Odręczne pismo i podpis Dzierżyńskiego

Rozdział LI
 
 
Gdzieś w 1919 roku, Dzierżyński przyjechał do Jody na Brasławszczyźnie. Czarna limuzyna zajechała na podwórze przed pałacykiem mieszkającego wówczas spokrewnionego z Dzierżyńskim Aleksandra Łopacińskiego. W towarzystwie czekistów, wysiadł z niej Feliks i przywitał się z gospodarzem. Panowie rozmawiali o sytuacji polskich ziemian na terenach objętych już od dłuższego czasu zasięgiem WCzK.     
 
Podczas długiej rozmowy Aleksandrowi Łopacińskiemu udało się przekonać Feliksa, że większość polskich  ziemian to ludzie zasłużeni w walce z caratem, którzy wiele wycierpieli od obalonego systemu, a teraz tkwią w strachu i zawieszeniu obawiając się o życie swoje i ich rodzin ze strony WCzK. Łopaciński nigdy nie sympatyzował z bolszewikami, był bardziej przedstawicielem starego świata, natomiast z Feliksem zawsze udawało się rozmawiać bardzo zasadnie, omijać emocje, dzięki czemu obaj potrafili wysłuchać się wzajemnie. Jak pisał Grzegorz Rąkowski: „dziwna była ta rozmowa  polskiego dziedzica i jednego z najwyższych dostojników bolszewickich [1]”.
 
Dzierżyński ze zrozumieniem odniósł się do słów Łopacińskiego. Umówili się, że tereny Brasławszczyzny i Dziśnieńszczyzny zostaną objęte specjalną kuratelą, gdzie WCzK nie będzie intensywnie działać w poszukiwaniu kontrrewolucjonistów. Nazwali ten obszar Arka Noego. Przy pożegnaniu, Feliks zanotował coś na dwóch kartach i podał je Łopacińskiemu. Sąsiad Aleksandra Łopacińskiego, Czesław Sawicz tak wspominał kolejne wydarzenia tej wizyty: „Łopaciński wyprowadził odjeżdżającego gościa przed portal pałacu. Przyjaciele uścisnęli dłonie. Dzierżyński wsiadł do swego automobilu. Otoczyli go wierni czekiści. Dzierżyński jeszcze raz, już z samochodu, uczynił ręką pożegnalny gest i zawołał: „Pamiętaj, Arkę Noego zostawiam pod twoją opieką, z mojej strony wszystko będzie załatwione.
Dzierżyński dotrzymał słowa. Wystarczyło jego jedno zdanie napisane na karteczce notesu. Dzięki Arce Noego udało się uchronić szereg zasłużonych dla kraju rodów polskich i litewskich. Od Dźwiny, pałacu Łopacińskich w Leonpolu, od rzeki Dzisny, od majątków Ustronie i Judycyn, należących do tej rodziny, a właściwie wszystko, co znajdowało się w widłach tych rzek i aż do brasławskich jezior, było Arką Noego i było poddane jakiejś niezauważalnej, ale dość skutecznej ochronie. (…) Opieka Dzierżyńskiego nad Arką Noego była tak skuteczna, że zadziałała jeszcze w wiele lat po jego śmierci, czego świadectwem – opisany przez tegoż Czesława Sawicza następujący epizod:
Otóż we wrześniu 1939 r., kiedy Armia Czerwona zgodnie z paktem Ribbentrop-Mołotow zajmowała wschodnią część Rzeczypospolitej, właściciele majątków opuszczali swe dobra i uciekali na Łotwę lub Litwę, a jeżeli to z jakichś względów nie było możliwe – chronili się gdzieś w Wilnie. (...) Jedynie Aleksander Łopaciński pozostawał w domu, w swym rodowym pałacu. Przez jakiś czas był spokój, po paru jednak tygodniach w nocy do sypialni pana Aleksandra wtargnęło trzech funkcjonariuszy NKWD z bagnetami na broni i pistoletami gotowymi do strzału. „Podnimajsia pan i stupaj s nami” – rozkazali ostro. Łopaciński spodziewał się tej wizyty.
 
Zgoda, pójdę z wami, skoro tak sobie życzycie – powiedział pojednawczo pan Aleksander i wydobywszy spod poduszki papierek napisany przed dwudziestu laty przez Dzierżyńskiego, wręczył go oficerowi NKWD. (...) Odręczne pismo i podpis Dzierżyńskiego wywołały na nim odpowiednie wrażenie. Dzierżyński już kilkanaście lat nie żył, ale i po śmierci był straszny na tyle, by bano się ruszać tego polskiego pana. Nawet pismo bali się zabrać. Zasalutowali i opuścili pałac. Aleksander Łopaciński miał zapewniony spokój nawet i wtedy, kiedy po raz drugi Armia Czerwona zajęła Jodę. Jedynie miejscowi partyzanci [sowieccy], dla których Łopaciński był mimo wszystko „pomieszczikiem”, polskim panem, nie mogli ścierpieć jego pałacu. Spalili. Mimo to nie odważyli się go zamordować. Zmarł w Jodach śmiercią naturalną [2]”.
        
