Życie zakwitnie tym prędzej

rozdział XXXI
 
 
Nadszedł kolejny Nowy Rok spędzony za kratami. Rozpoczął się ciężki rok 1915-sty. Rok pełen niepewności, wyczerpania, ale także nieustającej nadziei. Niepokoił się o losy Zofii i Jasia, nie miał od nich od dawna żadnych wieści. Do Zygmunta Muszkata wciąż mieszkającego w Lublinie napisał list prosząc o jakiekolwiek wieści. Był też ciekawy, jak on sam sobie radzi. O sobie nie napisał wiele, tyle tylko, że czuje się dobrze, że władze więzienia pozwalają posiadać ołówki i zeszyty, także całe dni upływają na czytaniu i nauce niepiśmiennych pisania, a także matematyki.
 
Odpowieź nadeszła bardzo szybko. Zygmunt w liście zamieścił kopię listu Zosi do niego. Wielką niespodzianką był list od żony Ignacego- Stasi. Dowiedział się, że przebywa ona teraz u Stasia w Dzierżynowie.  Niestety nie odpisał na niego, czuł się ociężały i niezdolny do skupienia myśli. Mimo to, czuł wielką potrzebę miłości ze strony brata Ignasia i Zosi, sam też darzył ich wielkim uczuciem. Dopiero w lutym dostał list od Zosi, który do Orla z Zurichu szedł prawie miesiąc. W lutym okazało się też, że znalazły się osobiste rzeczy Feliksa zaginione w podróży do Mceńska.
 
Pisząc na kartach korespondencyjnych prosił Aldonę o dalsze przesyłanie pocztówek z widokami Wilna, które tak bardzo kochał. Fragmenty miasta uwiecznione na fotografiach przypominały mu młodość, czasy, kiedy był wolny, niewinny i wszystko wydawało się takie łatwe i takie proste. Kartkę zaadresował na nazwisko siostry na ulicę, tak samo jak w 1911 roku, Połocką 2 m 4 w Wilnie. Jego życie rozbite było jedynie na wspomnienia przeszłości i marzenia o przyszłości. Teraźniejszość nie warta była zauważenia.
 
Zamknięty w swojej samotności starał się jak najbardziej oszczędzać siły i wyłapywać piękne chwile przynoszące ulgę jego cierpieniom. Zbliżała się wiosna. Kolejna wiosna, której uroków Feliksowi nie dane będzie zobaczyć będąc zamkniętym w kamiennych murach odgradzających go od życia. Ciepłe promienie słońca wpadały przez małe okno celi niosąc ze sobą marzenia zamknięte pod powiekami. Na zewnątrz leżał świeży puch śniegu, który w nocy pokrył gęstym dywanem ziemię. Jasne, niebieskie niebo kołysało się nad głowami odrywając od metalowych dzwonów kajdan, którymi dzwonili więźniowie chodzący na dole na specerniaku.
 
 „ Dziś nie chcę o niczym myśleć,- taki ładny dzień- pisał drobnym maczkiem do Aldony w połowie marca 1915 roku- słoneczny, słońce zalewa naszą celę- za oknem szerokie niebo i miasto, a za nim pola. Wszystko pokryte białym, świeżym śniegiem- w cerkwiach dzwonią, pewno to wierzbna niedziela. A tam, spod okna, z dołu, brzęk kajdan- to katorżnicy spacerują. Święta już za tydzień. Wszędzie smutek, praca ciężka, bieda. Jedyne dobroto uczucia nasze i tęsknoty- i pewność, że jutro szczęśliwe przyjdzie.Posyłam Ci moje życzenia najserdeczniejsze i uściski moje. Pomimo wszystko mam pewność, że się zobaczymy w innych warunkach, gdy nie trzeba mi już będzie ukrywać się, gdy praca i męka moja i milionów innych wyda owoce. Czuję się zdrowym i silnym pomimo wszystkie nieznośne warunki [1]”.
 
