Zagląda do mnie przez kraty gwiazdeczka

rozdział XXXII
 
 
 
Na jesieni 1915 roku wszyscy uczniowie Zofii wyjechali z Clarens. Tym samym straciła źródło utrzymania i zmuszona była wraz z Jaśkami do powrotu do Zurichu. Stan zdrowia Jasia w górkskiej miejscowości znacznie się poprawił. Niestety po przyjeździe do ruchliwego miasta, dawne dolegliwości wróciły. Ale i tam Zofia nie mogła znaleźć pracy, zadecydowała więc, by wraz z Marylką wyjechać do górskiej miejsowości Unterägeri oddalonej od Zurichu ponad 30 kilometrów, położonej nad malowniczym, niewielkim jeziorem. W tej miejscowości mieściło się uzdrowisko gruźlicze dla dzieci.
 
Zamieszkały w małym domku u pewnej Niemki, której synowie chętnie bawili się z małymi Jasiami ucząc ich w zabawie niemieckiego. Zosia znalazła pracę w dwóch domach, Marylka wróciła na studia. Zosia pozostała sama w miasteczku, ale nie długo. Po jakimś czasie odwiedził ją ponownie Adolf Warski z Marylką. W słoneczne dni wyruszali na górskie spacery na szczyt Rigi, gdzie znajdowała się przytulna restauracja, nad brzeg znacznie większego Jeziora Czterech Kantonów, a w powrotnej drodze skorzystali ze statku parowego. Niestety, górski klimat nie przywrócił zdrowia Jasiowi, wciąż bywał przeziębiony i nasilały się migreny.          
 
Co miesiąc przychodził list od Feliksa. Dostawał je również Jaś. Felek pisał do synka 15 października 1915 roku: „…Jaśku mój kochany, słoneczko, radość moja! Patrzę na fotografię twoją i mocno ściskam Cię i całuję. Kiedy będziemy razem, będziemy się śmiać i cieszyć, bawić się i słuchać, jak mamusia grać będzie na fortepianie. I będziemy spacerowali razem, wziąwszy się za ręce, zbierać kwiaty i słuchać, jak śpiewają ptaki i drzewa szumią liśćmi. Będziemy się gonić nawzajem i objąwszy się siedzieć i opowiadać sobie.
Będzie to świeto nasze radosne. A teraz, kiedy ja muszę być w Orle i nie mogę jeszcze przyjechać, myślę o tobie i ty myślisz o mnie, i wiem, że będziesz rad, kiedy przyjąd do ciebie słowa moje, tak samo, jak ja ucieszyłem się strasznie z twojego liściku, z twoich słów drogich [1]”.
        
W szwajcarskich górach minął Sylwester i nastał nowy rok 1916. Na wiosnę znów przyjechał do nich Adolf Warski. Warszawa stałą się miastem zajętym przez wojska niemieckie, także niebawem miał zamiar wyjechać tam na dłuższy czas. Spodziewając się długiej rozłąki, postanowił odwiedzić Zosię, by się pożegnać. Nie był to dla niego udany wyjazd. Po miesiącu został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Havelbergu, gdzie przebywał już Marchlewski. Przebywał tam do końca 1917 roku.
        
Cela Dzierżyńskiego w Orle
W stanie skrajnego wycieńczenia, nawału dręczących go chorób i dolegliwości, Feliks przywitał kolejny Nowy Rok w Orle spoglądając na świat zza okratowanych okien. Radośc w jego twarzy gościła dość rzadko, głównie, gdy otrzymywał sporadycznie listy od swych bliskich. Wiele z jego listów zarówno wysyłanych oficjalnie, czasem poleconym, jak i nielegalnie wysłanych dzięki przychylnemu strażnikowi, nie dochodziło do adresatów. Podobnie spora część listów Aldony, Zofii i Jasia nigdy do niego dotarły.
        
4 stycznia 1916 roku napisał kolejny list do Zofii, z którego przebijało ogromne zmęczenie, stan beznadziejności wywołany przymusową bezczynnością: „Wybacz mi, że tak rzadko pisałem… Moje życie- bez życia, o nim nie ma co pisać… Siedzę tu już czwarty rok- nikomu nie potrzebny, całkowicie bezsilny. Jasiek, dzięki twojej opiece, bardzo wyrósł przez ten czas. Kiedy się zobaczymy, kiedy przytulę go do stęsknionego serca? [2]”.
 
Feliks był zadowolony tylko z tego, że od dwóch miesięcy jest sam w celi, gdzie zabijał czas czytając książki. Poprosił o przesłanie pozdrowień jego znajomym. O innych rzeczach nie pisał, nic też ciekawego w jego życiu się nie działo poza oczekiwaniem na kolejny proces. Martwił się o Zosię i Jasia, dawno bowiem nie dostał od nich wieści. Po wielu tygodniach oczekiwania dotarły do niego dwa listy od Zofii i jeden od Jasia. 4 lutego odpisał: „(…)Jesteś moją przyjaciółką i zapewne doświadczasz przygnębienia, kiedy myślisz o mnie, czytasz moje listy. Wszak cokolwiek by na mnie nie czekało, jakiekolwiek nastroje nie przychodziłoby mi doświadczać, u mnie nigdy w duszy nie ma miejsca na bezpłodne użalanie się. I także wtedy, kiedy tęskonota mnie opanowuje i zły nastrój, w głębi duszy zatrzymuję spokój, miłość do życia i zrozumienie go, także siebie i innych.
 
