Pocałuj ode mnie dobrych ludzi, którzy cię uwolnili

Rozdział XXXIV
 
Roman Hartenberger, tokarz z Dniepropietrowskich Zakładów Metalowych zamieszkał w Moskwie. Wynajmował pokój u biednej nauczycielki ludowej będącej żoną emigranta politycznego, pani Briandinskiej. Jej dom był swoistą rozgłośnią nowin o walkach rewolucyjnych i plotek m.in. o hulaszczym życiu paskarzy. 27 lutego 1917 roku Roman Hartenberger wyszedł na miasto chcąc zobaczyć na własne to, o czym opowiadała pani Briandinska. Po ulicach Moskwy chodziły całe tłumy ludzi- grupki robotników, mieszczanie, wiele ludzi przyszło ze swoimi rodzinami, dziećmi, bliskimi, przyjaciółmi przyłaczając się do pochodu. Szli w milczeniu, bez sztandarów w dłoniach, bez transparentów. Na klapach marynarek dostrzec można było czasem przypiętą czerwoną wstążkę. Roman Hartenberger podążył za tłumem.
 
Roman Hartenberger
Na Placu Teatralnym ktoś przemawiał. Stał daleko, nie słyszał dobrze co mówił, ale dotarła do niego informacja, że potrzebne są samochody ciężarowe. Nie miał tego dnia nic do roboty. Nastrój zbliżających się wydarzeń rozbudzał w nim emocje, podświadomie chciałsię włączyć w wir wydarzeń, chciał uczestniczyć, byćpotrzebnym. Wiele wysiłku kosztowało go przeciśnięcie się przez gęsty tłum ludzi do miejsca, gdzie zasiadał Tymczasowy Komitet Rewolucyjny. Gdy już udało mu się dotrzeć i zwrócić na siebie zainteresowanie członka komitetu, poprosił o pełnomocnictwo przyrzekając, że przyprowadzi ciężarówkę. Zupełnie obcy człowiek przyszedł i zaufano mu. Czy była to obietnica, którą wówczas nikt na wiatr nie rzucał, czy błysk zaangażowania, szczerości i uczciwości w jego oczach, czy tak bardzo potrzebne były samochody, że zaufanoby każdemu?
 
Wypisano mu pełnomocnictwo i chowając je do kieszeni ruszył przedzierając się znów przez tłum w kierunku ulicy Rybińskiej, gdzie jako kierowca pracował podczas ostatniego lata. Mimo, że minęło pół roku od czasu, kiedy był tam po raz ostatni, koledzy ucieszyli się na jego widok i przywitali się z nim serdecznie. Wyjaśnił po co przyszedł, pokazał pełnomocnictwo Tymczasowgo Komitetu Rewolucjnego. Koledzy bez przeszkód wydali mu samochód- starą, wysłużoną ciężarówkę. Zasiadł za kierownicą, przekręcił kluczyk, silnik zagdakał. Z rury wydechowej wyleciały kłęby dymu. Zanim ruszył, na pakę wskoczyło czterech ślusarzy.
 
Roman Hartenberger skierował samochód w kierunku Rady Miejskiej, a stamtąd, otrzymawszy spis komisariatów policji, pojechali rozbroić posterunki. Bardzo żałował, że nie wsławił się żadnym bohaterskim czynem. Prowadził tylko ciężarówkę, a policjanci bez cienia sprzeciwu oddawali broń dwudziestoletniemu robotnikowi. Gdy już zadanie zostało wykonane, przejeżdżając „przed więzieniem na Butyrkach usłyszeliśmy nieopisane entuzjastyczne okrzyki zebranego tłumu. Zmuszeni byliśmy zatrzymać samochód. Robotnicy na rękach wynosili uwolnionych więźniów politycznych z symbolicznej twierdzy caratu- więzienia na Butyrkach. Wśród uwolnionych było wielu Polaków. Z tłumu padały polskie nazwiska. Zapamiętałem najwybitniejszych- Dzierżyńskiego, Próchniaka[1]”- opisywał w swoich wspomnieniach dzień, który tak głęboko zapadł mu w pamięci.
 
