Nie udzielali mojej rodzinie żadnych przywilejów

Rozdział XLVIII
 
 
Dalszy pobyt Zofii w Szwajcarii nie był możliwy. Nowo powstałe polskie przedstawicielstwo odmówiło Zofii zezwolenia na powrót do Warszawy, natomiast przyznało je Jaśkowi. Na możliwość wyjazdu trzeba było czekać do połowy stycznia 1919 roku. Nadarzyła się wówczas okazja, aby wyjechać specjalnym pociągiem zorganizowanym przez szwajcarskich socjaldemokratów, w którym podróżowali jeńcy wojenni. Do granicy towarzyszył Zofii jej Fritz Platten, od którego wcześniej dowiedziała się o morderstwie popełnionym na Róży Luksemburg.
 
Polski rząd nie zgodził się na przejazd pociągu przez Polskę, dlatego podróż stała się o wiele dłuższa i bardziej męcząca wiodąc przez Prusy do Królewca, a stamtąd przez Białystok do Mińska. Przez dwa tygodnie podróżowali mając do siedzenia jedynie krótkie ławki, na których ani siedzieć nie było wygodnie, ani położyć się. Pociąg nie zatrzymywał się na stacjach, a wagony były zaplombowane, jakby przewoziły niebezpieczne substancje.
 
Na stacji Zamirije trzeba było czekać całą noc na wymianę kół, gdyż nie było lokomotywy koniecznej do tej operacji. Sytuację zaogniał fakt, że w pociągu jechali odgrażający się bolszewikom anarchiści, krążyły też wieści, że w pobliżu obecne są bandy grasujących petlurowców. Na szczęście nad ranem oczom Zofii ukazali się czerwonoarmiści, którzy pogonili zbliżających się bandytów, znalazła się też lokomotywa, przełożono koła i pociąg wyruszył do Mińska. Następnego dnia po nocy spędzonej na podłodze dworca kolejowego, radzieckim pociągiem towarowym z jednym ogrzewanym wagonem czwartej klasy, Zofia z Jasiem wyruszyli przez Smoleńsk do Moskwy.
 
Na Dworcu Aleksandrowskim (obecnie Białoruskim- Z.F), 1 lutego 1919 roku, czekał już na nich, powiadomiony telegramem przez towarzysza podróży Zofii, Pietropawłowskie, Feliks. Na dworzec przywióżł go Tihomolov, który tak zrelacjonował tak długo wyczekiwaną chwilę: „Kiedy ich zobaczyłem wysiadających ze środkowego wagonu pociągu, byli bardzo skromnie ubrani. Jaś był chudy, nieśmiały, nosił okulary. Na głowie miał czapkę z pomponem. Feliks Edmundowicz był bardzo szczęśliwy, i uśmiechał się i głaskał syna [1]”.
 
Na jakiś czas Dzierżyńki zostawił Zofię i Jasia, aby załatwić tymczasowe mieszkania dla powracających jeńców. Gdy wrócił, pojechali do ich nowego mieszkania w kamienicy z podcieniami tuż obok szpitala. Był to spory pokój z dwoma dużymi oknami przylegający do stołówki. Do ich sąsiadki często przychodził Jerzy Jakubowski, który zajmował się organizacją służby zdrowia w Charkowie, na Kaukazie i w Moskwie. Zapamiętał sąsiada głównie dlatego, że Dzierżyński bardzo głośno rozmawiał przez telefon, wręcz krzyczał. Nie raz zwracał mu uwagę „Towarzyszu, nie mówcie tak głośno, płuca sobie wykrzyczycie [2]”.
 
Następnego dnia, w niedzielę, Feliks udał się do pracy wychodząc wraz z rodziną na miasto pokazując im po drodze najbliższe okolice. Przeszli przez Barme Troicką do Ogrodu Aleksandrowskiego aż do Placu Czerwonego. Zatrzymali się nad grobami poległych bohaterów Rewolucji Październikowej, obejrzeli cerkiew Wasyla Błażennego, pomniki Minina i Pożarskiego. Tego dnia było bardzo słonecznie i mroźnie. Śnieg zalegający na ulicach i dachach mienił się milionem srebrzystych gwiazdek. Gdy Feliks poszedł do biura, Zosia z Jasiem poszli na dalszy spacer podziwiając piękną architekturę Moskwy.
 
Kilka dni później, Jaś poszedł do przedszkola, w którym dość szybko nauczył się rozmawiać po rosyjsku, choć wcześniej nie znał tego języka, a Zofia po jakimś czasie znalazła pracę jako instruktorka w Wydziale Szkolnym Ludowego Komisariatu Oświaty. Po jakimś czasie Dzierżyńscy przeprowadzili się do większego mieszkania na Kremlu. Wbrew temu, co pisała zachodnia prasa rozstrząsajac zbytek w jakim pławi się „rycerz rewolucji”, do mieszkania Dzierżyńskich prowadził długi i ciemny korytarz, a samo mieszkanie składało się z trzech niewielkich pokoi. Były one bardzo niskie i miały dość małe okna. Wcześniej mieszkali w nich popi niższego szczebla.   
 
