Historia nam nie wybaczy, jeśli władzy nie weźmiemy teraz

Rozdział XXXVII
 
Jakow Swierdłow
Dzierżyński wraz z Swierdłowem czynił przygotowania z ramienia Komitetu Wojskowo Rewolucyjnego do zbrojnego powstania organizując broń i opracowując taktykę działań zbrojnych. Skupiał się nad nadchodzącymi przez cały czas informacjami o ruchach wojsk, nastrojach, uzbrojeniu. Bezustannie kontaktował się z oddziałami Gwardii Czerwonej, z flotą bałtycką, z robotnikami w fabrykach, wydawał rozkazy, przeprowadzał kontrole, przyjmował delegacje. Organizował strzeleckie szkolenia robotników. Ochotników do Czerwonej Gwardii było tak wielu, że nie starczało dla wszystkich broni. Zajmował się wzmocnieniem obronnym pałacu Smolnego, gdzie koncentrowały się bolszewickie instytucje wojskowo rewolucyjne.
 
Kilka raz dziennie zmieniano przepustki uprawniające do wejścia, co powodowało, że nie łatwo było wejść przez podwójną kontrolę wartowników, którzy dokładnie sprawdzali tożsamość i cel przybycia. Przed budynkiem cały czas podjeżdżały i odjeżdżały samochody, z których wychodzili pospiesznie ludzie lub z których wyładowywano duże ilości gazet i broni. Czasem pojawiał się wóz pancerny ozdobiony dwiema czerwonymi flagami. Dzierżyński rozkazał śledzić wielu przedstawicieli politycznie zaangażowanej burżuazji, aby mieć pełen obraz posunięć przebiegłego przeciwnika. W dni poprzedzające wybuch rewolucji zupełnie nie spał.
 
Zbliżająca się walka o władzę nie zapowiadała się optymistycznie. Największą bronią bolszewików była wiara w rewolucję. Poza tą moralną siłą, arsenał nie wyglądał imponująco. Sama liczebność Czerwonej Gwardii rozbrojonej po Dniach Lipcowych wynosiła około 20 tysięcy żołnierzy i dwa tysiące marynarzy. Spora część uzbrojenia pochodziła z czasów walk z Korniłowem. Gdy jego pucz został udaremniony, Kiereński zarządał od bolszewików zwrotu przydzielonej im broni. Robotnicy skutecznie ją schowali, by teraz wziąć ją w ręce na nowo. Mimo to, wciąż brakowało broni, wciąż napływały nowe fale ochotników. Szczególnie doskwierał bolszewikom brak broni maszynowej. Po drugiej stronie stała świetnie uzbrojona policja, rząd chroniony był dywizjonem samochodowym posiadającym opancerzone pojazdy i karabiny maszynowe o wielkiej sile rażenia. Na rozkaz Kiereńskiego czekało ponad 5 tysięcy ślepooddanych junkrów świetnie wyszkolonych i uzbrojonych, trzy pułki kozackie, artyleria nie mówiąc już o batalionie pierdolonych cyklistów.
 
Pułkownik Połkownikow, komendant Piotrogrodu wydał zarządzenie, aby służby nie dopuszczały do manifestacji ulicznych, a wszelkie próby wystąpień zbrojnych tłumić w zarodku wszelkimi dostępnymi sposobami. W poważaniu jego rozkazy mieli go jedynie junkrzy, składający się z młodych oficerów pochodzących z wyższych sfer burżuazji lub rodowici szlachcice, których liczebność nie przedstawiała wielkiej siły. Ci elitarni słuchacze szkółek wojskowych byli tak skrajnie kontrrewolucyjni, że nawet Kiereński był dla nich rewolucjonistą. Połkownikow łudził się, że zdoła okiełznać tłum mówiąc: „…nasze siły wojskowe są większe, niż potrzeba [1]”, natomiast minister wojny, Wierchowski daleki był od takiego optymizmu zdając sobie sprawę, że rząd nie ma odpowiednich i lojalnych sił gotowych stanąć naprzeciw uzbrojnym bolszewikom.
 
Po prawej Kiereński z generałem Aleksjejewem
Rząd Tymczasowy obradował przez cały czas szukając rozwiązań, które zapewniłyby mu dalszą władzę. Kiereński jeszcze kilka dni temu twierdził, że „Mam więcej sił, niż to potrzebne. Rozgromimy ich całkowicie [2]”, jednak teraz okazało się, że te siły gdzieś się zapodziały. Na garnizon piotrogrodzki nie można było liczyć. Mówiono o ściągnięciu jednostek frontowych, kozaków, junkrów, lecz nawet gdyby udało się zorganizować armie odporu, nie było już na to czasu.
 
Nocą z 23 na 24 października (5/6 listopada) 1917 roku Rząd Tymczasowy wydał zupełnie bezsensowne w tych okolicznościach zarządzenie zawieszenia wszystkich bolszewickich gazet. Do drukarń wysłał junkrów, którzy demolowali sprzęt i blokowali wydawanie gazet. Natychmiast we wszystkich drukarniach i redakcjach bolszewickich pojawiali się uzbrojeni czerwonogwardziści przepędzając wiernych Kiereńskiemu junkrów. Od tego czasu z bronią w ręku Czerwona Gwardia strzegła porządku nie dopuszczając do zaprzestania wydawania gazet. W tym czasie zaalarmowano wszystkie szkoły oficerskie i postawiono je w stan gotowości. Rząd rozkazał wzmocnić straże Pałacu Zimowego i dworców kolejowych, rozkazał wyłączyć linie telefoniczne w Smolnym, a remontowany w doku statek wojenny „Aurora” otrzymał rozkaz wypłynięcia w morze.
 
Nad ranem Kiereński udał się do Pałacu Zimowego, gdzie przyjął jeszcze delegację kozaków nalegających na rozprawienie się z bolszewikami. Audiencja poprzedzona była procesją z „cudowną ikoną”, dzięki której jakoby wojska rosyjskie pokonały Napoleona podczas jego oblężenia. Odbyła się też uroczystość poświęcenia broni kozackiej zawsze gotowej do obrony ziemi rosyjskiej. W tym dniu przedstawiciele przedparlamentu zakomunikowali Kiereńskiemu, że co prawda potępiają bunt bolszewików, ale odpowiedzialnością za niego obciążają jego samego. Kiereński niecierpliwie czekał na wojska jadące z frontu, które utknęły na stacjach kolejowych zablokowanych przez bolszewików. Były one dla niego szansą na zwycięstwo, choć dość złudną.
 
Tymczasem po południu, około trzeciej, w Piotrogrodzie bez jednego wystrzału zaczęła się walka o mosty, których w mieście było kilkaset, a ich znaczenie było strategiczne. Gdy nacierali bolszewicy, kozacy i junkrzy uciekali, gdy nacierali junkrzy, bolszewicy się kryli. Rezultat tej przeganianki ukształtował się wieczorem, kiedy wszystkie mosty zostały opanowane przez Czerwoną Gwardię. 
 
Jeszcze tego samego dnia odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Komitetu Centralnego SDPRR(b), na którym jeszcze raz przeanalizowano działania i podzielono role. Kamieniew powróciwszy do zdrowego rozsądku wraz z Berzinem odpowiedzialni byli za pertraktacje z lewicowymi eserowcami, Swierdłow za obserwację i analizę zachowań rządu, Bubnow- koleje, Dzierżyński- telegraf. Klamka zapadła. Rewolucja się rozpoczęła. 
 
