Miłość do Jasia przepełnia moją duszę

Rozdział XLVI
 
 
5 września 1918 roku Dzierżyński zdążył wystąpić na forum Rady Komisarzy Ludowych z referatem o działalności WCzK. W drodze dyskusji uznano, że należy zatrudnić większą ilość lojalnych i świadomych pracowników, aby instytucja mogła realizować wszystkie swoje zadania. Postanowiono dla informacji społecznej i transparentności instytucji podjęto decyzję o opublikowaniu nazwisk wszystkich rozstrzelanych kontrrewolucjonistów i bandytów z podaniem przyczyny wykonania wyroku do ogólnej wiadomości. Wśród nich znalazł się również Bielecki kierujący carską policją w latach 1910-1916, a który przyczynił się do rozprzestrzenienia się w partii bolszewickiej wielu prowokatorów.
 
Gdy Maksim Gorki udzialał wywiadu dziennikarzowi francuskiego czasopisma „Europa”, w jednym z pytań nawiązującym do Bieleckiego zawarta była oszczercza  myśl mówiąca o okrucieństwie Dzierżyńskiego i określenie go jako „fanatyka terroru”. Gorki odpowiedział: „To niesprawiedliwy osąd i nieprawdziwy. Dzierżyński tylko spłacał swój dług…[1]”.
 
Żona Swierdłowa, Klaudia Timofiejewna Nowgorodcowa będąca częstym gościem na Łubiance, tak opisywała ówczesne życie Dzierżyńskiego, w tym jej wizytę wraz z mężem w gabinecie przewodniczącego WCzK: „Feliks siedział schylony nad papierami. Na stole przed nami stała szklanka herbaty jakiegoś mętnawoszarego koloru i niewielki kawałek czarnego chleba. W pokoju było zimno, część gabinetu oddzielona była parawanem, za którym znajdowało się łóżko. Spostrzegłszy nas, Feliks z radosnym uśmiechem wstał, by nas powitać. Jakuba Michaiłowicza łączyła z Feliksem wielka, gorąca przyjaźń. Siedzieliśmy przy stole, przy czym wyraźnie widziałam łóżko Dzierżyńskiego pokryte zwykłym wełnianym, żołnierskim kocem.  Na koc rzucony był niedbale szynel, poduszka była zmięta. Widać było, że Dzierżyński nie śpi należycie, kładzie się na chwilę nie rozbierając się.
 
Po blisko godzinnym pobycie u Dzierżyńskiego wyszliśmy na ulicę. Jakub Michaiłowicz był niezwykle skupiony i zamyślony. Przez pewien czas szliśmy w milczeniu.
-Kiepsko żyje Feliks- powiedział wreszcie Swierdłow- spala się. Nie sypia po ludzku, odżywia się marnie. Nie może tak trwac nadal. Trzeba coś przedsięwziąć, poradzić się Włodzimierza Iljicza, ale bez rodziny nie powinien pozostawać, zginie Dzierżyński… Rodzine jego trzeba koniecznie ściągnąć. I jej bez niego nie łatwo, i jemu ciężko. Gdy rodzina przyjedzie, mieszkanie ożyje. Dzierzyński- choć z rzadka- będzie bywał w domu, będzie mógł odpocząć w atmosferze domowej [2]”.
 
Dzierżyński był faktycznie u kresu sił. Jakow Swierdłow od dawna obserwował narastające zmęczenie Feliksa. W swoim mieszkaniu w ogóle nie bywał. Napięte nerwy, brak snu, fatalne odżywianie, stosy dokumentów na biurku, czasami w ogóle nie wychodził ze swojego biura. Pomysł zorganizowania spotkania Dzierżyńskiego z rodziną zdecydowanie poparł i Lenin. Z uwagi na napiętą sytuację, zaniechano pomysłu ściągnięcia Zosi i Jasia do Moskwy. Na to było jeszcze za wcześnie i czasy były zbyt niespokojne.
 
Dzierżyński przyjął pomysł z wielka radością. Co prawda wiązało się to z oderwaniem się od toczących spraw i śledztw, jednak perspektywa zobaczenia syna była silniejsza niż wszystko inne. Być może przypominały mu stare czasy, kiedy jeździł do Królestwa z narażeniem życia, gdzie ścigały go listy gończe. Miał szansę powtórzyć swój wyczyn, choć tym razem ryzykował znacznie więcej.
 