Kocham życie takim, jakim ono jest, w rzeczywistości, w jego wiecznym ruchu, w jej harmonii i w jego stasznych sprzecznościach. A oczy moje widzą i uszy słyszą, i dusza udczuwa, i serce niezobojętniało jeszcze. I pieśń życia żyje w moim sercu…. I wydaje mi się, że ten, kto słyszy w swoim sercu tę pieśń, nigdy, bez względu na jakie męki by nie przeżywał, nie przeklnie swojego życia, nie zamieni się go na inne, spokojne, normalne. Wszak ta pieśn jako jedyna pozostanie- to pieśń miłości do życia. I teraz w więzieniu i tam, na wolności, gdzie teraz dzieje się tak wiele strasznych rzeczy, ona jest żywa, wieczna jak gwiazdy: te gwiazdy i całe piękno przyrody, rodzi się i przenosi w ludzkie serca, a te serca śpiewają podążając do zmartwychwastania. I gdy niebo bezchmurne wieczorem wówczas zagląda do mnie przez kraty gwiazdeczka jakby cichutko mówiła, zapominam się i wydaje mi się, że widzę uśmiech Jasia, i oczy jego przepełnione miłością i prawdą, widzę twarze jak żywe i imiona moich przyjaciół, tych, których kocham- wtedy jest mi tak dobrze na duszy, tak cicho, jakbym był małym chłopcem czystym i nieskażonym fałszem, zapominam o sobie i swoich cierpieniach…
 
(…) O mnie się nie martw- jestem zupełnie zdrowy, kaszel nie powraca, w celi jest ciepło (a i zima w tym roku była zaskakująco bezmroźna), palą wystarczająco, karmią dobrze” i jeszcze dodał kilka słów skierowanych do Jaśka: „A teraz kilka słów i całe me serce, moje pieszczoty dla naszego Jaśka, któremu kup ode mnie sześć pierniczków- wszak nie szybko go zobaczę. Słoneczko moje, Moja gwiazdko, Jaśku mój miły, dziecko moje, całuje cie mocno, ja, tatuś twój Felek. Jak mnie uwolnią, przyjadę wtedy do ciebie, wsiądę do pociągu, który jadąc będzie mnie wiózł bliżej i bliżej do ciebie i dowiezie do ciebie, a ty wyjdziesz z mamusią mi na spotkanie, a ja zobaczę ciebie pierwszy, wezmę na ręcę wysoko- wysoko, i uściskam mocno- mocno i pocałuję Jaśka mojego gorąco- gorąco. Bądź zdrowy i rośnij, Jasieńku mój. Twój tatuś, Felek [3]”
        
Feliks sugerował Zosi, aby przeniosła się do Warszawy, pomimo tego, że wówczas ich korespondencja ucichnie, ze względu na zakaz wysłania listów do Rosji. Mimo wielkich starań, Zosia nie uzyskała zezwolenia od władz na powrót do Warszawy. Napisał w tym czasie kilka krótkich listów na kartach pocztowych zapewniając Zosię, że czuje się dobrze, siedzi we wspólnej celi z dwudziestoma ośmioma skazańcami, czas spędzał ucząc pisać i czytać towarzyszy, dzięki czemu szybko mijał dzień za dniem.
 
1 marca zakończył się szczęśliwie termin pierwszego wyroku za ucieczkę z osiedlenia, dlatego przewieziono go do Moskwy na kolejna rozprawę, gdzie sądzić go mieli za działalność partyjną. Znalazł się w moskiewskim więzieniu gubernianym, popularnie zwanym „Taganka”, pod koniec marca 1916 roku. Budynek więzienny powstał w 1904 roku na żądanie cara Aleksandra I na rogu ulic Zaułku Nowospasseńskiego i Małych Kamieńszczików. Od samego początku więzienie to było okryte złą sławą ze względu na surowe warunki i praktycznie niemożliwą ucieczkę. Z początku twierdza ta przeznaczona była jedynie dla więźniów kryminalnych pełniąc funkcję obozu pracy, w którym istniało wiele warsztatów produkcyjnych- tokarnie, ślusarnie czy introligatorskie. Pod koniec XIX wieku na Tagance pojawili się pierwsi więźniowie polityczni [4]. W 1906 roku na deskach więzienia występował przed osadzonymi śpiewak Szelapin. Dzierżyński spóźnił się na jego występ około dziesięć lat.
 
Przydzielono mu pojedyńczą celę, jednak mieszkał w niej z towarzyszem, za którym specjalnie nie przepadał. Dużo czytał zagłębiając się w świat lektur. Miał nadzieję, wnioskując z gazet, że obecnie wydawane wyroki nie będą zbyt surowe, choć nie przykładał specjalnej wagi będąc pogodzonym z losem. Wysłał do siostry Jadwigi list informując ją, że znajduje się w Moskwie. W kwietniu napisał o tym Zosi, wierząc, że jego siostra go odwiedzi, jeśli nie wyjechała do Wilna. Pisał, że niepotrzebnie starała się o pełnomocnika sądowego Kozłowskiego- nie jest mu potrzebny. Zapewniał też, że do końca jego pobytu w więzieniu ma zabezpieczone środki finansowe na utrzymanie.
 