Stanisław Pestkowski
Wydarzenia nabrały tempa. Dzierżyński około czwartej po południu odnalazł w tłumie swojego starego towarzysza doskonale mu znanego z pobytu w carskich więzieniach- Stanisława Pestkowskiego, syna ziemianina, absolwenta londyńskiego uniwersytetu, z którym wiele korespondował w czasie jego pobytu na katordze w 1910 roku. Pestkowski zajmował się w tym czasie rejestracją delegatów. Dzierżyński oderwał go od pracy wręczając mu pełnomocnictwo KC i zwrócił się do niego: „Komitet Wojskowo Rewolucyjny mianował was komisarzem głównego telegrafu. Idźcie natychmiast zająć telegraf”. Zupełnie zaskoczony Pestkowski, drapiąc się po czarnej brodzie, spytał się:  „-Jakże zajmę telegraf? Nie mam nawet rewolweru.- spytał Pestkowski. – I nie trzeba. Oto mandat. Telegrafu strzeże- odpowiedział Dzierżyński- pułk Keksholmski, który jest po naszej stronie [3]”. Więcej pytań już nie padło.
 
Pestkowski szybko odszukał w tłumie rewolucjonistów Juliana Leszczyńskiego, który po wyjściu z więzienia zajmował się redagowaniem „Trybuny” i licznymi odczytami. Przekazał mu zadanie, jakie mają wykonać i pobiegli poszukać jakiegoś samochodu. Zaraz po osiemnstej wsiedli do samochodu i ruszyli w kierunku Poczty Głównej. Przez całą drogę rozmawiali opracowując scenariusze biegu zdarzeń, które miały za chwilę nastąpić. Z wielkim zmęczeniem nerwowego napięcia, świadomi dziejących się epokowych wydarzeń, niepewni zwycięstwa zbliżali się do strategicznego budynku wiedząc, że jedyną bronią, na jaką mogą liczyć to siła ich argumentacji. Oprócz niej, nie mieli żadnej innej.
 
Kiedy dojechali na miejsce, spotkali komendanta Telegrafu mianowanego przez Rząd Tymczasowy Romana Łagwę, który potajemnie działał w sympatyzującej z mieńszewikami PPS Lewicy. Po przywitaniu się, odmówił im wsparcia. Argumentował tym, że nie ma żadnych wskazówek od swojej organizacji, ale jednocześnie większego oporu nie zamierza stawiać. Poszukiwania choćby kilku bolszewików wśród załogi Telegrafu okazały się bezowocne. Ze wszystkich zatrudnionych pracowników, bolszewikiem okazał się tylko jeden człowiek. Panowie przez chwilę stali bezradni.
 
Po chwili do budynku przybył Artiomij Lubowicz, o którym wcześniej mówił Dzierżyński, dowódca pułku keksholmskiego. Razem weszli na salę i ogłosili, że zajmują Telegraf. Opanowanie tej strategicznej instytucji odbyło się bez żadnej walki, jednak z niemałym trudem. Telegrafistki podniosły histeryczny krzyk. Uczestnik tej śmiałej akcji, Pestkowski, tak wspominał te wydarzenia: „Weszliśmy do wielkiej sali, w której mieściło się około setki aparatów i pracowało kilkuset pracowników. Zwróciłem się do przewodniczącego komitetu pracowniczego, niejakiego Kinga. Okazałem mu mandat i oznajmiłem, że zamierzam przystąpić do pełnienia obowiązków komisarza.
 
King krzyknął: -To jest gwałt! My się nie podporządkujemy samozwańczemu Komitetowi Wojskowo-Rewolucyjnemu. Pan będzie łaskaw wynieść się stąd. Pracownicy poparli go jednomyślnie: byli wrogo usposobieni do bolszewików. King wezwał straż zbrojną telegrafu i polecił wyrzucić nas za drzwi. Trzeba było wycofać się na schody. Tu naradziliśmy się. Lubowicz powiedział: - Znam tę parszywą inteligencję. Sam jestem telegrafistą. Potrafi tylko mleć ozorem, ale poważnego oporu stawiać nie będą. Powinniśmy wziąć ze sobą dwóch uzbrojonych żołnierzy keksholskich i powrócić na salę. Wówczas ustąpią. Tak zrobiliśmy.
 
Kiedy pojawiliśmy się ponownie na sali w asyście dwóch żołnierzy z karabinami, rozległy się piski. Kilka telegrafistek dostało ataku histerii. King przestraszył się i oświadczył: -Pozostańcie już tutaj, tylko na litość boską odprawcie żołnierzy. W taki sposób zdobyty został bez walki główny telegraf[4]”. Po dwudziestej było już po wszystkim. Rozhisteryzowane telefonistki uspokoiły się, dużą rolę w osiągnięciu spokoju odegrały dostarczone do gmachu herbata, chleb i trzysta konserw.
 
Były jeszcze próby odbicia strategicznego Centralnej Stacji Telefonów pod wodzą Włodzimierza Stankiewicza. Gęstym sitem kul ostrzelano i unieruchomiono samochody pancerne junkrów. Z podziurawionego wraka wyciągnięto czterech junkrów, z których dwóch rozstrzelano w odwecie za dwóch zabitych marynarzy, a pozostałych wzięto do niewoli.  Jedyne co udało się junkrom uczynić, to doprowadzić do ponownej histerii telefonistki, które z piskiem i wrzaskiem opuściły swoje stanowska pracy. W nocy zastąpili je marynarze. Z samej centrali telefonicznej do niewoli wzięto 300 junkrów, których wypuszczono na wolność po przyrzeczeniu, że nie będą więcej walczyć z bolszewikami.
 
Jak później się okaże, wszyscy co do jednego złamali przysięgę i mimo, że pochodzili z tzw. dobrych domów, ich późniejsze okrucieństwo przewyższą granice pojmowania grozy. Mimo tak zaskakującego zwycięstwa, Pestkowski zastanawiał się nie bez obaw, jak długo szala sukcesu będzie po jego stronie? Czy aby nie skończy się tak jak w lipcu, czy dwanaście lat temu? Takie obawy miał każdy.
 
Gorące, pełne napięcia chwile działy się wszędzie, również w Mickunach, do których przyjechał Roman Pilar,  by porozmawiać z matką, Heleną Pilar. Zajechał wraz z towarzyszącymi mu bolszewikami przed dworek. Sam wszedł do środka, jego towarzysze zostali na zewnątrz. Matka z utęsknieniem czekała na ukochanego Romusia, cieszyła się, że go widzi, ale nie wiedziała jeszcze, jakie wieści przynosi. Na twarzy Romana odczytała wielkie napięcie. Jej syn spojrzał na nią i powiedział: Musicie oddać ziemię chłopom! Na to będący wówczas w domu jego bracia zaprotestowali. Bracia coraz głośniej się przekrzykiwali, już żaden nie słuchał drugiego, emocje sięgały zenitu.
 
Roman Pilar
Roman starał się tłumaczyć, że i tak ziemia zostanie im odebrana, więc lepiej, żeby to oni sami ją podzielili. Bracia nie mogli sobie wyobrazić, by ziemię po ojcach tak po prostu oddać. Wtem jeden z nich nie wytrzymał, wyjął broń i strzelił raniąc Romana w ramię. Rozpoczęła się strzelanina. Bracia uciekli do lasu, a zaraz w pogoni za nimi czekiści. Dopadli ich w domku skrytym w lesie. Kiedy strzały umilkły, bolszewicy podeszli do domu. Dwaj bracia Pilarowie nie żyli.
 