Zatrzymał się na placu przed bramą. Spontanicznie zdecydowano, aby zabrać do samochodu wycieńczonych więźniów. Jednego za drugim, nierzadko słaniającego się na nogach więźnia wkładano ostrożnie na pakę. Wśród nich był Feliks Dzierżyński. Wraz z nim uwolniono Józefa Unszlichta, Juliana Leszczyńskiego, Stanisława Bobińskiego i Stanisława Pestkowskiego. Auto znów zagdakało radosnym śpiewem i ruszyło przemierzając ulice Moskwy pełne wiwatujących robotników na cześć, także polskich, rewolucjonistów. Był to pierwszy dzień od pięciu lat, kiedy Feliks zaczerpnął świeże, zimowe powietrze. Dzierżyński ubrany był jedynie w więzienny drelich, ale nie odczuwał zimna. Ze szczęścia jego oczy zachodziły łzami.
 
Ciężarówka zawiozła go wraz z innymi więźniami do budynku dawnej Dumy, w której mieścił się Komitet Rewolucyjny. Tam spotkał swoich dawnych towarzyszy, przyjaciół, wymieniał pierwsze informacje, zapytania o bliskich, o znajomych, dowiadywał się urywków wieści o sytuacji w kraju. Po latach niewoli, udręki i cierpień, nadszedł czas, który wymarzył, który wyśnił, w który wierzył i musiała być to jedna z najszczęśliwszych chwil w jego życiu.
 
Na pobliskim Placu Triumfalnym, zachęcany okrzykami wiwatującego tłumu, Dzierżyński wygłosił swoje pierwsze od lat przemówienie. Wacław Solski wspominał z tego okresu swoje wspomnienie o Dzierżyńskim, którego ujrzał jako jednego z mówców przed pomnikiem Skobielewa. Ujrzał bladego, wycieńczonego człowieka, który wszedł na mównicę skleconą z desek. Pod paltem nosił trykotową koszulę więzienną w czarne pasy. Jego pojawienie się zrobiło tak wielkie wrażenie, że momentalnie cały tłum uciszył się. Solski pisał o tym wystąpieniu: „Zaczął mówić, ale tak niskim głosem, że prawie nic nie można było usłyszeć. Poczęto się domagać, żeby mówił głośniej. Wypowiedział wtedy zdanie, które dobrze zapamiętałem:
- Proszę się przybliżyć, chciałbym, żeby mnie słyszała cała cela.
Nie od razu zrozumiał, dlaczego rozległ się śmiech. Kiedy to pojął, objaśnił swój językowy lapsus:
- Moje nazwisko- Dzierżyński. Wypuszczono mnie dopiero co z więzienia [2]”.
 
Gdy skończył przemawiać, Solski podszedł do niego i przedstawił się. Dzierżyński poprosił, by odprowadził go, a podczas spaceru uważnie słuchał o działalności SDKPiL w relacji Solskiego. Gdy tak szli, nagle na ulicy ujrzeli typową dla tego czasu scenę. Tłum zatrzymał dorożkarza, którego lejce oznaczone były metalowym okuciem. W owym czasie rozpowszechniano pogłoski, że tak oznakowani dorożkarze są na usługach Ochrany. Zwykle zrzucano ich z powozu i bito. Dzierżyński z wielkim niesmakiem obserwował tę scenę mówiąc, że pogłoski te są nieprawdziwe, zapewne rozpowszechniane przez samą Ochranę, aby wzniecić chaos i nastawić przeciwko siebie ludzi. Mówił, że niesłusznie karani są dorożkarze, a tymczasem nikt nie zabezpiecza akt tajnej policji, w których z pewnością są nazwiska kolarborantów, prowokatorów i zdrajców.
 
 
GdyDzierżyński dotarł do budynku Zgromadzenia Rady Moskiewskiej, wygłosił następne przemówienie. Zarówno te pierwsze, jak i liczne późniejsze wystąpienia spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem. Kiedy tylko wchodził na mównicę, zewsząd rozlegał się huk oklasków tysięcy ludzi, którego żadna siła nie była w stanie zagłuszyć. Feliks w swojej improwizowanej odezwie mówił to, co najbardziej leżało mu na sercu. Mówił o potrzebie dokończenia rewolucji, jak najszybszego zakończenia krwawej wojny imperialistycznej, ustanowienia równości wszystkich ludzi niezależnie od narodowości. Często musiał przerywać, gdy rozentuzjazmowani ludzie nagradzali jego przemowę gromkimi oklaskami.
 
