimo tych absurdalnych żądań, Lenin zgadzał się na nie poza zaniechaniem działań wojennych na Ukrainie z wojskami Semena Petruli.

Dalsze rokowania szły jak po grudzie. Nie było ze strony polskiej woli porozumienia się, bo i jakże mogła być, kiedy naczelnik polskich sił zbrojnych w swej megalomanii i potędze szczerze gardził bolszewikami nie widząc w nich partnera do rozmów z jaśniepanem. W diariuszu Michała Kossakowskiego pod datą 13 listopada 1919 roku przeczytać można następujący fragment: „Naczelnik Państwa wzywa mnie na 8 wieczorem (…) Wciągu 1 i pół godziny trwa rozmowa. Skrócę z niej poglądy naczelnika. - Zarówno bolszewikom jak i Denikinowi jedno jest tylko do powiedzenia: Jesteśmy potęgą, a wyście trupy...Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek was nie biję, to nie dlatego że wy nie chcecie, ale dlatego że ja nie chcę. Lekceważę i pogardzam wami. Jesteście pogrążeni w rękach Żydów i junkrów niemieckich, nie wierzę wam, waszemu gatunkowi ludzkiemu. O jakichkolwiek tedy stosunkach lub rozmowach dyplomatycznych mowy być nie może, bo ich warunkiem podstawowym są wiara i dyskrecja a wy nie zasługujecie na jedno, nie znacie drugiego, zdradzacie cywilizację, własny kraj i jeden drugiego [4]”.

Federalistyczne zakusy Piłsudskiego były widoczne gołym okiem. Kraj, który ledwo podnosił się z ponad stuletniej niewoli zaczął dyktować warunki jakby był mocarstwem od wieków. Naczelnikowi marzyła się wielka Polska. Wywiad wojskowy, który jeszcze nie nauczył się liczyć, oszacował liczebność armii rosyjskiej na 1,2 miliona żołnierzy, kiedy w rzeczywistości armia ta liczyła ponad dwukrotnie więcej. Pomyłka w ilości karabinów maszynowych będących na wyposażeniu Armii Czerwonej była jeszcze większa. Sądzono, że radziecki przemysł produkuje 3 tysiące karabinów miesięcznie, gdy w rzeczywistości produkował ich 36 tysięcy.

Premier Polski Leopold Skulski  twierdził, że : „Rząd posiada jaknajpewniejsze informacje, że bolszewicy nie mają żadnej siły ani broni, są zupełnie zdemoralizowani i rozbicie i niezdolni do żadnej poważniejszej akcji. Wszędzie tylko uciekają i będą uciekać. Wojska nasze zaś idą nieustannie naprzód. Jestem przekonany, że za kilka tygodni możemy podyktować bolszewikom pokój, jaki się nam będzie podobało. Wtenczas będziemy myśleć, czy zdobyte na nich obszary ziemi mamy wcielić do Polski, czy tworzyć z nich odrębne państwa [5]”.

Dokładając do tego nonszalancję i lekceważenie Rosjan, wynik agresji był łatwy do przewidzenia. W planie inwazji Piłsudskiego znalazło się miejsce dla Semona Petruli, którego zaprosił do Warszawy w maju 1919 roku. Panom udało się dojść do porozumienia zakreślając wspólny front walki przeciwko bolszewikom i Denikinowi. Petrula pochwalił się zajęciem Kijowa. Jego radość nie trwała długo. Następnego dnia Denikin odebrał miasto.

Jeszcze 28 stycznia 1920 roku wystosowano oświadczenie Rady Komisarzy Ludowych do rządu polskiego i polskiego narodu podpisane przez Włodzimierza Lenina i Komisarza Ludowego Spraw Zagranicznych Gieorgija Cziczerina, w którym zawarto cztery punkty wyraźnie mówiące o pragnieniu zachowania pokoju:

„1. Rada Komisarzy Ludowych oświadcza, że polityka RSFRR w stosunku do Polski, opierając się nie na chwilowych, przejściowych, wojskowych lub dyplomatycznych kombinacjach, lecz na trwałej zasadzie samookreślenia narodów, bezwarunkowo i bez zastrzeżeń uznawała i uznaje niepodległość i suwerenność Republiki Polskiej i to uznanie od pierwszej chwili powstania niepodległego państwa polskiego kładzie u podstaw wszystkich swych stosunków z Polską.