Był to dzień, kiedy matka widziała Romana po raz ostatni. Nigdy więcej Roman w Mickunach się nie pojawił. Ona zaś czekała na niego do dnia, kiedy przyszła wiadomość o jego śmierci. Matka Romana, Helena mawiała: „Romuś był dobrym chłopcem, gdyby nie ten jego wuj Dzierżyński...[5]”. Pomimo wielu prób rodziny, nie udało się zerwać ich więzi. Nie pomogło wcześniej nawet wysłanie młodego socjalisty Romusia na studia do Szwajcarii. Wrócił do Rosji i zaczął studiować prawo, by być bliżej wuja, którym był zafascynowany.
 
Tymczasem ukrywający się w mieszkaniu Fofanowej Lenin, zniecierpliwiony poprosił ją, aby poszła do Smolnego, by zasięgnąć języka i rozeznać się w sytuacji. Kiedy długo nie wracała, nie mogąc już dłużej siedzieć bezczynnie, postanowił udać się do Instytutu Smolnego, dawniejszego Cesarskiego Stowarzyszenia Wychowawczego Wysoko Urodzonych Dziewic, wówczas już w części wykwaterowane. Eino Rahja, który mu towarzyszył pisał: „Dla bezpieczeństwa postanowiliśmy przebrać się. Wymieniliśmy części garderoby, zawiązaliśmy mu (Leninowi) twarz chustą, tak jakby go zęby bolały, nałożyliśmy mu na głowę starą czapkę. Na wszelki wypadek włożyłem do kieszeni dwie przepustki do Smolnego. Były to prymitywnie sfałszowane przepustki- nazwiska wytarto gumką i w ich miejsce wpisano dwóch nie istniejących członków Rady Piotrogrodzkiej. Była 10 wieczorem, kiedy opuściliśmy dom (…)
 
Eino Rahja
Dotarliśmy do Smolnego. Przed wejściem tłoczyli się ludzie. Okazało się, że białe przepustki członków rady Piotrogrodzkiej zostały zmienione na czerwone. To była nieprzewidziana przeszkoda, tym bardziej, że na nasze nieszczęście nie zauważyliśmy w tłumie nikogo znajomego. Oczekujący złościli się, że nie chcą ich wpuścić do Smolnego. Ja również zacząłem krzyczeć i awanturować się, i to głośniej od wszystkich, wymachiwałem przy tym przepustką i wołałem co sił: jak to możliwe, że mnie, pełnoprawnego członka Rady Piotrogrodzkiej nie chcą wpuścić do wnętrz. (…) Jednym słowem wywołałem nieliche zamieszanie [6]”.
 
Spacer ulicami Piotrogrodu, na których stały gęste patrole junkrów był bardzo ryzykowny. Lenin z przewiązaną chustą na głowie, zupełnie nie zwracał na siebie uwagi. Cały instytut był oświetlony, wokół kręciło się na mrozie mrowie ludzi. Zza okien Smolnego dobiegał huk maszyn do pisania, rozmowy, okrzyki. Lenin nie wiedział dokładnie, kiedy rozpocznie się powstanie, wszystko było tak tajne, że nawet wódz rewolucji nie znał szczegółów. Gdy znalazł się w środku, natychmiast rozkazał zwołać najważniejszych współpracowników, między innymi Trockiego, Swierdłowa, Dzierżyńskiego i Stalina, aby zdali mu szczegółowy raport. Sytuacja nie była najgorsza, ale Lenina niepokoiły nikłe postępy rewolucji, wydawał się być nieco rozdrażniony.
 
Gimnastyka dobrze urodzonych panien
W ponad stu wielkich pokojach pałacu robota szła wartko. Na emaliowanych szyldach na drzwiach widniały jeszcze napisy „Pokój nauczycielski”, „Wychowawczyni klasy IV”, tuż obok koślawo nakreślone były nowe oznaczenia: „Związek żołnierzy-socjalistów”, „Komitety fabryczne”, „Centralny Komitet Armii”.
 
W pokojach oprócz organów nowopowstałego państwa, mieściły się również organizacje społeczne i redakcje gazet. „W długich korytarzach z łukowymi sklepieniami, oświetlonymi kilkoma elektrycznymi lampami, tłoczyli się w pośpiechu żołnierze i robotnicy, niektórzy uginający się pod ciężarem ogromnych plików gazet, odezw i wszelakiego rodzaju drukowanego materiału propagandowego.
 
Odgłos ciężkich butów po drewnianej podłodze stwarzał nieustający i głęboki, jakby podziemny szum… Na każdym kroku tablice: Towarzysze! Dla swojego własnego zdrowia przestrzegajcie czystości [7]”!
 
Wykończeni służbą i walką rewolucjoniści nie mieli sił, aby zadbać o higienę. Jeśli nie pracowali, nie walczyli, spali rozłożeni po podłogach korytarzy, a zaraz po krótkim śnie, znowu stawali do walki. W Smolnym unosił się dość nieprzyjemny zapach niemytego zmęczenia.
 
Bezustannie ludzie wchodzili do budynku i z niego wychodzili. Widać było, że w tym miejscu mieści się serce rewolucji. Po budynku przemieszczały się nieprzebrane tłumy ludzi, jedni ubrani w zwykłe palta, inni w marynarkach, w mundurach czy w wojskowych szynelach.
 
O. Redlich kiedy znalazł się w tych dniach w Petersburgu, pragnąc na coś się przydać, usłyszał od jednego z marynarzy „Aurory”, że jeśli chce działać, koniecznie musi znaleźć Dzierżyńskiego. Kiedy udało mu się wejść do Smolnego, gubił się w korytarzach obijając o przechodzących ludzi. W końcu ktoś mu wskazał drzwi, za którymi mieścił się gabinet przewodniczącego Komitetu Woskowo Rewolucyjnego. Stała przed nimi już spora kolejka interesantów, stanął więc i on zastanawiając się, co dokładnie chciał powiedzieć. Ludzie szybko wychodzili, więc nadeszła i jego kolej. Za biurkiem zobaczył szczupłego mężczyznę ubranego w wojskową bluzę, ten go zaprosił do gabinetu i zapytał o powód wizyty.
 
Redlich podszedł do biurka i powiedział, że chce walczyć z kontrrewolucjonistami pokazując swoje uwiarygadniające pełnomocnictwo. Dzierżyński przeczytał dokument, uważnie wysłuchał opowieści Redlicha, po czym przydzielił go do grupy żołnierzy jadących do Nowogrodu. Jeszcze spytał, czy ma broń. Gdy usłyszał, że nie ma, natychmiast wypisał kwit na odbiór karabinu i amunicji z magazynu i pożegnał się. Zaraz po nim wszedł następny ochotnik.
 