A warunki w więzieniu były naprawdę fatalne. Feliks wspominał o nich w tym liście do Aldony, jak i w wysłanym w marcu 1915 roku do Zygmunta Muszkata. Tym razem pisał o swoim pobycie w więzieniu już nie ogólnikowo, ale zawarł cała prawdę pragnąc, by do nich dotarła informacja, w jak strasznych warunkach przebywają więźniowie: „To, co do was doszło o warunkach naszych jest prawdą.Warunki tu są wprost niemożliwe. Rezultatem tychże jest, że codziennie kogoś wywożą stąd w trumnie. Z naszej kategorii (więźniów politycznych- Z.F.) zmarło już pięciu w przeciągu ostatnich 6 tygodni – wszyscy na suchoty… Trzej z nich dawno już przeznaczone mieli osiedlenie, lecz nie wywożono ich, bo w przeciągu 7 miesięcy nie miano czasu bumag (dokumentów- Z.F.) do porządku doprowadzić. Wszyscy oni przewiezieni byli tu z Piotrkowa, pomocy z domu, naturalnie, żadnej nie mieli, bo rodziny ich już poza granicami państwa, a warunki tutejsze zabójcze.
 
Ostatnio wskutek tych warunków zachorowałom wielu na tyfus brzuszny i plamisty – powiadają, że codziennie dwóch- trzech grzebią, że od 5 lutego do 4 marca umarło trzydziestu. Tych, którzy zachorują na tyfus, wywoża z naszego „zakładu” do byłego „zakładu” kobiecego, gdzie teraz urządzono niby „szpital” dla tyfusowych. Lecz zanim przyjdą tu po chorego przekonać się, co to za choroba, przechodzi 4-5 dni i chory leży w celi przepełnionej wraz z innymi- w gorączce. Bo tu teraz doprosić się nawet o felczera jest trudno, nie mówiąc już o doktorze, którego widzieć może tylko umierający, w dodatku nie na zaraźliwą chorobę [2]”.
 
W dalszej części listu do Zygmunta Muszkata Feliks charakteryzował lekarza i warunki, w jakich przyszło mu i wielu towarzyszom cierpieć niedolę: „Tym lekarzem jest niejaki p. Rychliński- Polak, który przedrzeźnia polską mowę Polaków- „pensjonarzy nieumiejących po rosyjsku i wymyśla im od ostatnich. Nazwywają go też powszechnie katem i opowiadają o jego znęcaniach się niedawnych nad chorymi katorżnikami w tzw. centrali orłowskiej… Chorzy pozostawieni sa na wolę felczera, który do chorych się odnosi gorzej niż do psów i traktuje każdego chorego jak swego wroga osobistego. A prawie każdy tu chory – i inaczej być nie mogło.
 
Jedzenie obrzydliwe – wiecznie kapusta bez smaku, pięć razy na tydzień, i niby grochówka – dwa razy, i dają też po 1-2 łyżki kaszy codziennie, lecz nie okraszonej; i co taka ilość dać może? (…) Każdy blady, zielony lub żółty- anemiczny. Bieliznę zmieniają co dwa tygodnie- bieliznę brudną, zawszoną. Nikt nie może pasożytów się pozbyć, bo w celach ciasno. Ja np. siedzę w celi wraz z 60 (przed paru tygodniami było nas 71) w celi dla 37. I my jesteśmy uprzywilejowani, bo w takiej samej celi siedziało po 150 osób- przesyłkowych i tzw. wojennoobriazanych (powołanych do wojska Z.F.). Nic więc dziwnego, że wśród nich najprzód tyfus się pokazał i najwięcej ofiar zebrał i zabiera. Ja teraz siedzę w celi suchej, lecz większość innych cel tak wilgotna, że woda kapie z sufitu i ściany mokre.
 