We wspomnieniach Czesława Głowackiego będącego świadkiem ówczesnych wydarzeń, podczas jednego z zebrań czytamy: „I wówczas pojawił się Dzierżyński. Szare więzienne ubranie, ostrzyżony, wychudły, blady o głosie zachrypniętym; uderzała szlachetność rysów i postawy, umiejętność przemawiania i koncentrowania uwagi słuchaczy. Mówił o konieczności wspólnej walki Polaków i Rosjan aż do ostatecznego zwycięstwa rewolucji[3]”.
Feliks stale spotykał swych dawnych znajomych, towarzyszy walki podobnie jak on oswobodzonych przez rewolucję. Z każdym z nich chciał zamienić choć słowo, dowiedzieć się co u niego słychać, dowiedzieć się o sytuacji w kraju, o losach innych towarzyszy. Gdzieś w zamieszaniu, odnalazła go ponownie Lucyna Frankiel chcąc mu zaoferować kwaterę i odpoczynek, ale podziękował mówiąc, że w Moskwie mieszka jego siostra i chce ją odwiedzić. Bardzo chciał ją zobaczyć i swoją siostrzenicę. Nie mógł uwierzyć, że to jest już możliwe.
 
Późnym wieczorem idąc pieszo, dotarł do ciemnego, małego i ciasnego mieszkania przy Krzywym Zaułku 8. Był to niezapomniany dzień w życiu jego najbliższych. Córka Jadwigi tak opisała to zdarzenie: „Czytałam książkę, a mama była czymś zajęta. Gospodarz otworzył drzwi, słychać było męski głos, a ślad za nim rozległo się pukanie do naszego mieszkania. –Proszę wejść- powiedziała mama. Drzwi się otworzyły i do mieszkania wszedł wysoki mężczyzna w szarym, więziennym ubraniu i w takiej samej szarej więziennej czapce. –Mogę wejść?- spytał. Mama aż krzyknęła na jego widok i rzuciła mu się w ramiona. Ja nie od razu poznałam wujka Feliksa. Wydawał mi się wyższy, młodszy niż wtedy, gdy go widziałam na sali sądowej. Ale gdy go rozpoznałam i ja rzuciłam się do jego ramion będąc nieprzytomną z radości [4]”.
 
Rozmowom nie było końca. Rozmawiali o rodzinie- Feliks chłonął wszystkie wiadomości będąc niezwykle ciekaw losów swych braci i sióstr. W jedną noc chcieli przegadać minione lata, jakie im uciekły. Wolny od więziennych rygorów, Feliks mógł coś zjeść i przebrać się pozostawiając na zawsze więzienne łachmany. Następnego dnia siostra przyniosła mu nowe ubranie z Polskiego Komitetu Pomocy Uciekinierom i Ofiarom Wojny i kilka ubrań dla jego towarzyszy. Sama zaś przeprowadziła się z córką do pokoju w mieszkaniu na Uspieńskim Zaułku 5, by zapewnić bratu swobodę, gdyż do domu ciągle wchodzili i wychodzili jacyś goście. Nad ranem Feliks ruszał do Komitetu, gdzie znów spotkał wielu swoich znajomych. Witany był niezwykle wylewnie. Rozpoczęła się, po latach bezczynności, karkołomna i wyczerpująca praca.
 
W biegu wydarzeń w Piotrogrodzie uformowały się dwie siły polityczne- Tymczasowy Komitet Dumy Państwowej, składający się z niedawnych przedstawicieli Dumy i bolszewicka Rada Piotrogrodzka. Car stracił jakikolwiek wpływ na życie polityczne i gospodarcze. Co prawda mianował jeszcze nowych ministrów, ale tak jak i on, nie mieli już żadnego społecznego posłuchu. Podczas wielogodzinnych posiedzeń Rady Piotrogrodzkiej debatowano nad przyszłością Rosji, jej ustrojem i nad losem cara. Spory zaogniały różnice na temat udziału burżuazji w przyszłym rządzie wywoływane przez mieńszewików. Bolszewicy zdecydowanie nie zgadzali się na jej obecność. W dyskusjach coraz silniejszą przewagę zyskiwała burżuazja, choć i bolszewicy odnosili sukcesy jak chociażby forsując wprowadzenie swobód politycznych, zniesienie różnic stanowych, narodowościowych i religijnych.
 