2. (…) rada Komisarzy Ludowych, obca jakimkolwiek zamiarom agresywnym oświadcza, że wojska czerwone nie przekroczą obecnej linii frontu białoruskiego (…). Co zaś się tyczy frontu ukraińskiego (…) wojska Republiki federacyjnej nie będą prowadzić działań wojennych na zachód od zajmowanej obecnie linii (…).

3. Rada Komisarzy Ludowych oświadcza, że rząd radziecki nie zawierał ani z Niemcami, ani z jakimikolwiek innymi krajami porozumień lub układów, których ostrze wprost lub pośrednio zwracałoby się przeciw Polsce (…).

4. Rada Komisarzy Ludowych oświadcza, że nie ma, o ile chodzi o rzeczwiste interesy Polski i Rosji, ani jednej kwestii terytorialnej, ekonomicznej lub innej, której nie można by rozwiązać na pokojowej drodze rokowań, ustępstw wzajemnych i porozumień, tak jak to ma miejsce obecnie z Estonią [6]”.     

Deklaracje tą potwierdził 2 lutego Centralny Wszechrosyjski Komitet Wykonawczy podpisem Kalinina. Za zawarciem pokoju opowiadali się endecy i polscy komuniści, którzy poświęcali wiele energii na akcje propagandowe i wystąpienia antywojenne. Przez kraj przeszła fala strajków, głównie w Zagłębiu Dąbrowskim. Narodowcy, którym przychylny był głównie elektorat ziem zachodnich, przeciwstawiali się wojnie uważając, że należy jak najszybciej ustalić granicę na wschodzie. Wtórowały im stronnictwa chłopskie, których wydźwięk objawiał się niezgłaszaniem poborowych z Galicji do wojska. PPS, partia socjalistyczna, która nie wiele miała wspólnego z socjalizmem słowami posła Niedziałkowskiego brnęła w wizje wielkiej Polski: „Jeśli piłsudski zawrze z bolszewikami pokój na zasadzie samostanowienia o sobie wszystkich narodów kresowych, na ten czas z inicjatywy Polski może być powołany do życia wielki blok narodów wschodnich, którego Polska będzie duszą. Powstałyby Stany Zjednoczone Europy Wschodniej, w których obok Polski weszłyby następujące państwa: Finlandia, Łotwa, Estonia,Llitwa, Białoruś, a może z czasem i Ukraina [7]”.

Piłsudski w rozmowach w Belwederze, o których wspomina Rataj, przekonywał społeczeństwo do wojny populistycznymi frazesami. Wedlug niego wojna napędzi gospodarkę, da miejsca pracy i zlikwiduje bezrobocie. Wtórował mu generał Sosnkowski ważając, że skarb państwa podczas wojny robił świetne interesy. O tym, że interesy te pochodziły z rekwizycji towarów, nie wspomniał. Władza nie rozumiała tego, że nie mówi głosem narodu. Zdecydowana większość polskiego społeczeństwa była przeciwna wojnie. Przeciwna wojna była również Wielka Brytania, z której premierem Lloyd Georgem rozmawiał Stanisław Patek w Londynie relacjonując, że rząd „niedwuznacznie umywał ręce wobec konfliktu posko-rosyjskiego, przestrzegał przed zbyt dalekim wysuwaniem się wojsk polskich poza obszar etniczny i zapowiadał nową, przeciwną aspiracjom Piłsudskiego, uchwałe Rady Najwyższej [8]”.

Lloyd George doszedł do wniosku, że znacznie lepszym interesem dla Wielkiej Brytanii będzie nawiązanie stosunków handlowych z Rosją niż finansowanie terroryzmu. Również poseł Stanisław Głabiński z mównicy sejmowej grzmiał: „Słyszymy, że mamy jakąś nową orientację, że tworzymy państwo inne, ukraińskie, a przecież powinniśmy przede wszystkim dokończyć budowy własnego państwa i zabezpieczyć jego granice [9].  W dalszej części wystąpienia przestrzegał, że wojna z Rosją doprowadzi do poważnej katastrofy finansowej państwa i zrujnuje je gospodarczo. Przewodniczący Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, Stanisław Grabski na znak protestu podał się do dymisji.