Oskar Blum tak wspominał swoją wizytę w Smolnym: „W komendanturze rządził smukły blondyn o jasnych, szczerych oczach i zjednywającym uśmiechu. Wywierał nader sympatyczne wrażenie. Musiało się zapamiętać jego nazwisko [8]”. Pomimo niesłychanego zgiełku rozmów, uderzeń maszyn do pisania, dzwonków telefonów, wciąż krążących szybkimi krokami po korytarzach ludzi, widać było doskonałą organizację. Każdy z pracowników Smolnego dokładnie wiedział co ma robić z jak największą wydajnością. Na trzecim piętrze odbywały się narady Komitetu Wojskowo Rewolucyjnego. Dzierżyński i Swierdłow bezustannie wydawali nowe rozkazy, podejmowali decyzje, rozstrzygali w oka mgnieniu ważne kwestie, dyktowali rozkazy, które notowały maszynistki. Po korytarzach biegali gońcy. Dzierżyński oprócz spraw jak najbardziej istotnych zajmował się również podpisywaniem kwitów, wypisywaniem bonów na herbatę, zleceń na wydanie opon do samochodów czy zatrudniał pracowników.
 
Nikt nie zważał na to, że w Instytucie jest zimno, że brakowało opału, a para z ust unosiła się równie gęsto jak na dworze. Fatalna, mimo wielkich starań, była aprowizacja stołówki zorganizowanej dla pracowników Smolnego i wszystkich interesantów, aby mogli posilić się przynajmniej cienką, ale ciepłą zupą. W menu królowały jagły i soczewica, ale i tych niewykwintnych dań czasem brakowało. Czasem udawało się zarekwirować nielegalne składy żywności, wówczas natychmiast przewożono je do Smolnego, gdzie segregowano żywność i skąd wysyłano ją do sierocińców na pomoc najbiedniejszym i najsłabszym.
 
Nie rzadkie były przypadki, że pracujący bez wytchnienia ludzie mdleli z głodu. Pewnego dnia udało się zdobyć całą furmankę chałwy. Została ona natychmiast sprawiedliwie podzielona dla wszystkich ludzi pracujących w Smolnym. Swój przydział dostał również Lenin i Nadieżda Krupska, którzy odmówili jej przyjęcia mówiąc, że jest droga i przyda się komuś innemu. Nie pomogło zaręczenie, że przecież wszyscy dostali taki sam kawałek. Pomimo tak niedogodnych warunków, nikt nie narzekał wiedząc, że pracują dla realizacji swoich marzeń.
 
Czasem do przechodzącego korytarzem Lenina podchodzili jacyś ludzie nie wiedzący kim on jest i pytali się go: „Powiedz, ojczulku, gdzie tu przyjmują paczki dla aresztowanych” albo „Powiedz no, ojczulku, gdzie tu wydają zezwolenie na posiadanie broni [9]?” Wówczas ze spokojem każdemu człowiekowi cierpliwie wyjaśniał jak ma trafić do celu nie zdradzając swojej osoby. Był bardzo opanowany i zrównoważony. Jak wspominał Lenina Paweł Malkow: „Nigdy i z nikim Włodzimierz Iljicz nie spoufalał się. Dla każdego człowieka- czy był to komisarz ludowy, czy robotnik lub chłop- Lenin był bardzo uprzejmy, ze wszystkimi rozmawiał z jednakową uwagą, bez cienia wyższości. Ale cała jego postawa, sposób bycia oraz niewzruszone przekonanie o własnej słuszności zniewalało rozmówcę, kimkolwiek był. I każdy, rozmawiając z Iljiczem, czuł, że mimo całej jego prostoty, nie jest on zwykłym człowiekiem [10]”.
 
Nawet kiedy pewnego dnia przypadkowo Pestkowskiemu wystrzelił rewolwer na sali obrad, a zebrani zaczęli chować się po kątach, ten przerwał na chwilę dyskusję słowami: „Co za chuligaństwo!”, i kontynuował swoją myśl. Inaczej czynił Trocki, który zagadnięty na korytarzu nie dając dokończyć pytania wysyłał wszystkich do diabła. Jego jaśniepańskie maniery i traktowanie ludzi z wyższością, często obraźliwie nie przysparzały mu przyjaciół.
 
Jego gabinet był najdalej oddalonym gabinetem od Lenina. Iljicz pewnego razu zażartował, że należy zaprowadzić między nimi komunikacje rowerową. Stalin zaś uwielbiał znikać gdzieś w zakątki pałacu z nieodłączną fajką oddając się rozważaniom. Jedynie na zawołanie, że Lenin go wzywa, natychmiast się podnosił i biegł do jego pokoju, ale jeśli wzywał go ktoś inny, podnosił się niespiesznie. W pierwszych dniach rewolucji znikał na dobre, jakby chciał schodząc z oczu zatuszować swoją nieporadność. Nigdzie się nie pojawiał, nieczego nie pisał, jedynie wyczekiwał na sprzyjający moment, kiedy mógłby zabłysnąć i zostać docenionym. Dzierżyński nie wyróżniał się niczym szczególnym- bezustannie pracował.
 
Sporym problemem dla niego było zapewnienie Leninowi ochrony. Wódz często wychodził z Instytutu i zupełnie nie przejmował się tym, że na mieście jest niebezpiecznie. Chwile grozy przeżywał również Pavel Malkov- komendant Smolnego, kiedy Lenin z Nadieżdą udawał się wieczorami na spacer po pobliskich ulicach. Na prośbę o informowanie o wyjściu, by zapewnić im ochronę, Lenin jedynie machał lekceważąco ręką mówiąc: „-Zmiłujcie się kochaneczku, tego tylko brakowało [11]!”
 
Dzierżyński wydał dokładne instrukcje zachowania się i zasad bezpieczeństwa w siedzibie rewolucjonistów. Jedynie zaleceń wobec Lenina nie udawało się zachować. Miała być cisza i ostra selekcja wizytujących, jednak w gwarze wydarzeń, nie sposób było wokół pokoju Lenina utrzymać spokoju, a ludzi, którzy mieli ważne sprawy do niego było tylu, że nie mieścili się w korytarzu. Gabinet Lenina znajdował się na drugim piętrze. Wchodziło się do niego przez niewielką poczekalnię, w której siedział sekretarz Rady Komisarzy Ludowych- Sownarkomu, regulując ruch interesantów. Przed gabinetem stała straż, która specjalnie z polecenia Lenina miała do dyspozycji krzesła, na których żołnierze mogli usiąść by odpocząć. Sam gabinet był mały i jasny. Nie było w nim wiele mebli, jedynie biurko, kilka krzeseł i biblioteka. Całość wyglądała bardzo skromnie, wręcz ascetycznie.
 
Paweł Malkow często widując Lenina, tak go wspominał: „Iljicz był niezwykle skromny i niewymagający. Bardzo rzadko zwracał się do kogoś z osobistą prośbą, a jeżeli prosił o coś dla siebie, to nie żądał, lecz właśnie prosił, zawsze uprzejmie i delikatnie, wyraźnie skrępowany, że obarcza kogoś swoimi osobistymi sprawami [12]”.
 
W tym samym czasie w Pałacu Zimowym trwała narada rządu. Kozacy usilnie prosili Kiereńskiego, aby ostatecznie wyeliminował bolszewików z gry zaręczając o swojej dozgonnej lojalności. O drugiej nad ranem, kiedy posiedzenie dobiegło końca, w Pałacu zjawił się pułkownik Połkownikow oznajmiając premierowi, że jest gotów do ataku na Smolny, jednak w toku dalszej rozmowy okazało się, że nie ma nawet dostatecznych sił, aby zająć choćby budkę wartowniczą. W czasie, gdy Połkownikow składał swe obietnice bez pokrycia, kompania pułku saperów zajęła Dworzec Nikołajewski i Dworzec Bałtycki.
 