2 (15) marca utworzono Rząd Tymczasowy, którego premierem został książę Gieorgij Lwow, a Aleksander Kiereński objął tekę ministra sprawiedliwości. Tym samym rozpoczął się okres dwuwładzy. Dwa dni wcześniej powstała w Pałacu Taurydzkim Piotrogrodzka Rada Robotników i Żołnierzy. Już tego samego dnia na pierwsze posiedzenie przyjechało dwustu pięćdziesięciu delegatów, by w kilka dni później w przestronnych salach pałacu pomieścić ich ponad dwa tysiące. Rwetes był ogromny. Pomiędzy żołnierzami, którzy nie rozstawali się z karabinami, przechodzili ćmiący machorkę robotnicy.
 
Rady były najczystszą formą demokracji nieuregulowanej, nieokrzesanej, zbuntowanej i spontanicznej. Mówcy wygłaszali swoje przemowy, pozostawali na mównicach, kiedy rozlegały się oklaski, schodzili, kiedy po sali rozlegały się gwizdy i przekleństwa. Można było mówić o wszystkim, co leżało na sercu. Wybierane rady były żywym odzwierciedleniem społeczeństwa dryfującego w sztormie rewolucji. Nowopowstały Komitet Wykonawczy, podobnie jak rząd Lwowa, nie wiedział co ma robić. Ogłosił wolność słowa, objął banki i dworce pod swój dozór, wyznaczył komisje żywnościowe i wojskowe.
 
Tworząc Rady, Lenin reagował na dotychczasowy ustrój parlamentarny, w którym społeczeństwo wybiera reprezentantów powierzając im odpowiedzialne stanowiska, a które będąc u władzy stają się zupełnie oderwane od społeczeństwa. Co więcej, są nieusuwalni i absolutnie nie reagują na potrzeby społeczne. Rady miały funkcjonować inaczej. Nie odgórnie, jak miało to miejsce do tej pory, ale oddolnie, poprzez samorządne Rady, które w swoim środowisku natychmiast i żywo reagowały na potrzeby ludzi pokazując kierunek i właściwe problemy rządzącym.
 
Rada Piotrogrodzka miała ogromny wpływ na wojsko. Sam minister Guczkow uważał, że Rząd Tymczasowy nie ma armii, ponieważ rozkazy rządu wykonywane są dopiero po akceptacji Rady. W rękach robotników był telegraf, koleje i poczta. Rząd Tymczasowy nie był w stanie niczego uchwalić ani dokonać bez głosu Rady. Odnieść można było wrażenie, że być albo nie być Rządu Tymczasowego zależy tylko od Rad. Paradoksalnie, Rada nie dążyła do przejęcia władzy, mimo, że wszystko skupiało się w jej rękach. Lenin wiedział, że taki stan rzeczy nie może utrzymać się zbyt długo. Pisał: „Dwie władze w państwie istnieć nie mogą. Jedna z nich musi zniknąć i cała burżuazja Rosji pracuje już wszędzie ze wszystkich sił i wszelkimi sposobami nad usunieciem i obezwładnieniem Rad Delagatów Żołnierskich i Robotniczych, nad stworzeniem jednowładztwa burżuazji. Dwuwładztwo jest wyrazem jedynie przejściowego momentu w rozwoju rewolucji…[5]”.
 
Abdykacja cara Mikołaja II na rzecz swojego brata Michała, wielbiciela wyścigów konnych, człowieka uważanego w szeptanych rozmowach za człowieka skrajnie głupiego, była jedynie zwykłą formalnością. Michałowi albo nie chciało się podejmować tak wielkiego wyzwania, albo nie był tak głupi, jak o nim szeptano, ponieważ nie przyjął korony i przekazał władzę Rządowi Tymczasowemu.
 