4 (17) maja 1916 roku rozpoczęła się sprawa sądowa o przynależenie Dzierżyńskiego do socjaldemokratycznej partii. Był piękny, wiosenny i ciepły dzień. Na rozprawę przyjechała siostra Feliksa, Jadwiga wraz z córką noszącą imię matki. Feliks dla odróżnienia jej od matki nazywał ją Jadziunia. Gdy wprowadzono oskarżonych na salę rozpraw, Jadwiga mocno ścisnęła dłoń Jadziuni i szepnęła na ucho: „-Patrz, to Felek”. Jadwisi wydawało się, że wszyscy słyszą bicie serca jej mamy siedzącej wśród publiczności zebranej w sali sądowej. Jadwiga była przerażona wyglądem brata, ledwo go poznała, z trudem powstrzymywała łzy. Wyglądał jak szkielet, a na nogach miał ropiejące rany od noszenia kajdan. W pewnym momencie Feliks odnalazł wzrokiem siostrę wśród zgromadzonych ludzi, dostrzegł jej łzy i pogroził palcem, aby nie płakała i pocieszył ją uśmiechem.
 
Podczas czytania akt, mała Jadwisia po cichutku, tak aby nikomu nie przeszkadzać i nie rzucać się w oczy, przeszła pod barierkę, za którą w otoczeniu strażników siedzieli więźniowie. Przez cały czas obserwował ją Feliks. Kiedy zbliżyła się, Feliks uśmiechnął się i szeptem rzekł: „-Jadzieńko, ale wyrosłaś i już jesteś w takim stroju [5]!” Tak bardzo chciała mu powiedzieć, że skąd miała ubranie siostry miłosierdzia i jak bardzo go wszyscy kochają i tęsknią za nim, jak bardzo cieszą się listami od niego, ale nie mogła. Strażnik zobaczywszy, że rozmawiają ze sobą, prędko przegnał ją groźnie patrząc w jej kierunku.
        
Rozprawa trwała jeszcze dwa dni. Przez ten czas najbliżsi Feliksa żyli w wielkim napięciu. Gdy sędzia wezwał go do odpowiedzi, Feliks odpowiadał twardo i jasno. Był spokojny i blady. Z sądu Feliks wyszedł z nowym wyrokiem sześciu lat katorgi, ale miłosiernie zaliczono mu ostatnie trzy lata więzienia w poczet kary. O wyroku rodzina mogłą dowiedzieć się z gazet. Wrócił na Tagankę. W perspektywie miał rozpocząć prace w szwalni, co bardzo go ucieszyło uważając, że ruch wzmocni jego mięśnie. Cieszył się, że przewiozą go, o co zabiegał, do więzienia katorżniczego na Butyrkach.
 
Tymczasem siedział dalej w dwuosobowej celi, z towarzyszami spotykał się na spacerach, dzięki czemu nie czuł się taki samotny. Dużo myślał o Jasiu, który niebawem obchodzić będzie szóste urodziny.
 
24 maja napisał kilka słów do Jaśka, które zachowały się we wspomnieniach Jana Dzierżyńskiego: „Mój miły Jaśku! Dostałem Twoje słowa, które mi posłałeś z Gubałówki, z tej wysokiej góry. One, jak te małe ptaszki leciały do mnie i doleciały. Są teraz ze mną w mojej celi i jest mi radośnie, że mój Jasik pamięta o mnie i że jest zdrów. Tak, mój miły, kiedy wrócę, pójdziemy na jeszcze wyższą górę, wysoko, wysoko tam, gdzie pełzają chmury, gdzie biała czapka śniegu pokrywa wierzchołki gór, gdzie orły wiją swoje gniazda. I stamtąd będziemy patrzeć na jeziora i łąki, wsie i miasta, zielone gaje i na bure, gołe skały i całe życie stanie przed naszymi oczami. Będę opowiadać ci o moim życiu, o tym co widziałem, jak radowałem się i martwiłem i jak kocham ciebie, synku mój. Będziemy rozmawiać o tobie, o tym kogo lubisz i co lubisz, kim będziesz, jak bardzo silnym i dobrym. Jaką jesteś pociechą mamusi, dla mnie, dla ludzi; co będziesz robić kiedy dorośniesz.
        
Kwiatuszki, które zerwałeś dla mnie i przesłałeś, też są w mojej celi. Patrzę na nie i na kartkę od ciebie i myślę o Tobie. Będziemy razem zachwycać się rosnącymi na łąkach kwiatami- białymi i czerwonymi, żółtymi i gołębimi, wszystkimi i będziemy przyglądać się jak siadają na nich pszczółki i zabierają z nich aromatyczny nektar. Usłyszymy każda muzykę- u pszczół, kwiatów, drzew i ptaszków, dzwonnicę, a potem w domu będziemy słuchać, jak gra mamusia; będziemy wtedy cicho siedzieć i milczeć, żeby jej nie przeszkadzać- tylko słuchać. A teraz żegnam cię mój zuchu. Całuję i ściskam ciebie mocno-mocno. Twój tato Felek [6]”.
        
Zosia bardzo martwiła się wyrokiem, jaki dostał Feliks. Ten ją pocieszał mówiąc, że sam oczekiwał znacznie bardziej surowego. Zapewniał, że czuje się dobrze, jest zdrów i pełen sił. Bardzo żałował, że nie jest w stanie w żaden sposób jej pomóc w tych ciężkich czasach.
Transport do Butyrek opóźniał się. Okazało się, że musi zostać na Tagance jeszcze jakiś czas, aby nauczył się szyć na maszynie. Nieomieszkał napisać o tym Zosi w liście z 16 czerwca 1916 roku. Tym bardziej cieszył się, gdyż przy pracy czas w więzieniu znacznie prędzej biegł. Teraz jego zajęciem było jedynie wpatrywanie się w przepływające przez okno celi obłoki, podziwianie kolorów zachodzącego słońca, barw, jakim iskrzyło się wieczorami niebo. Gdy przyśnił mu się Jaś, wracała tęsknota jeszcze silniejszym strumieniem rozrywając jego serce.
 