Odmiennego zdania była Francja uparcie finansując białe wojska generała Wrangla licząc na pokonanie bolszewików i odbudowę carskiej Rosji. Rosji, z którą łączyło ją wiele. Była sprzymierzeńcem w 1914 roku podczas bitew w prusach Wschodnich, co przełożyło się na ocalenie Paryża. Co ważniejsze od wojennych sentymentów, w rękach Francuzów była spora część obligacji rosyjskich, które mogłby zostać zrealizowane jedynie po obaleniu rządu bolszewików.

Dwa miesiące później rząd rosyjski otrzymał odpowiedź od ministra Patka o chęci rozpoczęciu rozmów w Borysowie, na terenie zajętym przez wojsko polskie. Natychmiast nadeszła odpowiedź z prośbą o zmianę miejsca rokowań wolnego od działań wojennych. Cziczerin, piastujący funkcję Komisarza Spraw Zagranicznych dostał zgodę od rządu Estonii, który zgodził się, aby rozmowy odbyły się na jego terytorium.

Pomimo deklaracji polskiego rządu o chęci rokowań, nie podjęto żadnych dalszych rozmów na temat miejsca pertraktacji i kilka dni później Rosja Radziecka została zaatakowana. W tej sytuacji strona radziecka wystosowała komunikat do państw Ententy wskazując niechęc do podjęcia rozmów przez stronę polską. Jedynym owocem tego wystąpienia była zmiana postrzeganie Polski w zachodnich mediach, która stała się agresorem. 

Polskie wojska pod dowództwem Józefa Piłsudskiego zajęły część Białorusi i Ukrainy. Zdobycie serca Ukrainy, do którego przygotowywano się niezwykle skrupulatnie koncentrując spore siły, przyszło zadziwniająco łatwo. Armia Czerwona nie stawiała żadnego oporu, a szwoleżerowie do centrum miasta dostali się tramwajem zajmując miasto. Natomiast z powodu fatalnej łączności między dywizjami, pozostałe dywizje w pełnej gotowości czekały na znak do ataku licząc na srogie walki.  Do opanowania mostów na Dnieprze, oddano do dyspozycji większość kolumn pontonowych, artylerię i saperów. Generał Śmigły-Rydz niecierpliwie czekał na rozkaz ataku na miasto, którego nikt w rzeczywistości nie bronił. Dowódca 1 Brygady Legionów Stefan Dąb-Biernacki nie miał tyle cierpliwości i bez rozkazu naczelnego dowódctwa nocą wyruszył na Kijów, który zajął 8 maja w pól do czwartej nad ranem.

Nastrój był niezwykle optymistyczny zwłaszcza, że przejęto szyfrogram dowódcy rosyjskiej 12 Armii z zapytaniem: „Gdzie są moje dywizje, na które padło jedyna odpowiedź: „Jestem (…), lecz gdzie moje wojska, nie wiem [10]”. Polscy żołnierze zmęczeni wielokilometrowym marszem zalegli ulice Kijowa układając się do snu. Nie obudził ich nawet przejeżdżający samochodem marszałek Piłsudski wizytujący miasto. Był w nienajlepszym humorze pomimo, zdawałoby się, osiagniecia celu.

Coś musiało wisieć w powietrzu, jakiś niepokój i przekonanie, że dalej nie będzie już tak łatwo. Jeszcze tego samego dnia wyjechał do Warszawy. Nie wziął udziału w zaplanowanej kijowskiej defiladzie. Sama defilada nie spotkała się z ciepłym przyjęciem Ukraińców, gdyż nie uczestniczył w niej Semon Petlura, a jedynie polscy oficjele, co automatycznie nanosiło skojarzenia, że tak naprawdę wejście wojska polskiego do Kijowa to zawoalowana forma okupacji.