Tymczasem nie tylko walka z kontrrewolucją pochłaniała czas Dzierżyńskiego. Bardzo poważnym problem w dobie szalejącej wojny, głodu, braku opału był problem braku higieny oraz środków higienicznych. Wiele chorób, na które cierpiało radzieckie społeczeństwo wynikało bezpośrednio  braku zwykłego mydła i niemożności jego stosowania. Dlatego 15 listopada ukazał się dekret podpisany przez Dzierżyńskiego, na mocy którego WCzK miała przeprowadzać kontrole we wszystkich instytucjach państwowych, w tym w urzędach, szpitalach, stacjach kolejowych czy w hotelach pracowniczych.
        
A tydzień wcześniej, 8 listopada 1919 roku ukazało się obwieszczenie podpsiane przez przewodniczącego WCzK, w którym ostrzegał, że wszyscy, którzy będą próbować sił, by przedostać się przez granicę do innego kraju bez wiz Narkomindzieła[3], paszportu i zaświadczeń specjalnego oddziału WCzK w Moskwie, będą potraktowani jak szpiedzy i jak szpiedzy sądzeni. Również kary nie mniejsze niż osadzenie w obozie koncentracyjnym stosowane będą do osób, które będą przewozić nawet najmniej znaczące w treści listy.
W styczniu 1920 roku sytuacja polityczna uległa nieznacznej stabilizacji. Już 9 stycznia 1920 roku opublikowano w dziewiątym numerze Prawdy „Nowe warunki walki z kontrrewolucją” notatkę podpisaną przez Feliksa Dzierżyńskiego, w której powołując się na rozgromienie armii białogwardyjskich, w tym pokonaniu Judenicza, Denikina i Kołczaka, proponuje zaniechanie wykonywania kary śmierci na wrogach władzy radzieckiej. Był to akt zakończenia czerwonego terroru, który, jak czytamy w dokumencie, mógł uchylony w momencie zbrojnej interwencji Ententy lub przez ponowne poparcie byłych generałów carskich.
 
17 stycznia 1920 roku Dzierżyński wniósł projekt całkowitego zniesienia kary śmierci, który po dwóch tygodniach został zatwierdzony przez WCIK. Zostało ono poprzedzone wystąpieniem Dzierżyńskiego: „Rozgromienie kontrrewolucji wewnętrznej i zewnętrznej, zlikwidowanie największych tajnych organizacji kontrrewolucjonistów i bandytów oraz osiągnięte w ten sposób umocnienie Władzy Radzieckiej pozwala nam obecnie zaniechać stosowania wobec wrogów Władzy radzieckiej najwyższego wymiaru kary (tj. rozstrzelania)
Musimy koniecznie wykorzystywać takie metody, przy pomocy których nie musielibyśmy prowadzić masowych śledztw, nie posługiwać się terrorem, jednak przez cały czas prowadzić obserwację i przecinać korzenie intryg i złych zamiarów wrogów.
Zanim aresztuje się tego czy innego obywatela, należy wyjaśnić, czy jest to potrzebne. Często można prowadzić sprawę aresztowania (…) W ten sposób WCzK osiągnie, że aresztowani będą tylko ci, których miejsce jest w więzieniu, a nie będzie niepotrzebnej i szkodliwej drobnicy, z którą są tylko kłopoty, zatarasowanie WCzK możliwości zajmowania się poważniejszymi sprawami [4]”.
 
Kraj Rad był przy tym pierwszym krajem w Europie, który zniósł najsroższą z kar. Lenin stwierdził, że: „znosząc karę śmierci uczyniła krok (władza Rad), na jaki się nie zdobyła żadna demokratyczna władza w żadnej burżuazyjnej republice[5]”. Natychmiast rozesłał wiadomość do wszystkich jednostek WCzK: „Rewolucyjny proletariat i Rząd Rewolucyjny Rosji Radzieckiej stwierdzają z zadowoleniem, że zdobycie Rostowa i ujęcie Kołczaka umożliwia im odłożenie na bok oręża terroru [6]”.
       