Patrole Czerwonej Gwardii aresztowały dwóch ministrów rządu Kiereńskiego- ministra ds. wyznań- Antoniego Kartaszewa i szefa kancelarii Kiereńskiego- Halperina. O trzeciej nad ranem krążownik „Aurora” ignorując rozkaz wypłynięcia w morze, podpłynął w kierunku Pałacu Zimowego, gdzie spuścił kotwicę. O szóstej nad ranem w rekach bolszewików znalazł się Bank Państwa i Główna Stacja Telefonów, a dowodzeni przez Polaka- Adama Kaczorowskiego Sławińskiego, czerwonogwardziści zajęli Dworzec Warszawski i Finlandzki.
        
Nad ranem 25 październia (7 listopada), za wyjątkiem Pałacu Zimowego, strategiczne punkty miasta, w tym centralna elektrownia, wszystkie mosty i pomnijesze instytucje zajęte zostały przez bolszewików.
 
O dziesiątej nadano pierwszy apel Lenina „Do obywateli Rosji”, w którym obwieszczono obalenie Rządu Tymczasowego. Władzę w Petersburgu przejęła Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich. Apel ten brzmiał: „Rząd Tymczasowy został obalony. Władza państwowa przeszła w ręce Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich- Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego, który stoi na czele piotrogrodzkiego proletariatu i garnizonu. Sprawa, o którą walczył lud: niezwłocznie zaproponowanie demokratycznego pokoju, zniesienie obszarniczej własności ziemi, kontrola robotnicza nad produkcją, utworzenie Rządu Radzieckiego- ta sprawa jest zapewniona. Niech żyje rewolucja robotników, żołnierzy i chłopów[13]!” Odezwa ta ukazała się również w prasie- w „Raboczij Put’”, „Raboczij i Sołdat”, a także w burżuazyjnych gazetach „Bierżewyje Wiedomosti” i „Russkaja Wola”.
 
Z budynku Telegrafu nadano informację do wszystkich organizacji bolszewickich o rozpoczęciu rewolucji, padł też rozkaz zajęcia siedziby Rządu Tymczasowego w Pałacu Zimowym i aresztowania Kiereńskiego oraz ministrów. Lenin w jasnych słowach ostrzegał wszystkich bolszewików, że sytuacja jest bardzo niebezpieczna, wszystko, dosłownie, wisi na włosku, nie ma już czasu na zebrania i narady, i jeśli teraz nie ruszy do boju cały ruch proletariacki, to grozi im wszystkim zagłada.
 
O dziesiątej nad ranem zebrał się obalony rząd Kiereńskiego, z tym, że jedyne co mógł ustalić to miejsca, gdzie kto ma usiąść. Fatalne informacje jakie doszły do uszu ministrów pozbawiały ich ostatnich złudzeń. Okazało się, że żadna odsiecz nie nadejdzie. Cały rząd ma do dyspozycji około dwóch tysięcy junkrów, którzy głodni nie mieli ochoty do walki z przeważającą siłą bolszewików. Nikt nie pomyślał wcześniej, aby zatroszczyć się dla nich przynajmniej o zapasy żywności. Załogi pięciu samochodów pancernych strzegących pałacu zniknęły, pozostała tylko jedna, a i ta nie była skora do poświęceń.
 
W tak beznadziejnej sytuacji, Kiereński mógł tylko jedno- czym prędzej dać nogę, zanim zjawią się w Pałacu bolszewicy. Prywatnym samochodem udał się przez nikogo nie zatrzymywany do ambasady amerykańskiej, gdzie otrzymał eskortę i dzięki niej wyjechał za miasto, jak sądził, jadąc naprzeciw wojskom idącym z odsieczą.
 
Dopiero 25 października opracowano plan zdobycia Pałacu Zimowego, czyli praktycznie tuż przed akcją. W natłoku zdarzeń nie sposób było do wszystkiego się odpowiednio przygotować. Przez ten czas obalony rząd miał swobodny dostęp do Pałacu, w jego kierunku zmierzały oddziały junkrów ze szkoły oficerskiej, kompania kobieca i oddział Kawalerów Krzyża. Powoli wokół pałacu tworzył się bolszewicki pierścień. Na Newie ukazały się dwa okręty i torpedowce, Gwardia Czerwona ulokowała się na wszystkich mostach wokół Pałacu odcinając drogi ucieczki pozostałościom po obalonej władzy.
 
O wpół do siódmej wieczorem, według planu, wysłano do Pałacu Zimowego żołnierza z batalionu rowerowego, który wręczył ultimatum nowomianowanemu gubernatorowi Kiszkinowi zachęcając przebywających w Pałacu Zimowym żołnierzy do poddania się. To jednak nic nie dało, nie doczekano się najmniejszej odpowiedzi, dlatego przystąpiono do kolejnego punktu planu. Jak na razie wymiana ognia była jedynie odstraszająca, odległości dzielące dwie strony zbyt odległe. Nastał wieczór i miasto skryło się pod płaszczem ciemności.
 
Było, jak na tę porę roku, całkiem ciepło. Nad rzeką spacerowali mieszkańcy, damy w eleganckich paltach i modni panowie nie przejmując się zbyt wiele losem obalonego rządu. W głębi miasta płynęło zwykłe życie, otwarte były kawiarnie, restauracje i kina. Mieszczanie i burżuazja nie sądzili, że czas, jaki nastał, to prawdziwa rewolucja. Sądzono, że to tylko zamieszki i niebawem wszystko wróci do normy, a winni rozruchom zostaną aresztowani i przykładnie skazani. 
 
Z okrętów w stronę Pałacu Zimowego raziły wycelowane reflektory oświetlając niezdecydowanie broniących starego porządku junkrów. W pomieszczeniach pałacu toczyły się zażarte dyskusje na temat walki, czy ma ona w ogóle jakiś sens? Generał Bargratumi, którego karierę uwieńczyło stanowsko dowódcy Okręgu Piotrogrodzkiego sprawowane przez kilka godzin złożył dymisję i wyjechał z Pałacu. Artylerzyści porzucili swoje cztery działa i rozpierzchli się pod osłoną nocy. Około dwudzistej do Pałacu Zimowego przyjechał jeszcze raz goniec Czudnowski z żądaniem kapitulacji. Jego propozycja została odrzucona, jednak nie wyszedł z Pałacu sam. Wraz z nim wyszedł oddział junkrów o wyjątkowej niechęci do walki.
        
Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Nerwy żołnierzy po każdej ze stron były na wyczerpaniu. O dwudziestej padł rozkaz ze Smolnego o przeprowadzeniu szturmu i o ostrzale artyleryjskim. Na znak wystrzału z Twierdzy Pietropawłowskiej, marynarze Aurory wystrzelili o 21:40 trzy ślepe pociski. Był to sygnał dla wszystkich żołnierzy, czerwonogwardzistów i marynarzy do ataku, jednak atak rozpoczął się dopiero po drugiej nad ranem.
 
W godzinę później zdobyto Pałac Zimowy bez wykorzystania artylerii, która mogłaby narazić na śmierć rannych żołnierzy w przebywająch pałacowym szpitalu. Co prawda strzelano z niej gęstym ogniem, ale nie celowano bezpośrednio w Pałac Zimowy.
 