W niedziele Dzierżyńscy wychodzili na specery po mieście. Pewnego razu po przekroczeniu Bramy Troickiej zobaczyli przed sobą idącego samotnie Lenina. Feliksa aż zatkało z przerażenia, zbladł i czym prędzej podszedł do Lenina czyniąc mu wyrzuty, że porusza się po mieście bez ochrony. Błyskawicznie Lenin zaripostował mrużąc figlarnie oczy: „A wy, a wy [3]?”
 
Pierwsze zimowe miesiące były bardzo ciężkie. Mieszkanie nie było ogrzewane, trzeba było palić w kozie, której komin wystawał przez okno. Cała Moskwa skryła się pod śniegiem. Opady były tak wielkie, że nie nadążano z odśnieżaniem ulic i chodników, brakowało też robotników, którzy mogliby zgarniać śnieg. Na Kremlu zapanowała sytuacja kryzysowa.
 
Gdy Swierdłow z trudem dotarł do swojego mieszkania, zwrócił się do komendanta Kremla, Malkowa. Swierdłow nie zwykł tracić czasu na rozmowy wstępne, sam nie cierpiał rozwlekłych dyskusji i, jak to określał „paplologii”, więc z miejsca zapytał się, czy wszyscy możliwi pracownicy są wykorzystani do odśnieżania. Faktycznie, mieszkańcy byli w pełni wykorzystani łącznie z pracownikami komendantury i rodzinami robotników. Wówczas Swierdłow zarządził, aby w walce ze śniegiem wzięły udział także żony dygnitarzy partyjnych, które przeważnie nie pracowały. Oczywiście spotkało się to w wielu przypadkach ze skrajnym oburzeniem, jednak kiedy okazywało się, kto wydał takie zarządzenie, słowa sprzeciwu milkły. Malkow stworzył listę kobiet zmobilizowanych do pracy. Wyjątkiem była Zofia Dzierżyńska, która wówczas dopiero co przyjechała do Moskwy. Swobodnie mogła poruszać się i wychodzić z Kremla w dowolnym czasie. Nie wiedziała nawet o zakrojonej na tak wielka skalę akcji.
 
Dzierzyński dowiedziawszy się rozprządzeniu Swierdłowa zadzwonił do Malkowa:
„-Towarzyszu Malkow, dopiero teraz dowiedziałem się, że zatrudniliście żony wielu towarzyszy przy sprzątaniu śniegu, a tych, które nie chcą pracować, nie wypuszczacie z Kremla. Czy to prawda?
-Prawda Feliksie Edmundowiczu. Ale Zofię Zygmuntownę wypuściłem.
-Właśnie, właśnie. Dlatego do was dzwonię. Nie rozumiem, dlaczego, gdy wszystkie pracują, moja żona ma być zwolniona od obowiązku? Uważam, że wasza decyzja jest niesłuszna. Gdyby Zofia Zygmuntowna wiedziała, za nic nie wyszłaby z Kremla. Proszę was, abyście na przyszłość nie udzielali mojej rodzinie żadnych przywilejów [4]”.
 
Dzierzyński nie stosował taryfy ulgowej. W późniejszym czasie, gdy Zofia zapisała się na badania lekarskie, Dzierzyński w piśmie do kierownika ośrodka zdrowia, odnosząc się do jej wizyty, podkreślił wyraźnie: „Leczenie płatne [5]”.
 
Zofia Dzierżyńska wspominała, że w tych dniach było tak zimno, że w Komisariacie Oświaty nawet atrament zamarzał, więc i na wieszakach nikt nie pozostawiał ubrań, tylko cały czas pracował grubo odziany. Przydział jedzenia był niewielki. Co prawda w instytucjach były stołówki, ale i tam przysmaków nie było, co najwyżej kasza jaglana lub kapuśniak. W o wiele lepszej sytuacji były dzieci, dla których przeznaczano najlepsze zaopatrzenie. Wobec stale rozszerzającego się głodu, Dzierżyński zalecił wprowadzenie stanu wojennego na obszarach powstań kułackich, którzy blokowali transport i chowali żywność dla miast. Sytuacja ta miała początek w sierpniu i powoli narastała. W walkach z Kułakami zginęło, w zależności od źródeł od 200 do 200 tysięcy ludzi, należy więc przyjąć, że było krwawo.


[1] S. Prostakov, Od czerwonego terroru Dzierżyński odpoczywał w Szwajcarii, http://rusplt.ru/society/zheleznij_feliks.html, (odczyt z dn. 18.11.2013r.)
[2] Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 620
[3] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 340
[4] P. Malkov, Zapiski komendanta Kremla, Czytelnik, Warszawa 1977, s. 235
[5] N.I. Zubov, F.E. Dzierżyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, s. 183, http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 21.04.2014r.)
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.