Na początku 1920 roku w sieć WCzK wpadł rezydent polskiego wywiadu w Rosji- Ignacy Dobrzyński-„Świerszcz”. Nie zdążył, jak kilku z jego najbliższych współpracowników w momencie aresztowania lub w więzieniu, popełnić samobójstwa. W ostatniej chwili jego rękę z pistoletem w dłoni przymierzającą się do skroni powstrzymał jeden z czekistów.
Oprócz niego aresztowano wielu członków Polskiej Organizacji Wojskowej. Dobrzański zdawał sobie sprawę, że uciekając spod kosy samobójczej śmierci pod skrzydła WCzK automatycznie grozi mu proces w polskim sądzie wojennym. Wbrew temu, czego się spodziewał, nie został poddany żadnym wymyślnym torturom. Przez długi czas śledztwa milczał o swoich zadaniach. Przesłuchania, w których brał udział Artur Artuzow, nabrały charakteru przyjacielskiego, dyskutowano swobodnie na liczne tematy, w tym na temat Piłsudskiego.
 
Szef wywiadu przekonał Dobrzyńskiego, że żaden z Piłsudskiego socjalista, że każdy socjalista powinien iść ramię w ramię z bolszewikami. Z czasem zapoznał go w kilkoma Polakami pracującymi w WCzK- m.in. z Romanem Pilarem, który był wielkim przeciwnikiem tortur i obdzierania z godności swych aresztantów podczas przesłuchań, doskonale pamiętając swój pobyt w polskiej niewoli w kwietniu tego roku i bestialskie przesłuchania polskich oficerów. Spotkał się też z Wiaczesławem Mienżyńskim, Julianem Marchlewskim, a także z Feliksem Dzierżyńskim.
        
Dzierżyński zapewnił Dobrzańskiego, że ideowi piłsudczycy będący w szeregach jego siatki, zostaną zwolnieni i wysłani do Polski po przyrzeczeniu, że nigdy więcej nie będą działać na szkodę Rosji Radzieckiej. Z pewnością nie tylko jego pozytywna opinia o Leninie, ale szereg innych czynników, jak postawa czekistów i groźba surowego wyroku po powrocie do Polski zaważyły na tym, że WCzK po konsultacji Dzierżyńskiego z Leninem, zaproponowała mu pracę w jednostce wywiadu.
 
Dobrzański przystał na propozycję i przybrał nowe nazwisko- Sosnowski. Do grudnia 1920 roku pełnił funkcję funkcjonariusza do specjalnych poruczeń Oddziału Specjalnego Frontu Południowo-Zachodniego. Wraz ze swoją żoną Juną Przepielińską- pracownicą NKWD zapobiegnie zamachowi na życie generała Michaiła Tuchaczewskiego podczas odwrotu Armii Czerwonej w wojnie polsko bolszewickiej. Za ten czyn został wyznaczony przez Dzierżyńskiego i odznaczony Orderem Czerwonego Sztandaru.
 
Jego praca podczas zbliżającego się konfliktu była nieoceniona, a zasługi dla Rosji tak istotne, że Dzierżyński złożył wniosek do Biura Polskiego przy RKP(b) o przyjęcie go w poczet partii. Sosnowski stał się również przyjacielem Juliana Marchlewskiego, który był mu bardzo bliski będąc najważniejszym autorytem w jego życiu. Oprócz Sosnowskiego, na stronę bolszewików przeszło wielu innych Polaków. Sosnowski przyczynił się również do zwerbowania polskich agentów, którzy lojalnie walczyli po stronie bolszewików, takich jak Wiktor Witkowski (Marczewski), Karol Roller-Czyllok, Wiktor Steckiewicz (Kijakowski) czy Wacław Tabartowski (Górski).
 
Nie były to odosobnione przypadki, a werbunek nie nastręczał problemów, gdyż wielu ludzi było szalenie rozczarowanych polityką Piłsudskiego, jego zdradą socjalistycznych ideałów, jego wizją wielkiej, imperialnej Polski niosącej sąsiednim narodom taki sam ucisk, jaki doświadczyła Polska przez ponad ostatni wiek.


[1] Alwida Antonina Bajor, Aleksander Łopaciński z Jod i Feliks Dzierżyński, http://jody.blog.onet.pl/2012/04/24/aleksander-lopacinski-z-jod-i-feliks-dzierzynski/, (odczyt z dn. 8.07.2013r.)
[2] Alwida Antonina Bajor, Aleksander Łopaciński z Jod i Feliks Dzierżyński, http://jody.blog.onet.pl/2012/04/24/aleksander-lopacinski-z-jod-i-feliks-dzierzynski/, (odczyt z dn. 8.07.2013r.)
[3] Ludowy Komisariat Spraw Zagranicznych
[4] A. Witkowicz, Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923, Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 174-175
[5] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 249
[6] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 249
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.