Huk wystrzałów w połączeniu z komasowanym ogniem karabinów maszynowych robił przerające wrażenie. Na całe szczęście, większa ilość przywleczonych z mozłem armat nie była potrzebna, ponieważ część opanowanych dział było tak zardzewiałych i nienasmarowanych, że groziły rozerwaniem podczas wystrzału. W międzyczasie okazało się, że nie było też jak dać sygnału marynarzom „Aurory”, ponieważ zapomniano o lampie, którą można była dać znać do ataku. W końcu udało się nawiązać kontakt z krążownikiem, który wspomógł oblężenie.
 
Praktycznie po pół godzinie było już jasne, że Pałac Zimowy należy już do bolszewików. Nie urządzono też, jak to bywało w zwyczaju wszelkiej maści kontrrewolucjonistów, rzezi jeńców, jedynie pojmano ich i po przyrzeczeniu zaniechania walki z bolszewikami, wypuszczono na wolność. Pojmanych ministrów odstawiono do więzień dla ich własnego bezpieczeństwa, gdyż zebrany tłum skandował okrzyki, aby aresztowanych ministrów Kiereńskiego natychmiast rozstrzelać. Kilkorgu z nich w zamieszaniu udało się niepostrzeżenie uciec.
 
Ludzie wbiegali do środka pałacu w poszukiwaniu odzieży, której najbardziej w tym czasie brakowało. Inni chwytali co tylko wpadło im się pod rękę, a to zegar czy jakaś drobnostkę. Kilku żołnierzy kolbami roztrzaskiwało wielkie kufry. Już miała się rozpocząć regularna grabież, gdy jeden z żołnierzy krzyknął: Stać! Odłożyć wszystko! Nic nie brać! Wszystko jest własnością ludu! Bardzo szybko zaprowadzono porządek ustanawiając warty i wyrzucając potencjalnych rabusiów. Już wkrótce karą za rabunek zostanie kara śmierci. W kilku pokojach pochowali się junkrzy, ale byli nieuzbrojeni. Gdy odnaleźli ich bolszewicy spytali się tylko, czy podniosą broń na lud, a gdy obiecali, że nie uczynią tego, podobnie jak inni schwytani kontrrewolucjoniści, zostali wypuszczeni na wolność.
 
W czasie walk o pałac Zimowy, w Instytucie Smolnym obradowało 670 delegatów, w tym 250 mieńszewików i eserowców oraz 390 bolszewików. Na sali znajdowali się również Dzierżyński, Unszlicht, Leszczyński i Pestkowski. Ilość bolszewickich delegatów na przestrzeni ostatnich miesięcy stale rosła. Do nich dołączyli lewicowi eserowcy, co zapewniło decydującą przewagę.
 
Teraz, w Smolnym nie sposób było prowadzić obrad wśród zgiełku, jaki panował. Podniecenie uczestników było nie do opisania. „Na wszystkich ławkach, krzesłach, w przejściach, na oknach, nawet na podwyższeniu prezydium siedzieli i stali przedstawiciele robotników i chłopów z całej Rosji. (…) Sala nie była opalona, ale gorąco było od wyziewów nie mytych ciał ludzkich. W powietrzu wisiała przykra niebieska mgła dymu tytoniowego. Od czasu do czasu na trybunie zjawiał się któryś z przywódców i prosił towarzyszy, aby nie palili, co miało taki skutek, że wszyscy, nawet palący podnosili krzyk: Proszę nie palić, towarzysze!, po czym palili dalej [14]”. 
 
Zamieszanie było olbrzymie. Na trybunie wchodzili mieńszewicy, bundowcy, prawicowi eserowcy nakłaniając do zaprzestania walk i porozumienia w drodze kompromisu. Abramowicz, jako przedstawiciel Bundu, przemawiający za opcją mieńszewicką, wyszedł po wygłoszeniu płomiennego przemówienia, które utonęło w fali krzyków, zgiełku i przekleństw. Było to jedyne wyjście z komicznej sytuacji, jaką stworzył mówiąc o zburzonym Pałacu Zimowym, gdy marynarz występujący zaraz po nim na trybunie oświadczył, że pałac stoi nieruszony, gdyż strzelano w niego ślepymi pociskami.
 
Przeciwnicy Lenina za wszelką cenę starali się nie dopuścić go do głosu, a kiedy im się to nie udało wobec zdecydowanej przewagi bolszewików, opuścili pałac. Jako delegat polskiej socjaldemokracji, Feliks Dzierżyński zabrał wówczas głos: „Proletariat polski stał zawsze w jednym szeregu z proletariatem rosyjskim. Socjaldemokracja Polski i Litwy przyjmuje dekret z entuzjazmem. Wiemy, że jedyną siłą mogącą wyzwolić świat jest proletariat walczący o socjalizm. Gdy socjalizm zatriumfuje, zgnieciony zostanie kapitalizm i zniesiony ucisk narodowy [15]”. Dodał również, że wszyscy, którzy opuścili salę, mając na myśli około setki mieńszewików i eserowców, są wrogami rewolucji proletariatu. Jego entuzjazm i wiara były niezachwiane. Później powie, że komunista powinien wierzyć nie tylko książkom, ale w zwycięstwo rewolucji[16]. Szczerze wierzył, że rewolucja przyniesie zmiany oblicza świata.
 
Był przekonany, że w nowej rzeczywistości, ludzie będą mogli żyć bez sporów jak w braterskiej rodzinie, której członkowie nawzajem sobie pomagają. Gdy na mównicę wszedł Trocki odezwał się komentując ostatnie wydarzenie dość obcesowo: „Wszyscy ci tak zwani socjalistyczni ugodowcy, ci przerażeni mieńszewicy, socjaliści-rewolucjoniści, Bund - niech odejdą! Oni są tylko kupą śmiecia, która zostanie zmieciona na śmietnik historii [17]”.
 
W momencie kiedy Lenin pojawił się na mównicy, rozległy się gromkie brawa na całej sali. John Reed tak opisywał tę postać: „Niewysoki, krępy, wielka, łysa głowa, mocno osadzona na barkach, małe oczy, duży nos, szerokie, szlachetne usta i wydatna szczęka. Na świeżo ogolonej twarzy, ledwie zarysowała się tak dobrze znana bródka. W znoszonym ubraniu, w mocno przydługich spodniach, człowiek ten nie wyglądał na bóstwo tłumu ani na wodza kochanego i czczonego jak chyba niewielu. Niezwykły to przywódca narodu, zawdzięczający wszystko swojemu intelektowi, pozbawiony wszelkiego pozerstwa, nie ulegający nastrojom, nieugięty, bezkompromisowy, nie uciekający się do żadnych efektownych chwytów- ale za to obdarzony wspaniałą umiejętnością objaśniania najgłębszych idei najprostszymi słowami i wyjątkową zdolnością analizowania konkretnych sytuacji, łączący to wszystko z niepospolita odwagą myślenia i ogromną przenikliwością [18]”.
 
Wydaje się, że gdyby odjąć cechy wyglądu, Reed mówił o Dzierżyńskim. Być może podobieństwa ich charakteru i zasad jakie wyznawali, przyczyniły się do tak bliskiej znajomości i współpracy. Lenin i Dzierżyński rozumieli się doskonale. Obaj nienawidzili nadużywania władzy i kładli szczególny nacisk na obronę rewolucji przed samowolą i anarchią, na którą była dla nich tylko jedna odpowiedź- rozstrzelanie. Lenin nie przywiązywał wagi do wyglądu, jednak zawsze był schludnie ubrany, a swoje ubrania nosił długo nie zważając na pojawiające się i przemijające mody. Nie bardzo rozumiał, dlaczego miał nosić krawat.
 