Pierwszym posunięciem Rządu Tymczasowgo, które zyskało mu poklask, było ustanowienie amnestii i ogłoszenie wyborów do Zgromadzenia Ustawodawczego, a także, powtarzając za Radą Piotrogrodzką, zapowiedziano wolność wypowiedzi i zrzeszania się. Podjęto pierwsze decyzje odnośnie rodziny carskiej. 3 (16) marca Rada Piotrogrodzka podjęła uchwałę o aresztowaniu wszystkich jej członków, a kilka dni później,
 
7 (20) marca Rząd Tymczasowy nakazał wykonanie rozkazu. Podyktowane było to zapewnieniem bezpieczeństwa znienawidzonej przez społeczeństwo rodziny cara. Romanowów nie spodziewających się takiego obrotu sprawy, internowano w pałacu w Carskim Siole. Natychmiast zabezpieczono cały majątek rodziny sięgający niebagatelnej kwoty 420 milionów dolarów przeprowadzając równocześnie spis ich majątku, w tym wszystkich budynków i wartościowych rzeczy, a także dzieł sztuki oraz udziałów w amerykańskiej kolei.
 
5 (18) marca wyniszczony więzieniem organizm Feliksa odmówił posłuszeństwa. Jeszcze kilka dni wcześniej w rozmowie ze Stanisławem Bobińskim stwierdził z typowym dla siebie ponurym żartem, że lepiej byłoby się utopić w rzece niż nie móc działać z tak wielkim zaangażowaniem, jakby sobie życzył. Lata katorgi odcisnęły silne piętno na jego zdrowiu, czuł, że nie nadaje się do niczego. Nie chciał żyć dla samego istnienia. Uważał, że „wartość ma tylko działalność człowieka, a nie samo życie, to, co możemy zrobić, zdziałać, zmienić, stworzyć [6]”.
 
Towarzysze partyjni zadecydowali, że należy skierować za Dzierżyńskiego do podmoskiewskiej wsi Sokolniki na dłuższy odpoczynek, gdzie w leśnej aurze tego miejsca mógł zaznać trochę spokoju. Nie było to sanatorium jak mogłoby się wydawać, a raczej prowizorycznie zrobione miejsce odpoczynku. Trafiali tam wysłani przez partię towarzysze po przejściach w carskich więzieniach, gdzie odzyskiwali siły i wracali do zdrowia.
Dzierżyński został umieszczony w domu byłego naczelnika policji Moskwy. Naprzeciw budynku rozlegał się ogród botaniczny, gdzie kuracjusze mogli odpoczywać miedzy zabiegami leczniczymi. Jeden z pacjentów ośrodka zanotował: „Z punktu widzenia politycznego, skład kuracjuszy był bardzo różnorodny. Byli wśród nich bolszewicy, socjaldemokraci, bundowcy i anarchiści. Od rana do wieczora rozlegał się gwar nieustających, zażartych dyskusji. Feliks Dzierżyński brał żywy udział w dyskusjach. Jego wypowiedzi zawsze były jasne i precyzyjne, szczególnie wówczas, gdy dotyczyły obrony pojęć rewolucji. Ordynator, dr Wajnsztajn, kategorycznie zakazał prowadzenia tych dyskusji [7]”. Dzierżyński z początku ostro sprzeciwiał się temu pomysłowi, ale w końcu uległ namowom.
 
W Sokolnikach
Dzierżyński po wyjściu na wolność od razu napisał kartę do Zosi zawiadamiając o tym, że jest już na wolności, jednak korespondencja nie doszła. Z Sokolników napisał kolejny list, który ocenzurowany i pokreślony, wysłany 31 marca dotarł do Zofii dopiero w maju. W liście napisał o swoim pobycie w małej wiosce Soloniki, gdzie dochodził do siebie po latach uwięzienia mając nadzieję na rychły powrót sił i uspokojenie nerwów. Czas spędzał na nadrabianiu informacji o wydarzeniach w partii i na świecie, starał się też uporządkować własne myśli dotyczące jego samego.
 
Wiele myśli poświęcił aktualnej sytuacji w polityce, zwłaszcza sprawie stosunków polskich socjaldemokratów do bolszewików. Będąc oddzielną organziacja partyjną SDKPiL działając nie na swoim terenie, ścisle podporządkowała się SDPRR(b) zachowując swoja odrębnośc i tworząc własne struktury na poziomach organizacji fabrycznych, dzielnicowych skupiając przebywających na terenie Rosji Polaków w nadziei na powrót do Polski. Dzierżyński skupiał również wiele uwagi na przejęciu akt dotyczących prowokatorów i funkcjonariuszy carskiej Ochrany.
 