Butyrki, brama główna
3 sierpnia nowego kalendarza 1916 roku Feliks Dzierżyński został przewieziony do dobrze mu znanego z 1901 roku więzienia na Butyrkach- centralnego więzienia etapowego. Esdecy czynili w tym czasie starania o zwolnienie za kaucją Józefa Unszlichta, jednak sąd nie był przychylny zwolnieniu nawet wpłacając tak wysoką kwotę jak dwa tysiące rubli. O staraniach o zwolnieniu Feliksa nie było nawet mowy.
 
Podczas jednego z widzeń, które bardzo wiele kosztowały Jadwigę, by nie rozpłakać się, zachować uśmiech i spokój, zauważyła, że Feliks kuleje. Kiedy spytała się, co jest tego przyczyną, powiedział, że od kajdan na kostkach ma bardzo rozległe rany, które go bardzo bolą i niepokoją. Dźwięk tych kajdan długo jeszcze prześladował Jadwigę. U władz więziennych składała podania, aby zdjęto mu kajdany chociaż do czasu wygojenia się ran, ale zawsze spotykała się z odmową. Zdecydowała się interweniować u samego burmistrza miasta. Pojechała do jego pięknego domu z kolumnami na Twierskim Bulwarze. Zaczęła płakać i błagać go, aby sprawił zdjęcie bratu kajdan. Burmistrz z początku odmówił, ale szybko uległ kobiecym łzom i obiecał zrobić wszystko co tylko możliwe, aby spełnić jej prośbę. Jego fortel się udał, Jadwiga uwierzyła i odeszła z nadzieją w sercu. Burmistrz nie zrobił w tej sprawie nic. Feliks pozostał z krwawiącymi ranamiu na nogach.
 
Butyrki
Dzierżyński wyróżniał się wśród więźniów wyprostowaną sylwetką i wysoko uniesioną, dumnie głową. Z pewnością budził respekt, a spoglądając w głąb jego zmęczonych, sarnich oczu z żarzącym się błyskiem fanatyzmu, również niezrozumiały lęk. Ten sam lęk powoduje, że i dziś określany jest najłagodniej jako „fanatyk”. Fanatyzm rozumiany jako zaślepienie i całkowite, bezwiedne oddanie się sprawie, brak reakcji na jakiekolwiek inne bodźce, bezwględny upór, brak refleksji nie oddają istoty prawdziwego „fanatyzmu” Dzierżyńskiego.
 
Najtrafniej określił fanatyzm Dzierżyńskiego Wacław Konderski w swoich wspomnieniach o Feliksie. Pisał o nim: „Miał niezaprzeczalne, wystepujące w sposób narzucający się rozmówcy cechy wodza, który wywołuje w ludziach posłuch jako chęć, jako wewnętrzna potrzebę człowieka. Przy tym wszystkim miał wydatne cechy fanatyka. Nie w tym znaczeniu, że nie umiał widzieć poza sobą i poza swą myślą oraz wolą. Przeciewnie- posiadał umiętność, a, co może jeszcze ważniejsze, chęc wejścia w myślenie, w psychikę rozmówcy. Celem tego była jednakże nie ewentualność własnego dostosowania się do kontrahenta, lecz raczej potrzeba skupionego uchwycenia istoty myślenia przeciwnika dla tym pełniejszego, tym skuteczniejszego przeciwstawienia mu swego stanowiska. Tego bowiem był zawsze pewien w sposób niezachwiany. Monolityczny charakter jego kształtował się pod przemożnym wpływem głębokiego instynktu rewolucjonisty niemogącego pogodzić się z rzeczywistością danego czasu i miejsca i nastawionego nieodwołalnie nie tylko na konieczność przemiany, lecz również na potrzebę czynnego, inicjatywnego powodowania przemiany oraz świadomego kształtowania jej realizacji. Powiedział mi kiedyś w rozmowie: „ja jestem opetany przez rewolucję” i to była naistotniejsza, najgłebsza o nim prawda. Był fanatykiem rewolucji nie tylko jako konieczności dziejowej, ale rewolucji jako metody [7]”.
 
W więzieniu przydzielono mu pracę w szwalni. Nie był jednak w stanie wykonywać swej pracy, poważnie zachorował na zapalenie opłucnej, a rany na nogach od kajdan groziły sepsą. Znalazł się w szpitalu. W każdą środę Jadwiga przychodziła, by odwiedzić brata w szpitalu, gdzie opiekowała nim się z wielką czułością. Odwiedziała go również żona jego brata Władysława, Zofia Siła Nowicka. Często zabierała ze sobą swoją córkę, jednak jej wejścia odmawiali strażnicy. Stała wówczas pod bramą i czekała na matkę ciekawa wieści od wujka. O pobycie w szpitalu Feliks napisał do Zosi zapewniając, że choroba nie jest poważna i jest pod dobrą opieką.
 
Lekarz więzienny zarządził 1 (14) sierpnia 1916 roku natychmiastowe zdjęcie kajdan, gdyż dalsze noszenie ich groziło poważną gangreną. Dopiero po czterech miesiącach jego polecenie zostało wykonane i to tylko na czas pracy przy maszynie krawieckiej. W takim stanie zdrowia Feliks nie mógł być wydajnym pracownikiem. W końcu z operatora maszyny do szycia zdegradowano go do funkcji pomocnika krawieckiego.
 