Do wszystkiego człowiek się przyzwyczaja- i staje się nieczuły, obojętny- stara się myśl swą zając czymś innym. (…( I gdybym mógł pisać o tym, czym żyję, to nie pisałbym ani o tyfusie, ani o kapuście i wszach, lecz o tęskonocie i naszych ideach- dziś dla nas oderwanych, lecz pomimo to będących dla nas naprawdę chlebem naszym powszednim [3]”.
 
O umierających i lekarzu sadyście, który kazał do siebie zwracac się: „Wasze wysokorodie” pisał również Julian Leszczyński 29 marca 1915 roku we fragmencie swych ocalałych pamiętników: „W domostwie naszym rozgościła się od pewnego czasu ospa, i co gorsze- tyfus. Cały szereg osób przeniósł się na łoże szpitalne i do wieczności. Do naszej celi też zajrzał obywatel tyfus, porwał jedną ofiarę, a resztę nastraszył perspektywą nowych odwiedzin. Oczywiście przy „wygrzebaniu” się z choroby, przy istniejących warunkach, nie ma mowy. Nikomu bowiem na tym- oprócz chorego- nie zależy. Skreśla się po prostu na papierze nazwisko i sprawa zakończona [4]”.
 
Leszczyński pisał o szpitalu więziennym: „Szpital nasz to Styks wiodący nieuniknienie w krainę cieni[5]”. W innym liście notował:: „Opowiadali nam aresztanci, że jednego z ciężko chorych katorżan, który nie mógł stanąć jak struna wyprężony przy wejściu do szpitala naszego eskulapa, tak mocno pchnął kułakiem w piersi, że biedak nazajutrz przeniósł się do wieczności. Niemal codziennie można widzieć sanki od gnoju, zaprzężone w jednego konia, wywożące białą trumnę z czarnym, owalistym krzyżem z trupiarni więziennej [6]”.
 
Mogło się wydawać, że władze więzienia z rozmysłem grają z więźniami w jakąś makabryczną grę. Gdy więzniowie domagali się zmiany bielizny, odpowiadano, że nie godzi się zakładać czystej bielizny na brudne ciało. Ignorowały prośby o naprawę więziennego obuwia, kiedy większości więżniom buty rozpadły się i musieli chodzić boso. Wypiska, która według regulaminu należała się wieźniowi raz na dwa tygodnie była wydawana raz na półtora miesiąca. Za ciche śpiewy grupki więźniów, całą celę- 60 osób zamknięto na trzy dni do karceru.
 
Dzierżyński pisał do Aldony w niewydrukowanym fragmencie listu z 15 (28) marca 1915 roku: „Ja jestem uprzywilejowany, mam wszystko i w celi, w której siedzę, słonecznie i mam ściślejsze grono kilkunastu, z któremi żyję. Pomagam innym uczyć się- i czas ogromnie prędko schodzi. O mnie więc nie niepokój się, Kochana. Wypisujemy sobie szmalec, słoninę, trochę sera dla smaku, śledzi i mamy dosyć. Teraz na święta nawet cielęcinę nawet wypisaliśmy- obiecano nam tu ją w kuchni usmażyć- i święta będziemy mieli wspaniałe.Czujemy się dobrze- tak mało człowiekowi potrzeba. Więc o mnie bądź zupełnie spokojna- dowcipkował w pełnej gamie swojego poczucia humoru, na którym nie znała się cenzura.
 
Dostaję teraz listy i wiadomości z Warszawy, dostałem list od Zosi z fotografią nową Jaśkai list, że on rozwija sięi jest takim kochanym- więc cieszę się i dobrze się czuję.
Rzeczy naszych jeszcze nie otrzymaliśmy, nie chcą wydać dla jakichś formalności, a może dlatego, że od administracji więziennej zapłacenia kosztów 8-miesięcznego przetrzymywania. Będziemy więc znowu się skarżyli- a tymczasem większość chodzi bez podeszw, bo w więzieniu skóry nie ma, i powiadają, że nie ma jej i na wolności. Więc prawie wszyscy kaszlą, na spacer nie chodzi nawet połowa, wszyscy cerę mają zieloną i żółtą. Skargi nie pomagają. Był jakiś wyższy inspektor, odpowiadał, że na wojnie jeszcze gorzej się obuci.
 