W liście do Zofii ubolewał, że część z nich została spalona, jednak miał nadzieję, że dotrze do nazwisk inną drogą. Pisał dalej: „Widzisz z tego, kochana, jak już po uszy wlazłem w swój zywioł. Nie wiem, jak się urządzę. Dotąd cały czas swój najbardziej udzialałem Rosjanom i oni proponują mi wejść tam prawie zupełnie- tam dotąd ogromny rozgardiasz. Lecz z każdym dniem wracają starzy, przybywają nowi, i sądzę, obejdą się beze mnie, bo jednak tutaj, wśród polskich robotników, duże pole (do pracy-Z.F.). Jak materialnie się urządzę, jeszcze nie wiem, tymczasem korzystam z pomocy dla uwolnionych więźniów. Lecz to tylko na razie i prawdopodobnie wkrótce będę starał się o posadę. Nie mogę być spokojny aż do chwili, gdy będę mógł i ja łożyć na Jaśka- i wtenczas będę szczęśliwy, jeżeli będzie zdrów. Przecież to nasz syn, skarb nasz, i trzeba pracować i na niego, by żył i wyrósł nam [8]”.
 
Zofia dowiedziała się znacznie wcześniej od znajomej z Berlina, pani Funkowej, że jej mąż jest na wolności. Na potwierdzenie słów Funkowa zamieściła cytat z krakowskiej, burżuazyjnej gazety „Nowa Reforma”, w której napisano: „Feliks Dzierżyński (Soc.Dem.Król. Polskiego i Litwy- 6 lat), uwięziony w Moskwie, został uwolniony w pierwszych dniach rewolucji [9]”. Jej radośc i radość Jasia nie miała końca. Ta wspaniała wiadomość dawała nadzieję na zmianę ich życia, na to, że wkrótce się zobaczą i będą żyć razem.
 
Dzierżyński zaś zdawał sobie sprawę, że nie szybko ujrzy Zosię i syna w czasach toczącej się wojny. Włączywszy się w wir wydarzeń, proponowano mu odpowiedzialne stanowiska, jednak ze względu na stan zdrowia, nie podejmował się ich. Pragnął pracy u podstaw z robotnikami, pracy, którą kochał najbardziej uważając, że wśród bolszewików jest wiele znakomitości, którzy lepiej od niego wywiążą się zadań. W odpowiedzi Zofia na adres Bolszaja Łubianka 20 do Jadwigi Kuszelewskiej wysłała list od Jasia, w którym chłopiec podyktował mamie: „Pocałuj ode mnie dobrych ludzi, którzy Cię uwolnili [10]”.
 
Po powrocie z Sokolników do Moskwy pod koniec marca, Dzierżyński wziął udział w obradach Rady Delegatów Robotniczych. Tam wybrano go na członka Komitetu Wykonawczego. Dzierżyński poprosił towarzyszy o jakieś partyjne zadanie, rwał się do pracy po latach więziennej monotonii. Jak wspominała C. Bobrowska-Zelikson: „Któryś z pracowników partyjnych zaproponował aby przynieść dla Dzierżyńskiego wojskowy płaszcz i skierować go do pracy wśród żołnierzy. Od tej chwili człowiek w wojskowym płaszczu bez pasa, którego nie zdjął do końca życia zaczął działać na rzecz stworzenia Czerwonej Gwardii [11]”.
 
Odwiedzał liczne koszary jednostek wojskowych, w tym koszary na Chodynce. W samej Moskwie garnizon liczył ponad 50 tysięcy żołnierzy. Znając doskonale oficerów carskiej Ochrany, przyczynił się do ich ujawnienia w szeregach robotników. Brał udział w wielu wiecach wśród różnych środowisk robotniczych, głównie kolejarskich, gdzie znaczną część pracowników stanowili Polacy. Spotkania te służyły w głównej mierze agitacji na rzecz przystąpienia do ruchu bolszewickiego, podczas których Dzierżyński przedstawiał w dalszym ciągu ideę połączonego proletariatu rosyjskiego, polskiego, niemieckiego walczącego o pokój i braterstwo narodów.
 