Zofia Dzierżyńska
W tym czasie Zofia Dzierżyńska studiowała jako wolny słuchacz pedagogikę w Zurychu. Stefan Bratman pracował w Bernie w Misji Radzieckiej jako sekretarz. Tam ściągnął Zofię z Jaśkiem. Zofia objęła posadę sekretarza radcy misji. Zosia i Bratmanowie wynajęli dwa umeblowane pokoje u pewnej Szwajcarki. Jaś Dzierżyński znów mógł się bawić z Jasiem Bratmanem. Zofia była bardzo zajęta pracą. Dla syna pozostały jej tylko wieczory i niedziele. Wtedy Jaś z mamą chodzili na długie spacery po okolicach Berna podziwiając lodowate szczyty Alp i ich ulubioną górę Jungfrau.
 
Przez kilka tygodni nie nadchodziły żadne wieści od Feliksa. W końcu w październiku nadszedł list datowany 24 września 1918 roku,  w którym Feliks pisał: „Cicho dziś jakoś u nas w gmachu. Na duszy osad jakiś -  smutek, wspomnienia dawne, tęsknota. Dziś – zmęczenie może – nie chce się o sprawach myśleć, chciałbym być daleko stąd i o niczym, o niczym nie myśleć, czuć życie tylko i bliskich mi koło siebie… Tak żołnierz śni na jawie- w dalekim, obcym kraju… Tak cicho i pusto tu w moim pokoju- i czuję tę bliskość z Wami. Jak kiedyś- tam w więzieniu. Dziś tym samym jestem. Marzę. Chciałbym być poetą i wyśpiewać Wam pieść życia i miłości… Może uda mi się do Was na kilka dni przyjechać- muszę wypocząć trochę, dać ciału i myśli wytchnąć- i Was zobaczyć i uścisnąć… Może wkrótce z dala od wiru się spotkamy po tylu latach, po tylu przeżyciach. Czy nasza tęsknota znajdzie to, do czego się rwała? [3]”.  Obawiał się, że Zofia czytając doniesienia prasowe o nim, nie ucieszy się ze spotkania. Pisał o sobie: „Dla wielu nie ma imienia straszniejszego niż moje [4]”.
 
Pewnego dnia Zofia została wezwana do posła Berzina, który oznajmił jej w wielkim sekrecie, że Feliks jest już w drodze. Przed wyjazdem zgolił włosy, wąsy i brodę, w kieszeni miał paszport na nazwisko Feliks Domański i jak się okazało, był to wystarczający kamuflaż. Razem z nim wyjechał w podróż Varlaam Avaniesov, sekretarz prezydium WCIK. Zatrzymali się w Berlinie w hotelu naprzeciwko stacji kolejowej. Feliks zdążył jeszcze odwiedzić sklep z zabawkami, aby kupić prezent dla swojego syna.
 
Dla Zofii były to dni pełne napięcia. Wieczorem, w spowitym ciemnościami Bernie, podczas wspólnej kolacji, Zofia nagle usłyszała dochodzącą z podwórza gwizdaną melodię z opery Gounoda „Faust”, która dawniej była sygnałem emigrantów, aby dać znać, że ktoś czeka nocą pod zamkniętą bramą. Wszyscy rzucili się do drzwi, by otworzyć drzwi oczekiwanemu gościowi. Zofia i Feliks serdecznie się uściskali. Spojrzała na niego i przeraziła się.
 
Wyglądał znacznie gorzej niż osiem lat temu, kiedy widzieli się po raz ostatni. Feliks był blady i przeraźliwie chudy. Wciąż nie mogła uwierzyć, że jest przy niej. Cichutko weszli do pokoju, gdzie smacznie spał Jasiek. Tak wiele myślał o nim przez ostatnie lata, cieszył się z każdej nadesłanej fotografii synka, chłonął wszelkie, nawet najdrobniejsze wieści o nim i, jak pisał z warszawskiej cytadeli 2 grudnia 1913 roku do Zosi: „Miłość do Jasia przepełnia moją duszę [5]”. Wyobrażał sobie w marzeniach, że jest z nim, sadza go na kolanach i rozmawia, bawi się z nim, a teraz jego marzenie spełniło się. W ciemnym pokoju pogrążony we śnie leżał w łóżeczku jego syn, który nie spodziewał się wielkiej niespodzianki nad ranem.
 