Kochana, gdyby mnie wysłali do innego więzienia, postaram się przesłac Ci moje listy, może zachowasz je dla mnie, bo w etapie bardzo często listy wyrzucają, a niektóre chciałbym zachować. Do Stasi jednak nie wybrałem się napisać, leń ze mnie stał się okropny, uczynię to jednak, bo jednak myślę o nich i Stasię bardzo lubię. Ciężki dla nich rok.Ignaś zapewne już jest w Dzierżynowie. Uściskaj i pozdrów ode mnie przy okazji Stasia serdecznie. Ściskam Cię i całuję mocno, ucałuj też dzieci ode mnie.
 
P.S.
U nas tu kursują pogłoski o cholerze w Warszawie, może słyszałaś coś o tem, napisz mi nie nazywając choroby po imieniu, bo list mógłby nie dojść. Chcielibyśmy wiedzieć, wielu z nas ma tam swoje rodziny i ogromnie się niepokoją. Jeszcze raz całuję Was. Twój Fe…[7]” -zakończył bazgrołem.
 
Pomimo zapewnień władz, że więźniom politycznym zostaną zwrócone ich własne ubrania, dane słowo nie zostało dotrzymane. W obliczu takiego zachowania, więźniowie zasypali kancelarię podaniami żądając zwrotu rzeczy osobistych, a kiedy to nie pomogło, zagrozili głodówką. Więźniowie polityczni mieli prawo nosić swoje własne ubrania, w odróżnieniu od kryminalistów, także nie wydanie im ubrań było kolejna formą znieważenia.
 
W akcji protestacyjnej wzięli udział jednogłośnie wszyscy rewolucjoniści bez różnicy przynależności partyjnej. Władze więzienne starały się wymigać łgając, że wagon z tobołkami więźniów gdzieś się zawieruszył. Ci nie dali wiary i zapowiedzieli, że jeśli nie otrzymają swoich własności, przejdą do ostrzejszego protestu. Sprawa otarła się o gubernatora orłowskiego, do którego zwrócono się z pismem w tej sprawie.
 
Także w marcu Dzierżyński, niepoprawny optymista, napisał list do Zofii: „Gdybym mógł pisać o tym, czym żyję- to nie pisałbym ani o tyfusie, ani o kapuście i wszach, lecz o tęskotach naszych- dziś dla nas ideach oderwanych, lecz pomimo to będącch dla nas naprawdę chlebem naszym powszednim… Sądzę, że Warszawa, który nas wszystkich przyciąga ku sobie, zbierze nas razem w innych warunkach, w innym życiu. Gdy myślę o tym, co się teraz dzieje- o powszechnym niby rozbiciu wszelkich nadziei- dochodzę do pewnika, że życie zakwitnie tym prędzej i silniej, im silniejsze dziś jest rozbicie [8]”.
 
Aby nie oszaleć w wilgotnej celi z siedemdziesięcioma towarzyszami, wśród których było wielu chorych i konających, Feliks, mimo wycieńczenia, zabrał się do pracy. Sprzątał, animował rozrywki, opiekował się chorymi. Zorganizował czas tak, aby każdy miał zajęcie i czuł się przydatny. Swoim towarzyszom niedoświadczonym jeszcze w życiu katorżnika, dawał cenne rady i wskazówki, jak mają się zachowywać na stacjach podczas transportu, w więzieniach etapowych i na Syberii. Andrzej Radek wspominał, jak w tych fatalnych warunkach strażnicy jedli ziemniaki, a więźniom zostawiano wodę po gotowanych ziemniakach.
 