Będąc w swoim żywiole 4 (17) marca pisał do Zofii na ten temat solidaryzmu narodów: „My Polacy, tu w Rosji nie możemy tworzyć w sprawach ogólnych osobnej partii ze swoją polityką. Tu musi być w tych sprawach organiczne wcielenie. I nasza grupa polska- prócz walki z reakcją polską- i przedstawicielstwa proletariatu polskiego ma zadanie jedyne, nawoływać polskie masy do tego organicznego wejścia w szeregi ogólne. To obowiązuje, to zmusza nas nie być stroną, a częścią; tu więc dla naszej polskiej dyplomacji, dla naszej polityki (poza kwestią polską) nie ma miejsca [12]”.
 
Na spotkaniach wyjaśniał również tragiczne konsekwencje poparcia walczącego o władze burżuazyjnego Rządu Tymczasowego, który nie uwzględniał w swym programie postulatów robotniczych i w rezultacie nie zamierzał zmieniać dotychczasowego położenia ani robotników, ani chłopów czy żołnierzy.
 
Faktycznie, Rząd Tymczasowy posiadał jedynie fasadę rządu rewolucyjnego, gdyż jego polityka niewiele różniła się od polityki carskiej. Do najważniejszych proletariackich grzechów Rządu należało podtrzymywanie wojny pomimo olbrzymich strat i wyrzeczeń społeczeństwa. Bolszewicy, za jako jedyny sposób zaprzestania walk wojennych, uważali przejęcie przez siebie władzy. Feliks uważał, że nie ma sensu apelować, negocjować czy układać się z Rządem Tymczasowym w tej kwestii. Zgadzał się z Leninem, który twierdził, że „Apelować do tego rządu, by zawarł pokój- to jak gdyby zwracać się do właścicieli domów publicznych z kazaniem na temat cnoty [13]”.
 
Dzierżyński wykładał zebranym na wiecach i spotkaniach robotnikom różnice programowe opozycyjnych partii, zwiększał świadomość społeczeństwa, tego kim są, po co są i dlaczego trzeba walczyć. Odzew robotników był bardzo pozytywny. Licznie wstępowano do tworzącej się Czerwonej Gwardii, która stawała się coraz silniejszym zbrojnym ramieniem bolszewików.
 
Każdego dnia zjawiał się na improwizowanych mównicach przemawiając do wiwatujących i oklaskujących go ludzi. Kiedy wchodził na mównicę, widziano chudego, bladego, schorowanego, obolałego człowieka w wojskowym płaszczu. Gdy przemawiał słowami czerpanymi prosto z serca, porywał tysiace ludzi swoją ideą. Mówił o tym co dotyczyło bezpośrednio samych słuchaczy, o pokoju, o sprawiedliwości, o równości. Choć nie zawsze tłum reagował entuzjastycznie. Na jednym z wieców, kiedy krytycznie wypowiadał się o polityce Kiereńskiego, został pobity. Nie zrażał się niepowodzeniami, ani też nie przejmował się swym stanem zdrowia, bo jego marzenie, o które tyle lat walczył i w jego imię tak wiele wycierpiał, teraz stało się faktem.
 
Z inicjatywy Dzierżyńskiego odbyło się spotkanie działaczy SDKPiL, podczas której wydano rezolucję wzywającą do poparcia przez polskich robotników wielkiej rewolucji rosyjskiej. W tym dniu na fali entuzjazmu tak podniosłej chwili, Feliks publicznie przeprosił występując przed pięćdziesięcioma działaczami Józefa Unszlichta za to, że niesłusznie podejrzewał go o bycie prowokatorem i poprosił o wybaczenie. Unszlicht przyjął te przeprosiny z wyraźną ulgą.
 
W chaosie wiwatującego miasta uczestnicy zebrania przeszli do siedziby Komitetu Rewolucyjnego, gdzie zostali zaproszeni na obrady. Podczas przemówienia, zaręczyli o pełnym poparciu rosyjskich robotników przez robotników polskich. Dzierżyński oraz jego partyjny towarzysz Stanisław Budzyński weszli w skład Moskiewskiego Komitetu Socjaldemokratycznej Partii Robotników Rosji jako doradcy.
 