Do tej pory wojna wydawała się niezwykle łatwa. Zginęło jedynie 150 polskich żołnierzy, 300 było rannych. Do niewoli trafiło12 tysięcy jeńców, zdobyto 50 armat, około 300 karabinów maszynowych, prawie sto lokomotyw, kilka tysięcy wagonów i zapasy z magazynów wojennych. Na stronę polską przeszło około 15 tysięcy ukraińskich wojsk galicyjskich walczących do tej pory z Polakami, a Armia Czerwona wycofała się na znaczną odległość.

Na uroczystym posiedzeniu Sejmu 18 maja 1920 roku marszałek Trąmpczyński zwracał się podniośle i zarazem naiwnie do Wodza Naczelnego: „Od czasów Kircholmu i Chocimia naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał. Historia nie widziała jeszcze kraju, któryby w tak trudnych warunkach jak nasze stworzył swoją państwowość. W takiej oto chwili zwycięski pochód na Kijów dał narodowi poczucie własnej siły, wiarę w własną przyszłość, wzmógł jego dzielność duchową, a przede wszystkim stworzył podstawę do pomyślnego i stałego pokoju, którego wszyscy tak bardzo pragniemy. Cała Polska jest zgodna w pragnieniu, aby ludnośc przez naszą armię uwolniona, stanowiła sama o swoim losie, o formie swojej państwowości i o formie swoich rządów. Armia nasza na ostrzach bagnetów niesie wolnośc ludności, przez tyle lat gnębionej. W Tobie, Naczelny Wodzu, bez względu na różnice partyj, widzimy symbol ukochanej naszej Armii, armii o takiej sile, jakiej naród nasz nawet w swoich najświetniejszych czasach nie posiadał…[11]”.

Nie każdy podzielał jego nieuzasadniony entuzjazm. W czasie tej fety sytuacja na froncie wschodnim zmieniła się diametralnie. Minister Kędzior w relacji Wincentego Witosa z mszy w kościele, powiedział do niego szeptem: „Nie mogę zrozumieć po co ta komedia. Armia nasza już trzeci dzień ucieka spod Kijowa, na północy same klęski, o czym tak Piłsudski jak i Skulski wiedzą dobrze [12]”.

Armia polska wkraczając na tereny sąsiednich państw trwale znaczyła ślad swojej obecności potokiem krwi. W Szydłowcu na rozkaz generała Sikorskiego rozstrzelano 300 rosyjskich jeńców. W Pińsku rozstrzelano 35-40 Żydów, a sprawca tego mordu został awansowany. Zanim dusze Żydów poszły do nieba polscy żołnierze zmuszali ich do kopania sobie grobów, po czym pozorowano ich rozstrzelanie. Grupę kobiet rozebrano, bito je i przykładano pistolety do głów grożąc zabiciem [13].

W Beresteczku żołnierze dźgali rozpalonym żelazem aptekarza, wkładali igły pod paznokcie, wyrywali włosy tylko dlatego, że ktoś inny strzelał do polskiego oficera. W Chorzelach w zemście za zamordowanie dwóch jeńców przez bolszewików, wykonano egzekucję na dwóch Żydach, którym przez zastrzeleniem wykłuto oczy, odcięto języki, a kawałki ciała odcinano jeden po drugim wywołując niepojęty ból do utraty przytomności. Najazd polskich wojsk miał również charakter rabunkowy. Grabiono wszystko stanowiące jakąkolwiek wartość. W ciągu kilku miesięcy 1919 roku wywieziono 5896 wagonów ze zdobycznymi trofeami.

Szlak bojowy wojska polskiego znaczyły groby. W Wilnie rozstrzelano 55 osób, w Lidze 35, w Mińsku 31- wszystkich na podstawie podejrzenia współpracy z bolszewikami, której to nie raczono udowodnić. Również na Ukrainie polskie wojska dokonały rzezi kilkuset Żydów, jak choćby w Tietiewie, gdzie pozostawiono za sobą 4 tysiące trupów. We wsi Koczeriny spalono żywcem 200 chłopów. Sprzymierzone z Polską wojska ukraińskie Petlury, skompromitowały się w oczach ukraińskich chłopów licznymi mordami i gwałtami na kobietach. Galin opisał osobliwą rozrywkę polskich żołnierzy pastwiących się nad jeńcem. Otóż rozpruto mu brzuch i wsadzono do środka kota, po czym zaszyto rozciętą skórę. Robiono zakłady, kto przeżyje, jeniec czy kot. Jak widać słowa Piłsudskiego „Bolszewików biję gdzie chcę i kiedy chcę [14] nie były rzucone na wiatr.