Wraz z pojawieniem się nowego dozorcy Kozlenkova, warunki znacznie się pogorszyły. Kozlenkov, z zamiłowania sadysta, zapoznał więźniów z nowym obyczajem panującym w Orle, wedle którego na przywitanie należy naczelnikowi powiedzieć: „Zdarowia żełajem, wasze błagorodie!”. Niby drobnostka, a przelała się czara goryczy wycieńczonych i obdartych z godności więźniów. Pozdrowienie to obecne w carskiej armii, nie mogło obowiązywać w więzieniu, uważano, że jest to forma poniżenia i lekceważenia godności ludzkiej. Nikt nie chciał się podporządkować nowemu zwyczajowi, doprowadzając strażników do niepohamowanej złości. Władze więzienne za karę zabrały więźniom sienniki zmuszając ich do spania na deskach lub kamiennej podłodze. Kara nie odniosła skutku wychowawczego, zagrożono więc chłostą niepokornych i osadzaniem w karcerach.
 
W proteście przeciwko narzuconej formie przywitania i fatalnym warunkom higienicznym i żywieniowym, więźniowie solidarnie rozpoczęli głodówkę. Dostarczane jedzenie więźniowie wyrzucali z celi przez kraty w drzwiach, a wodę wylewali. Wielu z głodujących zmarło. Dzierżyńskiemu udało się poinformować o głodówce więźniów z innych cel, także i oni się do niej przyłączyli. Naczelnik, wiedząc, że Dzierżyńskiemu wiele nie trzeba, aby zbuntować ludzi i rozpocząć rewolucję, kazał zakuć go w kajdany pomimo tego, że nie wszedł on wskład trójki delegatów więźniów.
 
Kozlenkov wiedział, że jest on najsilniejszą i najbardziej zdeterminiowaną osobowością, która potrafi porwać za sobą ludzi. Gdy naczelnik zaproponował rozkucie Feliksa w zamian za używanie przywitania narzuconą formułką, Dzierżyński zaprotestował mówiąc do swych towarzyszy: „Kajdany moje powinny stać się dla was zachętą do dalszej walki [9]”. Po czterech gorących, pełnych napięcia dniach protestu, do więzienia przyjechał prokurator generalny, który przyjął większość żądań protestujących. Cel głodówki został osiągnięty.
 
Z tego okresu zachowało się wspomnienie Feliksa Kona odnoszącego się do traktowania więźniów przez żandarmów. Więźniowie utyskiwali na żandarmów, oburzali się na ich grubiaństwo i podłe traktowanie, krytykowali sposoby prowadzenia przesłuchań. Te narzekania przerwał Dzierżyński mówiąc: „Najważniejsze, że oni robią to nie z przekonania, a dla kariery., dla posady i orderów. Gdyby działali z przekonania, szczerze i bezinteresownie, walcząc w obronie panującego ustroju, gdyby wierzyli w swoją sprawę- nie można byłoby im nic zarzucić [10]”.
 
W grudniu pisał do siostry: „Tak ogromnie ciężko tu teraz siedzieć- bezużytecznie i bezczynnie, gdy tam daleko gorzej niż tu- bo wydaje mi się, że niedługo zło będzie zwalczone i że moje siły i myśli przydadzą się. Wydana będzie wojna wojnie i na zawsze usunięte źródło nienawiści [11]”.
 
Miesiąc później w liście dziękował dowcipnie Aldonie za otrzymane lekarstwa: „Dostałem lekarstwo, które mi przesłałaś (pigułki i mikstura) lecz jestem zdrów i nie otrzymałem jeszcze wiadomości, przeciwko jakiej chorobie są te lekarstwa[12]?” Kilka miesięcy później prosił Aldonę, aby przekazała Stasiowi prosbę o kolejne przedłużenie prenumeraty gazety i przepraszał ją za obawy, jakie u niej wywołał swymi ponurymi listami. Od Zofii dowiedział się, że Jaś był chory na bronchit.
 