Garnitur, w którym występował był znoszony i wydawał się, jakby nigdy nie widział żelazka. Podobnie wyglądał Dzierżyński, choć znacznie bardziej ascetycznie. Miał tylko jeden garnitur, który zakładał na szczególne okazje, na co dzień chodził ubrany schludnie w żołnierskich, długich, skromnych koszulach przepasanych szerokim pasem, wojskowych spodniach i szynelu. Na głowie nosił furażerkę z przypiętą czerwoną gwiazdą. Długie cholewy wojskowych butów zawsze lśniły blaskiem, choć jego najzajadlejsi wrogowie opisywali go w prasie zupełnie inaczej- jako brudasa chodzącego w brudnych butach i w poplamionej tłuszczem koszuli.
 
Lenin swobodnie porozumiewał się w kilku językach obcych. Znał biegle niemiecki, angielski, francuski, łacinę, doskonale rozumiał po polsku, czesku, szwedzku, włosku i grecku, choć trochę seplenił i czasem mówił zbyt szybko i niewyraźnie. Bardzo łatwo było go rozśmieszyć, zwłaszcza, gdy był zmęczony. Czasami dławił śmiech starając się z całą powierzchowną powagą prowadzić zebrania. Był mistrzem opanowania swojego czasu.
 
Wydawało się, że każdą minutę swojego życia miał doskonale zaplanowaną i wykorzystaną. Dlatego też wściekał się na niepunktualność ludzi, z którymi się spotykał, mając do nich pretensję, że marnują jego czas. Zarówno Feliks, jak i Włodzimierz mieli bardzo dobry kontakt ze swoimi matkami i byli do nich bardzo przywiązani. Po matce Lenin odziedziczył również silną wolę, takt i pełną życzliwość do ludzi. Śmierć matki przeżył dwa razy. Raz, w 1897 roku, kiedy w prasie ukazał się nekrolog Marii Aleksandrowny Uljanowej, który okazał się fatalną zbieżnością nazwisk i drugi raz podczas jej faktycznej śmierci w 1916 roku.
 
Dzierżyński również był poliglotą. Oprócz polskiego, znał litewski, francuski, kulawo komunikował się po niemiecku, a rosyjski znał dość biegle, choć w chwilach emocji politycznych szwankowała jego gramatyka i mówił z czysto polskim miękkim akcentem.
Lenin i Dzierżyński przywiązywali wielką role do detali, które nie odtrącały ich uwagi od rzeczy ważnych. Umieli zajmować się rzeczami z pozoru błahymi, które dla innych były wyrocznią dalszego życia rozwiązując zarazem doniosłe sprawy związane z rewolucją, rządem, strategicznymi decyzjami.
 
Lenin był człowiekiem bardzo wrażliwym i wybuchowym, którego ataki złości tak nagle znikały, jak się pojawiały, natomiast nigdy nie tracił trzeźwości osądów. Dzierżyński wybuchał jedynie w dyskusjach politycznych, kiedy wyprowadzono go z równowagi. Na co dzień był wyjątkowo spokojnym i opanowanym człowiekiem.
 
Lenin w większości konfliktowych spraw miał rację, którą często przyznawano mu po czasie. Nie było człowieka w jego otoczeniu, z którym by się nie poróżnił, jednak nigdy nie atakował bezpośrednio oponenta, tylko jego poglądy. Wielu skłóconych z nim wydawało się na śmierć, po jakimś czasie wracało w krąg jego najbliższych ludzi. Iljicz nigdy o nich nie zapominał i po przerwie spowodowaną złością, sam szukał z nimi kontaktu.  Ścisły, analityczny umysł Lenina notował wszystko i doskonale potrafił wybiegać w przyszłość nawet w, wydawałoby się, nie wiele znaczących sprawach. Za jego sugestią, żołnierzom przyjeżdżającym do Smolnego oprócz ulotek, które mieli rozdawać po powrocie na swój front walki, dawano również stare kalendarze po to, aby paląc machorkę nie niszczyli ulotek, tylko kalendarze. Nie łatwo było nim z rozmawiać na bardziej złożone tematy. Był szalenie dociekliwy i nawet czytając mapę sił wojsk, potrafił niejednokrotnie zaskoczyć swoja spostrzegawczością i słusznymi wnioskami starych wiarusów.
 
Dzierżyński był bardzo przywiązany do ludzi, których nazywał przyjaciółmi, często szukał z nimi kontaktu, jak w przypadku przyjaciela z lat młodzieńczych, Andrzeja Gulbinowicza, do którego po latach napisał domagając się ze szczerą ciekawością opisu kolei losów jego życia. 19 stycznia 1923 roku pisał do niego: „Drogi towarzyszu! Nie raz wspominałem swoje pierwsze kroki na rewolucyjnej drodze, wspominam też Was, Andrzeju, naszego poetę i mojego przewodnika w głębinę robotniczego życia. Pamiętacie jak nam pijani garbarze skórę zgarbowali, gdyśmy wracali z Sułlaniszek. Przeszło dzwadzieścia lat temu. _ List Wasz skierowałem do Mińska, do naczelnika „ Gospolitotdzieła” z prośbą uwzględnienie Waszego zwrócenia i zakomunikowania Wam i mnie rezultatu.
Ja chciałbym też Was prosić, czy nie znaleźlibyście czasu napisać swe wspomnienia o swojej pracy w Wilnie, o budzącym się ruchu proletariatu i o naszej partyjnej robocie. Wspomnienia będzie można wydrukować. Byłoby to bardzo ważną i potrzebną sprawą dla historii naszego ruchu.
 
Jeślibyście zechcieli napisać mi o Waszym życiu, byłbym bardzo wdzięczny. Wszak zachowałem Was w swej pamięci jako bardzo bliskiego człowieka-towarzysza.
W czasie Rewolucji Lutowej byłem oswobodzony z katorgi i przez te wszystkie lata, jak wiecie, znajdowałem się w ogniu walk. A siły dla tej walki czerpałem z tych idei, o których dowiedziałem się od Was i od tych robotników, z którymi Wyście mnie poznali.
Ściskam Was mocno. Wasz Jacek [19]”. I w takim tonie pisał jeden z najważniejszych bohaterów rewolucji. 
 
Dawni towarzysze zachowali w sercach wspomnienia o pierwszych doświadczeniach pracy agitacyjnej. Andrzej Gulbinowicz wielokrotnie myślał o Feliksie, ciekaw był jak wygląda, czy wciąż jest taki ascetyczny i ruchliwy jak kiedyś? Myślał nawet, by zebrac pieniądze i pojechać do Moskwy, by go zobaczyć, chociaż z daleka. Zbierał informacje i nim z gazet, z „Gudoka”, gdzie zobaczył jego zdjęcie stojącego na trybunie z podniesioną ręką.
Nie zapominał ludzi, którzy byli mu oddani i pomocni. Dzierżyński nie wracał do ludzi, na których się zawiódł. Nie szczególnie przepadał za Zinowjewem, którego brutalności i skłonności do siłowego rozwiązywania problemów się brzydził. Nie przepadał również za Kamieniewem, który potrafił kłamać w żywe oczy.
 