Wśród polskiego wojska paniczne przerażenie wzbudzały hordy Kozaków nieznającymi terminu „wziąć do niewoli” bezlitośnie rozliczające się z pojmanymi żołnierzami, którzy potrafią tylko maszerować. W jednym ze spisanych wspomnień przedstawia się makabryczny obraz ich wściekłości, kiedy z zaskoczenia otoczyli chałupkę, w której zatrzymał się polski pluton składający się z młodych osiemnasto i dziewiętnastoletnich żołnierzy. Na samym początek rozrąbano głowę żołnierzowi, który stał na warcie. „Na widok Kozaków oraz podoficera z rozpłataną głową, wybiegający z chaty rekruci zawrócili do jej wnętrza. Straszliwa panika ich ogarnęła, a z przerażenia ogarnął ich całkowity bezwład. Wszyscy w liczbie około 30 stłoczyli się w izbie w jedną kupę, tam gdzie przed chwilą warzyli sobie swój popołudniowy posiłek, którego nie zdążyli jeszcze spożyć.

Część Kozaków zsiada z koni i stanąwszy przy drzwiach woła: „Polaczki wychodyt”- lecz żaden z naszych nieszczęsnych nie śmiał się ruszyć. Kozacy nadal krzyczeli, ryczeli „Polaczki wychodyt”. Jeden z rekrutów wyszedł wreszcie… i natychmiast padł pod razami szabel. Nieszczęsny zaledwie mógł wydać jakiś okrzyk przerażenia.

Kozacy ryczeli, aby wychodził następny. Musieli więc wychodzić, a swoje karabiny zostawiali w izbie. Nie przychodziło im na myśl, aby się bronić, aby drogo sprzedać swoje życie. Nieszczęśni wychodzili jeden za drugim, a Kozacy spostrzegłwszy, iż mieli na sobie niemal nowe mundury, kazali im rozbierać się do bielizny. I gdy to uczynili, zaczęli ich pojedynczo masakrować, kolejno jednego po drugim. Zabijali ich wśród bicia nahajami, wśród przekleństw i dzikiego wycia oraz wprost bydlęcej radości. Niektórzy z nieszczęsnych klękali i o litość prosili. Na próżno prosili o darowanie życia. Wzywali Boga na pomoc, pokazywali na swoich piersiach krzyżyki, medaliki, a jednen i szkaplerz- wszystko na próżno. Kozacy rycząc z radości masakrowali wolno jednego po drugim, wcale się nie spiesząc. Napawali się rozkoszą na widok cierpiących ofiar [15]”.

Izaak Babel tak scharakteryzował kobiety w Armii Konnej Budionnego: „O kobietach w Armii Konnej można napisać tom. Szwadrony szarżują, kurz, tętent, szable w dłoń, bluzgają przekleństwa, a one z zadartymi spódnicami mkną na samym przedzie, zakurzone, cycate, same kurwy towarzyszki, i kurwy dlatego właśnie, że towarzyszki, to najważniejsze, obsługują tym czym mogą, bohaterki- a jednocześnie pogardzane, poją konie, znoszą siano, reperują uprząż, kradną po kościołach i po domach[16]”.

Z takim oporem nie śniło się napotkać żołnierzykom armii ochotniczej, dla których piosenki żołnierskie to żołnierska codzienność. Łatwo było dojść do Kijowa, kiedy przeciwnika nie było widać. Trudności zaczęły się piętrzyć, kiedy Rosjanie zaczęli odpierać atak. I bynajmniej nie brak odpowiedniego wyszkolenia żołnierzy, zarozumialstwo i pycha polskiego żołnierza była powodem klęsk, ale niedołężne dowodzenie, częste zmiany dowódctwa, brak informacji, które Piłsudski chował dla siebie.