Nad ranem Jaś zobaczył ojca po raz pierwszy w życiu. Był zupełnie niepodobny do taty z fotografii, dlatego przestraszył się i uciekł z płaczem chowając się za drzwiami pokoju stołowego. Nie spiesząc się, drobnymi kroczkami udało się Feliksowi przyzwyczaić do siebie Jasia. Podarował mu zabawkę konstruktorską, która bardzo się maluchowi spodobała. Można było z niej zbudować pojazdy i mosty, wiatraki i domy. Zabawkę tą Jan Dzierżyński przechowywał u siebie przez kolejne lata, by podarować ją wychowankom polskiemgo domu dziecięcego im. Róży Luksemburg w Moskwie. W południe już razem doskonale się bawili.
 
Szczęśliwe chwile przerwała Feliksa, kilka dni musiał przeleżeć z wysoką gorączką w łóżku. Dopiero, kiedy poczuł się nieco lepiej, a gorączka ustapiła, całą trójka mogła pojechać na wycieczkę do Lugano, do malowniczego miasteczka położonego niedaleko granicy z Włochami. Pojechali pociągiem, w przedziale byli sami, Jaś więc mógł do woli brykać i cieszyć się ojcem. Ten zaś opowiadał synowi różne śmieszne historie, bawił się z nim, pokazywał sztuczki, a Jaś śmiał się szczęśliwy.
 

NAd jeziorem w Lugano
Dopiero pod wieczór dotarli na miejsce zatrzymując się w hotelu położonym tuż przy jeziorze. Czas spędzali na pieszych wycieczkach, pili kawę na balkonie rozkoszując się widokiem gór i pływali statkiem parowym po jeziorze. Pełne szczęścia chwile przeplatały ponure myśli Feliksa o walkach toczących się w kraju, o tym, że jego towarzysze giną, kiedy on przebywa w spokojnej Szwajcarii wypoczywając z rodziną. 
 
Feliks przez cały czas skoncentrowany był na Jaśku, ciągle z nim rozmawiał, razem żartowali, śmiali się. Dopiero teraz mógł być tak blisko ojca, o którym do tej pory słyszał z opowieści mamy i przyjaciół. Jaś rzekonał się, jak bardzo prawdziwe były listy taty wysyłane z więzienia, poczuł jego miłość i bliskość. Były to najszczęśliwsze dni w życiu małego Dzierżyńskiego. Szczególnie mocno zapamiętał spacery wzdłuż jeziora, gdzie zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie i przejażdżkę kolejką linową na górę San Salvatore, z której, jak pisał w swoich wspomnieniach Jan Dzierżyński, rozpościerał się cudowny widok na alpejski łańcuch górski i na malownicze okolicę Lugano.
 
Władze Szwajcarii nie podejrzewały nawet, że przewodniczący WCzK przebywa w ich terytorium. Nie podejrzewał tego nawet Bruce Lockhart, którego Dzierżyński zobaczył na przystani parostatków. Zmylił go wygląd Dzierżyńskiego. Nie przypuszczał, że człowiek, koszmarny sen burżuazji, który go aresztował i przesłuchiwał, może chodzić po tej samej ziemi. Dzierżyński zachował kamienną twarz, nie dał po sobie poznać, że jest zaskoczony, na jego twarzy nie zagościł nawet cień trwogi.
 
Dopiero, gdy odpłynęli z przystani, powiedział o tym spotkaniu Zofii. W swoim pamiętniku o latach wielkich bojów, Zofia wspominała to wydarzenie: „W chwili, gdy na przystani w Lugano wsiadaliśmy do łódki, tuż obok dopłynął statek parowy, na którego pokładzie stał Lockhart. (…) Feliks od razu go poznał, ale o spotkaniu tym powiedział mi dopiero wtedy, gdy odpłynęliśmy od przystani. Lockhart na szczęście nie poznał Feliksa, gdyż był zewnętrznie bardzo zmieniony. Przy tym nie mogło mu  nawet przejść przez myśl, ze przewodniczący WCzK znajduje się w Szwajcarii[6]”.
 