W poniedziałek, 29 sierpnia (11 września)  Feliks napisał list do swojego brata, Władysława: „Drogi Władku! Serdeczny ton twego listu bardzo mnie uradował- tak dawno się nie widzieliśmy. Byliśmy wtedy tacy młodzi- chociaż ty i dziś jesteś młody”. Wracając wspomnieniami w czasy szczęśliwego dzieciństwa kontynuował: „Kiedy wracam wspomnieniami do naszych lat w Dzierżynowie, ogarnia mnie wzruszające uczucie, ponownie odczuwam radość moich ówczesnych dziecięcych przeżyć… W tych chwilach chcę znaleźć się w naszych lasach i słuchać szumu drzew, śpiewu żab- całej muzyki naszej przyrody. Być może to właśnie ta muzyka lasu dodawała mi sił, muzyka moich lat dziecięcych, która i teraz gra w duszy hymn życia.
 
Czy zmieniłem się? Nie wiem. Młodośc już minęła. Wiele bruzd i nie tylko na głowie zaorało życie. Nie tylko z powodu zwykłego życia, ale i ognia, który we mnie się pali i własnych sprzeczności. Dużo przeżyłemw życiu osobistym i społecznym. I niczego nie żałuję, pomimo męki własnej i innych, pomimo tego, że sam pragnąc życia w prawdzie musiałem przyczynić się bólu swych najbliższyc. Życie bez sentymentalizmu na pokaz, bez tkliwości- takie jest bogate i głębokie. A w rzeczywistości? Zrosłem się niie tylko ze swoimi myślami, ale też z masami i razem z nimi musze przeżyć całą walkę i nadzieję. Nigdy nie żyłem z zakrytymi oczami skierowanymi tylko w kierunku własnych myśli. Nigdy nie byłem idealistą.
 
Poznawałem serca ludzkie i zdawało mi się, że czuje każdego z nich bicie. Żyłem, by do końca wypełnić swój mus i być sobą. A teraz znasz warunki w jakich żyję: już czwarty rok minie za kilka dni od kiedy zmuszony zostałem żyć bez życia. Myślę, czuję, że te myśli i uczucia są martwe- jakby były w nieruchomum bagnie, jak we śnie bez snu. Zwolna ogarnęła moją duszę apatia- pozostała tylko pamięć o życiui jeśli się cieszę lub smucę, to ta radość i ból nie wydają się być czymś żywym, a tylko przeniesionymi z pamięci analogicznymi odczuciami. Już nie umiem teraz ani śmiać się, ani płakać. W miejsce tego jest rozdrażnienie i nerwowość. I czuję, że jakbym pozwolił sobie na ujście rozdrażnieniu , to mógłbym być jak pies lub popaść w histerię.
 
Bezsilność i bezużyteczność. Ale mój umysł nie daje mi spokoju. Muszę wszystko przeżyć, co los mi przyniesie, aż do samego końca. Inaczej być nie może. Jestem spokojny. I chociaż nie wiem, co mnie oczekuje, lecz myśl moja wciąż maluje obrazy przyszłości, która wszystko uwieńczy. Jestem mimo wszystko optymistą.
        
Najbardziej tęsknię za Jasiem. W czerwcu jemy wybiło pięć lat. Jest troszeczkę chory, ma wrażliwe gardło, to bardzo dobre i zdolne dziecko, tylko troszkę nerwowy. Zawsze lubiłem dzieci. Z nimi czułem się beztroskim dzieckiem, przy nich mogłem być bez maski. Zosia w listach dość często o nim pisze i to musi mi wystarczyć. Poza nim, najbardziej brakuje mi tego, że nie mogę obcować z przyrodą. Te szare ściany, te kajdany zakuwające duszę, zagradzają wszystko. No, ale wystarczy już tego o sobie.
 
Wiesz, mój drogi kiedy myślę o tym, co napisałeś mi o sobie, dochodzę do wniosku, że między nami jest wiele wspólnych, jednakowych cech, pomimo tego, że nasze życia są tak różne. Może to cechy dziedziczne? Jaki to jeden cel życia dominuje nad nami? Być może nieudolnie wyraziłem się używając słowa ‘cel’
        
Zosia (jego żona- Z.F.) mówiła ci, że była u mnie na widzeniach w Moskwie. Przekaż jej serdeczne pozdrowienia i pocałuj małą Zosieńskę od wujka. Widzę ją przed oczami jak żywą, kiedy widziałem ją w Wylągach (w 1907 roku- Z.F.), była taka ruchliwa…
List ten wysyłam tobie okazyjnie, dlatego piszę po polsku. Jutro wypiszę się ze szpitala, więc pisz do mnie do więzienia etapowego….Otrzymanie tego listu potwierdź kartką korespondencyjną. Feliks [8]”.
 
2 września 1916 roku Feliks wysłał kolejny list niezwykle ciepły i miły:  „No i już minął miesiąc cały, jak pracuję, ale jestem zadowolony. Jestem pomocnikiem w szwalni mundurów. Po czterech latach spędzonych w pojedynczych celach jestem zmęczony bezczynnością, czas dłużył się bez końca- mając świadomość swojego oderwania i bezużyteczności. Fizyczne i umysłowe siły zwiędły. I oto tymczasem, do pewnego stopnia- praca fizyczna mnie leczy- sam mechaniczny wysiłek zapełniający dzień. Jeśli przyszłoby mmi samemu pracować- praca wkrótce stałaby się dla mnie ciężarem, ale ja pracuje z innymi i czas jakoś leci. Mogę o tym, co męczy moje myśli nie myśleć i nie przezywać wciąż tego samego. Życie jest monotonne i puste, ale taki mój los i nie narzekam.
 