Ani Dzierżyński ani Lenin nie kreowali się na wodzów rewolucji w znaczeniu czysto powierzchownego postrzegania. Nie dbali o to, aby uwieczniano ich w pozach władców, w pięknych strojach na tle okazałych pałaców czy w wyreżyserowanej pozie, z której przebija duma i siła. Wprost przeciwnie. Większość zdjęć zrobiona jest bez większego przygotowania. Wydają się być portretem do dokumentu lub zapisem jakiegoś rodzinnego wydarzenia, które uczestnicy uwiecznili na pamiątkę.
 
Lenin siedzący na schodach na jednym z
późniejszych zjadów partii
Żaden z nich nie fotografował się z atrybutami władzy, ani nie zadzierał nosa w pawiej dumie, jak to zwykli czynić mężowie stanu. Bolszewicy nie wstydzili się swej plebejskości, uwieczniania zgromadzeń rozgorączkowanego tłumu delegatów siedzących gdzie popadło na parapetach, pod prezydium, stojących na krzesłach, tłumnie napierających na mównicę. Byli jednostkami, z których składają się masy, a oni je doskonale rozumieli.  Szacunek jakim się cieszyli wynikał z umiejętności odczuwania potrzeb i identyfikacji z ludźmi, którym przewodzili, którym byli lojalni i nie mieli przed narodem żadnych tajemnic.
 
Nowy świat jaki ze sobą reprezentowali doskonale opisał Gyurkó Laszló: „I nie prostota jest istotą Lenina, ale to, że rozświetlił i ucieleśnił możliwość, o której świat dotychczas marzył. Możliwość życia bez kłamstwa, możliwość wyeliminowania pozy teatralnej, możliwość rozwoju indywidualności bez groźby deformacji. Aby człowiek mógł być tym, kim naprawdę jest- samym sobą [20]”. Było to coś przełomowego, skrycie pożądanego, gdzie wszelkie ludzkie słabości miały szansę przekuć się w wzniosły czyn.
 
Było w Leninie coś, coś w spojrzeniu, co przyciągało do niego ludzi, a kiedy przemawiał, kiedy słuchać było jego gardłowe „r”, nie wiele gestykulował, jedynie pochylał się na mównicy akcentując ważne sprawy. Nigdy nie walił pięścią w stół i nie wygrażał palcem. W pierwszych, ogólnikowych zdaniach nie odnajdywał jeszcze kontaktu ze słuchaczami, oczami gdzieś szukał punktu zaczepienia myśli, szukał słów, które mogłyby wyrazić jego pragnienia. Wcześniej lub później łapał rytm swoich zdań, wówczas przechylał się do przodu, oba kciuki wkładał za kamizelkę i zaczynał się potok myśli. Często nawiązywał do słów przedmówcy w zależności od potrzeb czasem kpiąc z niego, czasem kontynuując i rozwijając jego myśl.
 
Nie reagował na zaczepne okrzyki z widowni, jakby nie chciał zatracić sensu i logiki swoich wywodów. Czasem zapędzał się za daleko, a kiedy orientował się, że słuchacze nie rozumieją go, wracał do poprzedniego punktu i wyjaśniał. Zawsze podsumowywał swoje poglądy i kończył mówiąc prozaicznie: „Oto wszystko co chciałem wam powiedzieć” i nie czekając na reakcję schodził z mównicy. Podobnie jak Dzierżyński, lubił, kiedy coś szło po jego myśli określać sprawę słowem „pysznie”.
 
Lenin wnikliwie interesował się problemami życia kolejarzy, robotników fabrycznych, nauczycieli, urzędników. Dopytywał się o ich pracę, warunki w jakich pracują, o oczekiwania, twórcze zaangażowanie. Szczególnie interesował się nie tylko swoimi najbliższymi pracownikami, ale pracownikami innych komisariatów. Dostrzegał potencjał u ludzi, umiał przekierować ich na funkcje, w których mieli szansę się realizować. Wydawało się wręcz, że zna ich lepiej, pomimo tego, że często nigdy ich nie widział, a jedynie słyszał o ich dokonaniach.
 
Wcześniej będąc na emigracji obserwował codzienne życie prostych ludzi żyjąc wśród nich. Do sekretarza Urzędu Statystycznego pisał w trosce o jedną z pracownic, która z bardzo daleka chodziła do pracy piechotą, aby zasugerować jej delikatnie, że w dni, kiedy nie ma zagadnień statystycznych, mogła przychodzić do pracy później, a nawet, pozostać w domu. W bogatej korespondencji, jaką dostawał, było wiele listów opisujących życie robotników i ich niedostatki. Często musiał interweniować, jak choćby w przypadku pewnej skargi. Do Czerepowieckiego Komitetu Wykonawczego pisał: „Sprawdźcie skargę Eufrozyny Andrejewej Jefimow, żony żołnierza ze wsi Nowosieła, gminy Pokrowskiej, powiatu biełozierskiego; zboże jej zabrano do ogólnego spichrza, mimo iż mąż jej już piaty rok przebywa w niewoli, rodzina składa się z trzech osób, bez żywiciela. O rezultatach sprawdzenia i podjętych przez was krokach powiadomcie mnie. Przewodniczący RKL, Lenin[21]”. Na kartach życia Dzierżyńskiego odnaleźć można dziesiątki takich przykładów ludzkiego traktowania człowieka.


[1] L. Gyurkó, Lenin Październik, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, s. 314
[2] L. Gyurkó, Lenin Październik, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, s. 314
[3] Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 44
[4] Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 44
[5] A.A. Bajor, Krasnyi pomieszczik, http://www.magwil.lt/archiwum/2006/mww7/lpc-10.htm, (odczyt z dn. 27.01.2014r.)
[6] M. Wilk, Rok 1917 w Rosji, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1983, s. 189
[7] J. Reed, Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem, Książka i Wiedza, Warszawa 1956, s. 37
[8] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 209
[9] Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 49
[10] P. Malkow, Zapiski komendanta Kremla, Czytelnik, Warszawa 1977, s. 170
[11] P. Malkow, Zapiski komendanta Kremla, Czytelnik, Warszawa 1977, s. 80
[12] P. Malkow, Zapiski komendanta Kremla, Czytelnik, Warszawa 1977, s. 78
[13] S. Pełczyński, Lenin- wolność i władza, PiW, Warszawa 1981, s. 176
[14] J. Reed, Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem, Książka i Wiedza, Warszawa 1956, s. 81
[15] A. Chackiewicz, Feliks Dzierżyński, Studium biograficzne, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,  s. 220
[16] W.W. Owsiejenko, Umiał przyciągać do siebie ludzi, Publikowane pierwszy raz.
[17] Workers Hammer nr 209, zima 2009/2010, Październik 1917 r.: Rewolucja bolszewicka, http://1917.net.pl/node/6055, (odczyt z dn. 11.06.2013r.)
[18] J. Reed, Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem, Książka i Wiedza, Warszawa 1956, s. 113
[19] S.W. Dzierżynska, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskwa 1977, s. 48/ F. Dzierżyński, Artykuły, opracowania, Aan, 61/IV-1, dok. 394
[20] L. Gyurkó , Lenin Październik, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, s. 41
[21] N. Krupska, Wspomnienia o Leninie, Książka i Wiedza, Warszawa 1971, s. 604
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.