Esdekapeilowcy na równi z bolszewikami uczestniczyli w rewolucji będąc wszędzie tam, gdzie wymagała tego sytuacja- na zebraniach, wiecach stojąc ramię w ramię z bolszewikami. Już za kilka miesięcy, bo w czerwcu został ustanowiony Komitet Wykonawczy Grup SDKPiL w Rosji, w skład którego weszli Leszczyński, Bobiński, Dolecki, Budzyński, Próchniak, Unszlicht i Dzierżyński mający za zadanie koordynować działalność wszystkich grup socjaldemokratów w Rosji.
 
Wkrótce uruchomiono drukarnie wydającą tygodnik „Trybuna”, w której przedstawiano najistotniejsze problemy esdeków w ówczesnym czasie, problematykę ekonomiczną oraz komentowano najnowsze wydarzenia zarazem zamieszczając zabawne, ironiczne felietony z życia polskiej emigracji. Redakcja mieszcząca się w jednym z mieszkań jej założycieli tętniła życiem politycznym i towarzyskim. Wielu z jej członków brała udział w wiecach, przemawiając zachęcali do dalszej walki o socjalizm wspierając tym samym bolszewików.
 
19 marca (1 kwietnia) Dzierżyński wystąpił przed wielotysięcznym tłumem zgromadzonych Polaków potępiając politykę Rządu Tymczasowego, na innych spotkaniach krytycznie wyrażał się o działalności narodowej demokracji i PPS-Lewicy wykazując ich zgubny nacjonalizm. Spotykał się z robotnikami kolei nadwiślańskiej i warszawsko-wiedeńskiej. Samych Polaków w Rosji było ponad 3 miliony. Większość z nich rekrutowała się z carskiej armii, było wielu pracowników kolei, robotników fabryk, uciekinierów i więźniów oswobodzonych przez Rewolucję. W obliczu szeroko zakrojonej akcji propagandowej PPS wzywającej Polaków do niemieszania się w sprawy Rosji i pracy na rzecz odbudowania burżuazyjnej Polski, konieczne było przeciwstawienie się temu nurtowi politycznemu, nawoływanie do jedności i walki o wspólną, polską i rosyjską sprawę.
 
W Moskwie i we wszystkich miastach Rosji ludzie wychodzili na ulice nie bojąc się już ani ostrych szabel Kozaków, ani świstu kul. Spontanicznie organizowali wiece, na których przemawiali nie tylko socjaldemokraci, ale przedstawiciele wszystkich partii. Franciszek Boh-Szurowski wspominał klimat wieców: „Odbywało się to w ten sposób, że mówca stawał na beczce od piwa, a dla lepszej widoczności jego wyznawcy podstawiali mu drugą. Kiedy jednak tłum słuchaczy miał dość jego gadania- krzyczał: Dałoj s nim, dawaj sledujuszczewo! (precz z nim, dawaj następnego)- i ściągano go za szynel. Zdarzało się czasami, że mówca nie dawał się ściągnąć z zaimprowizowanej mównicy i, wymachując rękami, piskliwym od zmęczenia głosem groził dalej całemu światu [14]”.
 
Po latach terroru i cenzury, nadszedł czas, kiedy każdy mógł swobodnie wypowiadać swoje poglądy. SDPRR(b) starała się organizować wystąpienia typując najlepszych mówców i agitatorów. Na czele wysunął się Dzierżyński, który nawet występując przed publicznością, która go nie znała, zdobywał, mimo swego lichego wyglądu, wielki szacunek i aplauz. Mów wygłaszał tak wiele, że aż ochrypł.


[1] Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 497
[2] W. Solski, Moje wspomnienia, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, s. 91
[3] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 190
[4] J.G. Dzierżyńska, O Feliksie Dzierżyńskim, Rycerz rewolucji, Moskwa 1965, s. 103-106
[5]W.I. Lenin, Dzieła, t.24, Warszawa 1952, s.45
[6]H. Cimek, L. Dubacki, Towarzysz Józef, Książka i Wiedza, Warszawa 1977, s. 159
[7]Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 219
[8]Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 307
[9]Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 305
[10]B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 192
[11]J. Ochmański, Feliks Dzierżyński, Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926,  Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 107. 
[12]J. Ochmański, Feliks Dzierżyński, Nieustraszony żołnierz rewolucji 1877-1926,  Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego MSW, Warszawa 1980, s. 107
[13]László Gyurkó ,Lenin Październik, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, s. 204
[14] Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 307
 
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.