A w duszy śpiewa mi hymn życia radosny, cała muzyka tak wzniosła i barwna, rozmażona- życie. Tak, pozostałem taki sam, choć moje zęby [9] już nie wszystkie są całe i nie są tak ostre. Wszak leci już już czterdziesty rok i młodośc bezpowrotnie minęła i nie jestem już  tak wrażliwym i prostodusznym, jak kiedyś… Kiedy będziemy mogli sobie o tym wszystkim szczerze porozmawiać? Tu na widzeniu to niemożliwe, oni (strażnicy- Z.F.) są strasznie uciążliwi, czepiają się, ci krzyczą, aby ich rodzina słyszała, a w rezultacie nic nie można usłyszeć w tym zgiełku. Chiałbym się z tobą zobaczyć w innym miejscu i mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy będę mógł przyjechać do naszej wsi i znów usłyszę szum naszego boru.  Stale myślę o naszym Dzierżynowie jak o bajce, tam mogę odbudować wszystkie siły moje i powróci młodość. Wszak ostatni raz byłem tam w 92 roku, a we śnie często widzę nasz dom i nasze sosny, i górki białego piasku, kanały i wszystko, wszystko do najdrobniejszych szczegółów. Tam powinniśmy się spotkać.
 
(…) Tak bardzo ucieszyłem się z twojego listu, z serdeczności płynącej z niego… Wszystkie zachowane we mnie wspomnienia pozostały z naszego dzieciństwa, młodości i uczucia towarzyszące nam w tamtych czasach- i myślę, że teraz moglibyśmy zrozumieć się nawzajem i być przyjaciółmi. Wszak ty poszedłeś w naukę- i to mnie ceszy, i nawet do pewnego stopnia zazdroszczę tobie, gdy życie moje ułożyło się tak nieudacznie, że mój przez lata namiętny i ekscytujący obraz życia odebrał mi możliwość czerpać siły z nauki…. Wszak każdy ma swój czas. I cieszę się jedynie, że poszedłeś tą drogą [10]”.
 
Tymczasem Zosia zmuszona była zostawić Jasia w Unterägri w prywatnym domu dla dzieci, gdzie przebywał razem z Jasiem Bratmanem i córką jednego z towarzyszy, ponieważ skończyła jej się praca, a wraz z nią środki do życia. Wróciła do Zurichu. Wynajęła tam małe mieszkanie i korzystając ze sprzyjającego szczęścia dostała dwie posady nauczycielki muzyki.
 
Jak gdyby przeczuwał nadchodzące zmiany, Feliks miał coraz lepsze samopoczucie. 3 września 1916 roku pisał do Zosi, że praca dobrze wpływa na jego zdrowie. Stanął przed komisją lekarską, która go zakwalifikowała do lżejszych prac. Cieszyły go też pierwsze zarobione pieniądze i miał nadzieję, że niebawem niepotrzebna będzie pomoc dla Zosi ze strony rodziny. Wciąż nosił na nogach kajdany, ale twierdził, że nie przeszkadzają mu. Zapewniał, że nie zataja przed nią niczego, pisze prawdę i nie ma powodów do zmartwień. Siedział w wieloosobowej celi, pracował, czuł się zdrowy. Poinformował też, że nie może częściej pisać listów niż raz w miesiącu, dlatego prosił, aby się nim nie martwić, bo nie chciałby przyczynić się do zmartwień ludzi, których kocha. Niecierpliwie czekał na spotkanie z Jasiem, które miało być największym świętem w jego życiu.
        
Siedząc w celi i dyskutując z towarzyszami, gorąco przekonywał, że rewolucja jest już tuż tuż, czemu nie dawał wiary szczególnie jeden ze współwięźniów. Doszło do zakładu. Jako, że tak naprawdę nie było o co się zakładać, uzgodniono, że jeśli w ciągu roku rewolucja nastapi, eserowiec, który w to nie wierzył, zostanie niewolnikiem Feliksa. Jak się okaże, Feliks nie tylko wygrał ten zakład, ale także miał dobrą pamięć.
        
16 października 1916 roku wysłał kolejny list: „Zosiu, moja miła! Dopiero co na dniach otrzymałem twóją pocztówkę z 23 września. Strasznie długo ida listy. Jak się urządziłaś? Wszak strasznie ciężka musi być dla ciebie rozłąka z Jaśkiem. Będę z niecierpliwością oczekiwać od ciebie wieści. A u mnie żadnych zmian. Pisałem do ciebie ze szpitala, a teraz stąd. No i już półtora miesiąca, jak pracuję i czas szybko leci- a każdego wieczoru nachodzi mnie jedno uczucie: każdego dnia jestem bliżej do wolności i do naszego spotkania. Jestem zupełnie zdrowy, praca mnie leczy i apatia przechodzi. Praca nie jest ciężka. Generalnie warunki są tu całkiem znośne. Jadwisia przchodzi do mnie raz w miesiącu. Życie tu monotonne, jak zwykle w więzieniu i nudne. Praca i sen i czytanie tak zapełnia dzień, że na handrę nie mam czasu. We śnie często spaceruje po wolności. A gdy legne przed snem, zamykam oczy i tak wyraźnie widze twarze moich bliskich i Jasia, jakim go sobie wyobrażam; twarze- w stałym ruchu zmieniające się jak w kalejdoskopie, przechodzą jedna w drugą… Tak dawno nie pisałem do Jasia, ale cały czas o nim pamiętam, jestem szczęśliwy. Uściśnij go ode mnie mocno- wrócę, będzie nam radośnie…[11]”.
 