W kwietniu 1915 roku dotarała do niego druzgocząca wiadomość od Ignacego, w której pisał, że ich córka Wanda zmarła. Feliks nie był w stanie mu odpisać. O swojej żałobie napisał jedynie do Aldony, której wyznał, że w takiej chwili jedynie przytulenie, nie słowa, ukoić może ból.
 
Pod koniec kwietnia Dzierżyński dowiedział się, że zostanie niebawem przeniesiony z więzienia gubernialnego do wieżienia katorżniczego w Orle. Zapewniał Zosię w liście z 20 kwietnia, że dla niego, tułacza, obojętne jest, w którym więzieniu siedzi. Żal mu jedynie było swych towarzyszy w celi, z którymi zaprzyjaźnił się. Z resztą był dobrej nadziej, że po kilku tygodniach wróci do starego miejsca. 2 czerwca pisał już z twierdzy orłowskiej z pojedynczej, słonecznej celi. Od Stasia dostał 25 rubli, jednak, jak pisał Aldonie, nie potrzebuje pieniędzy, gdyż nie ma na co ich wydawać z powodu ograniczeń w więziennej kantynie. Nowe miejsce bardzo spodobało się Feliksowi. Miał spokój w swej celi, nie było wiele robactwa, kapiel przysługiwała co dziesięć dni.
        
Monotonię więzienia przerywały drobne epizody, kiedy coś się działo, coś co wytrąca z rutyny dnia. Andrzej Radek we wspomnieniach zamieszczonych w sierpniowym numerze „Robotnika” z 1926 roku opisywał historię awantury o czapki, jakie miały bezustannie miesjce w orłowskim więzienieniu, w którym według regulaminu należało w obecności żandarma zdejmować czapkę. Jeden z oficerów postanowił nauczyć Feliksa pokory, który swej czapki nie zdjął. Końcem szabli postanowił zdjąć mu okrycie głowy, jednak Feliks szybkim ruchem odtrącił ramię dzierżącą szablę i błyskawicznie zbliżył się do oficera zatrzymując twarz przy jego twarzy mrożąc go wzrokiem pełnym nienawiści. Gdy spostrzegli to strażnicy, jeden z nich wymierzył w niego rewolwer, a pozostali czym prędzej schwytali Feliksa i natychmiast zaciągnęli do karceru.
 
We wspomnieniach tych Feliks Dzierżyński jawi się jako człowiek bardzo lubiany i szanowany przez współwięźniów każdej opcji politycznej. Jako człowiek, który potrafił dyskutować, ale nie narzucać swego zdania, jak czynili to Unszlichyt czy Leszczyński, którzy doprowadzali niektórych towarzyszy z własnej partii do takiej furii, że grozili im pobiciem. Andrzej Radek zapamiętał go jako człowieka o twarzy pełnej dobroci, która przesłonięta była mgłą zamyślenia, nieobecną, której uśmiechu nie mógł sobie przypomnieć.
Intelektualną odskocznią dla więźniów była gazetka „Wesz ilustrowana” swoim tytułem nawiązująca do milionów wszy, jakie żerowały na ludziach. Przekazywano ją sobie z rąk do rąk odnajdując własne odczucia i przeżycia w doświadczeniach współwięźniów. W więzieniu Feliks spotkał Józefa Unszlichta, jednak nie odzywał się do niego wciąż uważając go za zdrajcę. Pomijał go wzrokiem, ignorował, zupełnie jakby Unszlicht nie istniał.
 