Pobyt Dzierżyńskiegow Szwajcarii dobiegł końca. 25 października wraz z Awaniesowem  Feliks wyjechał z Berna do Moskwy przez Berlin, w którym miał skontaktować się z Różą Luksemburg i Karlem Liebknechtem. O ile do spotkania z Różą nie doszło, gdyż siedziała w tym czasie w więzieniu, tak spotkanie z Karlem, przywódcą robotników niemieckich, wypuszczonym na wolność 23 października 1918 roku, doszło do skutku.
 
Nad Niemcami roznosiła się rewolucyjna fala. Przed ambasadą radziecką odbyła się demonstracja robotnicza wyrażająca poparcie mas robotniczych. Policja szablami rozpędzała tłum demonstrantów, wielu zraniono. 28 października  Feliks relacjonował Zofii: „Część demonstrantów przedarła się przez kordony policjantów i przed poselstwem zatrzymała się , powiewając czapkami i chustami z okrzykiem: „hoch!” Dopiero początek ruchu. Masy oczekują przewrotu. Brak tylko grupy pionierów z dostateczną wolą i autorytetem. Róża wciąż siedzi i niewiadomo, kiedy będzie wolna Oczekują, (że- Z.Z.D) niedługo. Liebknecht zupełnie solidaryzuje się z nami. W szerszych kołach partyjnych jakaś słaba jeszcze wiara we własne siły, a stąd nastroje czysto porażeczeskije (bez optymizmu, przeświadczone o porażce- Z.F.) (…) [7]”. W dalszej częśći listu odnosił się do powrotu swojej rodziny, jednak, jak pisał, mimo wielkich starań i tęsknoty, rozsądniejsze będzie, aby ten gorący i niebezpieczny okres przeczekali za granicą. Na koniec przesłał pozdrowienia dla niej i Jaśka oraz dla Bratmanów.
 
11 listopada monarchia Habsburgów w Niemczech upadła, Wilhelm II zrzekł się tronu. Również w Austro-Węgrzech nastąpił upadek państwa. Ruch rewolucyjny nabrał rozpędu. Wszędzie tworzono rady delegatów robotniczych. W skutek tych wydarzeń, rząd szwajcarski postanowił zamknąć Misje Radziecką, wielu dyplomatów zostało wydalonych z kraju, wielu pracowników Misji i organizacji radzieckich aresztowano. W odpowiedzi na manifestacje robotników, władze wyprowadziły na ulice armaty. W tych fatalnych chwilach, Zosia znalazła się bez pracy i domu, gdyż kobieta, od której wynajmowała mieszkanie, wymówiła im najem. Musiała wraz z Jasiem czym prędzej przenieść się do innego mieszkania. Jeden z pracowników Misji doniósł policji, że Zofia paliła dokumenty. Na szczęście nie wiedział nic o przyjeździe Feliksa, ani tego, czyją jest żoną. Dzięki temu nie została internowana. Podczas rewizji zabrano jej wszystkie listy od męża, które po miesiącu odzyskała.
 
Przez ten czas Feliks rozmyślał nad powrotem Zosi i Jasia do Moskwy. Postanowił odczekać do wiosny w nadziei, ze sytuacja się ustabilizuje. 15 stycznia 1919 roku Róża Luksemburg i Karl Liebknecht w Wilmersdorfie zostali pojmani i torturowani przez żołnierzy Freikorpsu. Ciało zamordowanej strzałem z pistoletu w skroń Róży wrzucono do Kanału Obrony Terytorialnej w Berlinie. Jej zwłoki odnaleziono dopiero w lipcu. Karl Liebknecht został zastrzelony przez oficera Freikorpsu

[1] N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965, s. 142,  http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 31.03.2014r.)
[2] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 322
[3] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s.321
[4] S. Prostakov, Od czerwonego terroru Dzierżyński odpoczywał w Szwajcarii, http://rusplt.ru/society/zheleznij_feliks.html, (odczyt z dn. 18.11.2013r.)
[5] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Pisma. http://protivpytok.org/sssr/antigeroi-karatelnyx-organov-sssr/dzerzhinskij-f-e/dzerzhinskij-f-e-dnevnik-zaklyuchennogo-pisma, (odczyt z dn. 31.10.2013r.)
[6] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s.326
[7] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s.327
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.