Tymczasem Zosia ustatkowała się w Zurichu i wróciła do Unterägeri po Jasia. Natychmiast napisała o tym do męża. Niepotrzebnie Feliks tak bardzo się martwił ich rozłąką. Jaś, gdy zobaczył mamę, popłakał się ze szczęścia. Feliks wyobrażał sobie ten dzień, kiedy i oni się zobaczą, czuł w sercu radość, że to niebawem nastąpi. W odpowiedzi napisał, aby przez ten czas żyli pełnią życia, korzystali z jego wszystkich radości. List zakończył słowami do Jasia pisząc, że podczas pracy, gdy wiele spaceruje, myśli o nim i posyła mu radosny uśmiech i chce, aby mu było dobrze i by był dobrym chłopcem. Aby był zdrowy i wyrósł na silnego mężczyznę mogącego ciężko pracować. Zanim włożył list do koperty, podpisał się „Wasz Feliks”.
 
Monotonię upływających szybko dni rozbijały listy, jakie dostawał od swoich przyjaciół, a także od Zosi i Jasia. Ten często wkładał do koperty swoje wycinanki i pokolorowane obrazki, które zrobił własnoręcznie dla ojca. Zosia do listów załączała fotografie, które by go niezmiernie ucieszyły, gdyby mu je przekazano. Często nie dostarczano mu listów, choć kazano kwitować ich odebranie.  
 
20 listopada 1916 roku pisał do Zosi przepełniony nadzieją, w którą wierzył, że nigdy nie umrze i spotka się z najbliższymi. Szczególnie dużo sił dodawał mu Jasiek, był motorem jego życia, celem, przy którym wszystko inne przestawało mieć znaczenie. „Moja miłość daje mi poczucie, że on jest moim synem, że w nim żyć będzie moja młodość, ja sam, i że go zobaczę i jeśli zachowam jeszcze siły w sobie- on pobudzi je w wprawi je w ruch. I moja dusza jest już spokojniejsza. Niech stanie się to co ma być [12]”.
 
Pracował dalej w szwalni wraz z dwoma skazańcami- towarzyszami, którzy pracowali przy maszynach do szycia, a on zajmował się przenoszeniem materiałów i drobnymi pracami ręcznymi. Już niebawem mieli mu zdjąć kajdany z nóg, choć przyznawał, że prawie ich nie zauważa. Praca koiła jego nerwy, pozwalała zapomnieć o wszystkich swoich problemach, strachach i niepewności. W liście napisał do Zofii, że zarobił 9 rubli, więc nie potrzebne mu były przesyłane pieniądze tym bardziej, że zakupy można było robić jedynie za wypracowane pieniądze. Jadwiga przynosiła mu paczkę z jedzeniem każdego miesiąca. Bardzo wiele znaczyło dla niego przebywanie we wspólnej celi, gdyż skazańcy mogli się nawzajem wspierać. Wiedział, że jego przyjaciel, Edward Próchniak też jest w tym więzieniu, dobrze wygląda i czuje się zdrów, ale nie miał szansy się z nim spotkać. Prosił o wieści od jego żony i od ich rodziny mając na myśli towarzyszy z partii.
 
W liście pisanym 18 (31) grudnia 1916 roku, wysłanym dzień później pisał do Zosi:
„Moja miła Zosiu! I przyszedł ostatni dzień szesnastego roku i choć nie widać jeszcze końca wojny- jednakże my wszyscy każdego dnia jesteśmy bliżej i bliżej dnia naszego spotkania i dnia naszej radości. Bardzo mocno w to wierzę…Co nam przyniesie siedemnasty rok, my nie wiemy, ale wiemy, że obronimy nasze duchowe siły, bo przecież one są najważniejsze. Jest mi ciężko, ale powinienem sam przeżyć ten czas, gdy nie ma przy mnie Jaśka, kiedy nie widzę jego rozwijającego się życia, kształtującego się charakteru. Myślą jestem z wami, bardzo wierzę, że wrócę i tęsknota moja mnie nie boli. Jaś rośnie, niebawem będzie się uczył. Niech tylko będzie zdrowy- to nasze słoneczko.
 
Moje życie jest jakie było, niedawno co zdjęli mi kajdany, aby wygodniej było mi pracować. Praca mnie nie męczy; do tej pory wzmocniła moje mięśnie i nerwy Jadwisia co miesiąc przychodzi i dzięki temu nie czuje się oderwany od swoich, a o wydarzeniach dowiaduję się „Prawitielstwiennego Wieszczika (Dziennik Rządowy- Z.F.) i „Russkiego Invalida” (Rosyjski Inwalida- Z.F). Odżywiam się wystarczająco, więc nie trzeba się o mnie niepokoić [13]”.
          