Wśród towarzyszy niedoli, niesamowitym zrządzeniem losu, znalazł się mąż gaździny, Juliusz Han, u której w Zarytem koło Rabki przebywała Zofia z Jasiem. Był bardzo schorowany i wymagał bezustannej opieki. Wiosną Feliks napisał o jego ostatnich chwilach Juliusza Hana do ojca Zosi, Zygmunta mając nadzieję, że ten tą tragiczną wiadomość przekaże jego żonie. W sierpniu tą wiadomością podzielił się z Zosią: „Umarł, (Juliusz Han-Z.F.) wydaje mi się w styczniu na gruźnicę. Przez cały czas od przyjazdu do Orła, wyglądał strasznie, jednakl wcale się tym nie przejmował, umarł w szpitalu, gdzie leżał przez kilka tygodni wśród obcych ludziu; umarł cicho, nie wiedział, że umiera. Dokładnego czasu nie pamiętam, wydaje mi się, że w styczniu lub w lutym- niech żona napisze sama do administracji, myślę, że jej odpowiedzą [13]”.
        
Wszystkie listy od Jasia Feliks przesłał na przechowanie bratu, gdyż w więzieniu nie mógł ich trzymać. Pisał Zosi, że widzi je przed sobą zawsze kiedy zamknie oczy. Niepokoił się brakiem wiadomości od siostry. Do Zosi pisał 1 września 1915 roku o swojej tęsknocie za Jasiem i rodziną. Prosił o wieści, dobre i złe, by być w jakiś przynajmniej bierny sposób obecny w ich życiu. Nie narzekał na monotonię, dni, tygodnie i miesiące szybko mijały i jak pisał, kiedyś będą się wydawać tylko sennym koszmarem. Jego wiara w to, że nabawem wyjdzie na wolność była silniejsza niż upokorzenia i tęsknota, która go rozdzierała. Według jego obliczeń, w marcu powinna zakończyć się jego kara, wówczas powróci do więzienia gubernialnego.
 
Julianowi Leszczyńskiemu dopisało szczęście. W październiku 1915 roku opuścił więzienie i udał się do Moskwy. Chełpliwie zachłysnął się wolnością, jednak szybko proza życia dopadła go. Nie miał pieniędzy, ani żadnych znajomych w pobliżu. Jakub Hanecki był daleko, a wszyscy jego przyjaciele siedzieli w więzieniach, podobnie jak Feliks Dzierżyński.
Feliksowi dni upływały na nieustających dyskusjach politycznych pomiędzy zawiązanymi grupkami „zarządowców” i „rozłamowców” SDKPiL, PPS-Opozycji i PPS-Frakcji Rewolucyjnej. Spekulowano na temat przyszłych wydarzeń na świecie, przyszłych losów Polski, terroru carskiego itp. Pod koniec 1915 roku, jak donosił Haneckiemu zwolniony z więzienia po wpłaceniu kaucji Leszczyński, zarówno Unszlicht będący przedstawicielem „rozłamowców” jak i Dzierżyński- „zarządowiec” zgodnie stwierdzili, że „czas skończyć z przestarzałą z dzisiejszego punktu widzenia konkurencją [14]”.


[1] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 199
[2] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 282
[3] Z. Dzierżyńska, Lata wielkich bojów, Książka i Widza, Warszawa 1969, s. 283
[4] S.S. Nicieja, Julian Leszczyński-Leński, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 81
[5] S.S. Nicieja, Julian Leszczyński-Leński, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 82
[6] B. Krzywobłocka, Opowieść o Feliksie, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 182
[7] F. Dzierżyński, Dokumenty osobiste, AAN, 61/I-3, dok. 189, 190, F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok. 312
[8] F. Dzierżyński, Opracowania, artykuły, AAN, 61/IV-1, dok 314
[9] S.S. Nicieja, Julian Leszczyński-Leński, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 79
[10] Red. Z. Iwańczuk, Na granicy epok, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 213
[11] T. Daniszewski, Feliks Dzierżyński, Pisma Wybrane, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 198
[12] F. Dzierżyński, Listy do siostry Aldony, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, s. 152
[13] F. Dzierżyński, Pamiętnik więźnia. Listy, Młoda Gwardia, Moskwa 1984, list  z 1 sierpnia 1915r.
[14] S.S. Nicieja, Julian Leszczyński-Leński, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 86
Copyright ©2017 Zoltan Fordos All Rights Reserved.