Tymczasem w wolnej od walk Polsce, sytuacja gospodarcza chyliła się ku upadkowi. Nie dokonano żadnych istotnych reform państwowych, chłopi nie dostali ziemi tkwiąc wciąż w okowach feudalnych stosunków z obszarnikami i kościołem- posiadaczem znacznej części dóbr ziemskich. Robotnikom nie zapewniono godziwych warunków pracy eksploatując ich na równi z XIX wyzyskiem. Nie poczyniono żadnych kroków przeciwdziałając bezrobociu.

Polska po ponad stuletniej niewoli popadła w gospodarczą niewolę mocarstw zachodnich. W 1919 roku produkcja stali wynosia zaledwie 2,4 tysiąca ton, a produkcja przemysłu włókienniczego ledwo osiągała 40% stanu spred wojny. W 1920 roku dochody państwa wynosiły 6 miliardów marek, zaś spodziwane wydatki prawie 48 miliardów. Szalejąca inflacja powodowała głód, choroby i niespotykane od dawna bezrobocie. W samej Łodzi zarejestrowanych było 120 tysiecy bezrobotnych, a wiadomo, że oficjalne dane zawsze są znacznie zaniżone. 

Nic więc dziwnego, że krajem targały potężne fale strajkowe w Warszawie, Zagłębiu Dąbrowskim i Chrzanowskim, stajkował też Lublin, Kraków, Poznaniu, Lwów i Zawiercie. Nie rzadko wystąpienia robotnicze dławione były przez wojsko, lała się krew. Władza przy pomocy pieniędzy zachodniego kapitału i rządów państw imperialistycznych umacniała się nie szczędząc sporej części budżetu na zbrojenia mając jakże szczytne zadanie stać się buforem między burżuazyjnym światem kapitalistycznym, a bolszewicką Rosją.

Z wręcz maniakalnym zacięciem budowano nastroje antyrosyjskie wypominając lata zaborów, uciemiężenia, represji nie zauważywszy, że wróg, którego opisują nie jest już tym samym państwem co wiek, dwa wieki wcześniej. W odezwie do narodu polskiego podpisanym przez WCIK, gdzie napisano wyraźnie, że: „…win za zbrodnie caratu rosyjskiego i burżuazji rosyjskiej wobec Polski, nie można przerzucać na nowe radzieckie państwo rosyjskie[17]”. Nie przeszkodziło to w dalszym ciągu ukazywać bolszewików jako zwyrodnialców, zaborców, ciemiężycieli narodu polskiego.

Optymistyczny, pełen dumy narodowej nastrój, peany na cześć zwycięskiej polskiej armii w walce z Armią Czerwoną trwały do 14 maja, kiedy to strona radziecka przystąpiła do zdecydowanego ataku zadając polskim oddziałom pod Mińskiem ogromne straty.

 

[1] M.I.Kolin, Rok 1920, J.Piłsudski, Londyn 1941, s.20

[2] L. Trocki, Moje życie, Dom Księgarski i Wydawniczy Fundacji Polonia, Warszawa 1990, s. 508

[3] M. Boncz-Brujewicz,Wspomnienia 1914-1919, Wydawnictwo MON, Warszawa 1959, s. 488

[4] P. Tronina, Wojna polsko bolszewicka 1919-1920, http://1917.net.pl/node/2653, (odczyt z dn. 28.06.2013r.)

[5] W.Witos, Moje wspomnienia, t.2, Instytut Literacki, Paryż 1964, s.25

[6] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 45-46

[7] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.73

[8] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.76

[9] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.76

[10] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.103

[11] Red. J.Borkowski, Rok 1920. Wojna polsko-radziecka we wspomnieniach i innych dokumentach, PIW, Warszwa 1990, s.172

[12] W.Witos, Moje wspomnienia, t.2, Instytut Literacki, Paryż 1964, s. 258

[13] A. Witkowicz, Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923, Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 369

[14] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.23

[15] K. Marcinkowski, Boje w Zbarażu 25 i 26 lipca 1920 r. oraz rzeż w Bystrzyku 1 czerwca 1920r. Wydawnictwo im. R. Dmowskiego nr 25, Filadelfia 1983

[16] M.Pruszyński, Dramat Piłsudskiego. Wojna 1920, BGW, Warszawa 1995, s.117

[17] Red. A. Wajntraub, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 48

Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.