W listach do rodziny, Feliks jeszcze bardziej koncentrował się na synu, przelewając swoją wielką, ojcowską miłość na papier. Całe strony poświęcał na marzenia spotkania się z Jaśkiem.  19 lutego 1917 roku pisał zawiedziony tym, że nie dostał kartki od synka. „(…) Już cieszyłem się, że znów zobaczę, przynajmniej na papierze, syneczka mego drogiego- choćby na krótka chwilę. Tu, w celi, fotografii nie można trzymać- nawet małego synka, ale mam nadzieję, że dadzą mi ją znów choć na jeden dzień, bym mógł na niego popatrzeć. Być może dadzą jeszcze. Przede mną pocztówka od Jaśka pokolorowana przez niego i słowa przez niego pisane do mnie, myśli i uczucia zawarte w uśmiechu. Z jak wielką radością, miły ty mój, puszczałbym w powietrze bańki mydlane, aby one- tęczowe i przepiękne unoszące się płynnie w powietrzu, a my patrzylibyśmy na nie zadzierając głowy i podmuchując je, aby nie spadły. I tak myślę, że kiedy podrośniesz, będziesz dużym i silnym, sami nauczymy się latać na aeroplanie i polecimy, jak ptaki w wysokie góry, do obłoków na niebie, a pod nami będą wioski i miasta, pola i lasy, doliny i rzeki, jeziora i morza- cały świat przepiękny. I słońce będzie świecić nad nami, a my będziemy lecieć.
        
Jasiu mój, nie trap się, że teraz nie jestem z tobą, nie może być inaczej. Kocham cię moje słoneczko, jesteśm moją radością, choć widzę cię tylko w swoich snach i myślach. Ty jesteś cała moją radością. Bądź grzecznym, dobrym, wesołym i zdrowym, abyś był zawsze radością dla mamusi, dla mnie i dla ludzi, aby kiedy wyrośniesz, będziesz pracować, mógł cieszyć się swoja pracą i cieszyć innych, być przykładem. Całuję cię i mocno- mocno ściskam- synulka mojego [14]”.
        
O swoim monotonnym życiu nie pisał, za to zwracał się ku przyszłości nie ustając marzyć: „Odwracam myśl od życia mego obecnego- nieruchomego bagna- i nie chce mi się o nim pisać i rozpisywać. Drzemię teraz, jak niedźwiedź w barłogu swoim, pozostała tylko myśl jedna, że wiosna nadejdzie i przestanę wówczas ssać łapę swoją i wszystkie siły, jakie pozostały jeszcze we mnie, ujawnią się. Żyć będę [15]”.
        
Pracował pięć godzin dziennie, dużo czytał. Po przerwie znów dostawał zamówione przez Stasia gazety. Prosił, by Zosia nie martwiła się o niego, zapewniał, że wszystko jest w porządu i nie pisze tego tylko po to, aby ją uspokoić, bo jak to pisał „Ja tego uspokajania nienawidzę. To przykre. Przecież gdybyś, na przykład, skrywała coś przede mną jakąś złą wiadomość, strasznie by mnie to bolało. Przecież możemy żyć prawdą i wiedzieć o wszystkim[16]”. Zapewnił, że niczego mu nie brakuje, że wszystkie produkty, takie jak słonina, cukier i chleb ma. Spragniony informacji pytał się o Marię Bratmanową, o jej ojca i przyjaciół z partii. To był ostatni jego list napisany w murach więzienia.


[1] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 293
[2] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 4. stycznia 1916r. s.119
[3] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 4. Lutego 1916r., s. 119
[4] W czasach po Rewolucji Październikowej więzienie pełniło funkcję obozu pracy, zatrudniało ponad 60% osadzonych. W 1920 roku było ok. 1200 osadzonych, w 1940-stym 4120. W 1958 roku więzienie zostało zamknięte. Na jego miejscu powstało przedszkole i domy mieszkalne dla pracowników więzennictwa. Do dziś pozostał jedynie budynek administracyjny. 
[5] J.G. Dzierżyńska, O Feliksie Dzierżyńskim, Rycerz rewolucji, Moskwa 1965, s. 103-106
[6] J.F. Dzierżyński, Mój ojciec, takim jakim go pamiętam, Pogranicznik, 14/1946r.,  Moskwa, s.27-32/ F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 24 maja 1916r. uzupełniony cyctat z F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 24 maja 1916r., s. 121
[7] F. Dzierżyński, Wspomnienia, AAN, 61/III-1, dok. 137
[8] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 29 sierpnia 1916r./ Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 298/ S.W. Dzierżynskaja, Bohaterska młodość, Sovietskaja Rossija, Moskawa 1977, s. 32- list złożony z wielu źródeł, jako że listu w całości autorowi nie udało się odnaleźć.
[9] Odnośnie zębów utarło się przekonanie wymyślone i utrwalone przez Ronikiera, że Dzierżyński miał wybite zęby przez carskich strażników więziennych podczas pewnego absurdalengo zdarzenia urojonego w głowie mitomańskiego autora. W powyższym fragmencie sam Dzierżyński podaje, że wciąż ma zęby, choć niektóre ułamane. We fragmentach zachowanych wspomnień Jana Iwańskiego czytamy w opisie Dzierżyńskiego, że miał „uderzająco rzadkie zęby”. Cokolwiek to nie znaczy, świadczy, że zęby miał. A jakie miał dokładnie uzębienie Dzierżyński- tego nie wiemy, nie oddała tego też żadna fotografia.
[10] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 2 września 1916r., s.124/
N.I. Zubov, F.E. Dzierzyński, Biografia, Politizdat, Moskwa 1965,s. 87-88,  http://fdzerzhinsky.narod.ru/zubovogl.htm (odczyt z dn. 22.03.2014r.)
[11] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 16 października 1916r.
[12] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 20 listopada 1916r.
[13] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 18 grudnia 1916r.
[14] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 19 lutego 1917r.
[15] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 304
[16] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list z dn. 19 lutego 1917r.
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.